Marillion – Holidays in Eden

Holidays_in_Eden

Holidays in Eden
Life before the fall
See no, hear no, speak no evil
Feel no guilt, feel no guilt at all

Po odejściu Fisha Marillion zastąpił go Stevem Hoagrthem, który udźwignął to zadanie. Jednak płyty Brytyjczyków przestały się tak dobrze sprzedawać, co chyba przestało ich specjalnie interesować. Ale po bardzo udanym (moim zdaniem) „Seasons End” trzeba było czekać dwa lata na nowy album.

Tym razem za produkcję odpowiada Chris Neil znany ze współpracy z Mike + The Mechanics. Hogarth i spółka uprościli bardziej swoje brzmienie, choć słychać kto wykonuje i nadal są zmiany tempa. Klawisze Kelly’ego brzmią delikatniej i robią zazwyczaj za przyjemne tło – choć wyjątkiem jest „Splintering Heart”, gdzie budują dość mroczną atmosferę – razem z walącą z rzadka perkusją oraz gwałtownym solo Rothery’ego w połowie. Niemniej jeszcze zespół potrafi tworzyć niezwykłe i czarujące kompozycje, choć są one dość proste jak „The Party” czy „No One Can”.  Ale czy to się musi wykluczać? Chyba nie. Zdarzają się jednak pewne małe urozmaicenia jak silnik samolotu słyszany gdzieś w jakiejś łące/lesie w rockowym utworze tytułowym czy syreny policyjne w „This Town”, co pokazuje, że jeszcze muzycy eksperymentują. Natomiast fani typowo progresywnych brzmień powinni przesłuchać trylogii „Rake’s Progress”, czyli: rockowy „This Town”, wyciszony „The Rakes Progres” z pulsującym basem oraz epicki „100 Nights”, gdzie Rothery znów potwierdza swój wielki talent.

Jeśli ktoś nie polubił Steve’a Hogartha na poprzedniej płycie, na tej też go nie polubi. Bo śpiewa po swojemu, czyli moim zdaniem dobrze. Może i w paru miejscach może sprawiać wrażenie krzyczącego, ale to jeszcze nie umieranie. Także teksty są całkiem przyzwoite, mówiące o miłości, niewinności.

Przy „Seasons End” pisałem, że Marillion + Hogarth = ciekawa wizja. I to jest zwyczajna kontynuacja tej drogi, mniej progresywna, ale nadal piękna. Ale ich największe dzieło dopiero przed nami.

8/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – The Good Son

The_Good_Son

W dorobku każdego artysty jest płyta, która zostaje najpierw odrzucona przez fanów i słuchaczy, by potem została doceniona po latach. Czymś takim dla Nicka Cave’a i jego zespołu był „The Good Son” z 1990 roku. Największym zarzutem był brak mrocznego klimatu, który wyróżniał Cave’a.

Wyprodukowany w całości przez zespół album zaskakuje totalnie. Tym razem jest łagodniej brzmieniowo, bardziej minimalistycznie. Być może wynikało to z tego, że członkowie zespołu odstawili narkotyki i że Cave zakochał się. Nieważne. Ważne, że ta płyta jest najprzystępniejszą w dorobku zespołu. Może nie jest mrocznie, ale na pewno jest melancholijnie i smutno. Ta zmiana jest wyczuwalna już w „Foi Na Cruz” – zamiast gitary elektrycznej akustyczna, delikatne klawisze i fortepian oraz wspólnie śpiewany refren. Jeszcze oszczędniej brzmi początek „The Good Son” (klaskanie, tamburyn) – potem pojawia się marszowa perkusja, gitara akustyczna, ksylofon i smyczki, które będą nam towarzyszyć jeszcze parę razy.”Sorrow Child” na początku z delikatną gitarą elektryczną, marszowym basem i perkusją (nie wspomnę w wymawianym przez zespół „Sorrow Child”) wywołują pewien niepokój, którego ani smyczki, ani fortepian nie są w stanie złagodzić. Jednak mrok nie do końca wyparował. Można go znaleźć w epickim „The Hammer Song” (ksylofon, kotły, zniekształcona elektronika i gitara), spokojnym „Lamencie” czy skocznym „The Witness Song” (organy).

