Biffy Clyro – Opposites

biffyclyroopposites_300x300

Szkocka kapela Biffy Clyro to zespół grający stricte rockową muzykę od 1995 roku. Trio w składzie gitarzysta Simon Neil, basista James Johnston oraz perkusista Ben Johnston do tej pory nagrali 5 płyt, zaś rozgłos przyniosła im czwarta „Puzzle” z 2007 roku. Po pięciu latach przerwy zespół powraca z nowym materiałem „Opposites”.

Za produkcję odpowiada współpracujący z nimi wcześniej Garth Richardson, zaś album zawiera dwie płyty po 10 piosenek. I obie płyty są do siebie zbliżone, czyli serwują dość zróżnicowane gitarowe granie. Ze zmianami tempa (nawet w trakcie utworu jak w „Black Chandelier”, gdzie spokojne zwrotki przeplatają się z mocniejszym refrenem), skrętami w melodyjne nuty („Sounds Like Ballons”, „Pocket”), świetnym wokalem, mocną perkusją („Little Hospitals”), nośnymi chórkami („Biblical” przypominający Coldplay) czy nawet punkiem („Modern Magc Formula”), a nawet bluesem („Trumpet or Tap”). Jednak poza basem i gitarami pojawia się trochę elektroniki (początek „A Girl and a Hat” czy „The Fog”), oraz dość nietypowych instrumentów dla tego zespołu jak harfa („Sounds Like Ballons”), meksykańskich trąbek („Spanish Radio”), kobzy („Stinging’ Bells”) czy skrzypce („Victory Over the Sun”).

Wokal Neila brzmi tak jak trzeba. Zadziornie, spokojnie – żaden problem, ze wsparciem reszty zespołu w refrenach („Black Chandelier”). Zaś do tego dodajmy jeszcze nie głupie teksty, to mamy naprawdę dobre, rockowe granie. Z energią, pazurem, zróżnicowaniem i odrobiną finezji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paatos – V

V_300x300

Szwedzki zespół Paatos to jeden z bardziej kojarzonych zespołów skandynawskich grających rocka progresywnego.  Do tej pory nagrali jedną EP-kę i cztery studyjne albumy. Jak na 13 lat działalności to całkiem sporo. W zeszłym roku ukazała się piąta płyta pod wielce mówiącym tytułem „V”.

Jednak zawartość jest dość intrygująca, bo jest 8 piosenek, z czego cztery pochodzą z poprzednich płyt (po jednej z każdej) i zostały przerobione. Ale zacznijmy od świeżego materiału, który wypada dobrze. Tutaj przede wszystkim są ostre gitarowe riffy, które są wzmacniane i przyśpieszane („Feel”, „Desire”), ale też jest bardzo spokojna i bazująca na klawiszach oraz gitarze elektrycznej „Cold War” i chyba najlepszy z tej połówki płyty „Into the Flames”. Trochę łagodniejsza gitara oraz mocniejsza perkusja tworzą dość ciekawe połączenie.

Za to druga połówka wypada moim zdaniem lepiej i ciekawiej. Najpierw wybrzmiewają bardzo akustyczne „Tea” oraz „In Time”, zaś następne dwa utwory to już remixy. Nie, na szczęście nie są to techno przeróbki, ale zrobione ze smakiem i wyczuciem. Genialny „Precious” z delikatnie dodanym beatem, zaś „Your Misery” z lekko agresywniejszym oraz bardziej dyskotekowym podkładem wypada całkiem przyzwoicie.

Wszystko to jest po prostu pięknie zaśpiewane przez Petronellę Nettermalm, której delikatny głos buduje bardzo intymny klimat i broni każdy z utworów.

Powiem najkrócej jak można: jest to dobra płyta, której słucha się z zainteresowaniem i bez znużenia. A o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Robert Downey Jr. – The Futurist

robert downey jr. - the futurist

Aktor śpiewający to dość niebezpieczne zjawisko. Zwłaszcza, gdy to robi za pierwszym razem, musi być pewny tego, co robi. Inaczej można się rozczarować i przejechać. Ale w 2004 roku tego zadania podjął się pewien upadły aktor, którego kariera była na rozdrożu. A to wszystko dzięki narkotykom i alkoholowi. Jednak zanim do tego, miał opinię naprawdę obiecującego i cholernie zdolnego.

Był Chaplinem, pilotem helikoptera w „Air America”, cynicznym dziennikarzem w „Urodzonych mordercach” czy adwokatem, który zdobył serce Ally McBeal (m.in. ze wsparciem Stinga). Na planie serialu „Ally McBeal” odkrył talent wokalny. Być może wtedy padła decyzja o wydaniu płyty. A osobnikiem tym był Robert Downey Jr.

Ten młody facet na swoim albumie „The Futurist” nagrał 10 utworów utrzymanych w lekko jazzowej stylistyce. Za produkcję odpowiadali Jonathan Elias (kompozytor muzyki filmowej) oraz Mark Hudson, który współpracował m.in. z Ozzym Osbornem, Stevenem Tylerem, Katie Melua czy Andreą Bocelli. Czyli wzięli się zawodowcy. A efekt jest dla mnie satysfakcjonujący, a twórcy idą w stronę wyciszenia i delikatnego chilloutu, a aranżacje są naprawdę bardzo solidne, tak jak bogate instrumentarium, gdzie dominuje fortepian, na którym gra sam Downey. Ale poza nim przewijają się też smyczki („Man Like Me”, „Kimberly Glide” czy „Smile”), gitara akustyczna („Broken”, „The Futurist”), bas („Broken”), a nawet skrzydłówka („Details”). Także kompozycje są dość zróżnicowane i nie ma tu kopiowania innych.

Robert Downey Jr. poza użyczeniem głosu jest w większości autorem tekstów i muzyki, z wyjątkiem dwóch piosenek. Są to „Smile” Charliego Chaplina oraz „Your Move”, który jest połówką „I’ve Seen All Good People” zespołu Yes. Ogólnie liryka jest bardzo w porządku, zaś wokal Downeya w paru miejscach fałszuje, jednak wrażenie jest dobre, nie ma udawania, zaś warstwa liryczna jest napisana nieźle, choć tematyka mało odkrywcza.

Po tym albumie kariera Downeya Jr. nabrała rozpędu i pokazała wszechstronny talent tego aktora, stając się Iron Manem. A tak na poważnie to dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

push_the_sky_away_300x300

Nagrywają płyty raz na kilka lat, ale gdy już pojawia się album, jest to wydarzenie. Nick Cave dla mnie jest przede wszystkim kompozytorem filmowym, którego nieszablonowe partytury pisane z Warrenem Ellisem robiły pozytywne wrażenie. Dopiero teraz odkryłem, że od 30 lat kieruje zespołem The Bad Seeds, grając szeroko pojęta muzykę alternatywną, budującą bardzo mroczny klimat. Właśnie dzisiaj wyszła już 15 płyta Cave’a i Złych Nasion „Push the Sky Away”.

Przed nagraniem doszło do perturbacji w składzie. Zespół opuścił współzałożyciel Mick Harvey, za to wrócił grający w latach 80-tych Barry Adamson. I tak siedmioosobowy zespół (Cave, Adamson, Ellis, Martyn Casey, Convay Savage, Thomas Wydler i Jim Sclavunos) pojawili się i nagrali nowy album po pięciu latach.

Piosenek jest 9, czyli niewiele jak dla zespołu i na standardy dzisiejsze. Jednak nie liczy się ilość, ale jakość i ta muzyka jest dla mnie zaskakująca. Z jednej strony te utwory są bardzo stonowane i kameralne, ale podskórnie wyczuwa się mrok i tajemnicę, pokazując mroczną stronę człowieka. Wyczuwa się to już w  „We No Who U R”, gdzie niewyraźnie brzmiące klawisze, syntetyczna perkusja oraz spokojny wokal Cave’a mówiący, że „wie kim jesteśmy, gdzie mieszkami i przebaczenie nie jest nam potrzebne”. Ale to dopiero początek dalej mamy skontrastowane organy z gitarą elektryczną („Wide Lovely Eyes”), kompletnie przemieszanie gitar, smyczków, pianina i nerwowej perkusji („Water’s Edge”), spokojny i zapętlający wstęp gitarowy, gdzie poszczególne instrumenty zaczynają rozbrzmiewać i zlewać w mocnym finale („Jubilee Street”) czy idący w stronę bluesa i psychodelii „Higgs Boson Blues” z lekko podchmielonym głosem Cave’a. Każdy utwór jest inny i jednocześnie przykuwa uwagę.

Poza wokalem Cave’a, który brzmi spokojnie nie można zignorować tekstów, w których autor opowiada różne opowieści, które nie są ze sobą powiązane (poza „Jubilee Street” o prostytucje, co „miała historię, ale nie przeszłość” i „Finishing Jubilee Street” opowiadający o przeżyciach Cave’a… po napisaniu „Jubilee Street”). A czego tu nie ma? Syreny („Mermaids”), wędrówka do Genewy, gdzie spotykamy Roberta Johnsona skuszonego przez diabła, samego diabła i… Miley Cyrus („Higgs Boson Blues”) czy nieradzenie sobie z problemami (tytułowy utwór o „popychaniu nieba”).

Ta muzyka albo was przyciągnie albo odepchnie. Stany średnie nie istnieją tutaj, a mnie wciągnęło totalnie. I już wiem, że moja znajomość z Cave’m i Nasionami dopiero się zaczyna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Helloween – Straight out of Hell

Helloween_300x300

Power metal to nie jest gatunek muzyki, który może przejść jakąkolwiek ewolucję. Jednak mimo to cieszy się względnie dużą popularnością oraz paroma uznanymi kapelami, jak choćby szwedzki Sabaton czy niemiecki Helloween. Tym razem to właśnie Niemcy zaserwowali swój nowy album „Straight Out of Hell”, gdzie nie mogło zabraknąć dyń.

Zespół pod wodzą producenta Charlie’ego Bauerfeinda wyznaje prostą filozofię muzyki, czyli serwuje nam młóckę oraz łojenie gitarami pędząc na złamanie karku. Ostre i szybkie gitarowe riffy, mocno waląca perkusja, bardzo melodyjne chórki w refrenach oraz drapieżny wokal Andi Derisa. Nihil novi, ale nie o to tu chodzi, bo kawałki te mają swój power. Wystarczy wskazać choćby otwierający album „Nabateea” zaczynający się lekko orientalną gitarą elektryczną, potem następuje przyśpieszenie w zwrotkach oraz dziwnie epicki refren. I tak przez 7 minut. W zasadzie ekipa jedzie ostro przez 70 minut bez żadnych hamulców. Nawet jeśli pojawia się zwolnienie i spokój, to tylko na krótko, by znów przyśpieszyć, jak w „Burning Sun” (w wydaniu deluxe jest ten utwór w Hammond Version z granymi organami Hammonda w hołdzie zmarłemu Jonowi Lordowi – klawiszowcowi Deep Purple). Jednak jest jeden powolny kawałek „Hold Me in Your Arms”, który nie bardzo pasuje do całej reszty. Rozbieranie tej płyty na czynniki pierwsze tak naprawdę nie ma sensu, bo poziom jest dość wyrównany (poza wspomnianą balladą).

Nie jest to nic odkrywczego, ale power naprawdę ma i słucha się tego naprawdę fajnie. W tym roku Helloween zaczęło się wcześniej i jest naprawdę good.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gregorian – Epic Chants

epic_chants_300x300

Niemiecki chór Gregorian śpiewający na modłę chorału gregoriańskiego utwory muzyki rozrywkowej (seria „Masters of Chant”), zrobił niemałe zamieszanie na świecie.  I teraz też podjęli się kolejnych przeróbek, tym razem padło na piosenki z filmów.

A wśród wykonawców pierwowzorów (sztuk 14) nie zabrakło m.in. Annie Lennox, Paula McCartneya, Elvisa Costello czy Celine Dion. Wierzcie mi lub nie, nie spodziewałem się, że jeszcze można tak zaśpiewać. Efekty bywają wręcz zaskakujące, zaś każdy utwór kończy się instrumentalnymi kompozycjami. Jedynym napisanym przez twórców utworem jest inspirowany powieścią Kena Folletta „World Without End” z gościnnym wokalem Evy Mali, która w refrenie naprawdę wymiata, fajnymi elektronicznymi smyczkami oraz delikatną gitarą. Dalej będzie się działo jeszcze ciekawiej. Na mnie największe wrażenie zrobiło „My Heart Will Go On”, który dzięki m.in. skrzypcom zwyczajnie nie drażnił, zaś wysokie głosy panów dodały siły temu utworowi. Zespół sprawdza się zaskakująco w każdym gatunku i to nie ważne czy to rock („Live and Let Die” z filmu o Bondzie brzmi bardzo ciekawie, zaś przeplatanie smyczków, mocnej perkusji, wokali oraz gitary elektrycznej tworzy istny koktajl Mołotowa) czy pop, chór wypada bardzo przekonująco. Mega niespodziankami były dla mnie ich interpretacje „Kiss from a Rose” Seala (tu wsparła ich Amelia Brightman), „She” Elvisa Costello czy „Unchained Melody”, które jest małą perełką.

Ale jednak najbardziej przyczepiłbym się do dwóch utworów, które nie wypaliły. „Conquest of Paradise” Vangelisa jest zbyt podobne do oryginału i nie ma jego mocy (choć solo na gitarze brzmi naprawdę fajnie). Drugim utworem jest średnie „Into the West” Annie Lennox.

Widać, że Gregorian nadal mają pomysły na robienie bardzo oryginalnych coverów i nie czuć zmęczenia materiału. Pytanie tylko za co teraz się wezmą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Tubular Beats

mike oldfield - tubular beats

Postać Mike’a Oldfielda najbardziej jest kojarzona dzięki płycie „Tubular Bells” nagranej w 1972 roku. Później powstały druga i trzecia część tej płyty, a w 2003 roku nowa wersja oryginału. Teraz jednak ten muzyk i multiinstrumentalista podjął się karkołomnego zadania przerobienia swoich utwór bazując na nowoczesnych trendach.

Podszedł to tego albumu z obawami, bo znam te nowoczesne trendy i parę utworów Odlfielda, więc nie wyobrażałem sobie tego połączenia. Utwory zostały zremiksowane przez duet York i jestem mocno zawiedziony. Takiej chały to ja nie słyszałem od bardzo dawna. Elektronika po prostu drażni i pasuje do tych kompozycji jak pięść do nosa i zamiast wspomagać, niszczą je. Wystarczy posłuchać chocby „Tubular Bells”, „Tubular Bells” czy piosenek nagranych z Maggie Kelly „Moonlight Shadow” i „To France”. Te utwory mogę skwitować tylko jednym słowem: profanacja. Ja rozumiem, że chodziło o podbój dyskotek, ale to nie zmienia faktu, że „Tubular Beats” jest złe. Jest jednak pewien mały plus: kończący album „Never Too Far” z wokalizami Tarji Turunen z Nightwish.

Powiem to z żalem: mamy tutaj do czynienia z wyrafinowanym i podłym skokiem na kasę. Przykład na to jak płyty nie wolno wydawać.

Radosław Ostrowski

Eldo – Live in Warsaw 2012

eldo_300x300

Stodoła 12 maja 2012. Tego dnia doszło do jednego mega koncertu hip-hopowego, bo zagrali Projekt Parias, Molesta i Eldo. Wszystkie zostały one wydane na płytach kompaktowych + koncertowe DVD.

Utworów jest 22, zaś raperowi towarzyszy Daniel Drumz, a także DJ Dej i DJ B. Kawałki są przede wszystkim okraszone bardzo oldskulowymi bitami, zaś nawijka Eldoki jest naprawdę wysoka. I nie ważne czy nawija o Warszawie („Ferajna” zaczynająca się „Balem na Gnojnej”), wizycie diabła („Diabeł na oknie”), o kraju („Nie pytaj o nią”) czy jego definicję rapu („Styl, flow, oryginalność”), facet ma bezpośredni kontakt z widownią, która potrafi z nim nawijać („Nigdy, zawsze, na pewno”) i słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Trudno wybrać najlepszy czy najsłabszy kawałek, bo takiego praktycznie nie ma. Całość jest naprawdę interesująca i tworzy atmosferę obecności na miejscu, a to w płytach koncertowych jest najważniejsze.

Mógłbym rozpisać się trochę więcej, ale moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli jeszcze tego nie nabyliście, to co tu jeszcze robicie? Ja na waszym miejscu już bym to nabył.


Radosław Ostrowski

Hollywood Undead – Notes from the Underground

notes_from_underground_300x300

Ekipa ta pojawiła się w 2005 roku, a tworzy ją 4 raperów (z czego jeden gra  na klawiszach i gitarze, drugi tylko na gitarze), jeden wokalista z gitarą elektryczną i perkusista, który czasem drze ryja. Tak narodził się zespół Hollywood Undead grający rapcore, czyli łączą rocka z rapem. Efektem tego jest 3 płyta „Notes from the Underground”.

Wersja deluxe zawiera 14 kawałków, które są mieszanką ostrego, ale przystępnego rocka z hip-hopem, co zarówno dla nich jak i muzyki nie jest niczym nowym. Jednak ta mieszanka nadal się sprawdza, choć jest tu trochę za łagodnie w porównaniu do poprzedników. Czy to jest wada? Raczej nie. Panowie próbują ciągle czegoś nowego i eksperymentują, co wychodzi im z różnym skutkiem. Najlepsze są zdecydowanie ostre kawałki jak otwierające album „Dead Bite”, „We Are” czy z łudzącym początkiem na fortepianie „From the Ground”, gdzie dalej mamy ostrą gitarę w refrenach i farsz elektroniczny. Czasem zdarza się bardziej pójść w stronę popu („Another Way Out”, „Lion” zajeżdżający trochę Linkin Parkiem) czy niemal akustyczny „Rain”), czystego rapu („Pigskin”, „One More Bottle”), a nawet czegoś wręcz radiowego („Believe” z fortepianem i lżejszą elektroniką), co może przyprawić o ból głowy. Ten totalny rozrzut jest zdecydowanie na plus, zaś kawałki są w najgorszym wypadku całkiem przyzwoite.

O dziwo wokal jest bardzo zróżnicowany, bo jedyny śpiewający Danny bywa zarówno bardzo spokojny („Believe”) jak i bardzo ostry i wściekły („From the Ground” czy „We Are”). Za to ziomale, czyli Charlie Scene, Funny Man, J-Dog i Johnny 3 Tears wymiatają i napędzają ten album. Tak po prostu. Jeśli zaś chodzi o lirykę, to tutaj jest bardzo ponuro – przemoc, strach, beznadzieja, ale też wolność, chęć zerwania z rutyną. Nie ma nudy i szablonu, tak jak w muzyce.

Zespół znów pokazuje, że potrafią zaskoczyć i stworzyć bardzo nieobliczalny materiał. Huśtawka emocji i rytmów może być odskocznią. Za to mają szacun.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hugh Laurie – Let Them Talk (Special Edition)

Hugh_Laurie__Let_Them_Talk_Special_Edition_Cover_300x300

Zdarzało się, że za muzykowanie biorą się osoby spoza środowiska muzycznego, głównie aktorzy. Dlaczego wydawali swoje albumy? Dla większej sławy, kasy, popularności? A może dlatego, że potrafią? Trudno powiedzieć. Częściowej odpowiedzi może dać album najpopularniejszego lekarza telewizyjnego ostatnich lat.

Hugh Laurie czyli słynny Dr House to tak naprawdę człowiek wielu talentów. Głównie aktor, ale także pisarz, gra też na gitarze, fortepianie i harmonijce, co pokazywał w niejednym odcinku serialu. Jak sam mówił w jednym z wywiadów, bluesa słuchał od dziecka i zawsze chciał wydać płytę w tym gatunku.


Sam album zawiera bluesowe, tylko w kompletnie nowych aranżacjach. A o tym, że jest to niezwykły album pokazuje już pierwszy utwór „St. James Infirmary” z dwuminutowym wstępem na fortepian. Laurie potwierdza swoje umiejętności, zarówno jako instrumentalista, jak i wokalista. Czuć starego ducha bluesa, choć tutaj dominuje fortepian. Ale poza nim nie brakuje gitary („You Don’t Know My Mind”, „Police Dog Blues”), skrzypiec („Battle of Jericho”), dęciaków („St. James Infirmary”, „Tipitina”).  Zaś jeśli chodzi o tempo dominuje tu spokój, choć nie brakuje szybkich numerów („They’re Red Hot”) czy przyśpieszania w trakcie („Swanee River”). To wszystko buduje klimat.

Teksty są przewrotne i pełne czarnego humoru. Zaś głos Lauriego jest po prostu świetny i dopełnia tej atmosfery. Jednak poza nim zaśpiewało trzech gości: Dr. John („After You’re Gone”), Irma Thomas zwana królową soulu („John Henry”) i Tom Jones („Baby, Please Make a Change”). Wszyscy nie zawiedli i wywiązali się ze swoich zadań rewelacyjnie.

Edycja specjalna tej płyty poza 15 kawałkami, zawiera jeszcze 3 nowe kompozycje (z nich najlepsza jest „Hallelujah, I Love Her So”), koncertową wersję „You Don’t Know My Mind” z Paryża oraz DVD „A Celebration Of New Orleans Blues”, w którym poza zapisem koncertu z Nowego Orleanu Laurie opowiada o swojej muzycznej podróży śladami bluesa, czego słucha się po prostu znakomicie.


Jeśli aktorzy mają wydawać płyty i śpiewać, niech robią to tak, jak zrobił Hugh Laurie. Klimat, prostota i szczerość – to najmocniejsze atuty „Let Them Talk”. Widać i słychać, że ktoś usiadł i nagrał album z miłości do muzyki. Jeśli jeszcze nie nabyliście, to na co jeszcze czekacie? A mówią, że biali nie czują bluesa.


9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski