Pusha T – The Wrath of Caine

wrath of caine

Ten młodzian na scenie amerykańskiej zrobił małe zamieszanie. Współpracował m.in. z Kanye Westem, The Game, Lloydem Banksem. W końcu nagrał dwie płyty, a teraz ukazuje się jego mixtape, gdzie znów potwierdza na co go stać.

Znajdujemy 11 piosenek, które wyprodukowali m.in. The Neptunes, Kanye West, Southside czy The Renegades. I wierzcie mi, bity są naprawdę mocne. I znów wszystko objawia się w intrze, gdzie zaczyna się od nawijki jakiegoś dzieciaka na temat rapera, który w skrócie kosi i wymiata. I tu pojawiają się organy, pianino, chór oraz powtarzający się w każdym utworze na końcu wołanie „My Name is My Name”. Bity są naprawdę mocne (brzmiące dość epicko „Millions”), spokojniejsze („It Doesn’t Matter” z różnego rodzaju perkusją), melodyjne („Road Runner” z bardzo delikatnymi dźwiękami elektroniki i cykaczem), pójściem w pop (najkrótsze „Revolution” oraz „Re-Up Gang Motivaton” z chórem), reggae („Take My Life” zapożyczone od Boba Marleya), r’n’b („Only You Can Tell it”- ten fortepian). Czyli jak widać jest różnorodnie, co zawsze jest zaletą.

Także sam raper potwierdza swoją dyspozycję, ma świetne flow, zaś sposób w jakim cedzi słowa zasługuje na uznanie. Co prawda nie bawi się w przyśpieszenia czy zwolnienia, ale wypada przekonująco. Tekstowo też jest różnorodnie, bo poza życiem w luksusie, samochodach, nie brakuje też wątków religijnych, rewolucji czy robieniu swojego bez względu na to, co mówią inni. Także goście też dopisali. Najlepszy jest Rick Ross, nieźle wypadli French Montana i Wale. Reszta nie przeszkadza.

Pusha T potwierdza tylko to, co już o nim słyszałem. Jest wymiataczem, a „Wrath of Caine” jest naprawdę mocny.

8/10

Radosław Ostrowski

Raekwon – Lost Jewerly

Lost_Jewlry

Pojawiły się głosy, że na blogu nie ma hip-hopu, że go marginalizuje. Dali mi to do zrozumienia goście, którzy wyglądali na fanów tego gatunku i zagrozili, że jeśli nie będzie ziomalskich klimatów, może się to dla mnie źle skończyć. W końcu zacząłem szukać i znalazłem parę albumów. A oto jeden z nich.

Kim jest Raekwon? Każdy fan Wu-Tang Clanu odpowie z zamkniętymi oczami. Raper do tej pory, poza działalnością w Clanie, nagrał 4 płyty solowe i już szykuje piątą. Ale w międzyczasie wydał EP-kę.

„Lost Jewlry” jak na Ep-kę jest dość obszerna, bo zawiera aż 12 utworów i śmiało mogłaby z tego wyjść pełnowymiarowa płyta. Za podkłady odpowiadają m.in. Scram Jones, Roads-Art i Frank G., zaś brzmienie jest mocno oldskulowe. Żadnych cykaczy, elektronicznych udziwnień, jest spokojnie i po bożemu. I to już słychać w intrze, gdzie smyczki idą w parze z perkusją. A dalej jest jeszcze bardziej staroświecko, ale nie nudno. Ponure „Prince of Thieves” z syrenami radiowozów na początku oraz smyczkami budującymi brudny klimat czy „Die Tonight” pachną brudem i ulicą, ale nie brakuje zróżnicowania. Są skręty w r’n’b („Hold You Down”- rozpisane na pianino, delikatną elektronikę, gitarę elektryczną), nostalgię („’86”, w którym opowiada o swojej młodości), pop („Whatever, Whenever” rozpisane na smyczki czy „Came On” bazujący na… „Owner of a Lonely Heart” Yes) czy orient (początek „To The Top”).

Zaś sam Raekwon jest w naprawdę dobrej dyspozycji, ma fajne flow, zaś nawija głównie o ulicy, gangach, ale też o przeszłości czy miłości. Nie brakuje oczywiście wiązanki nazwisk (od Nasa po… Bruno Marsa) i braggów, ale to jest standard. I nie zabrakło paru gości, z których najlepiej poradził sobie Freddie Gibbs.

Album jest ciekawy i świadomie oldskulowy. Dość długa to EP-ka, ale zapowiada zamieszanie w USA.

7,5/10

Radosław Ostrowski


The Killigans – Another Round for the Strong of Heart

Another_Round_for_the_Strong_of_Heart_300x300

W muzyce najlepsze jest to, że ciągle można odkrywać twórców czy zespoły, o których nigdy się nie słyszało. Kolejną taką ekipą jest amerykański zespól The Killigans, w którym dochodziło do wielu roszad. Obecnie kapelę tworzą: Brad Hoffman (gitara akustyczna, wokal), Chris Nebesniak (gitara), Greg Butcher (gitara elektryczna), Pat Nebesniak (akordeon, mandolina), Trevor Nebesniak (bas) oraz Ben Swift (perkusja).  do tej pory panowie nagrali 4 płyty i jedną EP-kę. Pora teraz na album numer 5.

10 – tyle piosenek znajduje się na albumie „Another Round for the Strong of Heart”. Jest to mieszanka punk rocka z brzmieniami celtyckimi, czyli trochę podobna muzyka jak w przypadku zespołu Dropkick Murphys. I pierwszy utwór ‚Hit the Deck” nasuwa te skojarzenia, bo i tutaj miesza się gitara elektryczna, akordeon z mandoliną mieszając ostrą energię z tradycją. Jednak w porównaniu do kolegów z Bostonu, kapela z Lincoln jest bardziej spokojniejsza i nie aż tak energetyzująca i wypada bladziej. Jednak mają dryg do mieszana gatunków, co widać w „Empty Street”. Zaczyna się od gitary i harmonijki, by po minucie doszła gitara elektryczna i perkusja + wokale w tle reszty zespołu w refrenach.  Tu też jest mieszanka wielu rzeczy: jest przyprawiona gitarą elektryczną marynarska ballada „Devil and the Deep Blue Sea”, gdzie najważniejszy jest akordeon i gitara, zaś bardzo spokojny „Salt of the World” pachnie country. Jest też rozpisane na banjo i gitarę instrumentalny „Ghosts of Our Fathers”, zaś kończące album „From the Underground” i „Take Me Back” to już czysty punk. Więc dzieje się, oj dzieje.

W tekstach panowie mówią zarówno o trudnej sytuacji („The Bottoms”, „Empty Street”), ale też nie brakuje zabawy i luzu („From the Underground”). Słucha sie tego świetnie, zaś wokal Hoffmana jest silny i mocny.

Jedno jest pewne – kolejna kapela grająca punka z celtyckimi brzmieniami pokazuje miejscami naprawdę pazur. Kolejne dobre granie dzisiejszego dnia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ben Harper with Charlie Musselwhite – Get Up!

Get_Up_300x300

Zdarzało się nieraz, że przedstawiciele tego samego gatunku nagrywali wspólnie album. I niedawno doszło do spotkania dwóch indywidualności. Ben Harper to wokalista i multiinstrumentalista, grający muzykę na styku bluesa, folku, zaś Charlie Musselwhite jest białym mistrzem gry na harmonijce ustnej. Ze spotkania tych dwóch osób powstał album „Get Up!”.

Album zawiera 10 piosenek bluesowych, gdzie wokal Harpera i harmonijka Musselwhite’a tworzą mocną mieszankę. Poza nimi dwoma przewija się tu gitara zarówno klasyczna („Don’t Look Twice”, „You Found Another Lover (I Lost Another Friend)”) jak i elektryczna (zadziorna w „I’m In I’m Out and I’m Gone” z rytmiczną perkusją czy surowa w „I Don’t Believe a Word You Say”), choć pojawia się też klaskanie i tamburyn („We Can’t End This Way”). Także jest dość spore zróżnicowanie. Nie brakuje spokojnych kawałków („You Found Another Lover (I Lost Another Friend)” na gitarę i harmonijkę czy trochę idące w country „I Ride At Dawn” na gitarze elektrycznej) jak i trochę przyśpieszających tempo  jak „Blood Side Out” z mocną perkusją, harmonijką i gitarą elektryczną czy bardziej retro „She Got Kick” pachnące rock’n’rollem z fajnym fortepianem, lekką gitarą elektryczną. Niby mało kompozycji, z czas mija bardzo szybko.

Głos Harpera jest solidny i bluesowy, czasem zadziorny jak „I Don’t Believe a Word You Say”. Brzmi bardzo naturalnie i przyjemnie. Także warstwa tekstowa jest na dobrym poziomie, dotykając tematyki przyjaźni, miłości i życiu.

Panowie zrobili bardzo udany album bluesowy, który słucha się z zainteresowaniem, a przy każdym odsłuchu zyskuje. To co? Wsiejemy i do dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Ladyhawk – No Can Do

no_can_do_300x300

Mówi wam coś nazwa Ladyhawk? Nie mylić z wokalistką, która ma jeszcze „e” na końcu pochodzącą z Nowej Zelandii. Ladyhawk to kanadyjski zespół rockowy w składzie: gitarzyści i wokaliści Duffy Driediger, Darcy Hancock, basista Sean Hawryluk oraz perkusista Ryan Peters. I do tej pory panowie nagrali 2 płyty studyjne i jedną EP-kę wydane przez wytwórnię Jagjaguwar. I teraz wyszła ich nowa płyta tym razem pod szyldem Triple Crown Audio.

Na „No Can Do” znajduje się 10 piosenek utrzymanej w stylistyce idącej w stronę punk rocka. Ponieważ nie znam ich wcześniejszego dorobku, nie wiem czy to poważna zmiana. Jednym słowo jest to bardziej melodyjny punk, w którym nie brakuje surowych, szybkich gitar („Rub Me Wrong”, „Sinking Ship”), spokojniejszych i powolnych, ale melodyjnych kompozycji („Footprint” z delikatnie brzmiącą gitarą oraz mocną perkusją czy „Eyes of Passion”).  Jest to płyta dość zróżnicowana, gdzie środek jest bardziej punkowy i ostry. Trochę przypomina to muzykę z lat 70-tych, co także pokazuje wokal, który jest retro. Zaś warstwa tekstowo jest bardzo w porządku, nie brakuje zgrabnych fraz. Tematyka nie zaskakuje, jest bardziej o tym, o czym większość pisze, ale nie drażni to.

Może i to nie jest pozycja zaskakująca czy wybitna, ale czy zawsze musi taka być. To po prostu kawał porządnego i fajnego grania. Może i niewiele, ale to jest dobre.

7/10

Radosław Ostrowski

Foals – Holy Fire

holy_fire_300x300

Brytyjski zespół Foals jest jednym z najbardziej znanych twórców indie rocka. Poza paroma EP-kami kwintet nagrał 2 studyjne płyty. A że ostatnia wyszła 3 lata temu, to najwyższy czas na nowy materiał.

„Holy Fire” zawiera 11 piosenek utrzymanych w stylistyce indie, rocka, z delikatną domieszką elektroniki. Za produkcję odpowiadają Alan Moulder i Mark „Flood” Ellis, którzy odpowiadali za płyty m.in. U2, The Smashing Pumpkins czy The Killers. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jest to na pewno bardzo melodyjny album z wpadającymi w ucho piosenkami. Najbardziej wyczuwalna jest gitara elektryczna Yannisa Phillipakisa, frontmana zespołu, delikatnie grające klawisze przez Edwina Congraeve’a (najbardziej w „Prelude”) oraz będąca w tle orkiestra. Problem w tym, że tylko niewiele utworów wybija się z tego albumu, bo surowość brzmienia zaczyna przeszkadzać. Niemniej jest parę perełek jak chilloutowy „Inhaler” (proste riffy + lekka elektronika + wokal) , energetyzujący „My Number” czy bardzo nostalgiczny „Moon”. Reszta zaś jest dość zbliżona do siebie, delikatnie grająca gitara elektryczna, czasem pojawi się smyczek, zaś głos Yannisa powoli staje się drażniący. Za to teksty są naprawdę w porządku, jest rzeczowo i nie brakuje metafor.

Niby nie brakuje sympatycznych dźwięków, jednak czegoś na tej płycie zabrakło. I sam do końca nie wiem, co poszło nie tak. Niemniej nie jest to zły album.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Michele McLaughlin – Breathing in the Moment

breathing_300x300

Muzyka instrumentalna jest dość trudna w ocenie. Bo jak opisać samą muzykę, bez słów, wokaliz, gdzie jest tylko instrument. Właśnie na taki album trafiłem, zaś jego autorką jest niejaka Michele McLaughlin, której dorobek i twórczość jest mi obca.

Z informacji umieszczonych na jej stronie internetowej wynika, że jest uznaną pianistką oraz kompozytorką, która nagrała do tej pory pięć płyt. Najnowsza zawiera 15 kompozycji rozpisanych na fortepian i… nic więcej. Każdy z tych utworów ma inną tonację i tempo – od bardzo spokojnych pasaży („Breathing in the Moment”, „The Beauty Within”), bo bardziej dynamiczne kompozycje („Stargazing” czy „Sisters” – obie idące w stronę walca) czy zmiany tempa w trakcie („Finding Balance”). Kompozycje te mają w sobie coś urzekającego i nie ma tu miejsca na nudę. Dużo tutaj pewnej melancholii („The Life Cycle”), trochę to przypomina utwory Mychaela Nymana, choć tutaj jest trochę delikatniej i przyjemniej. Wszystko to jest pięknie zagrane i skomponowane i nie brakuje tu zwyczajnie ślicznych melodii („Trilogy”, „The Joy of Chldhood” czy „Breaking Free”).

Taką muzykę albo się kupuje albo nie. Nie jest monotonna, ani skomplikowana, jednak wymaga ona skupienia. I pozwala na złapanie oddechu w tym goniącym świecie. Jeśli chcecie się wyciszyć, to propozycja idealna.

8/10

Radosław Ostrowski

Bullet for My Valentine – Temper Temper

temper_temper

Walijski zespół o bardzo oryginalnej nazwie Bullet for My Valentine działa już 10 lat. Kwartet do tej pory nagrał 3 płyty studyjne i 4 minialbumy. Teraz pojawiają się z nowym studyjnym materiałem nr 4, znanym też jako „Temper Temper”.

Album zawiera 11 kawałków idących w stronę metalu oraz bardzo ostrych brzmień. Za płytę odpowiada Don Gilmore, z którym nagrali poprzedni album „Fever”. Co rzuca się w przypadku tego albumu to chwytliwe brzmienie, co w przypadku tego typu muzyki jest rzadkością. Tempo jest tutaj szybkie, nie ma miejsca na żadne ballady czy przymulanie. Jest tu tylko rock/metal, ale o dziwo nie ma tu grania na jedno kopyto. Czuć moc i siłę, choć nie ma tu czegoś, co byłoby zaskoczeniem. Wrzeszczący i agresywny wokal + ostre gitary + waląca perkusja = metalowa płyta. Niemniej słucha się tego naprawdę dobrze, a 45 minut spędzone przy niej mija jak z bicza strzelił.

Nie brakuje tutaj naprawdę mocnego walenia („Temper Temper” czy „Riot”), a nawet jeśli pojawia się spokój, to tylko w zwrotkach („Dirty Little Secrets”), ale trudno wskazać najsłabszy kawałek, bo wszystko tutaj trzyma równy poziom. Także teksty są w porządku, choć tematyka miłosna dominuje, jednak pokazana w negatywnej stronie.

Miłośnicy zespołu oraz ostrego grania już powinni iść do sklepu i kupić „Temper Temper”. Reszta nie powinna się bać, bo to kawał solidnego grania na dobrym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Andrea Bocelli – Passione

andrea_bocellipassioneit2013

Andrea Bocelli to śpiewak operowy znany nawet tym, którzy nie chodzą do opery. Czasami zdarza mu się nagrać płytą z utworami muzyki popularnej w jego wykonaniu, które rozchodzą się w dużych nakładach. Zaś nowa „Passione” zawiera utwory śpiewane po włosku.

Wersja deluxe zawiera 18 piosenek wyprodukowanych przez Davida Fostera, który współpracował m.in. z Michaelem Buble czy Sealem. To elegancka muzyka pop, z czasów, gdy wokaliści korzystali ze wsparcia orkiestry symfonicznej. To ma swój urok, choć jest obawa, że przy dłuższym kontakcie ten album wynudzi. O dziwo słucha się tego dobrze i byłby to bardzo trafiony prezent na dzień 14 lutego. Jednak poza smyczkami, pojawia się też fortepian („Champagne”), gitara akustyczna („Roma Nun Fa’ La Stupida Stasera” czy „Tristeza”), akordeon („La vie en rose”, „Malafemmena”), pojedyncze skrzypce („Love in Portofino”) czy trąbka („When I Fall in Love”, „Il Nostro Incordo”). Właściwie czułem się jakby spędzał wakacje w Hiszpanii. I chyba o to chodziło.

Barwa głosu Bocelliego to już kwestia indywidualnej oceny, mnie jednak nie drażni i jest on w zasadzie mało operowy. Tu nie ma popisywania się czy przesadnej ekspresji (może poza „Malafemmeną”), jednak sprawdza się i brzmi dobrze. Choć płyta jest śpiewana po włosku, to znalazły się dwa utwory śpiewane w języku Anglików: „Love Me Tender” oraz „When I Fall in Love” i tu też wypada w porządku. Jak to artysta miał w zwyczaju, zaprosił paru gości, który go wsparli. Nie zawodzi Chris Botti, o dziwo dobrze wypadają śpiewające z nim Nelly Furtado („Corvocado”) oraz Jennifer Lopez („Quezas, Quezas, Quezas”).

„Passione” nie jest ani zaskakujące ani odkrywcze jako całość. Brzmi to dość „bezpiecznie”, ale nie nazwałbym go nudnym. Dobry materiał, w którym czuć rękę Fostera.

7/10

Radosław Ostrowski

Tomahawk – Oddfellows

oddfellows

Ten zespół to kolejna supergrupa. Tworzą ją klawiszowiec i wokalista Mike Patton (Faith No More), gitarzysta Duane Denison (The Jesus Lizard), perkusista John Stanier oraz basista Kevin Ruthmais. I tak powstał Tomahawk, jednak po nagraniu drugiej płyty Ruthmais odchodzi zastąpiony przez Trevora Dunna. I teraz panowie wracają z nowym piątym albumem.

Na „Oddfellows” znajduje się 13 piosenek wyprodukowanych przez zespół oraz Collina Dupuis. I mamy tutaj mieszankę rocka i elektroniki. Tak naprawdę każdy utwór jest zaskakujący i inny, a łączą je mocne refreny i melodyjność. Zaczynając od surowych brzmień (tytułowy kawałek ze świetną perkusją oraz gitarą) przez bardziej delikatne, ale szybsze gitary („Stone Letter” i „South Paw”), elektronikę („I.O.U.”), po mocny rock („White Hats/Black Hats”), jazz („Rise Up Dirty Waters”) i bluesa („Choke Neck”). Zróżnicowanie jest tak duże, że w zasadzie nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzamy. A wszystko to sprawia wielką frajdę w odsłuchu, mimo rozrzutu stylistycznego.

Swoją cegiełkę do tego przedsięwzięcia dodał Mike Patton, którego wokal też zaskakuje. Od mocnej i surowej recytacji („White Hats/Black Hats”) po śpiewanie bardzo spokojne („Rise Up Dirty Waters”) aż po wrzask („Choke Neck”).

Świetna płyta nie tylko na zimowe dni.

7,5/10