Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gry wojenne

Dzisiaj reżyser John Badham pracuje przy produkcjach telewizyjnych. Ale w latach 80. był bardzo rozchwytywanym filmowcem, realizującym hit za hitem. Tylko, że o niewiele z nich się pamięta. Na pewno taką produkcją była przełomowa „Gorączka sobotniej nocy” z 1977 roku (o niej innym razem) oraz powstałe sześć lat później „Gry wojenne”.

gry wojenne2

Zaczyna się niby spokojnie, gdzie dochodzi do zmiany warty w jakimś punkcie wojskowym. I pojawia się alarm o zagrożeniu atakiem nuklearnym. Trzeba przekręcić klucze i odpalić pociski, ale jeden z oficerów waha się. Czas ucieka i ostatecznie nie decyduje się na przekręcenie klucza. Później okazuje się, że to był tylko test, zaliczony jedynie przez 22% oficerów. Dlatego dochodzi do wyłączenia ludzi z łańcucha decyzyjnego, całkowicie zdając się na komputer zwany WOPR-em. Wszystko pewnie działałoby w porządku, gdyby nie pewien chłopak. David to licealista, mający kompletną fiksację na punkcie gier komputerowych. Chcąc zdobyć dostęp do nowych gier, włamuje się do komputera… WOPR. Myśląc, że znalazł gry, odpala „Globalną wojnę termonuklearną”. I to doprowadza, że wojskowi są przekonani o planowanym ataku Sowietów na USA. Oj, niedobrze.

gry wojenne1

Najbardziej zadziwiające jest to, że – mimo osadzenia akcji w czasach współczesnych twórcom – koncepcja wydaje się niebezpiecznie aktualna. Możliwość włamania do komputera, zbytnia ufność technologii oraz zderzenie mentalności wojskowej z naukową – mieszanka ta może doprowadzić do zagłady. Reżyser z jednej strony serwuje prostą opowieść o (przyspieszonym) dojrzewaniu do odpowiedzialności, gdzie nastolatkowie (tutaj akurat uzdolniony haker) w zasadzie robią, co chcą. I to właśnie nasza dwójka bohaterów (David i jego koleżanka Jenny) podejmuje najrozsądniejsze decyzje.

gry wojenne3

Z drugiej jednak jest to thriller, gdzie jest wojsko, technologia w postaci dużego komputera oraz potencjalny koniec świata w tle. Jak przekonać osoby decyzyjne do zachowania rozsądku? Czy można nauczyć komputer odpuszczenia walki i pokazanie jej bezsensu? Czy należy tylko i wyłącznie opierać się na obrazkach komputera? Niby jest to rozrywkowy film, a pytania zadaje bardzo poważne. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, co nie jest takie proste do osiągnięcia.

Czuć ducha epoki i dzisiaj niektóre „włamania” mogą wydawać się zabawne niż poważne. Ale nie umniejsza to „Grom wojennym”. Film nadal trzyma w napięciu, jest świetnie zagrany i potrafi zmusić do myślenia. Więcej niż tylko zgrabne kino rozrywkowe z lat 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Big Bang

Kolejne dzieło Kondratiuka i kolejny film telewizyjny, który wprawił mnie w zadziwienie. Skromna produkcja toczy się w domu jednego z wiejskich gospodarzy. Trwa noc, ciemności otaczają wszystko. Wszystko zmienia pojawienie się Janka, kuzyna gospodarzy Wrońskich z porażającą wiadomością: nad polem gospodarzy wylądowało UFO. Czy aby na pewno? Może Janek podchmielony i ma majaki? Nie, bo coś rzeczywiście świeci na polu. Mężczyzna wyrusza do sołtysa, by razem się naradzić, co zrobić i jak przywitać gości.

Wszystko ogranicza się do domu Wrońskich, więc osoby spodziewające się pełnego efektów specjalnych SF nic mają tu czego szukać. Można odnieść wrażenie jakby się oglądało spektakl teatralny. Masa dialogów, kamera niemal skupiona na twarzach postaci (czasem wręcz zasłaniają cały ekran), bardzo ograniczona przestrzeń. Wszystko jest tak naprawdę tylko pretekstem do nocnych rozmów z alkoholem w tle. O czym? Trudno ubrać to wszystko w jedno zdanie, ale spróbujmy: o pierwszym kontakcie, kto ma z nimi rozmawiać aż w końcu dochodzi do kwestii filozoficznych. Innymi słowy jest to Polaków portret własny. Poza gospodarzami i ich krewnym bierze w tym wszystkim udział naukowiec, właścicielka sklepu, sąsiad (jako jedyny widzi z bliska statek zwany jajcem) oraz – uważany za najmądrzejszego mieszkańca – pastuch. I to doprowadza do bliższego przyjrzenia się każdemu z bohaterów, którzy mają swoje przywary, pewne kompleksy oraz tajemnice. Jak każdy z nas. I jak się w tym wszystkim zachować.

Realizacyjnie też widać poziom telewizyjny: bardzo ciasny obraz, rozmyte kolory, klimat spotęgowany przez „przemielone” dźwięki od Eugeniusza Rudnika. I początkowo może się wydawać to zabawne, dialogi pełne gwary, zabawne powiedzonka. Jednak im dalej w las, tym więcej bardzo wnikliwych obserwacji i wręcz brutalnych stwierdzeń. Pod tym względem wybija się monolog o ludzkości w wykonaniu Romana Kłosowskiego (pastuch Kazimierz) zakończony ironicznym stwierdzeń, że „mamy czym pochwalić się kosmitom – Hiroshima, Oświęcim, Nagasaki”. Cała obsada tu błyszczy, bo tu mamy zarąbiste towarzystwo: Ludwik Benoit, Zofia Merle, Janusz Gajos, Zdzisław Kozień, Franciszek Pieczka, Roman Kłosowski i Iga Cembrzyńska. A wszystko jest zakończone w najbardziej nieobliczalny, zaskakujący sposób.

„Big Bang” mnie wzięło z zaskoczenia i takiego pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską nie było. Niby śmiesznie, ale przerażająco poważnie, gorzko, wręcz strasznie. Nie przeszkadza ani skromny budżet i brak kosmitów. Wybuchło z hukiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wniebowzięci

Andrzej Kondratiuk dla mnie jest tak naprawdę niezbyt znanym filmowcem. Innymi słowy, styczność z jego kinem w moim przypadku była praktycznie zerowa. W końcu przychodzi moment zapoznania się z dziełami tego reżysera. Padło na telewizyjnych „Wniebowziętych” z duetem Zdzisław Maklakiewicz/Jan Himilsbach w rolach głównych.

Panowie już wcześniej tworzyli wyrazisty duet przy „Rejsie”, więc nic dziwnego, iż później parę razy łączono tych aktorów razem. Panowie tym razem grają dojrzałych facetów po przejściach, którzy w zasadzie nie osiągnęli nic. Ale pewnego dnia los się do nich uśmiecha i wygrywają pieniądze w totolotku. Co z nią zrobią? Mają bardzo proste marzenia – chcą pierwszy raz polecieć samolotem. Tak bardzo im się spodobał ten lot, że na jednej podróży samolotem się to nie skończy.

W sumie to tyle, bo fabuły jako takiej ten film nie ma. Kondratiuk rzuca bohaterów w kolejne podróże i eskapady, dając im pewną namiastkę szczęścia. Czy aby jednak na pewno? Miałem wrażenie jakbym oglądał dokument, gdzie kamera łapie fragmenty z życia. Nieważne, czy mówimy o pierwszej kontroli celnej, zapoznaniu dwóch dziewczyn w Rzeszowie, spędzonej nocy w hotelu. Nie brakuje tutaj humoru, jednak nie zmienia on dość cierpkiego czy wręcz melancholijnego klimatu.

Pod tym wszystkim Kondratiuk pokazuje poczucie straconego czasu czy zmarnowanego życia. Że nie osiągnęło się nic – bo rodziny nie ma, z pracą też nie za dobrze. To co wtedy pozostaje? Wydaje się, że odpowiedzią jest przyjaźń. I to wsparcie panów granych przez Maklakiewicza oraz Himilsbacha staje się największą wartością. Czuć tą relację niemal od razu, nie trzeba do tego żadnych słów, by w to uwierzyć. I jak na dość krótki czas trwania, „Wniebowzięci” są zaskakująco bogaci treściowo. Jak macie wolne trzy kwadranse, macie propozycję.

8/10

Radosław Ostrowski

Spis cudzołożnic

Kraków – serce polskiej inteligencji, gdzie toczy się akcja debiutu reżyserskiego Jerzego Stuhra. Nakręcony w 1994 roku „Spis cudzołożnic” oparty jest na powieści Jerzego Pilcha i jest skromną produkcją telewizyjną. Wszystko skupia się wokół Gustawa (w tej roli sam Stuhr) – wykładowca akademicki, protestant z wyznania, który dostaje zadanie od dziekana. Oprowadzenie szwedzkiego kolegi o fachu przez Kraków. Cudzoziemca nie interesuje jednak poznawania zabytków i historii miasta, lecz dwie rzeczy: alkohol oraz kobiece towarzystwo.

spis cudzoloznic1

Niby można wziąć jakąś panienkę z ulicy, sex shopu czy innego burdelu. Gustaw jest jednak bardziej sentymentalny i trzyma notes z numerami telefonów – tytułowy spis cudzołożnic. Tylko, czy nie jest już trochę za późno na takie spotkanie po latach? Jak mawiał filozof starożytny – drugi raz nie można wejść do tej samej rzeczy. Ta nocna eskapada po Krakowie staje się pretekstem. I nie chodzi tylko o dyskusję na polu intelektualnym w kwestii relacji damsko-męskich czy jak sobie poradzić z kochankiem. Nie chodzi nawet o picie w knajpach, ale po prostu wspomnienia. Pierwsze miłości, fascynacje erotyczne, pierwsze klęski i zderzenie z rzeczywistością – wszystko polane alkoholem oraz bardzo melancholijnym klimatem.

spis cudzoloznic2

Stuhr pokazuje swojego bohatera jako zagubionego safandułę z pokolenia ’68 – jeszcze pamiętającego ostatnie, brutalnie działania systemu. Są one wspominane, lecz będące tylko tłem. Wszystko to okraszone miejscami zaskakującymi dialogami (wręcz monologami), mogącymi czasem sprawiać wrażenie bełkotu. Jednak parę momentów zapada mocno w pamięć jak sytuacja z „Posępną Okularnicą” czy próba dojścia do jednej z kobiet przez jej męża-psychiatrę. Zrobione jest to bardzo porządnie – zdjęcia Adamka budują specyficzny klimat, Stuhr w roli głównej radzi sobie bardzo dobrze, a panie nawet w drobnych rolach (m.in. Dorota Pomykała, Anna Radwan, Stanisława Celińska czy Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) zapadają w pamięć.

spis cudzoloznic3

„Spis cudzołożnic” pozostaje w cieniu kolejnych, bardziej dojrzałych prób reżyserskich Stuhra. Niemniej debiut jest zbyt ciekawy, by go zignorować, choć nie wszyscy go zrozumieją. Może jak będę starszy o 20-30 lat będzie bardziej ze mną rezonował.

6/10

Radosław Ostrowski

Konopielka

Witold Leszczyński drugi raz – po „Żywocie Mateusza” – wraca na wieś. Znowu wszystko wydaje się w formie ascetyczne, proste, ale wyrafinowane w formie. Jednak tutaj nie skupiamy się na dwóch osobach, lecz na całej wiosce podlaskiej. Taplary się nazywa i tam mieszka Kaziuk z żoną, syna oraz świeżo urodzoną córką. Wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, tworząc jedną wspólnotę, opierając się na silnej tradycji. Z dala od szeroko rozumianej cywilizacji, pełnej zgnilizny i zepsucia. Spokój jednak ma to do siebie, że nie jest dany raz na zawsze i do wsi pojawia się postęp. A mówiąc dokładnie w postaci delegatów – potrafiącego trafić do ludzi wójta, stawiającego na przymus modernizacji urzędnika oraz pani nauczycielki. Ta ostatnia zostaje na wsi w celu edukowania i zostaje przydzielona na kwaterę… Kaziukowi.

konopielka1

Chyba już wiecie w jakim kierunku to zmierza. Zderzenie szeroko rozumianej tradycji z nowoczesnością, gdzie wynik wydaje się oczywisty do przewidzenia. Leszczyński jednak nie idzie tutaj na łatwiznę, pokazują prosty i oczywisty podział. Że skoro wieś zacofana, to musi być prymitywna. Ale czy oznacza, że jest zła? Może i nie są piśmienni, czasem zbyt dosłownie biorą wypowiadana do nich słowa, zaś ich wiara oraz przywiązanie do tradycji jest bardzo silne. Nawet jeśli te przekonania wydają się brzmieć idiotycznie (że nie ścina się drzewa przy domu, bo to jak zabić członka rodziny czy znajdujący się na górce złoty koń), bo bez nich to co zostaje? O tym opowiada sam dziad, przybywający do wsi: „Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo”.

konopielka2

Reżyser przygląda się z ciekawością tej konfrontacji. Wszystko z perspektywy Kaziuka (fantastyczny Krzysztof Majchrzak), który jest typowym chłopem: co on powie, jest święte. Czasem bywa porywczy i rzuci obelgą albo uderzy, jednak czuje symbiozę ze swoim małym światem. Na wszystko nieznane i obce podchodzi z wrogością jak w scenie, gdzie rodzina próbuje pierwszy raz jeść z osobnych talerzy i sztućców zamiast jednej miski. Więc jakim cudem dochodzi do przemiany? Jak mawiał klasyk: „Na początku była chuć”, czyli pani Jola przyszła (debiutująca Joanna Sienkiewicz) i zamęt w umyśle Kaziuka sprawiła. Najpierw w snach jako naga kusicielka niczym Ewa z Edenu, aż w końcu to przez fascynację erotyczną mężczyzna łamie dawne tradycje. Najpierw ściga drzewo przy domu – po tym jak pękła gałąź, z której podglądał kobietę – aż w końcu robi niewyobrażalne: zaczyna ścinać żniwa kosą zamiast sierpem. I to doprowadza do tragedii.

konopielka3

Mimo dotykania ważnego tematu, Leszczyński nie boi się sięgać po humor. Głównie za pomocą użytej gwary oraz zderzenia dawnego z nowym. Niby zabawne, lecz ten śmiech zaczyna utykać w gardle, bo odpowiedzi tu jednoznacznie brak. Nawet finałowa scena daje pole do interpretacji. Tak jak cały film, pełen goryczy i pewnego wyczuwalnego fatalizmu. Frapujące kino, ciągle aktualne.

7/10

Radosław Ostrowski