Sam głos Cave’a też jakby złagodniał, bardziej stara się śpiewać niż recytować, co bardzo dziwnie pasuje do reszty. Teksty też jakby bardziej melancholijne niż mroczne, co też jest pewną niespodzianką.

Jak już wspomniałem „The Good Son” na początku spotkał się z odrzuceniem, jednak po latach został już doceniony. Mniej mroczny, bardziej melancholijny (te skrzypce!), ale to jednak nadal Nick Cave, o czym zdarza mu się przypomnieć. Pozytywne zaskoczenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Marillion – Seasons End

Seasons_End

Rok 1989 był ważny. Nie tylko dlatego, że zaczął się rozpad systemu komunistycznego na wschodzie Europy, pojawiła się gra „Prince of Persia”, a w kinach szalał „Batman” Tima Burtona. Także dla zespołu Marillion był to rok ważny. Zespół opuścił Fish i reszta grupy stanęła przed dylematem jaki miał ostatnio zespół Myslovitz: było miło, ale się skończyło i po Marillionie albo szukamy nowego frontmana i jedziemy dalej. Skoro zespół nadal działa, wiadomo jaki wybór został dokonany. Następcą charyzmatycznego Fisha pozostał Steve Hogarth i w tym składzie zespół tworzy do dzisiaj.

Pierwszą płytą nagraną z nowym wokalistą jest „Seasons End” wyprodukowany przez Nicka Davisa, który wcześniej współpracował z Genesis. I całość wypada naprawdę interesująco, a piosenek jest tylko 9. I co ciekawe, brzmi to jak dawny Marillion – mamy świetne solówki Rothery’ego (najlepsze w utworze tytułowym oraz „The King of Sunset Town”), pięknie grające klawisze, chwytliwy bas, zmiany tempa i nastroju. Zaś same kompozycje brzmią po prostu pięknie. „The King of Sunset Town”, najbardziej zmienny „Berlin” ze świetnym solo saksofonu czy tytułowy utwór. Ale pojawia się tu kilka zmian i bardzo nietypowe utwory dla tej kapeli.

Czymś takim na pewno jest „Easter” – akustyczna ballada, która klimatem ociera się o dorobek Enyi (refren z nakładającym się głosem oraz „dzwoniącymi” klawiszami, jednak w połowie dochodzi do głosu bas i następuje zmiana klimatu. Podobnie z „The Uninvited Guest” – werblową perkusja, delikatna gitarka w zwrotkach, zaś w refrenie tak jak zawsze. Jednak największą niespodzianka był „Hooks in You” z ostrą, wręcz agresywną gitarą Rothery’ego (ostatnia minuta). Za to mistrzostwem jest kończący całość „The Space…” – piękna melodia, patos, świetne klawisze oraz gitara. Trzeba czegoś więcej?

Teraz najważniejsze pytanie: jak sobie poradził Steve Hogarth, który nie jest tak wysoki jak Fish, nie ma takiej barwy jak Fish i nie pisze takich tekstów jak Fish? Odpowiedź jest zaskakująca: bardzo dobrze. Ma delikatniejszy wokal, czasem potrafi być bardziej ekspresyjny („Hooks in You”) i nie tylko nie przeszkadza i nie próbuje naśladować swojego poprzednika, ale wnosi odrobinę świeżości w kapeli i też potrafi poruszyć. A w tekstach nadal w centrum jest człowiek – wplątany w historię („The King of Sunset Town”, „Berlin”), zakochany („After Me”, „The Space”). Hogarth stara się mówić prostym językiem, choć nie pozbawionym metafor.

Mówiąc krótko „Seasons End” to punkt zwrotny w karierze kapeli z Aylesbury. Po tej płycie zmieniło się wszystko, także styl zespołu. Jednak pokazał on, że Marillion bez Fisha też potrafi być tak samo interesujący. Chyba jeszcze wrócę do tego albumu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Tender Prey

Tender_Prey

Dwie płyty w jednym roku spowodowały, że na następny album Cave’a i spółki trzeba było poczekać 2 lata. Jest rok 1988 i nie obyło się bez zmian w składzie. Zespół opuścił Barry Adamson (wrócił dopiero w 2013 roku), zaś dołączyli gitarzysta Kid Ringo Powers oraz klawiszowiec Roland Wolf. I w tym składzie ukazał się „Tender Prey”.

