Patton

Żaden inny konflikt niż II wojna światowa nie stworzył tak wyrazistych bohaterów i dowódców. Taką postacią bez wątpienia był generał George Patton – dowódca jakby wzięty z innej epoki. I to o nim opowiada nakręcony w 1970 roku (czyli bardzo dawno temu) film „Patton”.

Za reżyserię odpowiada opromieniony sukcesem „Planety małp” Franklin J. Schaffner, scenariusz oparty na biografii generała autorstwa Ladislasa Farago i wspomnieniach generała Omara Bradleya stworzyli weteran Edmund H. North oraz trochę mniej doświadczony Francis Ford Coppola, zaś tytułową rolę zagrał George C. Scott. Sama historia (długa) skupia się na karierze wojskowej od przejęcia dowództwa w Tunezji w 1943 roku aż do pozostania w Europie w 1945 roku. Czyli to niewielki wycinek historii wojennej, ale efekt robi mocne wrażenie.

patton1

„Patton” to dość nietypowy film zważywszy na czas powstania. To był rok 1970, kiedy powstały zarówno awanturniczo-przygodowe „Złoto dla zuchwałych” oraz przesiąknięty czarnym humorem antywojenny „MASH”. Tutaj jest to poniekąd film biograficzny, gdzie mamy bohatera większego niż życie, dla którego wojna jest w zasadzie sensem życia. Przeskakujemy z pól bitwy (nadal wyglądają imponująco) przez sztaby i pobojowiska aż do siedziby dowództwa wojska III Rzeszy generała Jodla. Gdzie oczywiście Patton traktowany jest jako główne zagrożenie oraz postrach armii. Bo któż inny miałby nim być – Montgomery, Eisenhower czy Bradley? Ale jeśli spodziewaliście się laurki dla Pattona czy kina antywojennego, to trafiliście na zły adres.

patton2

Schaffner tworzy epicki, bo niemal trzygodzinny fresk pokazujący Pattona w pewien sposób, który mi się skojarzył z… „Lawrencem z Arabii”. Już otwierająca scena przemowy z amerykańską flagą w tle mówi o tym bohaterze dużo – mówi prostymi słowami, bez pieprzenia i nie boi się kląć (ale żadnego fucka tu nie usłyszymy). Jest pełny przekonania w zwycięstwo, nie uznaje tchórzostwa, a słuszną taktyką jest parcie do przodu. Za wszelką cenę, zaś swoich nieporadnych podwładnych jest w takie tak opierdolić, że ci dostają skrzydeł i dokonują rzeczy niewykonalnych. Absolutne szaleństwo, które genialnie pokazuje na ekranie Scott. Poza takim teatralnym sposobem wysławiania się, ta postać wydaje się pochodzić z innej planety – ma mentalność dawnych herosów, bardzo chętnie korzysta z doświadczeń historii, pisał wiersze i odwiedzał swoich rannych żołnierzy. Ale miał też bardzo niewyparzoną gębę i nerwowy charakter, co potrafi wpakować go w poważne tarapaty, wielkie ego i przekonanie, że jest przeznaczony do wielkich rzeczy. W kontrze do niego jest Bradley w wykonaniu Karla Maldena, który bardziej trzyma się ziemi, jest o wiele skromniejszy i posłuszniejszy rozkazom. Na ile jednak jest to podparte wspomnieniami Bradleya, który delikatnie mówiąc nie przepadał za Pattonem, a na ile faktografii – ciężko stwierdzić.

patton3

Niemniej „Patton” imponuje zarówno soczystymi dialogami, świetnymi zdjęciami oraz imponującymi scenami batalistycznymi. Choćby atak na wojska Rommla na pustyni, zastrzelenie mułów blokujących drogę, atak powietrzny na bazę Amerykanów (i Patton wyskakujący z okna, by z pistoletem strzelać do samolotów – jak na kozaka przystało). Oglądałem z zapartym tchem i nie mogłem wyjść z wrażenia, skali i przepychu. Niesamowite dzieło, mimo lat.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik II

Czy była potrzebna kontynuacja do „Francuskiego łącznika”? Wszak była otwarta furtka, ale nie miałoby to pokrycia w prawdziwych wydarzeniach. Ale dla hollywoodzkich szefów nie miało to żadnego znaczenia i po czterech latach „Popeye” Doyle znów ruszył do akcji. Nie wrócił za kamerą William Friedkin, którego zastąpił John Frankenheimer, ani scenarzysta Ernest Tidyman, tutaj podmieniony przez trójkę autorów pod wodzą Alexandra Jacobsa. To raczej nie miało prawa się udać, prawda?

Tym razem zamiast brudnego Nowego Jorku, mamy równie oszałamiającą wizualnie Marsylię. Tutaj przybywa Doyle (Gene Hackman), który jako jedyny widział (oraz przeżył spotkanie) z Alainem Charnierem (Fernando Rey). Handlarz narkotyków zbiegł ze Stanów razem ze swoją dostawą i ukrywa się przed światem. Nie oznacza to jednak bezczynności czy bierności, lecz przygotowuje kolejną transakcję, tym razem przez Szwajcarię. Zaś przybyły Doyle ma pomóc komisarzowi Henri Berthelamy’emu (Bernard Fresson), ale dochodzi do bardzo ostrych tarć.

Na pierwszy rzut oka „dwójka” wydaje się jednym z wielu filmów sensacyjnych, opierającym się na znanych schematach. Bo mamy gliniarz wrzuconego kompletnie w nieznany teren, równie porywczego (lecz zadziwiająco opanowanego wobec wyzwisk Doyle’a) francuskiego inspektora i nieobecnego dla policji Charniera. Ten ostatni w zasadzie wydaje się być drobnym epizodem, wręcz za bardzo chowającym się w cieniu, bez tej magnetyczności i charyzmy. Marsylia ma ten sam dualizm, co Nowy Jork – piękne plenery i eleganckie hotele mieszają się z brudem, chropowatością oraz nieprzyjemnymi spelunami jak pewien hotel. Z kolei brak znajomości języka francuskiego przez Doyle’a (oraz brak tłumaczenia francuskich dialogów) potęguje poczucie wyalienowania.

I tu Frankenheimer dokonuje pierwszego skrętu – Doyle zostaje porwany przez francuskiego łącznika oraz nafaszerowany heroiną. Po co? By wyciągnąć z niego informacje co tu robi. Wtedy „dwójka” dostaje prawdziwego kopa i szarpie. Szprycowanie narkotykami i przemiana brutalnego, gniewnego gliny w ćpuna nadal robi wrażenie. Ale jeszcze bardziej działa detoks wykonywany w policyjnej celi, gdzie Doyle’a męczy „głód” robi piorunujące wrażenie. Hackman bezbłędnie pokazuje cierpienie, fizyczny ból czy w absolutnie kapitalnej scenie, gdzie wydaje się powoli wracać do normy, ALE zaczyna coraz mocniej prosić o działkę. Taka mieszanka bezradności, bólu, gniewu, frustracji pogłębia charakter Doyle’a i to są najciekawsze sekwencje „Francuskiego łącznika II”.

Sama intryga oraz sceny akcji nie mają tego nerwu, co u Friedkina, ale Frankenheimer nadrabia to ciekawymi inscenizacjami jak podczas strzelaniny przy statku czy brawurowym, pieszym pościgu Doyle’a za Charnierem. W tym drugim przypadku parę razy reżyser pokazuje ujęcia z oczu bohatera, co pomaga podbić stawkę. Oraz samo zakończenie, które wydaje się oczywiste i jednocześnie takie nagłe. Francuscy aktorzy wypadają bardzo solidnie (zwłaszcza Fresson jako szorstki Berthelemy), jednak to Hackman dominuje oraz rozsadza ekran. Zarówno będąc naćpany, na przymusowym odwyku oraz dokonując w finale (ostatnie pół godziny) wściekłej zemsty.

„Francuski łącznik II” to kompetentny film sensacyjny i widać fachową rękę Frankenheimera. ALE nie jest w stanie dorównać klasykowi Friedkina z powodu braku tego wyrazistego charakteru, faktury i energii. Ale poszukiwacze sensacji znajdą tu parę mocnych momentów oraz scen, które zostaną na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik

Jak wspominałem przy „Bullicie” na przełomie lat 60. i 70. pojawiło się trzech policjantów, którzy wnieśli masę świeżości do kina policyjnego. Spokojny i opanowany Bullitt, robiący swoje i nie trzymany w żadnej kieszeni politycznej inspektor „Brudny Harry” Callahan oraz największy skurwiel z tej trójki – Jimmy „Popeye” Doyle z „Francuskiego łącznika” Williama Friedkina. Czy to określenie nie jest trochę za mocne?

Akcja całej historii – inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami – zaczyna się w Marsylii, gdzie planowana jest duża operacja przemytu heroiny do Nowego Jorku. Mózgiem planu jest Alain Charnier (Fernando Rey), który oficjalnie skupuje używane auta na aukcjach. Ale to tylko przykrywka, w czym pomaga mu wyszkolony cyngiel oraz – wykorzystany do roli wabika – gwiazdor telewizji Henry Devereaux. Wszystko wydaje się być niemal dogadane w amerykańsko-włoską mafią. W całą sytuację przypadkowo pakują się dwaj nowojorscy gliniarze w oddziału antynarkotykowego – Jimmy „Popeye” Doyle (Gene Hackman) oraz Buddy „Cloudy” Russo (Roy Scheider). Idąc do baru na jednego zauważają w jednym ze stolików dwóch handlarzy narkotyków, właściciela nielegalnej loterii oraz tajemniczego, szastającego forsą mężczyznę. Powoli odkrywają przygotowywaną operację i próbują zatrzymać wszystkich zamieszanych.

Friedkin idzie zupełnie pod prąd wobec pozostałych reprezentantów kina policyjnego, choć korzysta z paradokumentalnej estetyki znanej z „Bullitta”. Ale reżyser idzie nawet o krok dalej, gdzie fabuła pozornie wydaje się pretekstowa, zaś akcja zredukowana do minimum. W większości mamy tutaj inwigilację, gdzie mamy do dyspozycji podsłuch, obserwację oraz śledzenie. Czasem w parach po przeciwległych stronach ulicy, a czasem w pojedynkę. Po drodze dostając ekspozycję oraz zazębienie się wątków marsylskiego oraz śledztwa. Powolnego, żmudnego, wręcz jałowego, co może wydawać się bardzo nudne.

ALE to tylko pozory, bo „Francuski łącznik” jest takim filmem nie rzucającym się w oczy, bardziej skupionym na oszczędnych dialogach oraz wręcz dokumentalnej stylistyce. Wszystko to, by pokazać bardziej „brudne” miasto, bardziej przyziemne, z mniej bezpiecznymi uliczkami, zaułkami, a nie tylko z eleganckimi hotelami czy restauracjami. Nawet finałowa konfrontacja odbywa się w jakichś wyniszczonym magazynie za miastem. Samej akcji jest jak na lekarstwo, ale jak się pojawia, robi piorunujące wrażenie jak próba zabicia Doyle’a zakończona intensywnym pościgiem samochodowym (bez muzyki, za to z masą ujęć z maski). Jednym z najlepszych jakie dało kino amerykańskie KIEDYKOLWIEK, co jest efektem bezbłędnej reżyserii Friedkina.

Do tego jest fantastycznie zagrane, gdzie na pierwszy plan wysuwa się trzech bohaterów: Doyle, jego partner Russo oraz Charnier. Ci pierwsi są zbudowani na mocnym kontraście, co jest zasługą znakomitych ról Hackmana i Scheidera. Russo wydaje się tym rozsądniejszym, bardziej opanowanym oraz zdystansowanym wobec swojej pracy. Bardziej przypomina urzędnika do momentu jak zacznie łączyć wszystkie kropki. Główny zły w wykonaniu Fernando Reya to typ eleganckiego dżentelmena, skrywający doświadczonego szachistę. Zawsze wydaje się o krok od innych, bardzo pragmatyczny oraz mówiący ciepłym, ale władczym głosem. To wszystko jednak nic w porównaniu do Popeye’a, czyli Hackman. Ten gliniarz jest pełen skumulowanej wściekłości brutal i furiat, którego obsesja jest paliwem napędowym oraz sensem życia. To czyni go bardzo skutecznym gliną z ostrą intuicją, bezkompromisowymi metodami (nalot na bar dla czarnoskórych), bez względu na cenę i ofiarę. Z tego powodu Popeye jest groźniejszy niż przestępcy, których ściga i ma gdzieś czy tobie się to podoba.

Ponad 50 lat minęło, a „Francuski łącznik” nadal jest pozornie spokojny, ale pełen gniewu i nerwowości w środku. Namacalnie brudny, lepki, zdegenerowany świat, w którym bardzo łatwo można zarazić się złem, co pokazuje bardzo nihilistyczny finał. Dla mnie to nadal najlepszy film w dorobku Friedkina, do którego miłość coraz bardziej we mnie narasta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zmierzch tytanów

Był kiedyś taki czas, że filmowe adaptacje greckich i rzymskich mitów były bardzo popularne. Ale ostatnie próby jak „Hercules” z The Rockiem miały problem ze znalezieniem widowni. Zaś kilka produkcji z lat 50. i 60. nie były przez czas potraktowane łaskawie. Jedną z produkcji, która ja jeszcze pamiętam był „Zmierzch tytanów” z 1981 roku.

zmierzch tytanow1

Sama opowieść skupia się na Perseuszu, czyli młodzieńcu zwanym w tamtym czasie herosem. Ojcem był sam Zeus (Laurence Olivier), czyli najsłynniejszy wśród bogów zapładniacz śmiertelniczek, zaś matką żona króla Danae. Jej mąż ze szczęścia z narodzin nieswojego dziecka postanowił oboje wsadzić do trumny na morze. Bo tak robią rogacze. Ale władca się przeliczył, nie znając potęgi Zeusa, który wysyła na miasto Krakena w jednym celu: zmiecenia miasta w pył, ze wszystkimi mieszkańcami. Ojciec bogów tak kocha Perseusza, że chce zrobić dla niego jak najlepiej. I strasznie to przeszkadzania bogini Tetydzie (Maggie Smith), której syn został przez władcę Olimpu oszpecony. Chłopak miał się hajtnąć z księżniczką Andromedą, jednak po darmowej operacji plastycznej plan szlag trafił.

zmierzch tytanow2

Może i początek nie brzmi zbyt zachęcająco, ale wszystko zaczyna się rozkręcać. Historia jest prościutka jak greckie mity, gdzie podział na dobrych i złych był klarowny, jasny i oczywisty. Perseusz (Harry Hamlin) będzie musiał znaleźć swoje przeznaczenie: poznać piękną kobietę (imię Andromeda mogło być w tamtych czasach także pociągające), zdobyć jej rękę i – by powstrzymać gniew pewnej bogini – uratować miasto z rąk bestii.

zmierzch tytanow3

Jeśli brzmi to jak zadanie z prostej gry komputerowej, to… tak właśnie jest. By osiągnąć cel musi ruszyć z punktu A do punktu B, towarzyszyć mu będzie poznany przypadkowo mędrzec (Burgess Meredith), otrzyma pewne fajne artefakty od bogów jak hełm-niewidka, mocarny miecz, tarczę oraz… mechaniczną sowę. A wszystko jeszcze w czasach, kiedy komputerowe efekty specjalne były zaledwie o powijakach, dając duże pole dla praktycznych i optycznych trickach. A te całkiem nieźle się prezentują, co jest zasługą legendarnego Raya Harryhousena (mistrz animacji poklatkowej), który był także producentem filmu. Nie szukajcie tu psychologicznej głębi postaci, zapadających w pamięć dialogów czy wybitnych ról godnych Oscara. Chociaż aktorzy są zacni i nawet w swoich rolach się sprawdzają. Za to mamy robiącą wrażenie scenografię, świetną muzykę Leonarda Rosenmanna (symfoniczne brzmienie dobrze się trzyma!!!), odrobinę napięcia (konfrontacja z Meduzą!!!) oraz klimat staroszkolnego kina przygodowego.

zmierzch tytanow4

Choć muszę przyznać, że efekty specjalne (szczególnie na początku) mogą kłuć oczy, zaś wolniejsze tempo (w porównaniu z dzisiejszym kinem akcji/fantasy) będzie testem cierpliwości dla współczesnego widza. Niemniej „Zmierzch tytanów” ma w sobie wiele uroku oraz magię kina opartego na praktycznych efektach i mniej sterylnej produkcji. Wehikuł czasu dla wszystkich kinomanów bez względu na wiek.

7/10

Radosław Ostrowski

W dół kolorowym wzgórzem

Przemysław Wojcieszek to dość osobliwy twórca, choć od lat nie nakręcił żadnego filmu. Absolwent polonistyki zaczynał od napisania scenariusza do „Poniedziałku” Witolda Adamka, lecz następne scenariusze realizował sam. Czuć jeszcze było amatorską rękę, to jednak było w nich coś, co nie pozwalało odwrócić oczu. Nie inaczej jest w przypadku trzeciego filmu.

Bohaterem „W dół kolorowym wzgórzem” jest Rysiek (Dariusz Majchrzak) – młody chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Był dwa lata za włam i wraca w swoje rodzinne strony, gdzie czeka na niego dziewczyna Agata (Aleksandra Popławska), brat Jarek (Rafał Maćkowiak) oraz gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że zmarły ojciec przepisał ziemię na Jarek, Agata hajtnęła się z Jarkiem, zaś gospodarstwo idzie na sprzedaż. Czyli nie jest zbyt kolorowo, ale Rysiu nie zamierza odpuścić. Tylko, czy może on cokolwiek zmienić?

W trakcie seansu rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze, film jest nakręcony na cyfrowej kamerze, co ma dać taki dokumentalny posmak. Po drugie, kamera mocno jest skupiona na zbliżeniach, detalach, gdzie krajobraz praktycznie nie istnieje. O miejscami bardzo słabo słyszalnych dialogach nie wspominam, ale to jest jedna z przypadłości naszego kina po 1989 roku (przed tą datą też). Ale sam film o czym jest? Jak wiele z młodymi ludźmi: o szukaniu swojego miejsca na ziemi, mimo niesprzyjających okoliczności. Czy zostać w miejscu, gdzie sama determinacja i wolna wola mogą nie wystarczyć na odmianę losu, czy może zostawić to wszystko i zacząć od nowa w wielkim mieście. Czy w ogóle można cokolwiek zrobić, skoro już wszystko zostało dawno ustalone?

Jest jeszcze sprawa związana z Agatą – jej zachowanie dla Ryśka jest niezrozumiałe i bohater próbuje odkryć jej tajemnicę. Dlaczego ożeniła się z jego bratem? Czemu go zostawiła w więzieniu? Tajemnicę jej reżyser bardzo powoli odkrywa, podrzucając zasłyszane informacje i w finale tworzy pełny obraz. Choć można odnieść wrażenie, że ta bohaterka jest jakaś niezdecydowana oraz motywacja jest niejasna, poznajemy kolejne warstwy tej postaci. Popławska potrafi być irytująca (kłótnia z rodzicami w jej wykonaniu zabrzmiała SŁABO), jednak ma w sobie coś pociągającego. Wyłania się z niej obraz zdesperowanej, szorstkiej i stąpającej twardo po ziemi osobie, ale jednocześnie wyrachowanej manipulantki.

No i czwarty wierzchołek tego kwadratu – lokalny gangster Tadek (zjawiskowy debiut kinowy Przemysława Bluszcza), dla którego gangu pracował Rysiek. To bardzo dziwna mieszanka męska jest: z jednej strony potrafi być bardzo do rany przyłóż. Bardziej sympatycznej twarzy nie zobaczycie, a w rozmowach z Rysiem bywa wręcz brutalnie szczery. Ale nie boi się nagle eksplodować i spuścić łomot. Bluszcz jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem całej obsady, szczególnie w finale zawłaszczając cały ekran.

Niemniej „W dół kolorowym wzgórzem” ma parę poważnych wad. Technicznie szału nie ma, choć jest kilka pomysłowych ujęć jak konfrontacja braci w stodole pokazana z góry. Miejscami dialogi brzmią dość, hmm, literacko i teatralnie, przez co uszy mogą zaboleć. No i jeszcze dość monotonna muzyka grająca w tle. Z drugiej jednak strony czuć wiele serca i szczerości w tym portrecie życia na prowincji. Bez upiększeń, ale jednocześnie bez popadania w pesymizm, co jest rzadkim osiągnięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Z odzysku

Nazwisko Sławomira Fabickiego na początku XXI wieku elektryzowało. Wszystko dzięki nominowanej do Oscara krótkometrażówki „Męska sprawa”. Dlatego w 2006 roku tak wyczekiwano jego pełnometrażowego debiutu. Film nagrodzonego w Cannes i wystawionego jako nasz kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. „Z odzysku” chyba jednak trafiła do zapomnienia, ale czy zasługuje na to?

Głównym bohaterem jest Wojtek (Antoni Pawlicki) – 19-latek, mieszkający na Śląsku. Żyje ze starszą od siebie Katją (Natalia Wdowina), czyli ukraińską imigrantką, co mieszka nielegalnie w Polsce z synkiem. Chłopak próbuje znaleźć stałą pracę, jednak łatwo nie jest. Walczy w nielegalnych walkach bokserskich, gdzie zostaje zauważony przez niejakiego Dariusza Gazdę (Jacek Braciak) – szefa firmy ochroniarskiej. Przynajmniej tak się przedstawia, bo w rzeczywistości jest egzekutorem długów. Alternatywą jest załatwiona przez dziadka (Jerzy Trela) praca w chlewni. Jednak szybkie pieniądze są zbyt kuszące, żeby zrezygnować.

z odzysku1

Jak widać debiut Fabickiego gdzieś krąży w duchu kina moralnego niepokoju, czyli ma dylemat między dobrym a złem. Czyli prosta opowieść o trudnym życiu i wyrwaniu się z biedy, nizin. Tylko jak zawsze jest pytanie: za jaką cenę? Jak bardzo to wpływa na jego psychikę? I czy taki układ nie jest zaprzedaniem duszy diabłu? Krajobraz jest dość znajomy, niczym wyrwany z lat 90. oraz początków XXI wieku: czyli ubóstwo, nędza, podniszczone domostwa i bloki. A nawet by dotrzeć do chlewni trzeba przejść promem, bo nie ma mostu. Jeszcze nielegalne walki w jakich opuszczonych halach. Więc Fabicki nie tworzy niczego oryginalnego, ale… to wszystko wydaje się wiarygodne.

z odzysku2

O ile sama historia jest dość przewidywalna, „Z odzysku” potrafi porwać realizacją. Niemal dokumentalne, ziarniste zdjęcia tworzą dziwnie niepokojący klimat. Choć nie brakuje scen mocnych i brutalnych, Fabicki wiele pokazuje albo poza kadrem, albo gdzieś niewyraźnie w tle. Lub, co jeszcze ciekawsze, urywa scenę. Przemiana Wojtka, czyli wrażliwego chłopaka w bandytę, coraz bardziej odsuwającego granice moralne jest przekonująca, nawet jeśli znamy finał tej drogi. A ten potrafi uderzyć, rozegrany niemal bez słów i chyba symboliczną sceną.

z odzysku3

Tutaj to wszystko trzyma na barkach są dwie fantastyczne role. Debiutujący wówczas na ekranie Antoni Pawlicki zaskakuje w roli Wojtka, mieszając swoją bardziej wrażliwą stronę, która walczy z tą brutalniejszą stroną. Nie bez oporów zaczyna przesiąkać tym złem z jakim ma styczność i zapada mocno w pamięć. Drugą fantastyczną postacią jest Gazda w wykonaniu rewelacyjnego Jacka Braciaka. Zawsze elegancko ubrany, spokojny i opanowany może sprawiać wrażenie nawet porządnego gościa. To wszystko jednak pozory, gdzie skrywa się bezwzględny gangster, który tylko w ostateczności brudzi sobie ręce. Takiego Braciaka nie widziałem ani wcześniej, ani później i to zadziwia. Drugi plan też potrafi zabłysnąć, gdzie przewija się m. in. Natalia Wdowina (Katja), Wojciech Zieliński („Kalafior”) czy Jerzy Trela (dziadek).

„Z odzysku” z jednej strony krąży wokół ogranych i znanych elementów polskiego kina po transformacji, ale z drugiej jest w tym dużo szczerości, emocji. Fabicki opowiada z ciekawością, w czym pomaga dobry scenariusz oraz niemal paradokumentalna realizacja (poza miejscami skopanym dźwiękiem).

7/10

Radosław Ostrowski

Avalon

Co może powstać, kiedy japoński reżyser od animacji wyruszy do Polski? Nakręci film tak pokręcony, że nawet teraz wywołuje dość sprzeczne uczucia. Bo mamy tu wirtualną rzeczywistość, gdzie „Matrix” miesza się z „Incepcją” i gdzieś nad tym wszystkim unosi się klimat z powieści Philipa K. Dicka.

avalon1

Tytułowa „Avalon” to gra komputerowa, będąca wojskową strzelanką. Jest to jednak gra niebezpieczna, gdzie śmierć w świecie wirtualnym może oznaczać śmierć w realnym świecie. Albo zamianę w warzywko, co nie jest zbyt przyjemną alternatywą. Można grać albo w drużynie, albo kompletnie solo. Tą drugą metodę wybiera Ash (Małgorzata Foremniak) – jedna z twardszych zawodniczek gry. Jednak nie zawsze tak było. Jako członkini drużyny Wizard podczas jednej z akcji straciła lidera Murphy’ego (Jerzy Gudejko), który zmienił się w warzywo. Jednak jakimś cudem pojawia się w grze i jest twardym skurczybykiem. Tylko jak to jest możliwe?

avalon2

Reżyser Mamoru Oshii tym razem przerzucił się z animację na film aktorski. Sama historia jest z rodzaju tych skomplikowanych lub przynajmniej wygląda na skomplikowaną. Świat wirtualny miesza się z realnym, adrenalina pompowana przez silne bodźce, czołgi z samolotami, gra z napisami angielskimi (oczywiście). Muszę za to przyznać, że wizja tego świata jest magnetyzująca. Z jednej strony mocna kolorystyka utrzymana w tonacji sepii, gdzie ten świat jest dość pokręconą, retro futurystyczną przyszłość. Bo komputery wyglądają dość staro (nawet jak na rok produkcji), banknoty pamiętają jeszcze PRL, ale jednak coś tu jest nie tak. Bo na początku jak Ash wychodząc z „gry” na zewnątrz kopie puszkę, to najpierw widzimy to, zaś dźwięk pojawia się z parosekundowym opóźnieniem. Bo jak wraca do domu tramwajem (kilka razy to pokazano), pasażerowie stoją/siedzą DOKŁADNIE w tych samych miejscach. Czy to jest na pewno „prawdziwy” świat?

avalon3

Niejako to można wywnioskować z obserwacji, ale wiele pytań zostaje bez odpowiedzi. Drobnymi nitkami trzeba sobie poukładać parę rzeczy. Dość krótkim tekstowym wstępem poznajemy ten świat, fabuła wydaje się toczyć dość wolnym rytmem, ale reżyser czasem za bardzo skupia się na wizualiach. Co mnie nie dziwi, bo wygląda to imponująco. Tak samo dobrze zniosły próbę czasu efekty specjalne czy bardzo epicka muzyka. Problem za to mam z dialogami, co może wynikać z tłumaczenia.

avalon4

I dlatego tutaj aktorstwo wypada delikatnie mówiąc, nie za dobrze. Dopóki postacie nie mówią jest w porządku. Ale jak już padają słowa, uszy potrafią zaboleć. Czuć, że jest problem z intonacją, wypada to mocno sztucznie i chyba gdzieś komunikacja między reżyserem a aktorami zawiodła. Z całej obsady najlepiej wypada Władysław Kowalski, co być może wynikać z niewielkiej ilości dialogów.

„Avalon” to frapujący eksperyment, choć bardziej w warstwie audio-wizualnej. Nadal wygląda świetnie, imponują efekty specjalne oraz scenografia, ale pozostaje ono przerostem formy nad treścią. Niezwykłej formy, ale tylko formy.

6/10

Radosław Ostrowski

Babel

Czym była wieża Babel? Dawno, dawno temu (przynajmniej według Biblii, która nie jest tekstem naukowym) ludzie chcieli zbudować wieżę tak wielką, by mogliby zobaczyć Boga. Bogu się jednak wkurzył i postanowił rozwiązać problem. Ponieważ wtedy wszyscy ludzie mówili jednym językiem, to Bóg pomieszał im języki, by nie mogli się ze sobą porozumieć. I poniekąd o tym też opowiada nakręcony w 2006 roku film Alejandro Gonzaleza Inarritu.

Akcja tej mozaiki toczy się w Maroku, USA, Meksyku i Japonii, jest (jak we wczesnych filmach Meksykanina) poszatkowana w montażu, przeplatając się ze sobą. Czyli mamy kompletną mieszankę, mogącą zrobić w głowie mętlik. Spróbuję jednak opowiedzieć o co tu chodzi, więc UWAGA na spojlery. Japoński biznesmen podczas polowania w Maroku wręcza swojemu przewodnikowi w prezencie swój karabin. Mężczyzna wręcza go swojemu kuzynowi Abdullahowi, by móc bronić swoje kozy przed szakalami. Abdullah wyrusza do miasta, zostawiając stado pod opieką dwóch synów i córki. Synowie, jak na dzieci przystało, bardziej bawią się bronią. I to kończy się postrzeleniem jednej z pasażerek autobusu – Amerykanki Susan. Jej mąż Richard desperacko próbuje prosić o pomoc, jednak władze USA uważają postrzał za atak terrorystyczny i komplikuje to relacje z władzami Maroko.

Ich dzieci pozostały w domu z opiekunką z Meksyku. Kobieta ma jednak problem, bo wkrótce zbliża się ślub oraz wesele jej syna w ojczystym kraju. Najgorsze jest to, że nie ma z kim ich zostawić, więc… bierze je ze sobą. W czym pomaga jej siostrzeniec Santiago. Niejako poza tymi wydarzeniami znajduje się Chieko – nastoletnia, głuchoniema córka wspomnianego na początku biznesmena. Oboje się nie dogadują ze sobą i nie chodzi tylko o język.

„Babel” niejako idzie drogą, którą wyznaczali tacy reżyserzy jak Robert Altman, Quentin Tarantino czy Paul Thomas Anderson. Ale bardziej bawi się tu chronologią i montażem, co pokazało „21 gramów”. Niemniej w przeciwieństwie do tamtego filmu jest to dzieło o wiele mniej chaotyczne, bałaganiarskie i nieczytelne. Polifoniczna narracja prowadzona jest dużo pewniej (aczkolwiek nie brakuje tu dłużyzn), przejścia między postaciami płynniejsze, zaś dialogi wydają się mniej pretensjonalne i zaskakująco oszczędne. Zdjęcia niemal paradokumentalne w formie (sceny w Maroku i Meksyku) jeszcze bardziej budują bardzo nerwową atmosferę. Inarritu w paru momentach trzyma za gardło (kontrola graniczna, skorzystanie z usług lokalnego lekarza w celu zatrzymania rany postrzałowej czy pokazana z perspektywy Chieko wypad na dyskotekę), czego nie spodziewałem się.

Ale o dziwo bardziej niż historia małżeństwa (granego przez najbardziej znane gwiazdy, czyli Brada Pitta i Cate Blanchett) interesowały mnie opowieści dookoła. Czyli wątek meksykańskiej opiekunki oraz nastoletniej głuchoniemej dziewczyny. Pierwsza grana przez fantastyczną Adrianę Barrazę z jednej strony jest bardzo odpowiedzialna, z drugiej jednak podejmuje spore ryzyko ufając siostrzeńcowi (mocny Gael Garcia Bernal). Ten w decydującej sytuacji zawodzi, co doprowadza do dramatu. Chwila po przekroczeniu granicy jest poruszający. Ale dla mnie najlepiej wypadła Rinko Kikuchi, czyli głuchoniema Chieko. Skonfliktowana z ojcem, wkurzona na swoje ograniczenia i niejako obrażona na ten świat, reagująca agresją lub prowokacyjnym zachowaniem (m. in. wizyta u dentysty). Jednak w pewnym momencie „łamie się” przed obcą osobą, co nawet ją bardzo zaskakuje.

„Babel” powstał w czasach, kiedy Inarritu mógł być nazywany meksykańskim Kieślowskim. Może trochę na wyrost, ale w tym filmie to widzę najmocniej. Historia nie tylko o braku komunikacji z powodów kulturowych czy językowych, lecz także z powodów uprzedzeń, wrogości i podejrzliwości. Jak jedno drobne wydarzenie niczym kula śnieżna ogarnia coraz więcej osób, nawet niekoniecznie znających się ze sobą. Wszystko jest połączone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

„Anna” i wampir

To była jedna z najgłośniejszych spraw lat 70. – „wampir z Zagłębia”. Seryjny morderca kobiet, terroryzujący mieszkańców Śląska. Choć sprawcę schwytano i skazano, do dziś sprawa budzi wątpliwości, co pokazał reportaż z 1998 roku. Jednak kiedy powstawał ten film, nie było miejsca na niejasności czy zawahanie. Ale reżyser Janusz Kidawa podjął się opowiedzenia historii inspirowanej tą głośną sprawą.

„Anna i wampir” jest próbą odtworzenia tej sprawy, ale z perspektywy prowadzących dochodzenie. Część wydarzeń jest prawdziwa, twórcy mieli dostęp do akt sprawy (niektóre fotografie pokazujące sceny zbrodni są wzięte z tych akt), lecz postacie śledczych to fikcja. Naszym przewodnikiem jest kapitan Jaksa (Wirgiliusz Gryń), który zakłada specjalną grupę operacyjną do schwytania „wampira”. Doszło do kilku morderstw, lecz brakuje konkretnych poszlak, śladów czy nawet motywu. Ale cały czas brakuje jakiegoś punktu zaczepienia. Jakby zabójca był sprytniejszy, bardziej cwany albo milicja jest tak niekompetentna. Nawet stosowanie prowokacji (milicjantów w przebraniu lub po cywilnemu czy użycie noktowizorów) czy wyznaczenie nagrody nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Przekonująco udaje się twórcy pokazać jak żmudne było dochodzenie, gdzie brakuje jakiegoś przełomowego momentu. Nie pomagają ani przełożeni, ani żadne „nowoczesne” metody.

Za to panuje stan psychozy, gdzie samo pojawienie się mgły zwiastuje zagrożenie. Morderca pojawia się i atakuje niespodziewanie – nie wiadomo dlaczego, czym. Widzimy jego twarz, ale nie wiemy o nim nic. To wywołuje frustrację, nasila paranoję (oczekiwanie na żonę na przystanku, rozmowa w kolejce czy ucieczka i zamknięcie się świadka zabójstwa), zaś stróże prawa zderzają się z murem. Nie brakuje mniej przyjaznych obrazków milicji jak wymknięcie się sprawcy podczas obławy czy niemal pobicie na śmierć podejrzanego, więc nie spodziewajcie się czystej propagandowej agitki. Jest parę mocnych dialogów, niemal paradokumentalne zdjęcia oraz nieprzyjemna muzyka Henryka Kuźniaka budują klimat. Tak samo jak bardzo zadziwiające, niejednoznaczne zakończenie, przynajmniej dla mnie.

Ponieważ jest to stary film z Polski, to nie za dobrze radzi sobie dźwięk. Wiem, że Kidawa idąc ku realizmowi nagrywał dźwięk bezpośrednio z planu i nie było czegoś, co kiedyś nazywało się post-synchronami. Innymi słowy, wszystko nagrywano na planie, zaś dialogi później nagrywano w studio. Tutaj tego nie zrobiono, przez co parę wypowiadanych słów brzmi niewyraźnie (a nawet jak w scenie oględzin miejsca zbrodni, dialogi się nakładają). Ale dla mnie to najpoważniejsza skaza „Anny i wampira”.

A mimo lat film nadal dobrze się trzyma. Między innymi dzięki świetnemu aktorstwu, ze szczególnym wskazaniem na Wirgiliusza Grynia. Jego Jaksa to bardziej wycofany, miejscami melancholijny śledczy, próbujący metodycznie podejść do sprawy. Aktor ma w sobie tyle charyzmy, że zawłaszcza każdą scenę. Oprócz niego nie można nie wspomnieć solidnego Jerzego Treli (porucznik Szłapowicz), dobrego Leona Niemczyka (major Dobija) czy świetnego Edwarda Skargę (milicjant Bogdan Drozda). Zaskakująco mroczny kryminał z czasu PRL-u, choć będący mocno w kontrze do „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. I można go obejrzeć z dziełem Pieprzycy jako double feature, by pokazać jak jeden temat można ugryźć na różne sposoby.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Włoska robota

Jeśli sądzicie po tytule, że opowiem o filmie z 2003 roku, to zapomnijcie. Dla mnie jedyna „Włoska robota” warta uwagi powstała w 19696 roku, ze wsparciem Brytyjczyków oraz charyzmatycznym Michaelem Cainem w roli głównej.

Głównym bohaterem jest grany przez Caine’a Charlie Croker – drobny złodziej, który właśnie wychodzi z więzienia. Kobieciarz, uroczy cwaniak i raczej zawodnik z niższej ligi. To ostatnie może się jednak zmienić, dzięki poważnemu skokowi. Chodzi o zgarnięcie 4 milionów dolarów w złocie z Turynu, które są przeznaczone do stworzenia fabryki Fiata w Chinach. Cała akcja była przygotowana przez Rogera Beckermanna, jednak został zamordowany przez włoską mafię. Bo gangsterzy nie chcą, by konkurencja panoszyła się na ich terenie, więc nie dopuszczą do realizacji tego ambitnego skoku. Do tego jeszcze złoto jest w potężnym konwoju, a by je ukraść trzeba… sparaliżować całe miasto.

Film Petera Collinsona wydaje się znajomym heist movie, ale w bardzo brytyjskim stylu. Bardzo ironiczne poczucie humoru, galeria barwnych postaci (profesor informatyki, mający fetysz na punkcie… kobiet przy kości czy rządzący półświatkiem z więzienia pan Bridger) oraz wariacki plan, którego szczegóły poznajemy w trakcie realizacji. Cała historia jest bardzo płynnie opowiedziana, bez chwil przestoju, co nie jest częste w produkcjach sprzed kilkudziesięciu lat. Przygotowania do skoku są pokazane sprawnie, a także jak dużym zagrożeniem są włoscy gangsterzy.

Ale najważniejsze jest wykonanie tego planu i tu Collinson błyszczy najmocniej. Bardzo czytelne zdjęcia, szybki montaż błyszczy, przez co skok wygląda niesamowicie. Mimo masy postaci i zmiennych, finałowy akt pompowany jest adrenalinę, bardzo kreatywnie prowadzoną jazdę oraz ucieczkę przed policją przez miasto. Mały rozmiar Mini pozwala przemieszczać się w niemal każdym miejscu, więc poruszamy się po centrum handlowy, placu budowy, a nawet… kanałach. I nadal ogląda się to znakomicie aż do finałowego cliffhangera. Dosłownego cliffhangera, gdzie nie wiadomo jak zakończy się ta cała eskapada.

Tak samo błyszczy cała obsada, choć najbardziej w pamięć zapada Michael Caine jako Croker oraz Noel Coward jako pan Bridger. Pierwszy to czarujący drań (przy paniach) oraz opanowany, kalkulujący złodziej. To ostatnie pokazują nie tylko sceny przygotowań do skoku, jak i w trakcie jego realizacji, lecz także konfrontacja z szefem włoskiej mafii. Z kolei Coward niejako stoi w kontrze – starszy dżentelmen, z fetyszem na punkcie zdjęć królowej oraz angielskiej dumy. Inteligentny drań, potrafiący wyczuć zagrożenie w postaci włoskiej mafii, ale też trzymający wszystko w ryzach. Nawet w więzieniu ma większą władzę niż naczelnik, co pokazuje jego siłę. Reszta obsady też ma swoje przebłyski (z najbardziej zaskakującym w tej stawce… Bennym Hillem w roli ekscentrycznego profesora od komputerów), ale bez takiego mocnego blasku jak w/w dwójka.

Oryginalna „Włoska robota” nadal w sobie masę eleganckiego uroku, z sarkastycznym poczuciem humoru oraz kreatywnie wykonanymi akcjami samochodowymi. Godnie się starzeje i jeszcze długo będzie dostarczał rozrywki na poziomie.

8/10

Radosław Ostrowski