Infernal Affairs – Piekielna gra

Ile już na ekranie widzieliśmy zabaw w policjantów i złodziei? Gdzie obie strony próbuja nawzajem się podejść, zyskać przewagę do pokonania tych drugich? A metod jest wiele: od prowokacji i obserwacji po umieszczanie wtyczek. I ten ostatni element pokazuje sensacyjniak z Hong Kongu – “Infernal Affairs”. Po naszemu “Piekielna gra”. Stara dobra polska szkoła tłumaczeniowa, ale nie o to chodzi.

Historia ma tutaj banalie prostą koncepcję: mamy dwóch tajniaków działajacych po dwóch Stronach barykady. Yan jest policjantem działającym pod przykrywką jako członek triady od 10 lat. Jedyną osobą znającą jego tożsamość jest nadkomisarz Wong, trzymający dane zabezpieczone hasłem. Po drugiej stronie jest inspector Yen, będącym jedną z wtyczek szefa mafii Sama. Obaj nie wiedzą o swoim istnieniu aż do momentu pewnej ważnej transkacji, zakończonej mała wpadką. Panowie dostają od swoich szefów zadanie namierzenia zdrajcy w szeregach.

Brzmi znajomo? Jeśli wam się kojarzy z “Infiltracją” Martina Scorsese, to jest to właściwy trop. “Piekielna gra” jest oryginalną wersją powstałą cztery lata przed oscarowym dziełem mistrza z USA. Ale duet Andrew Lau i Alan Mak idzie w zupełnie inną stronę. Bo na hasło kino sensacyjne z Hong Kongu raczej należy się spodziewać czegoś w rodzaju Johna Woo, prawda? Czyli przeładowanej akcją rozpierduchy z wszechobecnym slow-motion, wiadrami krwi, gołębiami. Cóż, nie tym razem. Bliżej temu filmowi do thrillera psychologicznego, opartego na zabawie w kotka i myszkę. Nawet skojarzyło mi się to z… kinem szpiegowskim. Niby wiemy kto jest kim, ale z czasem granica mędzy tym kto jest dobry z naszych bohaterów zaciera się. Yan chce wrócić do dawnego życia jako policjant, z kolei Lau dostaje szansę na rozpoczęcie nowego etapu. Tylko kto wytrzyma nerwowo tą konfrontację, a kto zginie. Bo nie ma tutaj szansy na szczęśliwe zakończenie dla obu bohaterów.

Sama ekspozycja trwa kilka minut i jest bardzo szybko poprowadzona, za pomocą dynamicznego montażu oraz krótkich scenek. Następnie zostajemy rzuceni w środek operacji, gdzie napięcie zaczyna sięgać zenitu. Wizualnie troszkę jest bliżej do kina Michaela Manna, gdzie większość akcji toczy się nocą. Zdarzają się podnoszące adrenaline momenty jak rozmowa komisarza z Yanem, kiedy zbliża się do nich ekipa gangsterów czy kiedy Yan obserwuje Lau po rozmowie z Samem w kinie. Ryzyko wpadki może się zdarzyć w każdej, a jeden nie wie o drugim nic. Aż do momentu konfrontacji zakończonej nagle i gwałtownie, gdzie finał naprawdę mnie zaskoczył.

Jest także świetnie zagrane i dajcie sobie wmówić, że wszyscy azjatyccy aktorzy wyglądają tak samo. Bo nie. Błyszczą szczególnie grający główne role Tony Cheung i Andy Lau jako szukający siebie nawzajem krety. Obaj maja wiele do pokazania, zwłaszcza Cheung zmęczony działaniem pod przykrywką, znakomicie się uzupełniając. Wspierają ich równie błyszczący Anthony Wong (nadkomisarz Wong) oraz Eric Tsang (gangster Sam), tworząc bardzo mocny drugi plan.

“Piekielna gra” po raz kolejny pokazuje, że azjatyckie kino gatunkowe jest o wiele ciekawsze niż opierające bardziej na szablonach kino z USA. Jest bardziej spokojne i mniej efekciarskie niż można się było spodziewać, zaś klimat i suspens działa aż do samego końca. Atmosferę wręcz można kroić nożem. O wiele lepsze od remake’u Scorsesego.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopcy z Brazylii

UWAGA!
Tekst może zawierać treści uznane za spojlery, więc jeśli nie oglądaliście filmu, nie czytajcie.

Nikt tak nie sprawdza się w roli czarnych charakterów jak naziści. Żądni władzy nad światem psychopaci opętani okultyzmem oraz złem, że już bardziej się nie dało. Pojawiali się w filmach nawet w latach 70-tych, osadzonych współcześnie („Akta Odessy” czy „Maratończyk”) czy podczas II wojny światowej („Bękarty wojny” czy ostatnio „Operacja Overlord”). O grach komputerowych nawet nie wspominam. Jednak czynienie z nich złoli w czasach osadzonych współcześnie jest dość ryzykowne, bo czy mogą nadal wzbudzić jakąkolwiek grozę czy lęk? Nawet w latach 70-tych taka koncepcja początkowo wydawała się czymś świeżym. Ale czy pod koniec tej dekady to jeszcze działało? Postanowił to sprawdzić reżyser Franklin J. Schaffner w opartym na powieści Iry Levina „Chłopców z Brazylii”.

Film – znany w naszym kraju także jako „Synowie III Rzeszy” – zaczyna się w Paragwaju, gdzie młody syjonista obserwuje jednego z ukrywających się nazistowskich zbrodniach. Przypadkowo trafia na samego doktora Josefa Mengele, organizującego poważną intrygę. Jej celem jest zamordowanie 94 mężczyzn w wieku 65 lat w ciągu dwóch i pół roku. Niestety, nasz niedoszły łowca nazistów zostaje schwytany podczas przekazywania informacji legendarnemu łowcy nazistów – Ezry Liebermana. Ten postanawia wybadać sprawę, zdany tylko na siebie.

chlopcy z brazylii1

Reżyser nie serwuje wszystkich informacji od razu, bo inaczej ten thriller nie zadziałałby. „Chłopcy z Brazylii” są staroszkolnym dreszczowcem, spokojnie odkrywającym wszystkie karty, co buduje klimat tajemnicy oraz podskórnego niepokoju. Napięcie potrafi podkręcić bardzo ekspresyjna muzyka Jerry’ego Goldsmitha w połączeniu z miejscami użytym montażem równoległym (kapitalna scena, gdy Mengele przechodzi po ruinach dawnego szpitala). A wszystko w czasach, kiedy nazistowskie zbrodnie wydają się pieśnią przeszłości. Nie nadając się nawet na wzmiankę w prasie, co jest dzisiaj bardzo smutne. Jedynie starzy ludzie pokroju Liebermana i Mengele jeszcze są w stanie walczyć, mając masę czasu oraz determinacji. Pierwszy może liczyć tylko na wsparcie młodych idealistów, drugi na swoich zwierzchników (do pewnego stopnia). Konfrontacja jest nieunikniona, ale nie będzie tu brawurowych pościgów czy rozpierduchy, choć przenosimy się z miejsca na miejsce.

chlopcy z brazylii2

Schaffner pewną ręką prowadzi całą opowieść, nawet jeśli zacząłem domyślać się o co tak naprawdę chodzi. Bo nie chodzi o pochodzenie ojców, tylko o dzieci, które są… klonami Adolfa Hitlera. Więc jak zwykle chodzi o panowanie nad światem. Chłopcy wyglądają tak samo (są grani przez tego samego aktora – Jeremy’ego Blacka), są rozpuszczeni i… co z nimi zrobić? Ocalić ich w nadziei, że niczego nie zbroją, a geny zostaną stłumione? Czy może ich wytropić i zamordować? Ten dylemat zostaje szybko rozwiązany (niestety), ale konsekwencje pozostają tajemnicą. Rzadko spotykana przemoc potrafi uderzyć, choć krwi nie ma zbyt wiele – może poza konfrontacją dwójki bohaterów z udziałem psów. Jednak potrafi uderzyć, bo zło od nazistów wywołuje ponadczasowy strach.

chlopcy z brazylii3

I to wszystko jest wykonane przez fantastycznie dobrany duet aktorski, zmuszony do konfrontacji. Laurence Olivier jako Lieberman (postać wzorowana na Szymonie Wiesenthalu) jest wystarczająco pocieszny, pełnego empatii, determinacji. Ma być tym dobrym i ma to wręcz wypisane na czole. Ale prawdziwym zaskoczeniem oraz gwiazdą tego filmu jest Gregory Peck. Aktor gra doktora Mengele i robi to bardzo sugestywnie. Aktor drugi raz w swojej karierze zagrał postać negatywną (wcześniej był kapitanem Ahabem w „Moby Dicku” Johna Hustona), ale tutaj wchodzi na o wiele wyższy poziom. Samo spojrzenie może budzić grozę, tak jak niemiecki akcent oraz wyczuwalny gniew i szaleństwo, bez popadania w przerysowanie czy groteskę. To ten duet nakręca ten film, choć nie brakuje w nim znanych twarzy na drugim i trzecim planie (m.in. James Mason, Denholm Elliott czy – będący na początku kariery – Steve Guttenberg).

Powiem szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego oczekiwać po „Chłopcach z Brazylii”. Dostałem efektywny, staroświecki (lecz nie archaiczny), trzymający w napięciu thriller. I dowód na to, że naziści nadal potrafią straszyć. Nawet po tylu latach.

8/10

Radosław Ostrowski

Złote dziecko

Tytułowe Złote dziecko to pochodzący z Tybetu chłopiec, mający ocalić świat. Jednak zostaje on porwany przez tajemniczego Sardo Numpsy’ego, by został zgładzony. Problem w tym, że chłopiec nie jest w stanie ulec siłom zła, nawet jeśli jest przez nich otoczony. Uratować go może tylko Wybraniec. Ma nim być amerykański działacz społeczny, Chandler Jarrell, specjalizujący się w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Problem w tym, że nie wierzy w całą tą historię oraz nadprzyrodzone moce.

Michael Ritchie jako reżyser specjalizował się w komediach oraz okraszonym humorem kinie sportowym. „Złote dziecko” ma być w założeniu hybrydą komedii, kryminału z elementami fantasy, czyli troszkę inny rewir. Sama historia wydaje się być prosta i balansująca między komedią a dramatem. Na papierze wydaje się wszystko działać, a sam początek (świetnie zrobiona scena porwania) obiecuje wielką przygodę. Niestety, coś poszło nie tak. intryga jest w zasadzie pozbawiona pazura, a przejście między scenami sprawia wrażenie gwałtownego. Zupełnie jakby parę scen zostało wyciętych, by zmieścić się w czasie. Tak samo rozmach ucinany przez zdjęcia, a dokładniej format obrazu jakby to był film telewizyjny (bardzo wąski 4:3). Antagonista nie ma zbyt wiele czasu na ekranie i brzmi jak wielu innych tego typu postaci (zmarnowany talent Charlesa Dance’a), sceny akcji są szybko ucinane, co pozbawia ich czytelności. Same elementy fantastyczne w zderzeniu z komedią wywołują silny zgrzyt, jakby jednego było za mało, drugiego za dużo i w dodatku nietrafionego.

Nie oznacza to jednak, że „Złote dziecko” to pełny niewypał. Ma kilka autentycznie zabawnych momentów (próba przemycenia sztyletu na lotnisku czy sen bohatera, gdzie mierzy się z antagonistą w formie telewizyjnego show), efekty specjalne nadal trzymają wysoki poziom, zaś scena zdobycia sztyletu potrafi trzymać w napięciu. Jednak kompletnie o „Złotym dziecku” bym zapomniał, gdyby nie świetny Eddie Murphy. W roli bardzo zdystansowanego do sprawy Jarrella autentycznie bawi, podnosząc całość na odrobinę wyższym poziomie. Kiedy on się pojawia na ekranie, robi się ciekawie oraz ogląda się to z przyjemnością. Jak go nie ma, film się robi nudny i pozbawiony duszy.

Strasznie zmieszany się czuje. „Złote dziecko” to pierwsza artystyczna wtopa w dorobku Eddie’ego Murphy’ego (w jednym z wywiadów nazwał film „kupą gówna”), lecz sama opowieść nie porywa. Brakuje tutaj lepszego, bardziej rozwiniętego scenariusza oraz wyrazistszych aktorów na dalszym planie. Z tego złota nie dało się stworzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat

Ile ja razy jako dzieciak grałem w dwie pierwsze gry z serii na Amidze? Nie jestem w stanie policzyć ani wymienić. To była bijatyka, z jaką wcześniej nie miałem do czynienia – pokręcone scenografie, ludzie i potwory walczące ze sobą oraz lejąca się z pobity przeciwników posoka. Jak tego nie lubić? Zwłaszcza „dwójka”. Tym bardziej było zaskakujące, że postanowiono z takiej prostej gry zrobić film. A jednak i pamiętam, że obejrzałem na VHS-ie. No i zwariowałem, wracając do tego dzieła jeszcze parokrotnie. Teraz postanowiłem wrócić i jak?

Sama fabuła trzyma się gry, czyli jest mocno inspirowana „Wejściem smoka”. Tytułowy Mortal Kombat to turniej sztuk walki, gdzie stają do walki wojownicy z różnych światów. Walka jest organizowana przez Imperatora Shao Khana, a nadzoruje ją jego prawa ręka – czarnoksiężnik Shang Tsung. Jeśli jego reprezentanci pokonają wojowników danej krainy w 10 turniejach, miejsce to zostaje przejęte przez Imperatora. Właśnie to może spotkać Ziemię, chyba że jej wojownicy staną na wysokości zadania. A są to: pragnący zemsty za śmierć brata Liu Kang, gwiazdor kina akcji Johnny Cage oraz policjantka Sonya Blade.

Reżyser Paul W.S. Anderson dzisiaj znany jest raczej jako partacz i rzeźnik niszczący serię „Resident Evil”. Ale w 1995 roku był w zupełnie innym miejscu, mając tylko jeden film w dorobku. To także czas początku adaptacji gier komputerowych, zapoczątkowany bardzo krytycznie przyjętym „Super Mario Bros.”. Fabuła jest prosto zarysowana i – co mnie zaskoczyło najbardziej – wiernie trzyma się swojego materiału źródłowego. Czyli mamy walki jeden na jeden w miejscami dziwacznych plenerach. Wyglądających imponująco plenerach. Wszystko w rytmie techno oraz EDM, zwanej też standardowym zestawem dyskotekowym lat 90., mieszając powagę z lekko kiczowatą warstwą wizualną. Fabuła to pretekst do pokazania nadal dobrze zrealizowanych scen walki (udało się także zachować charakterystyczne ciosy), z niezbyt dobrze starzejącymi się efektami komputerowymi. Zaskakująco jest dużo humoru, dającego jeszcze więcej frajdy.

Jasne, jest to schematyczne, dialogi w większości to ekspozycja, zaś aktorstwo jest troszkę na poziomie kina klasy B (z obsady najbardziej znany był Christopher Lambert grający Lorda Raydena, a zabłysnęła gwiazda Cary-Hiroyukiego Tagawy, czyli Shang Tsunga).

Ale co z tego? „Mortal Kombat” nie wstydzi się i nie udaje, że jest czymś więcej niż nieskomplikowaną naparzanką przeplataną scenami dialogowymi. Wygląda nadal dobrze, walki prezentują się okazale, a muzyka nie wyjdzie wam z głowy. Lata mijają, a lepszej adaptacji gry komputerowej nie ma. Ciekawe dlaczego?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pamięć absolutna

Philip K. Dick był jednym z tych pisarzy SF, którego dzieła były adaptowane po jego śmierci. Powieści i opowiadania pełnej paranoi, tematy rozróżnienia rzeczywistości od snu i urojeń, kwestie tożsamości – to brzmi interesująco dla poszukiwaczy ambitniejszego SF. Pokazał to choćby „Blade Runner” Ridleya Scotta, choć w dniu premiery nie miał ciepłego odbioru. Kolejne próby bardziej były skupione na akcji, efektach specjalnych oraz wszelkiej rozwałce, zaś klimat gdzieś znikał. Aczkolwiek były dwie inne udane adaptacje, zachowujące balans między akcją a atmosferą książek – „Raport mniejszości” oraz „Pamięć absolutna”.

Bohaterem tej drugiej jest Douglas Quaid – zwykły robotnik, pracujący w firmie budowlanej na Ziemi. Ma piękną żonę oraz ma sny dotyczące Marsa. Czerwona Planeta staje się dla niego prawdziwą obsesją. Tak silną, że korzysta z usług firmy proponującej implanty w formie „wakacji” – z fikcyjnymi wspomnieniami, tożsamością oraz miejscem. Ale w trakcie wykonania zlecenia coś idzie nie tak – okazuje się, że Quaidowi sczyszczono pamięć, zaś sam mężczyzna jest przekonany o tym, iż jest tajnym agentem z Marsa. Czyli tak, jak sobie zażyczył w zleceniu, lecz żadnego wszczepu nie wykonano. Od tej pory życie Quaida mocno się komplikuje i ktoś chce go zabić.

Przeniesienia na ekran opowiadania „Przypomnimy to panu hurtowo” podjął się holenderski reżyser Paul Verhoeven. Opromieniony sukcesem „RoboCopa” zrobił film w swoim stylu, czyli jest bardzo brutalnie (z mocno lejącą się krew), chropowato oraz sporym rozmachem. Twórcy lawirują cały czas i nie dają jednoznacznej odpowiedzi, czy to co widzimy naprawdę ma miejsce czy to tylko sen. To pasuje do klimatu Dicka, ale jednocześnie jest to zaskakująco widowiskowe. Czuć tutaj pewne cyberpunkowe elementy, a intryga jest tutaj bardzo powoli odkrywana, przypominając kino szpiegowskie. Podchody, zdrady, nie wiadomo komu można zaufać, a wszystko skrywa tajemnica. Wciąga to jak cholera, akcja jest podkręcona do granicy groteski (niczym w „RoboCopie”), zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Szczególnie charakteryzacja nadal wygląda niesamowicie.

Złośliwi mówili, że to jedyny film, w którym Arnold Schwarzenegger gra. Bzdura, ale rola zagubionego Quaida jest jedną z lepszych w dorobku Austriaka. Akcent mniej rozprasza, dialogi zapodaje jakby pewniej, a poza spuszczeniem łomotu (co robi znakomicie) przekonująco pokazuje postać człowieka niepewnego tego, kim jest. Film dla mnie jednak skradł Michael Ironside jako ścigający naszego bohatera Richter. Odpowiednio demoniczny, ale bez popadania w karykaturę tak jak Ronny Cox wcielający się w korposzefa Cohageena. Tutaj nawet kobiety są silne i twarde niczym czołg, co widać w postaciach Rachel Ticotin (Melina) oraz Sharon Stone („żona” Quaida).

„Pamięć absolutna” jest kolejnym przykładem typowego kina Verhoevena, mieszającego akcję z bardzo obrazową, obrzydliwą przemocą, czarnego humoru oraz czasami groteskowego, brudnego SF. Mocna mieszanka, polana paranoicznym sosem Dicka, nie wywołująca zgrzytów, pełna przewrotek oraz niejasnego zakończenia. Sen to był czy jawa?

8/10

Radosław Ostrowski

Dzikość serca

Ile było już opowieści o trudnej, ognistej miłości dwojga młodych ludzi, niejako walczących z całym światem? Nie byłbym nawet w stanie wymienić wszystkich. Na pewną taką parą jest Sailor i Lula z cyklu powieści Barry’ego Gifforda. Po raz pierwszy pojawili się w powieści „Dzikość serca” z 1990 roku i kiedy jeszcze powieść nie była ukończona zainteresowali się nią filmowcy. Pierwotnie miał ją zekranizować Monty Montgomery, ale powieść przeczytał jego przyjaciel, zakochał się oraz stwierdził, że musi ją przenieść na ekran. Tym człowiekiem był David Lynch, zaś Montgomery przejął rolę producenta.

Tutaj taką parą jest Sailor i Lulu – on z mroczną, kryminalną przeszłością, ona żyjąca z toksyczną matką, mającą znajomości w półświatku. Przyszła teściowa tak nie znosi Sailora, że zleca zabicie go oprychowi. To jednak się nie udaje, bo bandzior zostaje zabity gołymi rękoma (bardzo brutalnie i bez kompromisów) przez Sailora, a ten idzie do więzienia. Po odsiadce oboje decydują się na ucieczkę, ruszając przed siebie. Matka Luli jednak najpierw wysyła prywatnego detektywa, a następnie swojego chłopaka, niebezpiecznego Santosa.

Wszyscy wiemy, czego po Lynchu spodziewać się należy – odrealnionej otoczki, pokazującej rzeczy niewidoczne na pierwszy rzut oka. Wszelkie tłumione lęki i koszmary wyłażą do tego świata, topiąc go w groteskowym sosie. Wszystko gdzieś na obrzeżach wielkich miast, gdzie diabeł mówi dobranoc. Małe miasteczka, brudne hotele, przerysowane postacie, gdzie reguły powoli zaczynamy sami odkrywać.  A w zderzeniu z tym brutalnym światem mamy miłość dwojga bohaterów – gwałtowna, intensywna, ale bardzo szczera. Jednak (w przypadku postaci Luli) pojawiają się duże wątpliwości. Czy ta „dzikość serca” będzie siłą scalającą oraz cementującą czy bardziej destrukcyjną, przynoszącą więcej nieszczęść niż radości? Te pytania padają między słowami i to potrafiło mnie zainteresować do końca.

Lynch opowiada tą historię w bardzo swoim stylu – mieszając groteskę z pulpem oraz latami 60.  Wplatane są retrospekcje oraz krótkie przebitki, wywołujące podświadomy niepokój, podkręcając pewną tajemnicę. Jest te pewne przeczucie jakby nad wszystkim krążyły siły nie z tego świata. Stąd obecność Złej Czarownicy, kuli pokazującej obecne wydarzenia czy finał z Wróżką. Być może to zakończenie wydaje się na siłę wrzucone oraz jakby z zupełnie innej bajki, ale o dziwo to pasuje do tego zwichrowanego świata. Daje on odrobinkę światła do tego mrocznego, niepokojącego świata.

A wszystko pokazane przez fenomenalny duet Nicolas Cage/Laura Dern. Pierwszy wydaje się niby taki jak zawsze, czyli szalony, nieobliczalny, jeszcze nie idący w karykaturę. I ogląda się go z taką frajdą, jakiej ostatnio u niego nie było zbyt często. Z kolei Dern jest emanująca seksapilem, zaskakująco dojrzałą kobietą, choć ma wiele w sobie lęków. Ale całość kradnie odpychająco-groteskowy Willem Dafoe jako niebezpieczny Bobby Peru oraz Diane Ladd, mieszająca naiwność z grozą.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że „Dzikość serca” jest bardziej przystępnym z filmów Lyncha. Jest tak samo mroczny i niepokojący, ale łatwiej się przyswaja, wciąga swoim klimatem oraz angażuje do finału. Pod warunkiem, że kupicie tą pokręconą, groteskowo-oniryczną stylistykę.

8/10

Radosław Ostrowski

Charlie Cykor

Wielu ludzi ma stresującą pracę, która potrafi ich dobić albo psychicznie wykończyć. Taki problem ma Charlie Mayaoux. Może wydaje się spokojny i opanowany jak na kogoś z facjatą Liama Neesona, ale pozory mylą. Bo nasz Charlie to tajniak pracujący dla DEA, udający współpracownika kartelu narkotykowego. Podczas jednej z akcji zginął jego partner, a jemu samemu cudem udało się uniknąć śmierci (prawie wszyscy świadkowie akcji zginęli przez agentów). Od tej pory nasz bohater dostaje ataków paniki i wzdęcia, bojąc się wpadki. Teraz ma pomóc w praniu pieniędzy kartelu oraz mafii, co jest o tyle problematyczne, iż reprezentanci obu stron są strasznie nerwowi. Więc Charlie decyduje się na dość nietypowy krok – idzie na terapię, gdzie dołącza do grupy. Przy okazji lekarz prowadzący wysyła go na zabieg lewatywy i to, a także poznana tam pielęgniarka zmieniają wszystko.

Jeżeli opis debiutu Erica Blakeleya budzi u was skojarzenia z „Depresją gangstera”, to jesteście blisko. Sam film próbuje lawirować między kryminalną intrygą, lekko satyrycznym spojrzeniem na świat gangsterów i policjantów, a komedią romantyczną. To wymaga sporo gimnastyki oraz bardzo pewnej reżyserskiej ręki, a tej tutaj nie czuć za bardzo. Jakby twórca nie do końca wiedział na czym bardziej się skupić. Muszę jednak przyznać, że nie brakuje kilku autentycznie zabawnych momentów jak scena przed kontrolą Komisji Papierów Wartościowych czy ucieczka Charliego z pielęgniarką przed gangsterami zakończona… spotkaniem z nimi w knajpie. Czy Charlie naprawdę jest wyniszczonym wrakiem, czy po prostu – jak twierdzą jego przełożeni – ma sporo farta i działa pod wpływem instynktu? Pojawia się odrobina suspensu, przekuta ciętym dialogiem (rozmowa narwanego Fulvio ze swoim zięciem) czy delikatną przewrotką.

Z kolei wątek miłośny dla mnie był troszkę za szybko był poprowadzony, choć ma też swoje momenty jak choćby pierwsza randka. Ale o dziwo to wszystko działa, a reżyser ma kilka sztuczek w rodzaju montażu równoległego, lekko „westernowej” muzyki czy przewrotnego zakończenia. To ostatnie daje masę frajdy, a przełamania wizerunku gangstera – z dzisiejszej perspektywy nie robiące takiego wrażenia – wnoszą odrobinę świeżości.

Nie można też odmówić nosa do obsady. W tytułowej roli został obsadzony Liam Neeson, który obecnie znany jest jako twardziel w wieku średnim. Wyciszony, pozornie opanowany sprawdza się bez zarzutu, tak samo jak Sandra Bullock w typowej dla siebie inkarnacji jako ekscentryczna, choć bardziej przy ziemi dziewczyna. Ale prawdziwymi wisienkami są rozbrajające komediowe popisy Jose Zunigi oraz Olivera Platta. Obaj są bardzo impulsywni i chętnie by rozwiązali sprawy za pomocą spustu, ale każdy z nich ma inne, dużo ciekawsze tło.

„Cykor” nie zaszalał w kinach (nie zwrócił nawet 1/10 swojego skromnego budżetu), mało kto o nim pamięta i nie przeszedł do historii kina. Nie zmienia to faktu, że jest to sympatyczny, dający troszkę frajdy film na lekkie popołudnie albo po pracy. Czasami więcej nie trzeba.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Punisher

Nie ma chyba brutalniejszej postaci w komiksach Marvela niż Punisher. Powstał w latach 70., stworzony przez Franka Romitę, Gerry’ego Conwaya i Rossa Andru miał w sobie więcej mroku niż jakikolwiek bohater tego uniwersum. Naprawdę nazywał się Frank Castle i był policjantem, który – wskutek mafijnych porachunków – stracił swoją rodzinę. Sfingował swoją śmierć, by jako Punisher samodzielnie wymierzał sprawiedliwość gangsterom. Innymi słowy, krwawa przeszłość i niepokojąca postać antybohatera. Jest też to pierwsza postać ze świata firmy Stana Lee przeniesiona na duży ekran (chociaż w USA trafił od razu na video).

Film Marka Goldblatta z 1989 roku luźno czerpie z komiksowego źródła, zachowując jedynie charakter postaci. Frank Castle ukrywa się w kanałach Nowego Jorku, wymierzając sprawiedliwość na własną rękę. W pięć lat wykończył ponad 120 osób, a jego jedynym łącznikiem ze światem jest pijaczek oraz informator Shake. Eks-glina jest ścigany przez dawnego partnera Jake’a Berkowitza, który jako jedyny uwaga go za żywego. W tym samym czasie rozbita mafia próbuje się zjednoczyć przez Gianniego Franco, jednak te plany chce złamać szefowa Yakuzy, decydując się na ryzykowny krok.

Sama historia nie brzmi jak coś skomplikowanego i przypomina kino klasy B. Reżyser – doświadczony montażysta filmowy – wie, jak utrzymać tempo oraz filmować sceny, by nie doprowadzić do znużenia. Jest dość tanio i zaskakująco kameralnie, co może podobać się fanom sensacyjnych akcji. Nie brakuje strzelanin, a finałowa konfrontacja nie jest pozbawiona bijatyki i orientalnego posmaku. te ostatnie momenty są najciekawsze z całego filmu, który wygląda oraz brzmi jak standardowy akcyjniak. Trudno się do czegoś przyczepić, ale brakuje czegoś wyróżniającego go z tłumu.

Zaś sam Punisher (przyzwoity Dolph Lundgren) wygląda fajnie w ciemnej kurtce oraz butach, ale na jego koszuli brakuje charakterystycznej białej czaszki. To trochę tak jakby Supermena pozbawić loga na klatce piersiowej – to nie ta sama postać. Reszta obsady radzi sobie dobrze (z tego grona wybija się Jeroen Krabbe i Kim Miyori), zaś brudny klimat ze świetnymi zdjęciami – zwłaszcza kanałów – potrafią zwrócić uwagę.

Z dzisiejszej perspektywy oraz paru inkarnacjach film Goldblatta trzyma się naprawdę nieźle i może dostarczyć wiele frajdy. Ale po obejrzeniu raczej nie zostanie na długo jak choćby wersja serialowa od Netflixa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Obcy przybysze

Było już wiele filmów oraz pomysłów na zrobienie buddy movie, że już nic nie można wycisnąć i stworzyć czegoś nowego w tym gatunku. Jednak w 1988 roku reżyser Graham Baker postanowił zaryzykować i dokonać takiego połączenia, jakiego nikt w tej konwencji nie zrobił.

Akcja toczy się w 1991 roku, kiedy to trzy lata wcześniej na Ziemię wylądował statek kosmiczny. Przybysze nie byli w stanie wrócić do domu, więc – po okresie kwarantanny – zostali nowymi mieszkańcami naszej planety, choć nie wszystkim się to podoba. Kosmici nie tylko szybko się adaptują, ale też lepiej się uczą oraz kształcą, co pomaga osiągnąć wiele ważnych stanowisk. Chociaż nadal żyją w stworzonych przez siebie gettach, mówiąc własnym językiem. Jednym z tych, co się przebili jest detektyw Samuel Francisco zwany Georgem. Zostaje przydzielony jako partner dla sierżanta Matthew Sykesa po śmierci jego poprzednika wskutek napadu w dzielnicy przybyszów. Razem ze swoim partnerem próbuje zbadać sprawę i okazuje się, że doszło wcześniej do podobnego zabójstwa.

Innymi słowy „Obcy przybysze” to sklejka klasycznego buddy movie z elementami SF. Bo połączenie i zrobienie pary człowiek/kosmita jest czymś świeżym do tego gatunku. Zwłaszcza, że poznajemy dość nietypowe zwyczaje przybyszów z obcej planety: upijają się… kwaśnym mlekiem i słona woda działa na nich jak kwas. Widać, że tutaj twórcy chcą dodać coś nowego do ogranego schematu. Bo samo śledztwo nie jest niczym nowym (stworzenie narkotyku, który był sprzedawany kosmitom zanim trafili do nas oraz morderstwa osób zamieszanych w to) i prowadzone jest schematycznie. Jeszcze bardziej zadziwia tutaj kameralność oraz niski budżet, przez co sceny akcji nie wyglądają imponująco jak mogłyby być.

Jedynym elementem SF są kosmici oraz ich świetna charakteryzacja od Stana Winstona. Na podobnym koncepcie działał zrobiony dla Netflixa „Bright”. Jednak mam wrażenie, że Baker lepiej zarysowuje relację między naszymi bohaterami (świetni w swoich rolach James Caan oraz Mandy Patinkin), a także humor działa dużo lepiej. Wraz z bardzo solidną realizacją czuć, że „Obcy przybysze” mieli zadatek na franczyzę. Ostatecznie powstał z tego serial telewizyjny i były plany na remake od Jeffa Nicholsa (ostatecznie projekt wstrzymano).

Niemniej uważam, że „Obcy przybysze” to po prostu fajny film ze wszystkim, co w latach 80. najlepsze oraz rozpoznawalne: intrygujący klimat, lekko elektroniczną muzykę, świetną chemię i dobrą dawkę humoru. Przydałoby się zrobić nową wersję i oby się to udało.

7/10

Radosław Ostrowski

Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski