Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę

Mike Judge obecnie znany jest jako twórca serialu „Dolina Krzemowa” o grupie nerdów i ich próbach stworzenia biznesu na technologii. Jednak parę dekad wcześniej stworzył duet niezbyt lotnych facetów, co spędzają więcej czasu przed telewizorem i myśląc tylko o jednym: bzykanku. Tak pojawili się Beavis i Butt-head, początkowo obecni w serialu MTV. Zaś ich pierwsze wejście na dużym ekranie pojawiło się 30 lat temu.

„Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę” jest ciągiem absurdalnych sytuacji z udziałem naszej dwójki leniwców kanapowych. Ale w końcu muszą ruszyć swoje tyłki, bo… nie ma telewizora. Chłopaki kompletnie nie widzą śladów butów oraz łomu, za to idą przez miasto. Ale zamiast znaleźć odbiornik (nawet próbując wykraść go ze szkoły), pakują się w grubą aferę. Przez pomyłkę zostają wynajęci jako płatni mordercy przez handlarza bronią (Bruce Willis), żeby zająć się jego żoną w Las Vegas. Za 10 tysięcy dolców. Tylko, że Beavis i Butt-Head myślą, że chodzi o bzyknięcie kobiety, a tak naprawdę chodzi o morderstwo.

„Beavis i Butt-Head…” to kompletna mieszanka sensacyjno-szpiegowskiej intrygi z satyrą na ludzką głupotę. Humor może na pierwszy rzut oka wydawać się prostacki i prymitywny, jednak reżyser ma parę sprytnych patentów, by nie nudzić. Czy to żarty oparte na słownych dwuznacznościach (nasza parka wszędzie widzi podtekst seksualny), pokazaniu mentalności chłopaków, gdzie my szybciej łączymy kropki niż bohaterowie (np. gdy na pustyni chłopaki poznają swoich ojców – wiadomo, po kim odziedziczyli inteligencję), gatunkowych kliszach czy lekko psychodelicznym odlocie po kaktusie. A jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że mimo swojego intelektu, mają oni więcej szczęścia niż można było spodziewać. Choć sama kreska jest prosta, to jednak nie przeszkadza. A jeszcze bardziej zadziwiający jest finał, gdzie dzięki zbiegom okoliczności, nasz dziwny duet wychodzi z zadziwiającą lekkością.

Wszystko trzyma w ryzach świetny dubbing. Judge użycza głosu obydwu inteligentnym inaczej facetów i jest absolutnie niesamowity, tworząc unikatowe charaktery. Inny sposób mówienia, mamrotania, tembr głosu – nie byłem w stanie wychwycić, że to ten sam aktor. Do tego jeszcze mamy znienawidzone małżeństwo handlarzy broni, czyli duet Bruce Willis/Demi Moore (mam wrażenie, że ten casting nie był dziełem przypadku) czy Roberta Stacka jako agent AFT na tropie panów B.

Sam muszę przyznać, że po tych 30 latach pierwszy film o Beavisie i Butt-Headzie jest nadal rozbrajająco śmieszny. Judge znowu piętnuje i kpi z ludzkiej głupoty, ale jednocześnie czuć sporo sympatii do tych miłośników oglądania telewizji przed kanapą. Zadziwiające połączenie, które jeszcze długo będzie działać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trick

Czym jest trick? Sztuczką, elementem mistyfikacji, który ma na cel wyprowadzić w pole, odwrócić uwagę. Taki właśnie numer postanowił w 2010 roku przygotować reżyser Jan Hryniak, lecz chyba nikt nie dał się nabrać. Z kolei marketing promował „Trick” jako komedię kryminalną w stylu „Vabank”, co było… sztuczką. Zacznijmy od początku.

Bohaterem jest niejaki Marek Kowalewski (Piotr Adamczyk) – znakomity fałszerz pieniędzy, specjalizujący się w 100-dolarowych banknotach. Podczas jednego ze zleceń zostaje schwytany i trafia do więzienia. Tam zaprzyjaźnia się z niejakim „Profesorem” (Marian Dziędziel), co trafił za kratki przez swojego wspólnika. Panowie planują ucieczkę z więzienia, jednak ich plan może wziąć w łeb. Wszystko z powodu pewnej propozycji od majora Bukowskiego (Andrzej Chyra) z ABW. Otóż w Afganistanie został porwany pewien poseł (Henryk Talar) przez talibów. Rząd oficjalnie ściąga do kraju talibów negocjatora, ale wiceminister spraw wewnętrznych Bąk (Jerzy Trela) ma inny plan. Chodzi o zapłacenie okupu (6 milionów dolarów) za pomocą… fałszywej kasy, którą ma zrobić Kowalewski. W zamian ma dostać skrócenie wyroku.

Reżyser chce tutaj zaserwować sensacyjną opowiastkę, która coraz bardziej zaczyna się komplikować, gmatwać i mącić. Widzimy masę postaci oraz wydarzeń, co wywołuje początkowo konsternację. Bo jeszcze mamy tutaj jeszcze dziennikarkę (Agnieszka Warchulska), odwiedzającą „Profesora” i prowadzącą własne śledztwo, jest jeszcze dziewczyna Marka (Karolina Gruszka), wspólnika Marka obsługującego maszyny do drukowania (Łukasz Simlat), jeszcze inny agent wywiadu (Robert Więckiewicz) węszący wokół Bukowskiego. O dwóch kolegach Marka i Profesora z celi – jeden z nich to osiłek o aparycji Eryka Lubosa, drugi to uzdolniony iluzjonista (Bartłomiej Topa). Innymi słowy, jest strasznie ciasno, chaotycznie i niełatwo połapać się w plątaninie układów, planów, kombinacji. Kto tu kogo chce oszukać, wykiwać – nie idzie nadążyć. Zaś niezbyt dobrze udźwiękowione dialogi nie pomagają w śledzeniu tej plątaniny.

Nie wiem, czy Hryniak chciał zrobić kino, będące jednocześnie zrobione na bogato i w stylu Davida Mameta. Bo akcja raczej dzieje się w różnych gabinetach, celach (innymi słowy bardzo ograniczonej przestrzeni), a jednocześnie wszystko ma być pełne twistów oraz niespodzianek. Tylko, że przez tą gmatwaninę nie byłem w stanie się zaangażować emocjonalnie. Dopiero w ostatnich 30 minutach wszystko zaczęło się krystalizować, jednak nawet tu jest zwyczajnie za późno. Nawet wygląda to bardzo przyzwoicie, czuć piniądz, efekty specjalnie nie kłują w oczy, zaś obsada wyciska ile się da. Ale tak przekombinowanego scenariusza nie dało się uratować. Szkoda, bo był potencjał na naprawdę fajną rozrywkę i zwyczajnie spudłowano.

5/10

Radosław Ostrowski

Stacja

Ciągle są jakieś filmy – głównie z naszego podwórka – które porównuje się do innych tytułów, by nadać im „lepszego” statusu. Tak działają głównie krytycy albo specjaliści od marketingu. Tak było z „Domem złym” Smarzowskiego, gdzie wskazywano podobieństwa do Tarantino czy braci Coen. O wiele bliżej pasowałoby to (choć też na siłę) do powstałej w 2001 roku „Stacji”.

Film Piotra Wereśniaka dzieje się w jakimś małym miasteczku gdzieś w górach. Tam znajduje się z dala od zgiełku stacja paliw, prowadzony przez niejakiego Dymeckiego (Zbigniew Zamachowski). Mężczyźnie pomaga młody student zwany Bananem (Bartosz Obuchowicz). Ruch jest niewielki, więcej czasu trzeba na zbicie nudy oraz rozmowach o pierdołach. Ale wtedy pojawia się Audi, prowadzone przez niezbyt młodego gościa (Bogusław Linda). Chcąc się załatwić za krzakami, bo toalety nie ma, traci przytomność. Panowie chcą wezwać pogotowie i policję, jednak nieznajomy wyciąga pistolet. To oznacza jedno: albo będą wykonywać polecenia gangstera (zamiast lekarza z NFZ – prywatna wizyta za sporą kasą) i przy okazji dostaną niezły hajs albo pójdą do piachu. Takiego dnia nie da się zapomnieć.

Reżyser i scenarzysta we własnej osobie próbuje zrobić swoją wariację „Fargo”. Zimowa sceneria, torba z pieniędzmi, policjanci, a nawet pewien moralny dylemat (choć mi skojarzył się z „Prostym planem” Raimiego) – tak, są pewne wspólne elementy. Jakby cała ta historia skupiła się wokół trójki, mógłby to być ciekawy thriller. Problem w tym, że Wereśniak dorzuca do tego wątku jeszcze masę pobocznych postaci. Jakby rozumiem, że trzeba dodać odrobinę kolorytu i osadzić całość w szerszej perspektywie. Tylko tych postaci jest zwyczajnie za dużo: lekarz (Sławomir Orzechowski) mający problemy z żoną oraz dorosłym synem, co podkradł auto; dwójka ochroniarzy zabitego biznesmena; komendant policji na chorobowym z grypą (Olaf Lubaszenko). Te poboczne opowieści z jednej strony potrafią dodać odrobiny humoru (nawet jeśli opartego na rzucaniu przekleństwami), ale z drugiej mocno zaburzają tempo oraz atmosferę. Czuć tu całkiem niezłe ucho do dialogów, poczucie izolacji oraz miejscami zaskakujące zbiegi okoliczności. Jednak to wszystko się nie spina ze sobą, pozostawiając pewne wątki bez jakiegoś rozwiązania. Najgorsze jednak jest kompletnie niesatysfakcjonujące zakończenie, sprawiające wrażenie nagle urwanego.

„Stacja” jest porządnie sfotografowana, ma dość dziwną muzykę, jakby nie do końca pasującą tonalnie i potrafi zamulić swoim tempem. Nawet bardzo rozpoznawalne twarze nie są w pełni wykorzystane (szczególnie Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski czy znowu będący twardym – choć umierającym – cynglem Boguś Linda). Największym paliwem napędowym jest duet Obuchowicz/Zamachowski, gdzie ten pierwszy jest młodym, naiwnym chłopakiem z zasadami, drugi stanowi mieszankę prostactwa (klnie jak szewc), prostolinijności oraz szansy na łatwy zarobek. Przynajmniej na początku, gdyż z kolejnymi minutami zaczyna się zmieniać.

Dziwaczne, pomieszane, chaotyczne kino, które wymaga sporej cierpliwości i uwagi. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że Wereśniak bardziej sprawdza się jako scenarzysta niż reżyser. Bo „Stacja” sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału, który w rękach pewniejszego reżysera dałby o wiele mocniejsze, intensywniejsza albo ostrzejsze kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pętla

Jaka jest pętla każdy widzi. Łatwa jest do zrobienia, narysowania, wykonania. I równie łatwa jest do nałożenia sobie na szyję, nawet nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Taką sytuację pokazuje Wojciech Jerzy Has w swoim pełnometrażowym debiucie z 1958 roku.

„Pętla” jest zapisem jednego dnia Kuby Kowalskiego (Gustaw Holoubek). Ten facet kiedyś miał przed sobą wszystko: karierę, młodość, szczęście. Jest z nim kobieta Krystyna (Aleksandra Śląska) i ma więcej cierpliwości niż zasługuje. Ale jest jeszcze trzecia osoba w tym trójkącie, towarzysząca zbyt długo, trzymająca naszego bohatera zbyt mocno w pysk: alkohol. Jednak ma on zniknąć z życia mężczyzny, bo tego dnia o 18 ma pójść do przychodni, wziąć pastylki i zakończyć dotychczasowy żywot pijusa. Tylko, że jest ósma rano i do tej 18 jest jeszcze tyle godzin. Czy będzie on w stanie tyle wytrzymać? W końcu po którymś telefonie decyduje się wyjść na zewnątrz.

Reżyser opiera się tutaj na opowiadaniu Marka Hłaski, odpowiedzialnego także za dialogi i to jest jeden z mroczniejszych filmów lat 50. I nie chodzi tylko o wizualną inspirację kinem noir czy niemieckim ekspresjonizmem. Dominuje tutaj czerń tak lepka, że wręcz można jej dotknąć. Samo mieszkanie Kuby wydaje się dziwnie puste, jakby przez nikogo nie zamieszkiwane. Nawet wychodząc na zewnątrz świat wydaje się nieprzyjemny, zimny, z obdartymi kamienicami. A czas płynie tak powoli, niczym rozciągnięty w nieskończoność. Wszystko widzimy z perspektywy człowieka, mierzącego się z alkoholizmem, co jeszcze bardziej podkręca koszmar takiego życia.

Zaś każde spotkanie Kuby z innymi ludźmi pozwala dawkować pewne drobne informacje na jego temat. Jednak nie liczcie, że poznacie przyczynę tego stanu. Każdy z tych dialogów i monologów brzmi i jest zagrany świetnie, bez żadnego poczucia sztuczności czy fałszu. Ale każda rozmowa zaczyna coraz bardziej odzierać Kubę z nadziei. Nadziei, że da się wyrwać z kręgu uzależnienia, że można zacząć nowe, „czystsze” życie. I wrócić do czasów sprzed znajomości z butelką procentów. Tą atmosferę podbijają też bardzo rzadkie wejścia muzyki z nasilającym się fortepianem.

Do tego miksu jeszcze dochodzi bardzo powolna, lecz wnikliwa reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo. W samym centrum znajduje się Gustaw Holoubek, tworzący bardzo mocną kreację pijaka, znajdującego się na skraju wytrzymałości. Wszystko to pokazuje samymi oczami (parę razy są wręcz wytrzeszczone), bardzo sztywną mową ciała oraz rzadkimi momentami wybuchu. Nawet nie wypowiadając słowa, przykuwa uwagę, co nie jest takie łatwe. Poza nim jest tutaj masa wyrazistych epizodów: od rewelacyjnego Tadeusza Fijewskiego (były saksofonista Władek – jego monolog o tym, że picie to „bal bez mety” – majstersztyk) przez bardzo dobrą Teresę Szmigielównę (dawna dziewczyna Kuby) aż po niezapomniany epizod Stanisława Milskiego (Rybicki) i Ignacego Machowskiego (sierżant milicji, co widział zbyt wiele).

„Pętla” po ponad 65 latach pozostaje bardzo przerażającym studium nieskończonego koszmaru nałogu. Życie pijaka Has pokazuje niczym zapętlony w nieskończoność dzień, który będzie cały czas się powtarzać i powtarzać, zaś wyrwać się można tylko w jeden, ostateczny sposób. Szarpiące, gorzkie kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Młode lwy

Oparte na powieści Irwina Shawa „Młode lwy” są troszkę innym filmem drugowojennym niż można się było spodziewać po filmie z lat 50. Szczególnie w przypadku kina z dużego studia, gwiazdorską obsadą, do tego jeszcze w czasach, kiedy II wojnę światową pokazywano w prosty, czarno-biały sposób. Tutaj większy nacisk położono nie na sceny batalistyczne i przepych, lecz na portrety psychologiczne.

Historia skupia się na trójce młodych ludzi, którzy niedługo ruszą do boju: Christiana Diestla (Marlon Brando) – instruktora narciarstwa, pełnego entuzjazmu wobec Hitlera; Michaela Whiteacre’a (Dean Martin) – aktora, migającego się przed powołaniem oraz Noah Ackermana (Montgomery Cliff) – niepewnego siebie, prostego Żyda. Wszystko zaczyna się jeszcze w Sylwestra 1938, jeszcze zanim wybucha wojna. Każdy z tej trójki prowadzi w miarę spokojne, stabilne życie. Ale nie spodziewają się, że kiedyś ich losy się przetną.

Reżyser Edward Dmytryk ze scenarzystą Edwardem Anhaltem przeskakują z postaci na postać, tworząc skomplikowaną mozaikę. Cała trójka zostanie zderzona z polem bitwy, co może mocno odbić się na nich i zmienić ich. Może poza Ackermanem, który konfrontuje się z antysemityzmem i uprzedzeniami wśród swoich kolegów. Ta walka o zasady ma troszkę inny ciężar, jeszcze zanim ruszy do walki. Whiteacre unikający zaangażowania, próbujący za wszelką cenę uniknąć pola bitwy (włącznie z pisaniem zażalenia). Jednak najcięższe i najciekawsze rzeczy dzieją się w przypadku Diestla. Ten Niemiec początkowo jest fanem (choć nie wielbicielem) Hitlera, bo ten dawał mu nadzieję bycia dumy w swoim kraju. Jednak im dłużej trwa wojna, tym większą zaczyna czuć do siebie odrazę. Widzi zarówno okrucieństwo podczas pola bitwy (atak na pustyni afrykańskiej, gdzie WSZYSTKICH trzeba wyeliminować), fanatyzm i bezsens niektórych działań jak ściganie 16-latka wymigującego się od pracy czy – najbardziej wstrząsający – moment, gdy trafia do obozu koncentracyjnego. Zbyt późno zaczyna się orientować, że wybrał niewłaściwą drogę, lecz poczucie obowiązku nie pozwala mu się wycofać. To te sceny najmocniej wybrzmiały w całym filmie, choć niektórzy mogliby oskarżyć o próbę wybielenie nazistów.

Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem, bo tutaj reżyser na przykładzie tego człowieka pokazuje coraz większe zwątpienie oraz pozbawienie złudzeń wobec nazistowskiej ideologii. Niemniej muszę powiedzieć, że całość jest dość poszatkowana narracyjnie i może wywoływać pewną dezorientację. Również fakt, że w scenach batalistycznych podczas eksplozji kamera trzęsie się wielu może odstraszyć. A jednak „Młode lwy” mają parę mocnych momentów, odrobinę napięcia oraz zadziwiającą mieszankę epickiej skali z bardziej kameralnymi momentami (spotkanie Diestla z kolegą w Paryżu oraz dwóch kobiet czy wszystkie sceny w koszarach).

A wszystko trzyma w ryzach fantastyczna obsada. Stonowany Montgomery Clift, zaskakujący Dean Martin i magnetyzujący Marlon Brando przykuwają uwagę do samego końca. Warto jeszcze wspomnieć o świetnym Maximilianie Schellu w roli kapitana Hardenberga, próbującego być przyjacielem Diestla oraz jednocześnie oddanego ideologii, bez popadania w karykaturę czy parodię, a także trójce wyrazistych kobiet: Hope Lange (urocza Hope Plowman – scena spaceru i odprowadzenia do domu w towarzystwie Noaha jest czarująca), Barbarze Rush (twardo stąpająca Margaret Freemantle) oraz May Britt (uwodzicielska Gretchen Herdenberg).

Aż nie chce się uwierzyć, że pochodzące z 1958 roku „Młode lwy” nadal mają mocne pazury. Dmytryk mimo pewnej chaotyczności oraz stosowania syntezy, tworzy jeden z ciekawszych filmów antywojennych. Niepozbawiony skali, świetnej obsady, cholernie dobrych dialogów oraz jednowymiarowego podziału na dobrych i złych. Co jak na czas produkcji mogło być szokującym przeżyciem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ocean’s Eleven

Nazwisko Danny’ego Oceana wielu kinomanom kojarzy się natychmiastowo z twarzą George’a Clooneya oraz filmową trylogią Stevena Soderbergha. Jednak mało kto pamięta (w tym piszący te słowa), że produkcja z 2001 roku była… remakiem filmu z 1960 roku. Też miał imponującą obsadę, też był filmem o skoku na kasyno. Ale czemu popadł w zapomnienie?

„Ocean’s Eleven” nakręcił Lewis Milestone – weteran kina, najbardziej znany z pierwszej ekranizacji „Na Zachodzie bez zmian” z 1930 roku. Sama historia skupia się na byłych żołnierzach z jednostki spadochroniarskiej pod wodzą sierżanta Danny’ego Oceana (Frank Sinatra). Grupa planuje w Nowy Rok zaatakować jednocześnie pięć kasyn, zdobywając milion dolców. Na głowę. By dokonać tego skoku, trzeba doprowadzić do wyłączenia prądu, by móc otworzyć skarbce. Dlatego Danny zbiera dawny kumpli z oddziału oraz Spyrosa (Akim Tamiroff), pełniącego rolę mózgowca i zleceniodawcy tego skoku. Co może pójść nie tak?

Pierwsze, co mnie uderzyło w przypadku „oryginalnego” Oceana jest zadziwiająco powolne tempo. Samo zawiązanie i poznanie grupy trwa prawie połowę filmu. Co gorsza, jest ono bardzo niefektywne, bo postacie w większości się zlewają ze sobą i nie zapadają w pamięci. Poza Oceanem i jego kumplem Samem Harmonem (najbardziej wyluzowany z paczki Dean Martin) wyróżnia się kierowca Josh Howard (Sammy Davis Jr. ze świetnym numerem śpiewanym) oraz bardzo cwanego Jimmy’ego Fostera (Peter Lawford). Niby to jest komedia, jednak humoru albo nie wychwyciłem, albo zbyt często sięgano po jeden żart (ciągła frustracja Spyrosa wobec grupy Danny’ego). Jeszcze mamy jakieś poboczne, ledwo zarysowane wątki jak kwestia pani Ocean (zmarnowana Angie Dickinson) czy matka Fostera biorąca ślub ze śliskim typem, niejakim Duke’m Santosem (Cesar Romero) – ten akurat wybrzmiewa najlepiej. Cierpi na tym rytm oraz niemal brak energii.

Dopiero gdzieś w połowie zaczyna się coś krystalizować, jednak nawet tutaj Milestone’owi nie udaje za bardzo zaangażować w tą historię. Nawet sam skok nie robi wrażenia, wydaje się być mechaniczny. Jedyną niespodzianką jest finałowy twist związany ze śmiercią jednego z członków oraz łupem, który mnie nawet rozbawił. I aktorzy całkiem nieźle się odnajdują, jest odrobina chemii, całkiem przyjemny jazz gra w tle. Jednak nawet to – nie wspominając o solidnej scenografii – nie jest w stanie dać mocniejszego kopa adrenaliny, nie ma tego uroku i elegancji, którą miał remake Soderbergha. Przynajmniej z tego, co pamiętam – może pora sobie odświeżyć.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Renaissance

Kino spod znaku cyberpankowego SF ma dwa oblicza: japońskich animacji pokroju „Akiry” czy „Ghost in the Shell” oraz amerykańskich filmów pokroju „Blade Runnera” albo innego „Matrixa”. Nie oznacza to, że w innych krajach nie podejmowano prób zmierzenia się z tym podgatunkiem fantastyki naukowej. Takie ryzyko podjął w 2006 roku francuski reżyser Christian Volckman w animacji „Renaissance”.

Akcja toczy się w Paryżu roku 2054, gdzie wszystko i wszystkich można zobaczyć, podsłuchać, obserwować. Tu działa bardzo potężna korporacja Avalon, zajmująca się szeroko pojętą medycyną, w tym prowadzeniem szpitali czy badań naukowych. Jedna z osób zajmujących się badaniami, 22-letnia Ilona Tasujew znika bez śladu. Włącznie z jej samochodem. Do sprawy zostaje skierowany kapitan Karas, bardzo twardy i nie idący na kompromisy śledczy.

Reżyser mocno tutaj inspiruje się kultowym klasykiem Ridleya Scotta z 1982 roku. „Renaissance” to ubrany w sztafaż SF kryminał noir, z masą znajomych elementów: wielkiej tajemnicy, co może zmienić oblicze świata; chciwa korporacja zacierająca ślady; nieustępliwy detektyw, dystopia. Brakuje tylko tutaj robotów czy futurystycznych maszyn, co oszałamiają swoim wyglądem. Całość jest o wiele bardziej przyziemna i skupiona na samym śledztwie. Problem w tym, że dialogi niespecjalnie zapadają w pamięć, samo rozwiązanie jest dość przewidywalne i jedynie gorzki finał potrafił uderzyć.

Co wyróżnia film Volckmana od innych animacji to jego stylistyka. Stworzona przez Attitude Studio animacja wykorzystała technikę motion capture, następnie całość przeniesiono do komputera, gdzie stworzono tła oraz fakturę. Samo w sobie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie jeden istotny szczegół. Całość jest zrobiona w czerni i bieli, ale nie w stylu dawnych filmów z lat 30., 40. czy 50. Nie ma tu żadnych odcieni szarości, tylko czerń tak lepka niczym sama noc, przerywana tylko bielą świateł. Nieważne, czy są to światła reklam, mieszkań, klubu, samochodu czy latarki – po niemal 20 latach wygląda to imponująco. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok z szyb albo brawurowego pościgu samochodowego z gonitwą przez szklaną powierzchnię nad katedrą Notre-Dame. O podziemnym metrze nawet nie chcę wspominać – nie można od tego oderwać oczu.

W sumie mógłbym podsumować, że „Renesans” to klasyczny przerost formy nad treścią. Za dużo skupienia jest tutaj na warstwie wizualnej (bardzo imponującej, z cudownymi przejściami montażowymi), próbując zamaskować dość szablonową opowieść spod znaku noir SF. Swoją drogą jest w tym cholernie skuteczny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ziarnka piasku

Kiedy myśli się o epickich produkcjach z lat 60. przychodzą do głowy takie tytuły jak „Lawrence z Arabii” „Spartakus”, „Kleopatra” czy „Działa Navarony”. Troszkę w cieniu pozostaje jeden z bardziej kasowych filmów tej dekady, który w tamtym okresie odniósł spory sukces artystyczny (8 nominacji do Oscara, Złoty Glob dla najlepszego aktora drugoplanowego plus siedem nominacji) oraz parokrotnie przebiła swój budżet. Mowa o kręconych w Hongkongu oraz Tajwanie „Ziarnkach piasku” na podstawie powieści Richarda McKenny.

Akcja toczy się w Chinach roku 1926 – kraju rozbitym wewnętrzne przez różnych watażków oraz frakcje. Coraz bardziej zaczyna dawać o sobie znać tamtejszy ruch Czang Kaj-szeka, jednak na razie jeszcze jest spokojnie. Będziemy śledzić losy Jake’a Holmana (Steve McQueen) – marynarza-mechanika, który zostaje przydzielony do kanonierki USS San Pablo. Okręt ma zadanie patrolować rzekę Jangcy. Na miejscu zaczyna zauważać dość dziwną dynamikę między marynarzami a chińskimi robotnikami, wyręczającymi załogę w wielu obowiązkach (m. in. przy naprawie silnika). Holmanowi nie bardzo to odpowiada, co doprowadza do konfliktu z paroma marynarzami.

Choć sam punkt wyjścia brzmi dość skromnie, to jednak film Roberta Wise’a potrafi wyglądać imponująco. Historia toczy się zadziwiająco powoli, pozwalając lepiej poznać najistotniejsze postacie oraz pozornie proste relacje. Większość czasu spędzamy na okręcie, gdzie czas płynie dość powoli, zaczyna coraz bardziej być zauważalna rutyna. Jednak dookoła zaczyna coraz brutalniej wkraczać polityka – a dokładniej „władza ludowa” (czytaj: komuniści). Drobne chwile w tawernie w towarzystwie „hostess” pozwalały na złapanie oddechu, jednak dla cudzoziemców oraz osób współpracujących z nimi sytuacja robi się nerwowa. Reżyser zaczyna coraz bardziej zaostrzać poczucie zagrożenia i wrogości. Nawet doprowadzając do wrobienia Holmana w morderstwo, żądając wydania go komunistom. Nie mówiąc o zabiciu jednego z członków załogi przez lud, uznający go za zdrajcę. W drugiej połowie akcja zaczyna gęstnieć, gdzie w finale mamy mocne uderzenie w postaci ataku na blokadę morską i ochronę misjonarzy.

Ale jest tu parę pobocznych wątków, które jeszcze dodają kolorytu całej opowieści. Jest para misjonarzy (debiutująca Candice Bergen i Larry Gates), działających na terenie ich. Ona zaczyna – przez krótką chwilę przed wyjazdem – troszkę poznawać Jake’a i może nawet coś zaiskrzy. Pojawia się Po-han (Mako), czyli jeden z tych, co „utrzymuje się za miskę ryżu”, a zostaje protegowanym inżyniera. Do tego stopnia, że pewne oskarżenie zostaje rozstrzygnięte za pomocą pojedynku bokserskiego.

Dla mnie jednak najciekawsza była relacja między jednym z marynarzem, Frenchy’m (przecudowny Richard Attenborough) a młodą dziewczyną do towarzystwa Maily (Marayat Adrienne – pod tym pseudonimem ukrywa się… Emmanuelle Arsan, późniejsza autorka cyklu powieści o Emmanuelle). Najmocniej iskrzy między nimi, jednak problemem są pieniądze – by kupić jej wolność. Tutaj chyba najmocniej wybrzmiewają kwestie zderzeń dwóch światów oraz ceny jaką za taki związek można zapłacić.

Wszystko to jednak na swoich barkach trzyma jeszcze bardziej stonowany Steve McQueen. Jego Holman jest niezbyt rozmowny, ale za to bardzo opanowany (nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach) i bardzo przyziemny. Nie zgrywa bohatera, tylko stara się najlepiej wykonywać swoją pracę. Potrafi jednak wesprzeć przyjaciół (Frenchy, Po-han) i można na nim polegać. Równie w/w Attenborough, Mako czy Adrienne także błyszczą, to jeszcze trzeba wspomnieć Richarda Crennę (tak, pułkownik Trautman zanim poznał Rambo) w roli dowódcy statku. Ten próbuje odnaleźć się w ciągle zmieniającej się sytuacji geopolitycznej i wypada bardzo przekonująco (szczególnie w ostatnich scenach).

Przyznaję, że troszkę obawiałem się tego trzygodzinnego kolosa w starym stylu (ze wstępem muzycznym oraz przerwą w środku). Jednak „Ziarnka piasku” Wise’a potrafiły wessać niczym sztorm statek, choć początek może wydawać się dość ospały. Precyzyjna reżyseria, mocne dialogi, świetna muzyka oraz technikalia. Warto znaleźć i odkurzyć. 

8/10

Radosław Ostrowski

Chinatown

Kino noir zwane też czarnym kryminałem szczyt swojej największej popularności przeżywał w latach 40. i 50., jednak jak wiele gatunków miał okres przesycenia. Nie oznaczało to jednak, iż nie powstawały mroczne opowieści o prywatnych detektywach, brudnych tajemnicach, korupcji i morderstwach. Były już kręcone w kolorze, wykorzystywały wizualne i tematyczne motywy, dlatego nazwano je neo-noir. Ich obecność jest zasługą takich twórców jak Jean-Pierre Melville, Bob Rafelson, Curtis Hanson czy Carl Franklin. Jednak za najlepszego przedstawiciela nowego czarnego kryminału uznaje się „Chinatown” Romana Polańskiego z 1974 roku.

Jak wiele filmów z tego gatunku historia osadzona jest w Los Angeles lat 30. – mieście pełnego słońca, piasku i skwaru. Tutaj pracuje J.J. Gittes (Jack Nicholson), były gliniarz, a obecnie prywatny detektyw. Powodzi mu się nieźle, głównie prowadząc klasyczne sprawy typu żona zdradza swojego męża albo na odwrót. Pozornie kolejna sprawa wydawała się być czymś takim: żona (Diane Ladd) podejrzewa męża o problemy z wiernością. Tylko, że mężem jest Mulwray, główny inżynierem w Departamencie Wodnym ratusza i to mogłoby dać niepotrzebny rozgłos. Jednak Gittes jest zbyt doświadczonym szpiclem, by nie zdobyć dowodów. Wtedy dzieją się trzy poważne rzeczy: zdjęcia niewiernego mężczyzny trafiają do pracy, pojawia się prawdziwa pani Mulwray (Faye Dunaway) z pozwem i zarzutami o oszustwo oraz – jakby tego było mało – sam Mulwray zostaje znaleziony martwy. Detektyw próbuje rozgryźć kto to tak naprawdę wynajął oraz o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Polański w „Chinatown” tworzy prawdziwy labirynt, w którym my (tak jak Gittes) próbujemy się odnaleźć. Pozornie proste zadanie jest tak naprawdę fasada, kryjąca o wiele bardziej skomplikowaną intrygę. I jak zawsze w tej konwencji, chodzi o pieniądze, władzę oraz kilka brudnych tajemnic. Co uderza przy pierwszym spotkaniu to cięte dialogi, niepozbawione ironii, a także bardzo stylowa warstwa wizualna. Od zaskakująco szczegółowej scenografii (eleganckie meble, żaluzje) przez opartą na fortepianie muzyce Goldsmitha aż po kostiumy i samochody. Cały czas jednak czuć, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana a korupcja głębsza, wręcz nie do zatrzymania. Morderstwa, oszustwo, wpływowy biznesmen Noah Cross, kazirodztwo, woda, odcinanie nosa – wszystko bardzo powoli jest odkrywane w precyzyjnym scenariuszu. Aż do bardzo gorzkiego finału, wywracającego oczekiwania do góry nogami.

Wszystko na barkach trzyma fenomenalna obsada. Najbardziej błyszczy tu Jack Nicholson w roli Gittesa. Aktor jest o wiele bardziej stonowany i opanowany niż zazwyczaj, używający swojego sprytu oraz ciętych ripost do wybrnięcia z każdej sytuacji. Jednak nie bardzo lubi być robiony w konia, co napędza jego ego. A także wiele przekazuje za pomocą samej twarzy. Równie zjawiskowa jest Faye Dunaway, czyli pani Mulwray. Chłodna, zdystansowana i bardzo elegancko wysławiająca się, jednak jest w niej coś niejednoznacznego, co umieściłoby ją w szufladce femme fatale. Między tą dwójką czuć napięcie, nabierające z każdą sceną intensywnością. Jednak film skradł dla mnie John Huston w roli śliskiego Noah Crossa – bardzo opanowanego, pozbawionego wyrzutów sumienia biznesmena. Pojawia się rzadko, ale jego obecność jest bardzo silna, zapadająca w pamięć.

Nic dziwnego, że „Chinatown” jest uważane za jedno z największych osiągnięć Polańskiego. Jego precyzyjna reżyseria buduje poczucie, że obcujemy jesteśmy w świecie, gdzie wszyscy są zamieszani, a my nadal nie widzimy całego obrazka. Wciągający labirynt z fantastycznym aktorstwem, niezapomnianymi dialogami oraz bardzo ponurym finałem. Bardzo wredne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Samotny detektyw McQ

Po sukcesach „Bullitta” oraz „Brudnego Harry’ego” filmy policyjne zaczęły łapać drugi oddech, tworząc nowy typ stróża prawa. Człowieka silnego, balansującego na granicy prawa, nie będącego na żadnej politycznej smyczy. Swoją wariację inspektora Callahana postanowił stworzyć sam John Wayne w jednej ze swoich ostatnich ról, zatrudniając weterana od kina akcji Johna Sturgesa. Tak narodził się „Samotny detektyw McQ”, czyli powolny kryminał z odrobiną akcji.

Film zaczyna się tajemniczo, gdzie widzimy starszego faceta zakładającego okulary oraz jeżdżącego po mieście. Po drodze zabija dwóch policjantów i – idąc do jadłodajni – odkrywamy, że on sam jest policjantem. Wychodząc podrzuca coś do przyjeżdżającego auta, by następnie… dostać kulkę w plecy. Wiadomość ta mocno szokuje jego partnera, detektywa Lona McQ (John Wayne). Gliniarz mieszka na łodzi, jeździ bardzo starym autem i jest starym rozwodnikiem. Przy okazji ktoś próbuje go zabić, ale nie z nim te numery. I nawet podejrzewa kto może stać za morderstwem – niejaki Manny Santiago (Al Lettieri). Oficjalnie – biznesmen, nieoficjalnie – handlarz narkotyków. Problem w tym, że nie ma na to żadnych dowodów, lecz dla McQ to nigdy nie był problem. Próbuje wybadać sprawę i przy okazji dowiaduje się, że przygotowany jest skok.

Historia prowadzona jest o wiele wolniej niż można się było spodziewać. Z drugiej strony grający główną rolę Wayne miał już 67 lat i nie było tu już miejsca na bieganie oraz gonienie fizyczne. Jednak to powolne tempo daje spore miejsca dla całkiem niezłych dialogów, odrobiny humoru. Sturges zadziwiająco sprawnie odkrywa kolejne elementy układanki, gdzie podrzuca kolejne tropy oraz postacie (w tym dwójkę informatorów). Czuć tutaj klimat epoki, w tle gra bardzo intensywny jazz w stylu Lalo Schifrina czy Davida Shire’a (dla mnie najjaśniejszy punkt filmu), zaś całość jest pozbawiona zbędnych wątków. Wybijają się też dwa świetne pościgi samochodowe (jeden za wozem pralni, drugi w finale na plaży), nie brakuje strzelania, a zakończenie jest mocne oraz satysfakcjonujące.

Równie aktorsko jest bardzo solidnie. Wayne ma już swoje lata i jest o jakieś 10 lat za stary do tej postaci. Aczkolwiek jego szorstkość, bezkompromisowość oraz odrobina sprytu może budzić sympatię. Dla mnie najmocniejszym punktem jest Lettieri, najbardziej znany z roli Solozzo w „Ojcu chrzestnym”. Bardzo opanowany gangster, która ma w zasadzie jedną mocną scenę, lecz cały czas dominuje ekran. Cholernie dobrze wypadają na drugim planie David Huddlestone (prywatny detektyw „Pinky”), Diana Muldaur (wdowa po zastrzelonym gliniarzu, Lois Boyle) oraz Collene Dawhurst (informatorka Myra, była narkomanka).

Jeden z ostatnich filmów Sturgesa może nie jest najlepszym policyjnym kryminałem z lat 70. i nie dorasta „Bullitowi”, „Brudnemu Harry’emu” czy „Francuskiemu łącznikowi”. Niemniej jest to bardzo kompetentnie wykonany film, z paroma mocnymi scenami akcji, fantastyczną muzyką oraz pewną ręką reżysera. Może z dzisiejszej perspektywy trochę staroświecki, jednak zapewnia bardzo przyzwoitą rozrywkę.

6,5/10

Radosław Ostrowski