Produkcją znów zajął się Mark „Flood” Ellis, tym razem wspólnie z zespołem. I nadal jest mrocznie, eksperymentalnie, choć bardziej melancholijnie i przystępniej (czytaj: piosenkowo) od poprzednika. A że jest to Nick Cave słychać już w otwierającym całość „The Mercy Seat” – marszowa perkusja, brudna gitara w tle, „straszne” smyczki i „walące” fortepian. Jeśli do tego dodany na przemian recytujący i śpiewający wokal Cave’a. Najmroczniejszy utwór z tej płyty (zapętlająca się ostatnia zwrotka w rytmie równie zapętlonej melodii), a dalej jest dość zaskakująco. Mniej eksperymentalny, ale równie mroczny jest „Up Jumped the Devil” z niepokojącym basem, fortepianem oraz ksylofonem, który nie łagodzi tu atmosfery. O gitarze elektrycznej i bardziej ekspresyjnym wokalu oraz chórkach w refrenie nawet nie wspomnę. Skoczna „Deanna” z oldskulowym Hammondem, żwawszą perkusją i gitarami moze wprawić w konsternację, tak samo bluesowy „Watching Alice” z melancholijnym fortepianem oraz harmonijka ustną w finale. „Mercy” to powrót do mroku, potęgowanego kolejno przez dziwaczne cymbałkopodobne dźwięki, harmonijkę i fortepian, zaś „City of Refuge” zahacza o country (początek  z harmonijką i gitarą akustyczną), potem zaczyna szaleć perkusja i robi się coraz mniej przyjemnie. „Slowly Goes the Night” to powrót do melancholii ze smętnym fortepianem, country’owy „Sunday’s Slave” i „Sugar Sugar Sugar” brzmią mrocznie i dynamicznie (perkusja, gitary), by pod koniec załagodzić całość lekko gospelowym „New Morning”.

Cave znów ma nosa do tekstów, gdzie tutaj opowiada o Bogu, demonach, rozstaniu i samotności, a także pieśń dziękczynną dla Boga („New Morning”). Ale nadal skupia się na brudzie, mordzie i ciemnej stronie człowieka, walczącego z pokusami tego świata. Jest wiele ciekawych rzeczy i fraz, ale nie każdemu się to spodoba.

„Tender Pray” to najmroczniejsza płyta w dorobku Cave’a z lat 80-tych. Jednocześnie obok „Kicking Against the Pricks” najlepsza płyta tego okresu. Nie ma tu słabych punktów (chyba że nie lubicie takich klimatów), piosenki są bardzo zbalansowane między eksperymentem i melodyjnością, zaś klimatem można obdzielić jeszcze kilka albumów.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Fleetwood Mac – Then Play On (deluxe edition)

Then_Play_On

Od dłuższego czasu widoczna jest może nie moda, ale idea cyfrowego remasterowania płyt uznawanych za klasykę lub za przełomowe w historii muzyki. Jednym z takich albumów jest pochodzący z 1969 roku „Then Play On” zespołu Fleetwood Mac. Wtedy ekipa w składzie: Peter Green (wokal, gitara), Danny Kirwan (wokal, gitara), John McVie (bas), Mick Fleetwood (perkusja) i Jeremy Spencer (tutaj uczestniczył przy jednym utworze) zaskoczyli.

I nie chodzi tutaj, że zmieszali rocka z bluesem, ale jak oni to zrobili. Solówki Kirwana i Greena (w dodatku panowie świetnie śpiewają) świetnie się uzupełniają idąc w stronę stricte rocka, bluesa („Like Crying”, „Showbiz Blues”), folku („When You Say” z bardzo delikatną gitarą) czy nawet progresywnego rocka (zmieniające się tempo, kapitalne solówki oraz smyczki pod koniec w „Searching for Madge”). Jest tutaj sporo instrumentalnych kompozycji, które mówią same za siebie, że się tak wyrażę. Tak jak „My Dream” z dość „senną” gitarą czy „Down Under” ze świetną sekcją rytmiczną. Panowie budują bardzo interesujący i spójny album, mimo zróżnicowania gatunkowego.

Album ten zawiera też 4 dodatkowe utwory: dwuczęściowy „Oh, Well” (druga część instrumentalna ze smyczkami i fortepianem – obie w mono), ostre „The Green Manalashi” i instrumentalny „World in Harmony”.

Muzycy grają świetnie, melodie brzmią zgrabnie i bardzo przyjemnie, a energia nie zestarzała się ani jotę. Chyba wiecie co macie zrobić?

8/10

Radosław Ostrowski


Marillion – Clutching at Straws

Clutching_At_Straws

Po wielkim sukcesie jakim było „Misplaced Childhood” Fish i spółka zrobili sobie dwa lata przerwy. Ale w tym samym składzie i z tym samym producentem zrobili czwarty już album „Clutching at Straws” (Chwytając się brzytwy).

Jeśli ktoś jednak spodziewał się kontynuacji przebojowego poprzednika, musi się rozczarować, gdyż jest to album mroczniejszy. Ale tak jak poprzednik jest to concept-album – historia pisarza Toucha i jego drogi z alkoholem. Owszem, jest tu smutno i prościej niż na poprzednich płytach, ale mimo tego całość brzmi pięknie i poruszająco, a chyba o to tu chodziło. Gitara Rothery’ego jest bardziej stonowana, robi wręcz za tło (choć zdarzają się mocne wejścia jak w tytułowym utworze czy w „White Russian”), klawisze brzmią bardzo mroczne („Going Under” z echem w połowie), a nawet jeśli zdarzają się łagodniejsze dźwięki, brzmią bardzo krótko (cymbałki w „Hotel Hobbies”). Nawet jeśli pojawiają się tu żywsze melodie („Just For The Records” z szybkimi klawiszami pod koniec), to one są zaledwie krótkimi przystankami w drodze Toucha do dalszego upadku, skontrastowane tekstami („Incommunicato” czy kończący całość album tytułowy z ukrytym utworem „Happy Ending” (a tam „No” i demoniczny śmiech) kończącym album.

Siła napędową tego albumu jest silny i ekspresyjny wokal Fisha, dzięki czemu mroczna opowieść o Touchujest tak emocjonalna. Jego wcześniejsze dokonania przeplatają się ze zwidami („White Russian” z „uzbrojonymi w uzi ludźmi na ulicach”), rozstaniem z kobietą, rozczarowaniem rzeczywistością i świadomością, że z tej drogi nie ma odwrotu:

Jest już zbyt późno, to zaszło zbyt daleko
Mam już dwie świadomości, lecz obie są poza tym wszystkim kiedy stoję przy barze
Kiedy mówię, że mam problem, to jest pewnik
Lecz ja zrzucam to wszystko na karb swego ekscentryzmu
(„Just for the Records”) czy w „Torch Song”:

Odnalazłem dziwną fascynację w mieszaniu płynów, alkohol daje mi dreszczyk
Już zbyt późno w tej grze by pokazać dumę czy wstyd

Marillion tym albumem potwierdził, że nawet z teoretycznie prostych melodii są w stanie stworzyć poruszającą opowieść, pełną smutku i bólu. To dojrzała historia upadku człowieka, bez szans na happy end. Mocna rzecz jak Biały Rusek.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Arctic Monkeys – AM

AM

Zespołem Arctic Monkeys nigdy się specjalnie nie interesowałem. Kwartet z High Green pod wodzą Alexa Turnera do tej pory nagrał 4 płyty i jest (obok Franza Ferdinanda) jedną z najważniejszych kapel indie rocka. A już teraz powoli pojawia się album nr 5 pod bardzo prostym tytułem „AM”.

Za produkcję odpowiadają James Ford, który współpracował przy poprzednich płytach zespołu oraz Ross Orton, znany z produkcji bardziej popowych wykonawców jak M.I.A., Duffy czy Kelis. Z tej mieszanki wyszedł dość ciekawy album. Najważniejsza nie jest gitara elektryczna, lecz bas i perkusja. Zaś gitarka czasem coś tak zagra i pobrudzi (singlowe „Do I Wanna Know?”). Nie brakuje silnej energii („R U Mine?” ze świetną perkusją czy „I Want It All”), zgrabnych chórków („One for the Road”), lekkiej inspiracji Led Zeppelin (refren „Arabelli”) czy nostalgicznego fortepianu („No. 1 Party Anthem”). Nie ma tutaj zbyt dużego rozrzutu, zespół gra dość równo i nie ma tu jakiegoś niewypału. Zaś wokal Turnera brzmi lekko i przyjemnie. Więc miłośnicy brytyjskiego grania znajdą tu wiele dla siebie. I nie tylko oni.

7/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Your Funeral… My Trial

Your_Funeral_My_Trial

Jak już mówiłem, Nick Cave i jego Złe Nasionka w 1986 roku wydały dwie płyty. O pierwszej już mówiłem, jednak ten album bardziej przypomina poprzednie dokonania Cave’a.

Produkcją znów zajął się Mark Ellis i Tony Cohen, zaś ekipa w składzie: Cave, Harvey, Adamson, Wydler i Bargeld zrobili to, co zawsze – poeksperymentowali. Nadal jest oszczędnie, mniej przebojowo (a w zasadzie nieprzebojowo) niż na poprzedniej płycie i mroczniej. Pytanie tylko czy nadal Cave i spółka są w stanie przykuć uwagę i zahipnotyzować? Bo tu już czuć pewne zmęczenie materiału oraz sięganie po sprawdzone sztuczki jak podbrudzona gitara („She Fell Away”), zapętlająca się melodia, nawet interesujący bas Barry’ego Adamsona („Hard On For Love”) czy mocno psująca elektronika („The Carny” z ksylofonem tworzącym melodie cyrkową), nakładające się wokale nie są w stanie zakryć lekkiej monotonii. Owszem, nie brakuje tu energii czy mrocznego klimatu, ale po raz pierwszy poczułem się znużony, choć utwory poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Nawet wokal Cave’a wydał mi się mało interesujący, choć jak zawsze z intrygującymi tekstami.

Tytuł intrygujący, realizacja ma swój klimat, jednak dla mnie mało zaskakujące i mało wciągające. Tylko za zatwardziałych fanów.

6/10

Radosław Ostrowski


Marillion – Misplaced Childhood

Misplaced_Childhood

Minął kolejny rok. Zespół Marillion już cieszył się estymą i sporym gronem wielbicieli, jednak nie należał do zbyt popularnych zespołów w Brytanii. Ta płyta stała się punktem zwrotnym w dorobku tej kapeli.

Tym razem obyło się bez zmian personalnych, zaś produkcją tym razem zajął się Chris Kimsey, znany ze współpracy m.in. z Emerson, Lake & Palmer, The Cult czy Peterem Framptonem. Jest to też pierwszy concept-album w dorobku Fisha i spółki, co można zauważyć nie tylko w płynnym przechodzeniu z utworu na utwór, ale też treści mówiącej o dzieciństwie i konfrontacji z dorosłym życiem. „Misplaced Childhood” bardziej idzie tu w stronę prostego rocka z popowym sznytem, przebojowości i melodyjności nad finezją. I będzie miał rację, ale siła tej prostoty jest wręcz porażająca. Poza tym, o czym często się zapomina progresywny oznacza postępujący, zmienny i dążący do ewolucji.  Album ten można podzielić na dwie części: pierwsza bardziej melancholijna, druga bardziej rockowa i buntownicza.

W pierwszej klawisze są bardzo delikatne, wręcz smutne, zaś początek jest to nierozerwalna całość tworzona przez krótki „Pseudo Silk Kimono” oraz dwa wielkie hity: „Kayleigh” z pamiętnym riffem Rothery’ego i „Lavender” z pięknym fortepianowym wstępem. Jedna ta atmosfera staje się mroczniejsza dzięki „Bitter Suite” – prawie 8-minutowym kolosie, który jest już stricte progresywnym utworem -zmiana tempa, atmosfery, siły instrumentów, długi riff gitary, mocniejsza perkusja i spokojny, recytujący głos na początku, zaś na koniec tej części dostajemy chwytliwy „Heart of Lothian” z bardzo stonowanym zakończeniem.

Druga część albumu to na początku „Waterhol (Expresso Bongo)” z mroczną gitarą, orientalnymi klawiszami i szybką perkusją. Równie szybkie jest „Lords of the Backstage” z cymbałkami i spokojniejszą gitarą skontrastowaną z ekspresyjnym wokalem Fisha. A po tym drugi kolos „Blind Curve”, który jest najmroczniejszym utworem z tej płyty – wybaczcie, ale nie jest w stanie opowiedzieć tego, co się dzieje na tym albumie. Ale po tym pojawia się pewna nadzieja – obydwa melodyjne i dynamiczne „Childhood’s End?” oraz „While Feather” są dużo jaśniejszymi utworami, pełnymi silnej energii ukrytej w prostym graniu.

Tekstowo Fish opowiada o utraconym dzieciństwie, niespełnionej miłości, rozczarowaniu światem pełnym przemocy i okrucieństwa co najdobitniej pokazuje „Blind Curve”, gdzie pada taka fraza:

Widzę czarne flagi na fabrykach
Kobiety pięknie mieszające zupę na ustach biedy
Widzę dzieci gapiące się z wyłupionymi oczami
Przeznaczone do gwałtu w wąskich uliczkach
Czy kogokolwiek obchodzi, że nie zniosę tego więcej!

Jednak mimo tego wszystkiemu, bohaterowi udaje się zachować pewną niewinność i pozostać w zgodzie z samym sobą, co słychać w finałowym „White Feather”.

Nic dziwnego, że to ta płyta była przełomem w dorobku Marilliona, który zaczął trafiać na listy przebojów. Jednak mimo pozornej lekkości dźwięków, nadal teksty dotykają poważnych spraw i pozostaje poruszającym albumem. Takie właśnie płyty stają się Wiecznie Żywymi Klasykami.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Nick Cave & the Bad Seeds – Kicking Against the Pricks

Kicking_Against_The_Pricks

Rok 1986 był dla Nicka Cave’a i jego zespołu bardzo aktywny, bo wydał aż dwie płyty w tym samym czasie. Do zespołu wrócił Hugo Race i dołączył nowy perkusista Thomas Wydler, który wyręczył z tej funkcji Micka Harveya, zaś gościnnie wsparli ich: basistka Tracy Pew i na wokalu Rowland S. Howard („By The Time I Get to Phoenix”).

Przy „Kicking Against the Pricks” produkcją zajął się Mike Ellis i Tony Cohen, z którym Cave współpracował w The Birthday Party. Poza wzmocnieniem album ten jest bardziej piosenkowy, zawiera 14 coverów (m.in. Toma Jonesa, Johnny’ego Casha, Lou Reeda czy Roya Orbisona)i jest bardziej przystępny od poprzednich płyt. Utwory są krótsze, a całość idzie w stronę rocka i country, jednocześnie jest bardzo melodyjna. Można odnieść wrażenie, że Cave trochę złagodniał i zrobił się mniej mroczny. Trochę jest w tym prawdy, choć nie brakuje mroczniejszych klimatów jak otwierający „Muddy Water” z dziwną gitarą, fortepianem, marszową perkusją, smyczkami  oraz „mętnymi” klawiszami. Podobny klimat jest wyczuwalny w „I’m Gonna Kill That Woman”, gdzie dodatkowo dostajemy jeszcze nakładające się wokale Cave’a. Pewne złagodzenie przynosi skoczna „Sleeping Annaleah” z klawesynem oraz akustyczną gitarą. Od tej pory jest bardziej melodyjniej, żywiołowiej i ze świetnymi chórkami (najpiękniej brzmią w niemal  śpiewanych a capella „Black Betty” i „Jesus Met The Woman At The Well”), czasem pojawi się coś bardziej ponurego, czy gitara będzie przesterowana i nieprzyjemna („By The Time I Get to Phoenix” czy „Hey Joe”), jednak na razie jest to najbardziej poruszająca płyta Cave’a. Nie brakuje też żywiołowego rock’n’rolla („All Tomorrow Parties”) czy country („The Singer”).

Cave potwierdza swoją charyzmę i pokazuje, że nawet w cudzym repertuarze czuje się jak ryba w wodzie, a w country to już w szczególności. Zarówno gdy spokojnie recytuje, bardziej ekspresyjny czy wręcz krzyczący, tworząc bardzo klimatyczną całość.

Tym albumem Cave zrobił ćwieka swoim fanom. Niby jest taki jak zawsze, ale bardziej przystępny i jednocześnie pozostaje sobą. Jeśli ktoś chciałby zacząć znajomość z Cavem, ten album będzie odpowiedni. Po prostu petarda.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski