Robin Hood: Faceci w rajtuzach

Był taki czas, że Mel Brooks był mistrzem filmowej parodii. Głównie w latach 60. i 70. zanim pojawiło się wariackie trio Zucker-Abrahams-Zucker, demolując całą konwencję do granicy absurdu. Nie oznaczało to, że Amerykanin sobie odpuścił, bo były „Kosmiczne jaja” (parodia Gwiezdnych wojen) czy „Dracula: wampiry bez zębów” (krwawe jaja z Draculi F.F. Coppoli). Ale ja nie o tym, tylko o pewnym przeoczonym przeze mnie tytule. Czyli parodii przygodowych filmów o najsłynniejszym brytyjskim łuczniku i rabusiu z lasu Sherwood (oraz jego filmowej wersji z Kevinem Costnerem).

Czy w ogóle jest sens streszczać fabułę „Facetów w rajtuzach”? To „Robin Hood: książę złodziei”, tylko mniej mroczny i mniej poważny. Czyli Robin (Cary Elwes) ucieka z arabskiego więzienia, przepływa przez suchy przestwór oceanu aż do Anglii (po czym poznać, że to Anglia? Bo na wzgórzu przed plażą jest wielki napis ANGLIA – wiadomo), cały jego majątek przejął zły szeryf, a krajem rządzi Jan. Jak to ujął Kazik: „wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga”. Kto może pomóc Robinowi w jego misji? Młody czarnoskóry chłopak Apsik (Dave Chappelle), niewidomy sługa Zezuj, Mały John i spółka oraz służący radą rabin Tuckmann (Mel Brooks).

Brooks serwuje typową dla siebie mieszankę humoru absurdalnego, żartów słownych (dla tłumaczy to gimnastyka, by zachować sens i humor w tego typu żartach), popkulturowych odniesień. Oraz wiele scen z filmu Reynoldsa w bardzo przerysowanej formie (finałowa konfrontacja, walka Robina z Małym Johnem o myto czy ślub z udziałem… króla Ryszarda). I muszę przyznać, że po 30 latach od premiery ten film nadal dobrze się trzyma, a humor działa. Od czołówki, gdzie łucznicy strzelają ognistymi strzałami (co kończy się spaleniem wioski) przez pełniący rolę prologu i epilogu średniowiecznych raperów (bo czemu nie), masę slapsticku (po coś jest ten niewidomy sługa, ale nie tylko on), a nawet… samego ojca chrzestnego, don Giovanniego (tak, to parodia Marlona Brando i to pyszna!!!).

Może i niektóre żarty wydają się zbyt oczywiste jak przejęzyczenia szeryfa z Rottingham czy slangowa nawijka Apsika. To na szczęście nie zdarza się zbyt często, by psuć frajdę z seansu, a Brooks cały czas niczym iluzjonista serwuje kolejne sztuczki. A to nagle będziemy mieli scenę musicalową niczym z burleski (z obowiązkowym kankanem), a to Robin staje się za bardzo podniosły, romantyczny (jak śpiewa serenadę do Marion – perełka) do przesady, a tu nagle pojawia się… ekipa filmowa. Więcej nie zamierzam zdradzić, bo im mniej się zdradza, tym większa frajda z odkrywania.

No i do tego cudnie dopasowana obsada, która znakomicie się znalazła w tej konwencji. Jeśli jednak miałbym kogokolwiek wyróżnić z tego grona, to zdecydowanie postawiłbym na Cary’ego Elwesa oraz Rogera Reesa. Ten pierwszy jest heroiczny aż do przesady, zaś ze swoimi patetycznymi słowami, obietnicami nie jest w stanie się zatrzymać. Czyli jeśli nie strzałą czy mieczem, to słowami by nas zabił. Z kolei Rees jako szeryf jest przerysowanym łotrem ze sporą skłonnością do przejęzyczeń oraz bardziej pierdołowaty wobec naszego herosa. Reszta też potrafi błyszczeć, nawet mając do dyspozycji 1-2 sceny, a wymienianie wszystko byłoby zbyt czasochłonne. Każdy się spisał, poważnie.

„Faceci w rajtuzach” godnie znoszą próbę czasu i nawet jak na parodię, budżet był spory. Scenografia i kostiumy nie pachną taniością, dowcipy ciągle są celne, a Brooks nic nie stracił ze swojej siły. Takie czary to tylko najwięksi w swojej kategorii potrafią. Czy to najlepszy film o Robin Hoodzie? Prawdopodobnie tak.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień świstaka

Jaki inny film można obejrzeć w dniu świstaka jak nie… „Dzień świstaka”? Nakręcona równo 30 lat temu przez Harolda Ramisa historia stała się inspiracją dla filmów (m. in. „Na skraju jutra” czy „Śmierć nadejdzie dziś”), ale także gier komputerowych („Deathloop”). To także Bill Murray w najbardziej „murray’owej” kreacji w swojej karierze, a sam film jest dość unikatową… komedią romantyczną. Poniekąd. Ale może nie rozpędzajmy się.

dzien swistaka4

Bohaterem filmu jest Phil Connors (Bill Murray) – pan pogodynek lokalnej stacji telewizyjnej, który sprawia wrażenie lekko znudzonego (delikatnie mówiąc) swoją robotą. Trochę zblazowany gość razem z nową producentką Rita (Andie MacDowell) oraz kamerzystą Larrym (Chris Elliott) wyrusza do Punxsutawney. Po co? Na coroczny Dzień Świstaka, by sfilmować jak zwierzak o imieniu Phil przewiduje pogodę. Bo nie wiem czy wiecie, ale jest taka fama, że jak świstak zobaczy swój cień zima potrwa jeszcze sześć tygodni. Dla naszej telewizyjnej gwiazdy to czwarta eskapada i ekscytacja już zniknęła. Nasz Phil robi swoje, idzie do hotelu, kładzie się spać. Budzi się i… wtedy następuje szok, bo znowu jest Dzień Świstaka. Tylko Connors się w tym wszystkim orientuje, że wpadł w pętlę. Ale jak się z niej wydostać?

dzien swistaka2

Na pierwszy rzut oka „Dzień świstaka” to jeden, ciągle powtarzający się dzień bohatera, powtarzany w kółko i w kółko. Czyli niemal cały czas widzimy te same sytuacje (pojawienie się dawnego znajomego, który jest agentem ubezpieczeniowym; relacja dla telewizji; kąpiel pod prysznicem z zimną wodą), co może wydawać się pewną nudą oraz pójściem na ograne gagi. Ale jednocześnie Ramis nie idzie na skróty i cały czas dodaje nowe kombinacje. Wszystko to pokazuje różne stany emocjonalne bohatera: od uznania sytuacji za żart przez próbę użycia zdobytej wiedzy dla własnej korzyści (przespania się z Ritą) do depresji i scen niemal żywcem wziętych z poradnika „50 sposób na zabicie się”. Wszystko okraszone sarkastycznymi komentarzami Connorsa.

dzien swistaka3

Przynajmniej do czasu, bo pojawia się pytanie: co z tym fantem zrobić? Upić się, okraść pieniądze, uratować dziecko spadające z drzewa, zając się schorowanym staruszkiem? Skonsultować się z lekarzem lub psychiatrą? A może mieć w dupie to wszystko i skończyć ze sobą? Nie ma tu żadnego przybysza czy kogoś, kto przyszedłby, mówiąc: Stary, musisz zrobić tak i tak, by jutro się wydarzyło. To by było zbyt łatwe, proste i (zapewne) naiwne. Wszystko zarówno na wysokich komediowych obrotach, jednocześnie stając się bardziej refleksyjnym spojrzeniem na ludzką naturę. I czy pod wpływem okoliczności jest możliwa zmiana na lepsze? Na stałe? Odpowiedź nie brzmi tak naiwnie, jak by się mogło wydawać.

dzien swistaka1

Wiadomo, że jak się mówi o „Dniu świstaka” każdy wspomina o Murray’u, który do grania takich sarkastycznych palantów jest idealny. Obojętnie czego by nie zrobił (a robi tu masę rzeczy jak np. naśladuje Bezimiennego z filmów Sergio Leone), nie da się tego drania nie lubić. Taka jest siła jego specyficznego uroku, a jego przemiana (właściwie pokazanie tej wrażliwszej strony) robi tak piorunujące wrażenie. Jednak nie tylko on ma swoje przysłowiowe pięć minut. Równie urocza jest Andie MacDowell jako producentka Rita, która twardo stąpa po ziemi i ściemę wyczuwa na kilometr. Dynamika tej dwójki to jedno z emocjonalnych spoiw, pozwalające spojrzeć na ten film głębiej niż na komedię. Tutaj nawet postacie trzecioplanowe (burmistrz Buster, właścicielka pensjonatu, dwaj lokalsi, Ned Ryderson czy kamerzysta Larry) są wyraziste, co jest bardzo rzadkie w kinie.

„Dzień świstaka” jest filmem, który Amerykanie nazywają sophisticated comedy, czyli komedii inteligentnej, bardziej wyrafinowanej i głębszej. Gdzieś czuć tutaj klimat filmów Franka Capry, który potrafił nie tylko rozbawić, ale także skłonić się do zastanowienia się. A także do pokazania jaśniejszej strony życia bez fałszu czy naiwności, co nie jest takie proste. Nic dziwnego, że jest to opus magnum w karierze Harolda Ramisa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Orzeł

ORP Orzeł – jeden z najbardziej znanych polskich okrętów podwodnych II wojny światowej. Niedawno powstał dość nietypowy film fabularny, próbujący odtworzyć ostatnie dni tego okrętu („Orzeł. Ostatni patrol”). Nie był to jednak jedyny film, który próbował opowiedzieć historię „Orła” i jego załogi. W 1958 roku Leonard Buczkowski nakręcił film „Orzeł” według scenariusza napisanego wspólnie z Januszem Meissnerem.

Już na samym początku słyszymy lektora i informację, że film nie jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, tylko luźno opiera się na faktach. Nawet imiona i nazwiska nie są prawdziwe. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że reżyser bardziej trzyma się rzeczywistości niż wiele współczesnych filmów opartych na faktach. Historia skupia się na losach Orła na początku wojny przez internowanie w porcie Tallina aż do brawurowej ucieczki i dotarcie do Wielkiej Brytanii. Sporo jak na trochę ponad półtoragodzinny film. Jednak Buczkowski nigdzie się nie spieszy, zaś większość czasu skupia się na życiu okrętowym. Poza Tallinem nie opuszczamy statku i mimo wielu postaci (oficerów oraz marynarzy) nie czułem się zdezorientowany. Udaje się twórcom każdej z postaci na tyle charakteru, by mieć szansę na wyróżnienie się: od chorującego komandora przez oficerów aż po szarych marynarzy.

Nadal wrażenie robi tutaj scenografia oraz samo wnętrze statku. Jedynym bardziej akcyjnym momentem jest ucieczka z portu w Tallinie, która nawet dziś potrafi trzymać w napięciu. Nie brakuje też scen podwodnych, gdzie Orzeł musi ukrywać się przed okrętami niemieckimi. Problem jednak mam, że sceny okrętu pod wodą są niewyraźne i jakby rozmyte. Niemniej nadal pojawia się napięcie jak choćby w scenie wysadzenia niemieckiego okrętu za pomocą skonstruowanej bomby. A wszystko to opowiedziane bez patosu, propagandowych podtekstów (przynajmniej wprost), co patrząc na rok produkcji jest zaskakujące. Tak samo jak brak muzyki.

Wszystko to podparte świetnym aktorstwem z bardzo znanymi twarzami tego czasu (Wieńczysław Gliński, Aleksander Sewruk), jak i dopiero stawiających poważne kroki (Jan Machulski, Ignacy Machowski czy kradnący film Bronisław Pawlik), tworząc zgrany kolektyw. Trudno się do kogokolwiek przyczepić, tak samo jak do samego filmu. Nie bez wad, jednak mimo wieku nadal wytrzymuje próbę czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Prorok

Kino więzienne stało się w zasadzie gatunkiem samym w sobie. Trudno wymyślić co nowego w historiach u człowieku, który musi się odnaleźć w brutalnym, bezwzględnym świecie. Tutaj liczy się przetrwanie, dla którego można posunąć się do rzeczy, jakich nikt by w sobie nie podejrzewał. „Prorok” wydaje się wpisywać w ten schemat, ale Jacques Audiard tylko pozornie podąża znajomymi ścieżkami.

prorok1

Bohaterem „Proroka” jest Malik (Tahar Rahim) – 19-latek algierskiego pochodzenia, skazany na 6 lat za pobicie policjanta. Nieczytający, nie za bardzo piśmienny, niepraktykujący muzułmanin. To ostatnie powoduje, że przebywający w więzieniu ziomkowie nie uważają go za swojego. Niejako od razu zostaje postawiony w sytuacji beznadziejnej, a wszystko przez szefa gangu Korsykanów – Cezara Lucianiego (Niels Arestrup) Ten stawia mu warunek: ma zabić jednego z nowych, który ma zeznawać przeciw szefowi Luchianiego albo on zabije Malika. Jeśli to zrobi, będzie pod jego opieką. Jeśli nie, będzie gryzł piach.

prorok2

Audiard miesza tutaj więzienny dramat psychologiczny z kinem gangsterskim, jednak cały czas unosi się duch kina europejskiego. Jest bardzo surowo, bez upiększeń i brutalnie. Tutaj ścierają się cały czas dwa obozy, których nawet więzienne mury nie są w stanie powstrzymać przed prowadzeniem swoich interesów: morderstw, dilerki, rozmów. Gangi trzymają prawdziwą władzę w więzieniu i oni wydają się decydować o losie wszystkich. Malik, początkowo zagubiony, przestraszony oraz traktowany z nieufnością przez obie strony, z czasem zmienia się. I trudno powiedzieć, że to zmiana na lepsze. Jasne, kształci się w więziennej szkole i nadgania, jednocześnie zaczyna coraz bardziej wspinać się w hierarchii aż sam staje się grubą rybą.

prorok3

Niemal cały czas kombinuje on jak zacząć swój interes i znaleźć sposób na usamodzielnienie się. Lawirowanie między obiema grupami potrafi trzymać w napięciu (szczególnie kiedy Malik ma wykonać jakieś zadanie podczas przepustki czy podczas pierwszego morderstwa w celi), cały czas zachowując surowość oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Może się wydawać, że lojalność oraz trzymanie się zasad ma sens, ALE… to nie amerykański film gangsterski. Tu każdy chroni przede wszystkim swoją dupę, czasem za cenę życia innych. Atmosferę potęgują jeszcze zdjęcia, niemal reporterskie, wielokrotnie z ręki. Nawet nadmiar postaci i wątków nie wywołuje aż takiej dezorientacji jakiej się spodziewałem. Jedynym poważnym problemem dla mnie były sceny, gdy nasz bohater widzi ducha zamordowanego więźnia.

prorok4

Całość na swoich barkach ma tak naprawdę dwójka aktorów. Dla Rahima to była pierwsza duża rola i jago zagubiony, zmuszony działać o parę ruchów do przodu Malik wypada świetnie. Bardzo płynnie pokazane jest przejście od niepewnego siebie aż do wyrachowanego, kalkulującego gangstera. Jeszcze lepszy jest Niels Arestrup, czyli Luciani. Budzi respekt od pierwszego wejścia, może sprawiać wrażenie opanowanego i mówiącego bardzo spokojnym głosem, jednak to bardzo doświadczony gracz. Zbyt dobrze zna reguły i staje się dla naszego bohatera mentorem. Ale chyba nawet on nie jest w stanie przewidzieć, że trafi na tak pojętnego ucznia.

„Prorok” jest filmem, który można odczytywać na wiele sposobów. Na tym najprostszym może być opowieścią o przetrwaniu w złowrogim otoczeniu. Może też być pokazaniem przemian społecznych we Francji, gdzie przewija się coraz więcej imigrantów z dawnych kolonii, moralitetem o władzy czy historią dojrzewania i odkrycia swojej narodowo-religijnej tożsamości. Wielu może znużyć powolne tempo czy drobne skręty metafizyczne, niemniej warto dać szansę. Bardzo interesująca alternatywa dla amerykańskiego kina gangsterskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy dni Kondora

Praca tajnego agenta służb specjalnych może wydawać się ekscytująca dla kogoś, kto wydaje się oglądać Bonda, Mission Impossible czy tego typu efekciarskich akcyjniaków. Nie wszyscy agenci jednak działają w terenie. Kimś takim jest Joe Turner (Robert Redford) – analityk, działający w komórce wyciągając informacje z różnych czytanych książek. Czego tam szukają? Szyfrów, kodów, ukrytych wiadomości. Ale pewnego dnia cała komórka zostaje zlikwidowana. Poza Turnerem, który wyszedł po lunch. Po odkryciu masakry decyduje się powiadomić centralę, co… jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Ci, co mieli mu pomóc, chcą go zabić. Ale dlaczego?

trzy dni kondora1

Reżyser Sydney Pollack podchodzi do thrillera szpiegowskiego w kierunku bardziej przyziemnym. Tu nie spodziewajcie się spektakularnych akcji, popisów kaskaderskich czy efekciarskich strzelanin. Wszystko niemal w całości oparte jest na dialogach, gdzie karty bardzo stopniowo są odkrywane. Dla wielu to spokojne tempo może wydawać się problematyczne, tak jak bardziej realistyczne pokazanie Nowego Jorku. Czyli bez pocztówkowych widoków, sporu zaułków, szarych budynków oraz niezbyt eleganckich mieszkań. Dokładnie jakby się można było spodziewać po filmie z lat 70., kiedy filmowcy starali się pokazywać rzeczy w realistyczny, pozbawiony upiększeń sposób.

trzy dni kondora2

Tutaj tajne służby niejako wydają się wewnętrznie rozbite, jakby każda komórka działała od siebie, bez kontroli Centrali. Samo CIA jest bardzo bezwzględną organizacją, kiedy do gry wchodzą pieniądze i wpływy. Każdy wydaje się być pionkiem, którego bardzo łatwo można zbić z planszy. Za wszelką cenę, czasem używając płatnego mordercę (fantastyczny Max von Sydow jako nierzucający się w oczy Joubert – przypominający bardziej kalkulującą maszynę) na kontrakt. Napięcie jest tu potęgowane przez paranoję Turnera, nie mogącego nikomu zaufać i improwizującego w terenie. Redford dość oszczędnie, ale bardzo sugestywnie pokazuje jego zagubienie, podejrzliwość, nieufność skrytą pod maską opanowanego człowieka. Bez niego ten film by nie zaangażował tak mocno.

trzy dni kondora3

Jeszcze jest tutaj kwestia wplątanej w całą hecę Kathy (zaskakująca Faye Dunaway), która zostaje przetrzymana przez Turnera. Nie spodziewajcie się miłości od pierwszego wejrzenia, bo nieufność i podejrzliwość dominuje. Przynajmniej na początku, lecz powoli coś zaczyna iskrzyć między nimi. Nawet ta relacja, gdzie stopniowo zaczyna się budować zaufanie, pozbawiona jest wielkich słów czy patetycznych momentów. Kończąc się tak jak się zaczęła – nagle, niespodziewanie i przypadkowo. Jedyne, co może spolaryzować to zakończenie – bardzo stonowane, wyciszone, bardzo otwarte. Konfrontacja, gdzie tak naprawdę ciężko wskazać kto tak naprawdę wygrał. Że jeszcze dużo czasu minie nim Turner vel Kondor będzie mógł spokojnie patrzeć za siebie.

trzy dni kondora4

Tą historię znałem w formie uwspółcześnionego serialu z Maxem Ironsem w roli głównej, ale muszę przyznać, że oryginał Pollacka robi większe wrażenie. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się stonowany i statyczny, w środku mocno iskrzy napięciem, paranoją oraz niepokojem, gdzie walka jednostki z systemem wydaje się skazana na przegraną. Ale czy aby na pewno? Na to trzeba sobie samemu odpowiedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Prezent pod choinkę

Są takie świąteczne klasyki, które w USA osiągnęły status kultowych dzieł, ale u nas nie należą do zbyt znanych. Takim dziełem jest nakręcony w 1983 roku film „Prezent pod choinkę” w reżyserii Bob Clarka. Nietypowa produkcja zważywszy na filmografię Kanadyjczyka, kojarzonego głównie z horrorami.

prezent pod choinke1

Akcja osadzona jest gdzieś w latach 40., może 50. w małym miasteczku. Wszystko widzimy z perspektywy Ralphie’ego (Peter Billingsby), który mieszka z rodzicami oraz młodszym bratem. Chłopiec marzy o jednym prezencie na święta – karabinku Red Ridera. Ale czy nie jest on troszkę za młody na taką zabawkę? Nie ma to dla niego znaczenia, bo już zaczyna działać. Jak? Choćby podrzucając rodzicom do ich gazet reklamy broni czy próbując to powiedzieć w subtelny sposób. Wszystko jednak wydaje się działać przeciwko niemu – matka jest przeciwko, nauczycielka prosząca o wypracowanie nt. Prezentu na Święta, a nawet sam św. Mikołaj. I co zrobić w tej sytuacji?

prezent pod choinke2

Sam film w zasadzie jest wspomnieniami naszego bohatera, opowiadanymi z narracją z offu już przez dorosłego. Więc jest bardzo nostalgicznie, bardziej skupiając się na różnych scenkach związanych albo ze szkołą, albo z przygotowaniami do Świąt. Czyli mamy zakup choinki, dekorowanie jej czy nawet wygraną z krzyżówki. Humoru jest zaskakująco dużo: od prostych gagów (zakład o to, czy jeden z chłopaków dotknie językiem zamarzniętego słupa czy naprawy psującego się pieca) aż po różne fantazje bohatera (że oślepnie od mydła w ustach po zachwyt nauczycielki nad wypracowaniem). Sama narracja też nie jest pozbawiona humoru, pokazując sposób myślenia dziecka. Z jednej strony obsesję na punkcie prezentu, ale też obaw, lęków, ekscytacji, rozgoryczenia czy wściekłości. To ostatnie najmocniej pokazuje scena, kiedy Ralphie konfrontuje się z miejscowym łobuzem.

prezent pod choinke3

Reżyser portretuje tą historię z dużą czułością, przypominając i próbując obudzić w każdym z nas dziecko. To wewnętrzne dziecko, czekające na ten dzień z wielką radością oraz ekscytacją zmieszaną z obawami. Nawet jeśli nie wszystko poszło jak trzeba, bo do domu wlazły psy sąsiadów i zjadły dania ze stołu, to nie miało w ostatecznym rachunku takiego znaczenia. Chociaż z dzisiejszej perspektywy taki prezent jest dyskusyjny. Sam film pozostaje pełnym uroku, bez popadania w skrajny sentymentalizm. Aż przypominają się obrazki z własnych świąt czasów młodości i to chyba jest spora zaleta.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence

Jesteśmy na wyspie Jawa w roku 1942, gdzie znajduje się obóz jeniecki kierowany przez kapitana Yonoi (Ryuichi Sakamoto). Znajdują się w nim brytyjscy jeńcy poddawani psychicznym torturom. Najbardziej obrywa za jeńców pułkownik John Lawrence (Tom Conti), mimo że nie jest dowódcą jeńców, tylko tłumaczem. Wszystko przebiega względnie spokojnie do chwili, gdy do obozu trafia nowy żołnierz. Major Jack Celliers (David Bowie), choć mocno ranny i schorowany, przykuwa uwagę komendanta.

plk lawrence1

Dziwne to kino, które niby jest wojenne, ale sama wojna toczy się nie na froncie czy placu boju, lecz w głowie. Japoński reżyser Nagisa Oshima skupia się na psychologicznej grze między jeńcami a strażnikami i komendantem. Zderzenie dwóch różnych kultur i mentalności, gdzie honor, lojalność znaczą zupełnie coś innego. Dla Japończyków jest to tradycja oparta na przemocy, dla Brytyjczyków (głównie) nieufność oraz trzymanie się Konwencji Genewskiej. Czyli nie zdradzanie wrogowi żadnych informacji oraz próbom ucieczek. To ostatnie jest utrudnione z powodu znajdowania się na wyspie.

plk lawrence2

Jednak reżyser skupia się najbardziej na czwórce postaci: Celliasie, Lawrencie, Yonoi oraz sierżancie Hara (Takeshi Kitano). Tutaj mamy silny klincz dwóch kultur, gdzie fascynacja, nienawiść, zrozumienie i wrogość mieszają się w niebezpieczną, niejednoznaczną mieszankę. Pierwszy wydaje się być buntownikiem, pozwalającym sobie na więcej i świadomy jaki wpływ ma na komendanta. Sam komendant jest wewnętrznie rozdarty między tradycją i posłuszeństwem a fascynacją Celliersem, nie potrafiąc się odnaleźć w żadnej z tych sytuacji. Kontrastem dla niego jest Hara – wręcz sadystyczny podoficer, który uwielbia gnębić więźniów. Brutal, choć w jednej scenie („wigilii”) potrafi pokazać bardziej ludzką stronę. A w tym tyglu jest jeszcze Lawrence – wydaje się pragmatyczny, próbujący bardziej zrozumieć wroga i być może coś na tym ugrać.

plk lawrence3

Oshima zderza te dwa światy, próbując znaleźć człowieczeństwo w tym pokręconym otoczeniu. Czy jest tutaj w ogóle miejsce na współczucie, zrozumienie? Czy musi tutaj dominować tylko wrogość i nieufność? Kto tak naprawdę jest katem i ofiarą? A gdzieś tu jeszcze wyczuwalne jest wręcz erotyczne napięcie – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystko to podkręcone jest bardzo atmosferyczną muzyką Sakamoto oraz oszczędnymi zdjęciami. I jest to fantastycznie zagrane przez kwartet Bowie/Sakamoto/Kitano/Conti. Każdy z nich tworzy bardzo złożone, wyraziste postacie z krwi i kości, szczególnie Bowie.

plk lawrence4

Brytyjsko-japońska koprodukcja Oshimy jest jednym z mniej oczywistych dramatów z wojną w tle. Głęboko humanistyczny, mniej jednoznaczny i pokazujący z innej perspektywy życie w japońskim obozie jenieckim. Takie tytuły zostają w pamięci na dłużej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jańcio Wodnik

Jesteśmy gdzieś na wsi poza czasem i poza miejscem. Gdzieś w drodze wędruje dziad (Olgierd Łukaszewicz) z przywiązanym tobołkiem, który łatwiej byłoby wieźć konno. Właśnie przed oczami pojawia się kobyłka, jednak szybko pada. Wściekły dziad rzuca klątwę na wieś. Jednym z jej mieszkańców jest Jańcio (Franciszek Pieczka) – naiwny, bardzo prosty człowiek, co żyje razem ze swoją młodą żoną Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Oboje starają się o dziecko, lecz bezskutecznie. Pewnego dnia Jańcio dokonuje niezwykłej rzeczy: sprawia, że brudna woda rzucona na ziemię trafia… do gniazda. Decyduje się ruszyć w drogę, zostawiając swoją lubą i obiecuje, że wróci przez rozwiązaniem. Co może go powstrzymać?

jancio wodnik1

„Jańcio Wodnik” jest filmem prostym, nawet bardzo prostym. Ale jeśli reżyserem jest Jan Jakub Kolski, nie może być inaczej. Powolne, bardzo niespieszne tempo, skupienie na „filozoficznych” dialogach oraz wiejskich krajobrazach. Gdzieś tutaj unosi się duch Witolda Leszczyńskiego czy klimat realizmu magicznego, choć w następnych filmach Kolskiego będzie on bardziej namacalny. Tutaj widzimy konfrontację prostego człowieka ze światem, który wiele obiecuje, kusi, wodzi, ale tak naprawdę tylko mąci, miesza, manipuluje. Niejako tą ciemną stronę świata symbolizuje poznany w drodze sztukmistrz Stygma (bardzo zaskakujący Bogusław Linda) – typ szołmena, który pokazuje stygmaty jak u Jezusa. Tylko, że to wszystko jest tylko oszustwem, mistyfikacją, popisem cyrkowym. Jańcio oraz jego cuda czynią go bardzo rozpoznawalnym, a ludzie lgną do niego jak do nadczłowieka.

jancio wodnik2

W sumie pewnie by tak działało, jednak Jańcio popełnia niewyobrażalny błąd: bo zaczyna brać zapłatę. To się nie ma prawa skończyć dobrze, co widać w samym zachowaniu Jańcia. Z poczciwego, trochę naiwniego człowieka zmienia się w pysznego, dumnego, gardzącego. Najdobitniej pokazuje to scena jak mocno postarzały i brodaty mężczyzna z „orszakiem” przechodzi pod swój dom. A jak wiadomo za takie rzeczy musi przyjść rozliczenie. Magia z religią mieszają się ze sobą, zaś proste wartości okazują się najcenniejsze. Tak samo jak przyjmowanie wszystko, co daje nam los. I taką postawę symbolizuje zarówno żona Weronka, jak też dziad idący przed siebie.

jancio wodnik3

Wszystko to wydaje się niezbyt skomplikowane, bez jakiejś nadmiernej symboliki oraz wizualnych fajerwerków. Za to najbardziej zachwyca muzyka Zygmunta Koniecznego, z kilkoma piosenkami. Niestety, nadal problemem jest udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest niewyraźnych. To była wielka plaga kina lat 90. i początku XXI wieku. Także Błęcka-Kolska odstaje (jak prawie zawsze) aktorsko od reszty. Tutaj prym wodzi absolutnie rewelacyjny Franciszek Pieczka, którego Jańcio trochę przypomina Hioba – prostego człowieka poddanego próbie. Jednak w przeciwieństwie do swojego biblijnego odpowiednika ulega, a tą ciemną naturę pokazuje wręcz bezbłędnie. Szoł dla mnie skradł jednak Linda jako prosty oszust, który jest świadomy swoich tricków oraz efektu jaki robi wśród ludzi. Jest kimś jakby kusicielem, pokazującym „lepszy”, bardziej materialny świat.

jancio wodnik4

„Jańcio Wodnik” uważany jest przez wielu za najlepszy film w dorobku Kolskiego i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Klimat realizmu magicznego, gdzie rzeczywistości mieszają się, zaś prości ludzie robią proste rzeczy, żyjąc sobie z Panem Bogiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Na srebrnym globie

Od bardzo dawna nie miałem takiej sytuacji filmu, który wywoływał we mnie bardzo sprzeczne emocje. Gdzie po obejrzeniu trzeba się bardzo zastanowić, by w pełni wyłuskać, zrozumieć, ugryźć całość. Ale czy aby na pewno się wszystko wychwyciło? Taki paradoks mnie uderzył po obejrzeniu otoczonego kultem (z różnych powodów) filmu Andrzeja Żuławskiego „Na srebrnym globie”. A właściwie jego okaleczonej wersji, która nigdy nie będzie skończona. Film zamordowanego przez polityczne władze, które kazały film przerwać, zaś wszelkie dekoracje i kostiumy zniszczono. Czego się komuniści wystraszyli?

na srebrnym globie1

Akcja toczy się w przyszłości, baaaaaaaaaaaaaaardzo odległej przyszłości. Na nieznaną planetę trafia tajemniczy pojemnik, przywieziony przez jeźdźca na koniu. Dwaj przybywający tutaj astronauci rozpoznają przedmiot jako przekaźnik, do którego odczytania potrzebny jest stary sprzęt. Znajdują tam videopamiętnik, który opisuje losy kosmicznej ekspedycji na ciemną stronę Księżyca. Podobno da się tam przeżyć. Ale lot kończy się katastrofą i ostatecznie udaje się przeżyć czwórce astronautów: ciężko rannemu Tadeuszowi (Leszek Długosz), Piotrowi (Jerzy Grałek), Jerzemu (Jerzy Trela) oraz Marcie (Iwona Bielska). Celem ekspedycji było osiedlenie się na nowy miejscu, by poczuć się… wolnym. Czyli kim? Osobą pozbawioną wszystkiego, co w człowieku najgorsze, wypaczeń, błędów, fałszu. Udaje się zbudować osadę nad morzem, rodzą się dzieci całej czwórki i zaczyna powstawać nowa cywilizacja. Wszystkie wydarzenia przez kolejne pokolenia zaczynają być traktowane jako mit, legenda. Tak powstaje nowa religia, a ostatni członek załogi, Jerzy zwany Starym Człowiekiem coraz bardziej oddala się od nowej cywilizacji.

na srebrnym globie2

To jednak tylko pierwsza część, zakończona w dość brutalny sposób. Albowiem ludzie decydują się ruszyć za morze. I to doprowadza do zguby, gdyż ludzkość poznaje Szermów – ptakoidalne istoty, których można spokojnie nazwać rodowitymi mieszkańcami Księżyca. Pierwszy kontakt kończy się niemal wybiciem wszystkich ludzi, zaś niedobitki stają się niewolnikami. Właśnie wtedy na Srebrny Glob trafia statek kosmiczny, którym ląduje Marek (Andrzej Seweryn). Mieszkańcy (oraz tworzący najwyższą kastę społeczną kapłani) traktują go jak traktowanego przez proroctwa Zwycięzcę, który wyzwoli ich spod jarzma Szermów. Niby ma lepszą technologię, jednak przeciwnik potrafi telepatycznie wejść do głowy.

na srebrnym globie3

Nadążacie? Żuławskiemu nie można odmówić ambicji, jednak reżyser robi wszystko, by pozbawić nas jakiejkolwiek wygody i przyjemności z seansu. Dużo jest tutaj wewnętrznych (i nie tylko) monologów oraz dialogów dotykających tematów filozoficznych (wolność, miłość, dobro, zło, racjonalizm, religia, fanatyzm, człowieczeństwo), które są podane – nawet nie mówione – w bardzo ekstremalny sposób. Czyli bardzo nadekspresyjny, przejaskrawiony, wręcz wykrzyczany, jakby aktorzy (poza bardzo stonowanym Trelą) byli w jakimś nieopisanym transie, amoku. Czasami wręcz się wyginają, co wprawia w osłupienie, zakłopotanie. Natomiast w scenach, które miały pojawić się w filmie słyszymy narrację z offu od samego reżysera podczas scen z dnia dzisiejszego. W tych nielicznych wejściach kamera wręcz pędzi na złamanie karku przed siebie, by pokazać w finale… a to sami zobaczycie.

na srebrnym globie4

Wizualnie „Na srebrnym globie” jest oszałamiające, a każdy z tych segmentów wyróżnia się. W scenach z videopamiętnika autor zdjęć Andrzej Jaroszewicz bardzo często korzysta z POV. Kadry mają imitować obraz z kamery w kombinezonie, nie brakuje różnych dziwnych kątów, długich ujęć czy momentów z biegu (ucieczka przed sporymi wybuchami). A wszystko jest takie bardzo monochromatyczne, wręcz wyprane z kolorów, co potęguje poczucie wyalienowania, tajemnicy, obcości. Ale druga połowa jest kręcona szerokimi obiektywami, wnosząc wszystko na wyższy poziom. Wrażenia robią kostiumy: od groteskowo wyglądających Szernów przez „ziemskich” mieszkańców Księżyca aż po astronautów niemal mocno przypominających… Fremenów z „Diuny”. Scenografia też jest monumentalna, tak samo jak niemal szalona muzyka Andrzeja Korzyńskiego i rwany (przynajmniej w pierwszej połowie) montaż.

na srebrnym globie5

Technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić, ale treściowo jest to standard Żuławskiego. Czyli jest hermetycznie, dialogi są tak przeładowane przemyśleniami i czasami (to akurat nadużycie) brzmią absurdalnie, bezsensownie, wywołując efekt „co ja k***a oglądam?”. Koncepty reżysera, którego celem – przynajmniej z tego, co wychwyciłem – przypomina mi trochę „Solaris”. Że nawet będąc poza Ziemią nie jesteśmy w stanie pozbyć się swoich najgorszych cech: ignorancji, przemocy, szaleństwa, poczucia wyższości. Tak samo grają aktorzy i to nie byli jacy. Poza w/w Trelą, Grałkiem, Bielską i – najlepszym z całej obsady – Sewerynem można rozpoznać m.in. będących na początku swojej drogi (przynajmniej w momencie kręcenia) Krystynę Jandę, Jana Frycza, Henryka Talara czy Wiesława Komasę. Każdy z nich zostaje w pamięci dłużej niż słowa są w stanie to wyrazić.

na srebrnym globie6

No i co ja mam zrobić z „Na srebrnym globie”? To film pełen paradoksów i sprzeczności, który skazany jest na bycie okaleczonym. Hermetyczny i fascynujący, bełkotliwy i głęboki, psychodeliczny i oszałamiający. Takie dzieło mógł zrealizować szaleniec albo geniusz. Albo pokochasz i dasz się oczarować, albo odbijesz się i określić to jednym, wielkim pier****niem. Ja wam nie pomogę rozwiązać tego dylematu, bo jeden seans to za mało.

/10

Radosław Ostrowski

Boy

Tytułowy chłopak ma 11 lat i mieszka w totalnym zadupiu roku 1984, razem z rodzeństwem i babcią. Co jeszcze o nim chcecie wiedzieć? Jest wielkim fanem Michaela Jacksona, jest gnębiony przez paru łobuzów, czasem odwiedza matkę na cmentarzu i hoduje… kozę. Poza tym prowadzi nudne, szare życie oraz marzy o wyrwaniu się stąd. Oraz byciu na koncercie Michaela Jacksona. W końcu pojawia się szansa, kiedy babcia wyjeżdża na pogrzeb i Boy zajmuje się domem. Wtedy pojawia się nie poznany przez niego ojciec (Taika Waititi), którego chłopak traktuje jako kogoś niesamowitego i wierzy, że odmieni jego monotonne życie.

„Boy” był drugim pełnometrażowym dziełem nowozelandzkiego wariata, Taiki Waititiego. Właściwie jest tu wszystko, co znamy z poprzedniego oraz kolejnych jego filmów. Czyli bohatera, którego marzenia i oczekiwania zostają zderzone z brutalną rzeczywistością. Że to, czego szukamy i znajdujemy nie pokrywa się ze sobą. Ale czy to oznacza, iż znalezione musi być od razu złe? Wszystko zaczyna się szybką prezentacją chłopaka (świetny James Rolleston), jego rodziny oraz bardzo wąskiej grupy przyjaciół. Pojawienie się ojca wydaje się zbawieniem oraz szansą na nowe życie. Chłopak wydaje się w niego być zapatrzony w obrazek, choć nic o nim nie wie. Tworzy jakieś nieprawdopodobne wizje (m.in. ojciec jako… Michael Jackson) i chce go naśladować, licząc na jego akceptację i uznanie. Z tego powodu zaczyna się coraz bardziej oddalać od swoich rówieśników.

Ja jednak mimo powolnego tempa, humoru oraz więcej niż porządnego aktorstwa miałem pewien problem z „Boy”. Zbyt szybko zacząłem się domyślać, że tatuś nie jest tym, za kogo się podaje/uważa. Iluzja zaczyna coraz bardziej pękać, co uważniejszy widz dostrzeże (dwaj kumple, kopanie na polu, rozmowy telefoniczne z matką) i zacznie łączyć kropki. Przez co cała tajemnica przestaje działać, a ja zacząłem się „wyłączać” w trakcie seansu. Jeszcze jest parę pobocznych wątków (upośledzony odludek, brat Rocky wierzący, że ma supermoce) sprawiały wrażenie trochę wciśniętych na siłę.

Żebyśmy mieli jasność, to nie jest zły film, a Waititi potrafi omijać klisze i znajome szablony. Problem w tym, że chyba za dużo już widziałem filmów o tematyce przyspieszonego dojrzewania i burzenia dziecięcej iluzji, przez co ciężej mnie było złapać. Niemniej ze względu na specyficzne miejsce jest to odświeżające doświadczenie.

6/10

Radosław Ostrowski