Wielki sukces Shafta

John Shaft, czyli czarnoskóra inkarnacja Philip Marlowa powrócił. Po kasowym sukcesie pierwszej części kontynuacja była nieunikniona i pojawiła się zaledwie rok później. Reżyser Gordon Parks i scenarzysta Ernest Tidyman wrócili tak samo jak grający główną rolę Richard Roundtree. Niemniej jednak coś się po drodze zmieniło.

John Shaft nie zmienił swojej profesji – nadal jest prywatnym detektywem w nowojorskim Harlemie, do którego kobiety lgną bardziej niż muchy na lep. Tym razem jednak sprawa jest bardziej osobista, bo zostaje zamordowany przyjaciel, niejaki Cal Asby. Facet prowadził firmę ubezpieczeniową i zakład pogrzebowy, ale – o czym wie niewielu – nielegalną loterię ze wspólnikiem Johnnym Kellym. Nieboszczyk przed śmiercią schował pieniądze z sejfu. A tymi pieniędzmi interesuje się Kelly zadłużony u włoskiej mafii. Shaft będzie miał kolejną trudną sprawę do rozwiązania.

„Wielki sukces Shafta” na pierwszy rzut oka wydaje się podobny w tonie i klimacie do poprzednika. W tle gra funkowa muzyka, dialogi niepozbawione są ciętego humoru oraz barwne, wyraziste postacie. Widać większy budżet, nawet scenografia prezentuje się lepiej (nocny lokal, komisariat policji czy siedziba głównego złola). Tylko jest jedno poważne ALE. Kontynuacja „Shafta” to bardziej film sensacyjny niż kryminał. Sama intryga jest dość łatwa i szybko wyjaśniona, choć nasz protagonista musi połączyć kropki, atmosfera czarnego kryminału oraz brudnej ulicy wyparowuje. Zamiast tego większy nacisk jest na akcję, czyli strzelaniny, bijatyki (w tym jedna z użyciem slow-motion przeplatana tańcami w klubie – dziwnie to wyszło) i pościgi. Dla wielu zmiana naszego bohatera w typa bardziej jak James Bond (minus gadżety) może być nie do przeskoczenia.

Niemniej muszę przyznać, że same sceny akcji są całkiem nieźle zrealizowane. Szczególnie wrażenie robi finałowy pościg oraz konfrontacja na terenie opuszczonej stoczni. Tutaj jest mocne napięcie, wybuchy, gonitwy, a nawet strzelanina z… helikopterem. To się nadal przyjemnie ogląda, zaś Richard Roundtree nadal czuje postać Shafta i jest zwyczajnie świetny. Ze starych znajomych wraca w drobnej roli Moses Gunn (Bumpy) oraz Drew Boudini Brown (Willy), zaś nowi antagoniści, czyli gangster Muscola (Joseph Mascolo) i Johnny Kelly (Wally Taylor) wypadają bardzo porządnie.

„Wielki sukces Shafta” to zdecydowanie sukces komercyjny w dorobku serii, bardziej skupionej na akcji niż kryminale. Nadal trzyma klimat epoki, muzyka jest przyjemna, zaś dialogi mają swój styl. Choć troszkę słabsza, ciągle potrafi sprawić masę przyjemności, więc warto dać tej części szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Królestwo niebieskie – wersja reżyserska

Chyba nie ma większego speca od epickich produkcji niż Ridley Scott. Nie ważne, czy to kino SF, czy produkcja historyczna Anglik ma bardzo silny zmysł wizualny i tworzy produkcje zawsze atrakcyjne dla oka. Nie inaczej jest przypadku powstałego w 2005 roku „Królestwa niebieskiego”, choć reżyser odciął się od wersji pokazywanej w kinach. Dlatego jak tytuł trafił na nośniki fizyczne zawierał wersję reżyserską dłuższą o ponad 45 minut.

krolestwo niebieskie1

Akcja zaczyna się w roku 1184 we francuskiej wiosce, gdzie mieszka kowal Balian (Orlando Bloom), którego żona popełniła samobójstwo. A jak wiadomo w kulturze chrześcijańskiej dusze takich osób trafiają do piekła. W tym czasie przechodzą oddziały krzyżowców, by pomóc w obronie Jerozolimy. Uczestnikom takich wypraw gwarantowane było odkupienie win, a przy okazji można było zdobyć niemały majątek. Mocno do udziału zachęca jeden z rycerzy, Godfryd z Ibelin (Liam Neeson) oraz towarzyszący mu rycerz z zakonu szpitalników (David Thewlis). Wskutek pewnych okoliczności kowal dołącza do rycerzy, jednak droga jest dość wyboista. Wystarczy wspomnieć, że Godfryd umiera, statek Baliana rozbija się na morzu i tylko on przeżył.

krolestwo niebieskie2

W końcu udaje mu się trafić do Jerozolimy kierowanej przez trędowatego króla Baldwina (Edward Norton). Władca zawarł pokój z przywódcą saracenów, Saladynem zapewniając m. in. bezpieczeństwo karawan kupieckich. Niemniej wielu osobom takie porozumienie jest nie na rękę, szczególnie templariuszom pod wodzą Renalda z Chatilionu (Brendan Gleeson) oraz Gwidona z Lusignan (Marton Csokas), którego żona Sybilla (Eva Green) jest siostrą króla. Wkrótce nasz bohater mocno weryfikuje swoje przekonania co do wiary i nie tylko.

krolestwo niebieskie3

Scott tym razem opowiada o wyprawach krzyżowych, opierając się na prawdziwych wydarzeniach przeinaczając to i owo. W końcu to nie jest film dokumentalny, więc nie ma mowy o rekonstrukcji jeden do jeden. Ale reżyserowi udaje się pokazać podzielenie wśród obrońców Jerozolimy i różne frakcje oraz jak wykorzystywano walkę „w imię Boga” dla własnych korzyści (szczególnie templariusze, a także niektórzy hierarchowie Kościoła). To Renald i Gwidon są pokazani jako żądni krwi, zaś Saladyn jest o wiele bardziej analitycznym, opanowanym przywódcą. Choć on też ma w swoim gronie religijnych fanatyków, co wierzą w siłę wiary niż racjonalne podejście do wojny. Ta sprzeczność wybrzmiewa tutaj najmocniej.

krolestwo niebieskie4

Wrażenie robi warstwa techniczna, ale w przypadku Scotta to standard. Świetna scenografia oraz imponujące kostiumy budują klimat epoki, tak samo jak sakralno-orientalna muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa. Nie można też wiele odmówić scenom batalistycznym, choć jest ich zaskakująco niewiele. Widok wojsk krzyżowców z dużym, złotym krzyżem na przedzie wygląda imponująco. Tak samo oblężenie Jerozolimy i atak wojsk Saladyna są świetnie zmontowane, stanowiąc popis dla pirotechników oraz mistrzów od efektów specjalnych. Jest bardzo krwawo i brutalnie, bez żadnego certolenia. Wielu może zniechęcić powolne tempo, jednak pozwala to w bardziej złożony sposób pokazać całą historię.

krolestwo niebieskie5

Równie imponujące jest tutaj aktorstwo. Grający główną rolę Orlando Bloom jest całkiem niezły w roli kowala, co staje się rycerzem i podąża drogą honorowego wojownika. Problem w tym, że drugi plan jest o wiele bogatszy oraz bardziej interesujący niż sam protagonista. Bardzo wycofany, stonowany i oszczędnie grany pod koniec staje się charyzmatycznym liderem. Ale drugi plan robi imponujące wrażenie na mnie. Świetny Liam Neeson w dość krótkiej roli mentora Godfryda, równie wyrazisty jest Jeremy Irons jako doradca króla Tyberiasz z wieloma mocnymi zdaniami, choć chciałbym więcej scen z nim. Równie wyrazista jest nasza para antagonistów, czyli Brendan Gleeson i Martin Csokas – tak odpychający, żądni krwi, aroganccy fanatycy, gotowi na konfrontację.

krolestwo niebieskie6

Jeśli jednak miałbym wskazać najmocniejsze punkty obsady, to byłyby trzy kreacje. Pierwsza to zjawiskowa Eva Green, czyli Sybilla, siostra króla. Diabelnie inteligentna, świadoma swoich mocnych stron oraz próbująca wiele ugrać dla siebie. Jej relacja z Balianem początkowo wydaje się niejasna, lecz z czasem zaczyna nabierać ciekawych kolorów. Po drugie, a propos króla, fenomenalny Edward Norton jako Baldwin IV. Władca chorujący na trąd, dlatego cały czas jest w pokrywającym całe ciało kostiumie oraz masce. Mając do dyspozycje tylko mowę ciała i głos (zapewne przez tą maskę brzmi on trochę jak… Marlon Brando) tworzy bardzo przekonującą kreację uczciwego, honorowego monarchy, bardziej starającego się o pokój niż wojnę. No i trzecia, najbardziej enigmatyczna postać rycerza-mnicha opatrzonego twarzą Davida Thewlisa. Niewiele o nim wiemy, poza przyjaźnią z Godfreyem – nie jest fanatycznym zabijaką, choć walki nie unika, emanuje z niego o wiele większa mądrość (lub cynizm) niż się może wydawać oraz pokora.

krolestwo niebieskie7

„Królestwo niebieskie” w kinach poległo mocno, a widzowie i krytycy byli zawiedzeni. Wersja reżyserska robi piorunujące wrażenie, angażuje o wiele bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem i unika prostego, zero-jedynkowego podziału na dobrych chrześcijan oraz żądnych krwi muzułmanów. Wielu zarzuci filmowi wolne tempo i polityczną poprawność, ale to jeden z najciekawszych blockbusterów historycznych XXI wieku.

8/10

Radosław Ostrowski

Shaft

John Shaft dla czarnoskórej społeczności był tym kim dla osób o wiele jaśniejszej karnacji był Brudny Harry. Choć lepszym porównaniem byłoby do Philipa Marlowe’a czy innego prywatnego detektywa z czarnego kryminału. Tego bohatera stworzył pisarz i scenarzysta filmowy Ernest Tidyman w 1970 roku. A rok później prawa do ekranizacji kupiło Metro-Goldwyn-Meyer, zaś za kamerą stanął znany fotograf Gordon Parks.

Akcja toczy się w Nowym Jorku na początku 1971 roku, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw John Shaft (Richard Roundtree). Facet to mieszanka inteligencji, uroku działającego na kobiety, pewności siebie oraz nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nawet gdy do jego biura wchodzi dwóch ludzi gangstera z Harlemu, Bumpy’ego Jonasa (Moses Gunn), detektywowi udaje się ich zneutralizować, a nawet jednego wyrzucić z okna. W efekcie to mafiozo przychodzi do niego i ma zadanie. Jego córka została uprowadzona – nie wiadomo przez kogo i dlaczego. Bumpy chce, żeby Shaft ją odnalazł i odbił z rąk porywaczy. Być może w sprawę zamieszani są aktywiści pod wodzą Bena Buforda (Christopher St. John), ale trzeba to sprawdzić.

Reżyser miesza konwencję czarnego kryminału, gdzie Shaft jest męczony zarówno przez swoich ziomków, gangsterów oraz policję z barwnym portretem Harlemu. Parks potrafi być zarówno stylowy i elegancki, a jednocześnie niemal dokumentalny. Sama fabuła brzmi jak coś prostego, ale im dalej w las, tym więcej odkrywamy nitek intrygi. Pomagają w tym cięte, niepozbawione ironii dialogi (włącznie z ulicznym slangiem), barwne postacie (nawet jeśli są stereotypowe jak porucznik policji) oraz pełen napięcia finał. Wszystko podbite mocno funkową muzyką i sprawnym montażem. Mocno czuć klimat epoki: od muzyki przez kostiumy i fryzury aż do scenografii (siedziba Bumpy’ego).

Aczkolwiek pojawia się tu parę drobnych niedoróbek, które mogą przeszkadzać. Pierwsza scena akcji jest nie za dobrze zmontowana i chaotyczna, jest parę nieostrych kadrów (raptem dwa), ale najdziwniejsze rzeczy dzieją się z dźwiękiem. Zdarza się tutaj często sytuacja, że w jednej scenie dialog jednego aktora brzmi normalnie, zaś u drugiego słychać coś jakby echo. Albo wypowiadane słowa niektóre brzmią ciszej, by parę sekund były głośniejsze. Ta nierówność jest najbardziej irytująca.

Jednak nawet to nie jest w stanie zepsuć „Shafta”. Wszystko trzyma na swoich barkach charyzmatyczny Richard Roundtree, który wydaje się być idealny do tej roli. Jest odpowiednio sprytny, inteligentny i zachowujący spory dystans do wszystkiego. Ale jednocześnie jest pełen dumy, sekapilu oraz pewności siebie, która czasem pozwala mu wykaraskać się z paru podbramkowych sytuacji. Trudno nie polubić tego gościa, co ma klasę, styl i luz. Reszta aktorów też wypada bardzo dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Mosesa Gunna (opanowany i nie do końca szczery Bumpy Jonas), Charlesa Cioffiego (porucznik Vic Androzzi) oraz Christophera St. Johna (idealistyczny Ben Buford).

„Shaft” uważany jest za jeden z najważniejszych filmów nurtu blaxploitation i nie jest to przesada. Z jednej czerpie mocno z kryminałów, z drugiej zbudował stereotyp czarnoskórego protagonisty równie inteligentnego jak biali odpowiednicy plus bardziej jurny. Nadal pozostaje inteligentnie napisany, bardzo klimatyczny i angażujący.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieuchwytny cel

Ktoś jeszcze pamięta czasy popularności belgijskiego mięśniaka Jean-Claude’a Van Damme’a? Ten aktor był o wiele bardziej popularny w wypożyczalniach kaset video i późniejszych DVD, czyli w latach 80. i 90. Ale zdarzało mu się także grać w droższych produkcjach robionych przez wielkie wytwórnie. Tak było w przypadku Universala, który podpisał z Belgiem umowę na 5 filmów, a jednym z nich był „Nieuchwytny cel”.

Van Damme gra tam niejakiego Chance’a Boudreaux – byłego żołnierza, próbującego zatrudnić się jako marynarz. Jest twardy jak Roman Bratny, zna dobrze Nowy Orlean i za pieniądze zrobili fuchę prywatnego detektywa. Fucha przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, gdy w mieście pojawia się Natasha Binder (Yancy Butler). Kobieta szuka swojego ojca, z którym nie miała kontaktu od czasu rozwodu rodziców. Niestety, mężczyzna zostaje znaleziony martwy w stanie nie do rozpoznania. Im bliżej przyglądają się sprawie trafiają na trop bogatych biznesmenów, co… polują na bezdomnych. Całą operację prowadzi niejaki Emil Fouchon (Lance Henriksen) wspierany przez opanowanego zabijakę Pika Van Cleefa (Arnold Vosloo). Trzeba będzie zakończyć sezon na polowania.

„Nieuchwytny cel” to była pierwsza amerykańska produkcja od mistrza kina akcji Johna Woo, który w Hong Kongu wyrobił sobie reputację. I tu pojawiają się znajome elementy tego twórcy: efekciarskie wybuchy, slow-motion, podkręcone popisy pirotechniczno-kaskaderskie, strzelanie z dwóch pistoletów. No i gołębie, masa gołębi. Od samego początku wiemy kto stoi za całą tą masakrą, ale reżyser powoli buduje napięcie. Ale powiedzmy to wprost: fabuła jest pretekstem do pokazania przejaskrawionej i totalnej rozpierduchy. Początek i drugi akt w zasadzie jest spokojny, z odrobiną humoru oraz czerstwymi dialogami.

Ale za to druga połowa (kiedy nasi antagoniści odcinają swoje powiązania) to już totalna jazda w stylu Johna Woo. Sceny akcji są totalnie szalone (Chance na motorze strzela… stojąc na siodle podczas jazdy!!!), każdy strzał – nawet na terenie bagna – kończy się eksplozją, magazynki mają nieskończoną ilość wystrzelonych nabojów, zaś finał to czysta orgia przemocy w stanie wręcz czystym. Do tego jeszcze w tle gra mieszanka orkiestrowej muzyki akcji z mocno bluesowymi dźwiękami gitar – jak tego nie lubić?

Aktorstwo w zasadzie ma nie przeszkadzać, ale szoł tak naprawdę kradną Henriksen z Vosloo. Są odpowiednio groźni, niepokojący i wyraziści. Pierwszy wręcz im bliżej końca, tym bardziej staje się nerwowy i narwany, co jeszcze bardziej podkreśla jego demoniczność, zaś drugi do samego końca pozostaje opanowanym profesjonalistą. A jak nasz belgijski mięśniak? Jak ma walić w mordę rękami i nogami oraz strzelać, robi to bardzo fachowo, konkretnie i na ostro. Ale jak zaczyna mówić, to nie wypada zbyt dobrze. Na szczęście nie mówi zbyt wiele, więc nie jest to duży problem.

Więc w jakiej formie jest ten 30-letni już film? Nadal ma masę bezpretensjonalnego uroku zmieszanego w bardzo efekciarskim stylu. Przerysowane, szalone i kipiący adrenaliną mózgotrzep nie wstydzący się tego, czym jest. A takie uczciwe podejście dla mnie jest ok.

7/10

Radosław Ostrowski

F/X 2

Pamiętacie naszego speca od efektów specjalnych, Ronnie’ego Tylera (Bryan Brown)? Po tych pięciu latach od wydarzeń z „jedynki” skupia się na robieniu zabawek i bardziej mechanicznych cudów. Poznał także nową dziewczynę – nauczycielkę Kim (Rachel Ticotin) oraz prowadzi o wiele spokojniejsze życie. Ale nic co dobre, nie trwa wiecznie. O pomoc prosi go kumpel z policji, Mike Brandon. Chodzi o przygotowanie zasadzki na psychola, co chce zabić młodą kobietę. Niestety, akcja kończy się śmiercią Mike’a przez innego zabójcę i Tyler pakuje się w kolejną poważną intrygę. Tym razem jednak ma wsparcie prywatnego detektywa Leo McCarthy’ego (Brian Dennehy).

Czy nakręcony w 1986 roku film „F/X” potrzebował sequela? Właściwie to nie, choć zostawił pewną otwartą furtkę. Tym razem za kamerą stanął Australijczyk Richard Franklin znany wówczas z „Psychozy II”, zaś scenariusz stworzył stawiający swoje pierwsze kroki w branży Bill Condon. Co powstało z tego połączenia? Znajoma opowieść, które może konstrukcyjnie nie przypomina oryginału, jednak ma swoje momenty. W sensie znajomy jest szkielet, gdzie prosta akcja okazuje się częścią o wiele bardziej skomplikowanego planu. Od razu domyślamy się kto za tym stoi, ale nie wiemy o co tak naprawdę tu chodzi. I odkrywanie kolejnych tropów dla mnie działało najmocniej.

Tak samo jak kumpelska relacja Tylera z McCarthym, której w poprzednim filmie nie było. Wspólne sceny Bryan Browna z Brianem Dennehy iskrzą humorem, ale też jak obaj próbują rozwiązać tajemnicę. Rozwiązanie i odkrycie o co tak naprawdę tu chodzi było zaskakująco satysfakcjonujące, ALE… „dwójka” za bardzo idzie w stronę akcji. Samych sztuczek z użyciem efektów specjalnych jest o wiele mniej (poza sterowanym przez specjalne ubranie… klownem), zaś sama akcja wydaje się jakby z innej bajki. Tyler jeszcze bardziej przypomina MacGyvera, który pokonuje przeciwników sprytem niż siłą. Jednak sceny ze ścigającym go zabójcą (poza sekwencją w sklepie) były pozbawione napięcia, zaś postacie pobocznie bywają ledwo zarysowane. No i w finale złole trochę mają nie za wysoki poziom IQ, ale to w zasadzie drobna pierdoła.

I to jest dziwny paradoks: „F/X 2”, choć nie ma tak dobrego scenariusza, to jednak bawiłem się całkiem dobrze. Paliwem była tu chemia między Brownem a Dennehym, zgrabnie dodany humor oraz angażująca intryga. O wiele lepszy sequel niż miałem prawo podejrzewać.

7/10

Radosław Ostrowski

F/X

Sam skrót f/x oznacza efekty specjalne – takie bardziej praktycznie (sztuczna krew, ślepaki, charakteryzacja), jaki i dzisiaj chętnie używane komputerowe sztuczki. Jednak w momencie realizacji filmu „F/X” te drugie jeszcze nie były tak dostępne i popularne jak dzisiaj. To jednak tylko wabik, który ma przekonać do obejrzenia dzieła Roberta Mandela z 1986 roku.

fx1-1

Bohaterem filmu jest Rolland „Rollie” Tyler (Bryan Brown) – pochodzący z Australii specjalista od efektów specjalnych. I już na samym początku widzimy jaki dobry jest w tej profesji. Otóż pierwsza scena to wejście mężczyzny do klubu. Po otwarciu drzwi sięga po karabin maszynowy i zaczyna strzelać do wszystkiego, co widzi. Ostatecznie trafia do kobiety, co go zdradziła z innym. I dopiero po usłyszeniu „Cięcie” wiemy, że to jest plan filmowy. Po scenie do Tylera zgłasza się niejaki Lipton (Cliff De Young) z propozycją pracy. I to dość nietypowej – zleceniodawca jest z Departamentu Sprawiedliwości, zaś chodzi o upozorowanie zabójstwa gangstera DeFranco objętego programem obrony światków. Bo jest wystawiony na niego kontrakt – przynajmniej tak twierdzi Lipton. Mało tego, to sam Tyler ma pociągnąć za spust. Więc co może pójść nie tak? Na przykład ślepaki zostają podmienione na ostrą amunicję, zaś Ronnie staje się dla swoich zleceniodawców celem do likwidacji.

fx1-2

Robert Mandel na pierwszy rzut oka wydaje się niczym nie zaskakiwać – opowiada prosto, powoli, ale w taki bardziej elegancki sposób. Same sceny z pokazaniem jakich tricków używają filmowcy na planie to tak naprawdę dodatek do kryminalnej opowieści. Opowieści prowadzonej dwutorowo, bo poza Tylerem kluczową postacią jest porucznik policji Leo McCarthy (cudowny Brian Dennehy). Gliniarz wcześniej aresztował DeFranco i bardzo chciałby prowadzić sprawę jego śmierci, ale pakuje się w inne morderstwo. Które – pośrednio – powiązane jest z Tylerem i bardzo zagmatwaną intrygą, w którą się wpakował. Zdany na siebie Tyler musi wykorzystać swój spryt oraz swoje filmowe tricki, by się móc wykaraskać z tej sytuacji.

fx1-3

I muszę przyznać, że „F/X” godnie znosi próbę czasu, oszczędnie dawkując informacje. Dwutorowa narracja tylko uatrakcyjnia odkrywanie całej układanki (śledztwo McCarthy’ego), serwując kolejne zakręty i niespodzianki. Nie oznacza to jednak, że zabrakło tu miejsca na pościgi czy strzelaniny, ale one są tak naprawdę tylko dodatkiem, taką przyprawą do podkręcania napięcia. Zaskoczyła mnie za to dość spora ilość humoru (głównie interakcje detektywa z Velez – archiwistką komputerową), niepozbawiona ironii czy lekkiego sarkazmu.

fx1-4

Ale prawdziwym paliwem są tutaj dwie role, czyli Bryan Brown oraz Brian Dennehy. Pierwszy lawiruje między sprytem, paranoją a nieufnością, co zmusza go do ciągłego kombinowania i robi to absolutnie świetnie. Z kolei Dennehy niejako wpisuje się w archetyp twardego, nieustępliwego gliniarza, który nie jest specjalnie lubiany przez kolegów i przełożonych, ale ma intuicję. Brzmi znajomo, ale aktor ożywia ten ograny schemat, bez popadanie w przerysowanie.

„F/X” jest jak dawne efekty specjalne – może i nie pasuje do dzisiejszych czasów, ale nadal ma w sobie masę uroku oraz pewnej elegancji. Chciałoby się rzec nawet klasy, która jest coraz mniej obecna i może wydawać się nudna. Ale jak nie raz się przekonaliśmy: pozory mylą.

8/10

Radosław Ostrowski

Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

Patton

Żaden inny konflikt niż II wojna światowa nie stworzył tak wyrazistych bohaterów i dowódców. Taką postacią bez wątpienia był generał George Patton – dowódca jakby wzięty z innej epoki. I to o nim opowiada nakręcony w 1970 roku (czyli bardzo dawno temu) film „Patton”.

Za reżyserię odpowiada opromieniony sukcesem „Planety małp” Franklin J. Schaffner, scenariusz oparty na biografii generała autorstwa Ladislasa Farago i wspomnieniach generała Omara Bradleya stworzyli weteran Edmund H. North oraz trochę mniej doświadczony Francis Ford Coppola, zaś tytułową rolę zagrał George C. Scott. Sama historia (długa) skupia się na karierze wojskowej od przejęcia dowództwa w Tunezji w 1943 roku aż do pozostania w Europie w 1945 roku. Czyli to niewielki wycinek historii wojennej, ale efekt robi mocne wrażenie.

patton1

„Patton” to dość nietypowy film zważywszy na czas powstania. To był rok 1970, kiedy powstały zarówno awanturniczo-przygodowe „Złoto dla zuchwałych” oraz przesiąknięty czarnym humorem antywojenny „MASH”. Tutaj jest to poniekąd film biograficzny, gdzie mamy bohatera większego niż życie, dla którego wojna jest w zasadzie sensem życia. Przeskakujemy z pól bitwy (nadal wyglądają imponująco) przez sztaby i pobojowiska aż do siedziby dowództwa wojska III Rzeszy generała Jodla. Gdzie oczywiście Patton traktowany jest jako główne zagrożenie oraz postrach armii. Bo któż inny miałby nim być – Montgomery, Eisenhower czy Bradley? Ale jeśli spodziewaliście się laurki dla Pattona czy kina antywojennego, to trafiliście na zły adres.

patton2

Schaffner tworzy epicki, bo niemal trzygodzinny fresk pokazujący Pattona w pewien sposób, który mi się skojarzył z… „Lawrencem z Arabii”. Już otwierająca scena przemowy z amerykańską flagą w tle mówi o tym bohaterze dużo – mówi prostymi słowami, bez pieprzenia i nie boi się kląć (ale żadnego fucka tu nie usłyszymy). Jest pełny przekonania w zwycięstwo, nie uznaje tchórzostwa, a słuszną taktyką jest parcie do przodu. Za wszelką cenę, zaś swoich nieporadnych podwładnych jest w takie tak opierdolić, że ci dostają skrzydeł i dokonują rzeczy niewykonalnych. Absolutne szaleństwo, które genialnie pokazuje na ekranie Scott. Poza takim teatralnym sposobem wysławiania się, ta postać wydaje się pochodzić z innej planety – ma mentalność dawnych herosów, bardzo chętnie korzysta z doświadczeń historii, pisał wiersze i odwiedzał swoich rannych żołnierzy. Ale miał też bardzo niewyparzoną gębę i nerwowy charakter, co potrafi wpakować go w poważne tarapaty, wielkie ego i przekonanie, że jest przeznaczony do wielkich rzeczy. W kontrze do niego jest Bradley w wykonaniu Karla Maldena, który bardziej trzyma się ziemi, jest o wiele skromniejszy i posłuszniejszy rozkazom. Na ile jednak jest to podparte wspomnieniami Bradleya, który delikatnie mówiąc nie przepadał za Pattonem, a na ile faktografii – ciężko stwierdzić.

patton3

Niemniej „Patton” imponuje zarówno soczystymi dialogami, świetnymi zdjęciami oraz imponującymi scenami batalistycznymi. Choćby atak na wojska Rommla na pustyni, zastrzelenie mułów blokujących drogę, atak powietrzny na bazę Amerykanów (i Patton wyskakujący z okna, by z pistoletem strzelać do samolotów – jak na kozaka przystało). Oglądałem z zapartym tchem i nie mogłem wyjść z wrażenia, skali i przepychu. Niesamowite dzieło, mimo lat.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik II

Czy była potrzebna kontynuacja do „Francuskiego łącznika”? Wszak była otwarta furtka, ale nie miałoby to pokrycia w prawdziwych wydarzeniach. Ale dla hollywoodzkich szefów nie miało to żadnego znaczenia i po czterech latach „Popeye” Doyle znów ruszył do akcji. Nie wrócił za kamerą William Friedkin, którego zastąpił John Frankenheimer, ani scenarzysta Ernest Tidyman, tutaj podmieniony przez trójkę autorów pod wodzą Alexandra Jacobsa. To raczej nie miało prawa się udać, prawda?

Tym razem zamiast brudnego Nowego Jorku, mamy równie oszałamiającą wizualnie Marsylię. Tutaj przybywa Doyle (Gene Hackman), który jako jedyny widział (oraz przeżył spotkanie) z Alainem Charnierem (Fernando Rey). Handlarz narkotyków zbiegł ze Stanów razem ze swoją dostawą i ukrywa się przed światem. Nie oznacza to jednak bezczynności czy bierności, lecz przygotowuje kolejną transakcję, tym razem przez Szwajcarię. Zaś przybyły Doyle ma pomóc komisarzowi Henri Berthelamy’emu (Bernard Fresson), ale dochodzi do bardzo ostrych tarć.

Na pierwszy rzut oka „dwójka” wydaje się jednym z wielu filmów sensacyjnych, opierającym się na znanych schematach. Bo mamy gliniarz wrzuconego kompletnie w nieznany teren, równie porywczego (lecz zadziwiająco opanowanego wobec wyzwisk Doyle’a) francuskiego inspektora i nieobecnego dla policji Charniera. Ten ostatni w zasadzie wydaje się być drobnym epizodem, wręcz za bardzo chowającym się w cieniu, bez tej magnetyczności i charyzmy. Marsylia ma ten sam dualizm, co Nowy Jork – piękne plenery i eleganckie hotele mieszają się z brudem, chropowatością oraz nieprzyjemnymi spelunami jak pewien hotel. Z kolei brak znajomości języka francuskiego przez Doyle’a (oraz brak tłumaczenia francuskich dialogów) potęguje poczucie wyalienowania.

I tu Frankenheimer dokonuje pierwszego skrętu – Doyle zostaje porwany przez francuskiego łącznika oraz nafaszerowany heroiną. Po co? By wyciągnąć z niego informacje co tu robi. Wtedy „dwójka” dostaje prawdziwego kopa i szarpie. Szprycowanie narkotykami i przemiana brutalnego, gniewnego gliny w ćpuna nadal robi wrażenie. Ale jeszcze bardziej działa detoks wykonywany w policyjnej celi, gdzie Doyle’a męczy „głód” robi piorunujące wrażenie. Hackman bezbłędnie pokazuje cierpienie, fizyczny ból czy w absolutnie kapitalnej scenie, gdzie wydaje się powoli wracać do normy, ALE zaczyna coraz mocniej prosić o działkę. Taka mieszanka bezradności, bólu, gniewu, frustracji pogłębia charakter Doyle’a i to są najciekawsze sekwencje „Francuskiego łącznika II”.

Sama intryga oraz sceny akcji nie mają tego nerwu, co u Friedkina, ale Frankenheimer nadrabia to ciekawymi inscenizacjami jak podczas strzelaniny przy statku czy brawurowym, pieszym pościgu Doyle’a za Charnierem. W tym drugim przypadku parę razy reżyser pokazuje ujęcia z oczu bohatera, co pomaga podbić stawkę. Oraz samo zakończenie, które wydaje się oczywiste i jednocześnie takie nagłe. Francuscy aktorzy wypadają bardzo solidnie (zwłaszcza Fresson jako szorstki Berthelemy), jednak to Hackman dominuje oraz rozsadza ekran. Zarówno będąc naćpany, na przymusowym odwyku oraz dokonując w finale (ostatnie pół godziny) wściekłej zemsty.

„Francuski łącznik II” to kompetentny film sensacyjny i widać fachową rękę Frankenheimera. ALE nie jest w stanie dorównać klasykowi Friedkina z powodu braku tego wyrazistego charakteru, faktury i energii. Ale poszukiwacze sensacji znajdą tu parę mocnych momentów oraz scen, które zostaną na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik

Jak wspominałem przy „Bullicie” na przełomie lat 60. i 70. pojawiło się trzech policjantów, którzy wnieśli masę świeżości do kina policyjnego. Spokojny i opanowany Bullitt, robiący swoje i nie trzymany w żadnej kieszeni politycznej inspektor „Brudny Harry” Callahan oraz największy skurwiel z tej trójki – Jimmy „Popeye” Doyle z „Francuskiego łącznika” Williama Friedkina. Czy to określenie nie jest trochę za mocne?

Akcja całej historii – inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami – zaczyna się w Marsylii, gdzie planowana jest duża operacja przemytu heroiny do Nowego Jorku. Mózgiem planu jest Alain Charnier (Fernando Rey), który oficjalnie skupuje używane auta na aukcjach. Ale to tylko przykrywka, w czym pomaga mu wyszkolony cyngiel oraz – wykorzystany do roli wabika – gwiazdor telewizji Henry Devereaux. Wszystko wydaje się być niemal dogadane w amerykańsko-włoską mafią. W całą sytuację przypadkowo pakują się dwaj nowojorscy gliniarze w oddziału antynarkotykowego – Jimmy „Popeye” Doyle (Gene Hackman) oraz Buddy „Cloudy” Russo (Roy Scheider). Idąc do baru na jednego zauważają w jednym ze stolików dwóch handlarzy narkotyków, właściciela nielegalnej loterii oraz tajemniczego, szastającego forsą mężczyznę. Powoli odkrywają przygotowywaną operację i próbują zatrzymać wszystkich zamieszanych.

Friedkin idzie zupełnie pod prąd wobec pozostałych reprezentantów kina policyjnego, choć korzysta z paradokumentalnej estetyki znanej z „Bullitta”. Ale reżyser idzie nawet o krok dalej, gdzie fabuła pozornie wydaje się pretekstowa, zaś akcja zredukowana do minimum. W większości mamy tutaj inwigilację, gdzie mamy do dyspozycji podsłuch, obserwację oraz śledzenie. Czasem w parach po przeciwległych stronach ulicy, a czasem w pojedynkę. Po drodze dostając ekspozycję oraz zazębienie się wątków marsylskiego oraz śledztwa. Powolnego, żmudnego, wręcz jałowego, co może wydawać się bardzo nudne.

ALE to tylko pozory, bo „Francuski łącznik” jest takim filmem nie rzucającym się w oczy, bardziej skupionym na oszczędnych dialogach oraz wręcz dokumentalnej stylistyce. Wszystko to, by pokazać bardziej „brudne” miasto, bardziej przyziemne, z mniej bezpiecznymi uliczkami, zaułkami, a nie tylko z eleganckimi hotelami czy restauracjami. Nawet finałowa konfrontacja odbywa się w jakichś wyniszczonym magazynie za miastem. Samej akcji jest jak na lekarstwo, ale jak się pojawia, robi piorunujące wrażenie jak próba zabicia Doyle’a zakończona intensywnym pościgiem samochodowym (bez muzyki, za to z masą ujęć z maski). Jednym z najlepszych jakie dało kino amerykańskie KIEDYKOLWIEK, co jest efektem bezbłędnej reżyserii Friedkina.

Do tego jest fantastycznie zagrane, gdzie na pierwszy plan wysuwa się trzech bohaterów: Doyle, jego partner Russo oraz Charnier. Ci pierwsi są zbudowani na mocnym kontraście, co jest zasługą znakomitych ról Hackmana i Scheidera. Russo wydaje się tym rozsądniejszym, bardziej opanowanym oraz zdystansowanym wobec swojej pracy. Bardziej przypomina urzędnika do momentu jak zacznie łączyć wszystkie kropki. Główny zły w wykonaniu Fernando Reya to typ eleganckiego dżentelmena, skrywający doświadczonego szachistę. Zawsze wydaje się o krok od innych, bardzo pragmatyczny oraz mówiący ciepłym, ale władczym głosem. To wszystko jednak nic w porównaniu do Popeye’a, czyli Hackman. Ten gliniarz jest pełen skumulowanej wściekłości brutal i furiat, którego obsesja jest paliwem napędowym oraz sensem życia. To czyni go bardzo skutecznym gliną z ostrą intuicją, bezkompromisowymi metodami (nalot na bar dla czarnoskórych), bez względu na cenę i ofiarę. Z tego powodu Popeye jest groźniejszy niż przestępcy, których ściga i ma gdzieś czy tobie się to podoba.

Ponad 50 lat minęło, a „Francuski łącznik” nadal jest pozornie spokojny, ale pełen gniewu i nerwowości w środku. Namacalnie brudny, lepki, zdegenerowany świat, w którym bardzo łatwo można zarazić się złem, co pokazuje bardzo nihilistyczny finał. Dla mnie to nadal najlepszy film w dorobku Friedkina, do którego miłość coraz bardziej we mnie narasta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski