Różowy cadillac

Clint Eastwood zawsze kojarzył się z postacią małomównego, szorstkiego twardziela, co wychodzi z każdej opresji cało. Nie oznacza to, że nie próbował co jakiś czas zagrać w czymś lżejszym i mniej poważnym, jednak o tych filmach się nie mówi. Jedną z takich prób bardziej komediowego wcielenia Clinta był „Różowy cadillac” z 1989 roku.

Eastwood gra w nim Toma Nowaka, łowcę głów pracującego dla poręczyciela. Innymi słowy, jeśli poręczyciel wypłacił kaucję za Ciebie, a ty postanowiłeś zwiać, to Nowak cię znajdzie i postawi przed władzami. Teraz jednak trafia mu się naprawdę trudna sprawa. Otóż jego celem jest Lou Ann McGuinn (Bernadette Peters), oskarżona o posiadanie fałszywych pieniędzy. Wpłacono za nią poręczenie, a ta uciekła różowym cadillakiem swojego męża (Timothy Carhart) razem ze swoją kilkumiesięczną córką. Facet próbował robić różne interesy, lecz to zawsze kończyło się zawodem. Teraz dołączył do grupy neonazistów pod wodzą Alexa (Michael Des Barres) i też chcą ją dopaść. Dlaczego? Ponieważ w skradzionym wozie znajduje się nieco ponad ćwierć miliona dolarów, za które mieli kupić broń.

Tym razem za kamerą stanął Buddy Van Horn, który przez prawie 50 lat był kaskaderem Eastwooda i pracował także jako drugi reżyser. „Różowy cadillac” to trzeci i ostatni wspólny film reżysera z Eastwoodem, co chyba tłumaczy moje rozczarowanie. Film chce być thrillerem, a jednocześnie próbuje grać w bardziej komediowym tonie. Efekt jest mocno schizofreniczny. Przez humor ciężko traktować ten film poważnie, przez co kompletnie nie trzyma w napięciu. Jasne, przebieranki Eastwooda potrafią rozbawić (podszywanie się pod prezentera radiowego – świetne), jednak w momencie trafienia na Lou Ann robi się dziwnie. Twórcy próbowali zrobić z tej relacji skręt ku kinu kumpelskiemu, jednak ta dynamika dla mnie kompletnie nie działała. Humor i cięte (w teorii) dialogi wydawały się bardzo wymuszone, za to sceny akcji są zadziwiająco pozbawione pazura.

Za to antagoniści to albo przerysowani psychopaci (lider Alex czy Waycross), albo kompletni idioci. Niby miało to pokazać zróżnicowanie grupy, lecz dla mnie to kompletnie nie czułem zagrożenia. Bardziej wydawali się pewną przeszkodą. Jeszcze bardziej rozczarowuje finałowa konfrontacja w obozie. Niby jest tu pościg i strzelanina, lecz kompletnie nie czuć tu napięcia. A całość pozornie wydaje się happy endem, bo udaje się naszej parze uciec. Jednak samo zagrożenie nie zostało zneutralizowane, przez co finał jeszcze bardziej wydaje się sztuczny i niesatysfakcjonujący.

Nawet najbardziej zatwardziali fani Clinta Eastwooda mogą poczuć się rozczarowani „Różowym cadillakiem”. Rozkrok między komedią a sensacją jest tak mocny, że nie działa w żadnej z tych konwencji. Zbyt niepoważny, zbyt głupi, pozbawiony jakiegokolwiek napięcia. Nawet charyzma starego Clinta zwyczajnie nie wystarcza, by chcieć pojechać tym cadillakiem gdziekolwiek.

4/10

Radosław Ostrowski

Misja na Marsa

Brian De Palma wielokrotnie pokazywał jak łatwo odnajdował się w każdej konwencji gatunkowej: od thrillera przez kryminał po kino akcji. Ale w 2000 roku postanowił zaryzykować i zrealizować film SF z relatywnie sporym budżetem (100 milionów dolców), znanymi twarzami oraz sporymi ambicjami. Jednak efekt jest co najmniej… dziwaczny oraz trudny do rozgryzienia.

„Misja na Marsa” zaczyna się w roku 2020, kiedy ma zostać wysłana pierwsza misja kosmiczna na Marsa pod dowództwem Luke’a Grahama (Don Cheadle). Udaje się zbudować stację oraz podjąć próby eksploracji planety. Zespół trafia na dziwną konstrukcję, mogącą potencjalnie zawierać wodę. Okazuje się jednak, że za nią znajduje się… coś metalicznego, odkryte przez radar. Jednak większe nasilenie dźwięku maszyny doprowadza do burzy piaskowej, doprowadzając do zabicia trójki astronautów, zaś los czwartego pozostaje tajemnicą. NASA decyduje się wysłać ekipę ratunkową, by zbadać co się stało. Grupę tworzą przyjaciele Luke’a: dowódca Woody Blake (Tim Robbins), jego żona Terri (Connie Nielsen), cierpiący po śmierci żony Jim McConnell (Gary Sinise) oraz technik Phil Ohlmyer (Jerry O’Connell).

Sam punkt wyjścia był bardzo obiecujący. De Palma mocno tutaj czerpie z „2001: Odysei kosmicznej” na poziomie designu statków kosmicznych, ale także próbując głębiej sięgnąć. Problem jednak w tym, że scenariusz wydaje się niby mądry i sprytny, lecz tylko udaje głębię. Jak to u De Palmy, nie brakuje tutaj długich ujęć (początkowa impreza w domu, moment odpalenia statku przed Marsem) oraz budowania napięcia (dotarcie załogi do statku z zapasami czy pierwsze uderzenie burzy piaskowej). Jeszcze bardziej uderza tu tempo – zadziwiająco wolne i spokojne, nawet w scenach opartych na napięciu, by w trzecim akcie lekko przyspieszyć, zostawiając po sobie masę pytań oraz ogromną konsternację. To miało być jak „2001: Odyseja kosmiczna”, a skończyło się jak wariacka teoria Daenickena. I sam nie do końca wiem, co o tym myśleć.

Jest to nawet solidnie zagrane. Najwięcej emocjonalnego ciężaru wręcz Gary Sinise jako McConnell, będący mieszanką opanowania i inteligencji. Co najbardziej widać w momencie, gdy na statku zaczyna spadać ciśnienie, a on decyduje się… nie zakładać hełmu ani butli z tlenem. Nie wiem, czy to miało pokazać jego poświęcenie albo silną wolę, ale mnie to uderzyło. Swoje robi też trzymający klasę Tim Robbins oraz w mniejszej rólce Don Cheadle. Za comic relifa (niezbyt dobrego) wciśnięty jest Jerry O’Connell, jednak on najmniej zapada w pamięć.

„Misja na Marsa” była filmem, po którym kariera Briana De Palmy mocno się posypała i nigdy nie odzyskała swojego blasku. Spory budżet, efekty specjalne oraz świetna strona wizualna nie są w stanie przykryć poszatkowanego, dziwacznego scenariusza. Do oglądania na własną odpowiedzialność.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Godzina „W”

Powstanie warszawskie – jak wiele wydarzeń historycznych – stanowił i stanowi materiał dla filmowców. Od „Kanału” Wajdy po „Miasto 44” Komasy, co daje spory rozrzut jakościowy. Inną produkcją poświęconą powstaniu jest telewizyjna „Godzina W” w reżyserii Janusza Morgensterna.

Krótki (nieco ponad godzinę) film oparto na opowiadaniu Jerzego Stefana Stawińskiego – pisarza, scenarzysty oraz jednego z weteranów Powstania. Sama historia jest o wiele bardziej kameralna, wyciszona i nie skupiona na akcji, walce czy batalistyce. Dzieje się wszystko na kilka godzin przed wybuchem, skupiając się na młodych ludziach z oddziału „Czarnego” (Jerzy Gudejko). Jego grupa ma zaatakować niemieckie koszary, razem z drugim plutonem Zabawy. Jednak pojawiają się pewne problemy: nie wszyscy się pojawiają, do tego jeden z żołnierzy jest postrzelony, zaś atak ma odbyć się bez dodatkowego wsparcia. Innymi słowy, grupa idzie na rzeź.

Być może z powodu budżetowych ograniczeń Morgenstern nie pokazuje walki (poza jedną drobną potyczką) i bardziej skupia się na budowaniu atmosfery oczekiwania. Oczekiwania na rozkaz ataku oraz – w końcu! – na wolność. Świat bez łapanek, aresztowań, gestapo, bez Niemców, wreszcie. Czuć ten entuzjazm młodych ludzi oraz silną nadzieję. Że uda się pokonać Szkopów i w jeden dzień ich wykurzyć. Z dzisiejszej perspektywy może i brzmi to bardzo naiwnie (znając finał), jednak nie czuć w tym fałszu. I tym bardziej uderza zakończenie, gdzie chyba powstańcy pierwszy raz zdają sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo jak wyobrażali. Odwrotu jednak już nie ma, co dobitnie pokazują ostatnie ujęcia z użycie kilku stopklatek.

Technicznie jest to poprawnie zrobione. Nie ma tu Bóg wie jak imponującej scenografii czy dynamicznej pracy kamery, ale nie można się tu do czego przyczepić. Może do muzyki, która jest niemal żywcem zabrana z serialu „Kolumbowie” (fakt, że odpowiada za nią ten sam kompozytor, ale zgrzyt nadal jest). Zaś wiarygodności dodają mało znani (wtedy) i niezbyt opierzeni aktorzy: Jerzy Gudejko, Ewa Błaszczyk (sanitariuszka Teresa), Jan Piechociński („Jastrząb”), Piotr Łysak (Andrzej) czy Krzysztof Gosztyła („Sęp”). A to tylko część obsady, której nie chce mi się specjalnie wymieniać.

„Godzina W” jest zaledwie drobnym wycinkiem wielkiej historii, jednak Morgenstern ograniczenia potrafi nieźle wykorzystać oraz przekuć na swoją stronę. Bardzo kameralna i może niezbyt widowiskowa, ale bardzo klimatyczna, pozbawiona ciężkich nut martyrologii, tandetnych efektów specjalnych i zadęcia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Epidemia

Po 2020 roku słowo „epidemia”, „pandemia” i „wirus” doprowadziły wszystkich nas do stanu najpierw szaleństwa, a potem emocjonalnego odrętwienia. Po części też pewną popularność zaczęły przeżywać na nowo filmy o epidemiach czy świecie opanowanym przez wirusa pokroju „28 dni później”, „Contagion – Epidemia strachu” lub obchodzącej 30 lat „Epidemia”.

Film Wolfganga Petersena jest niemal rasowym thrillerem, z dużym budżetem, dużą obsadą oraz… małym wrogiem, co robi wielkie spustoszenie. Wszystko zaczyna się w Zairze w roku 1967, gdzie oddział najemników padł ofiarą dziwnej choroby. Niedługo potem cały obóz został zmieciony z powierzchni ziemi jedną bombką o mocy atomówki. Wirus zdechł, ludzie zdechli, wszystko zdechło. Sprawy jednak się komplikują, gdy 27 lat później w tym samym miejscu znowu doszło do ataku śmiertelnej choroby. Do zbadania zostaje skierowana wojskowa grupa wirusologów pod wodzą pułkownika Danielsa (Dustin Hoffman), do której należy Casey Schuler (Kevin Spacey) oraz nowy członek, major Salt (Cuba Gooding Jr.). Na miejscu niemal wszyscy są martwi, zaś sam wirus jest niesamowicie skuteczny oraz bardzo szybki w tempie. Do tego stopnia, że w zasadzie nie zostawia po sobie jakichkolwiek śladów. Okazuje się, że ten wirus był bronią biologiczną stworzoną przez amerykańską armię, co ukrywa generał Ford (Morgan Freeman) oraz generał McClintock (Donald Sutherland). Jakby mało było zamieszania, wirus (już zmutowany) trafia do małego miasteczka w USA, co wydawało się niezbyt prawdopodobnym scenariuszem.

Reżyser opowiada tą historię w spokojnym tempie, by bardzo oszczędnie, lecz konsekwentnie budować napięcie. Nie brakuje tu imponujących technicznie momentów, jak pokazanie bazy laboratorium wojskowego ze wszystkimi stopniami, zabezpieczeniami oraz co badają. Wszystko w jednym długim ujęciu, tak jak pokazanie zarażenia wirusa w sali kinowej (zaskakująco dobre efekty specjalne), roznoszenie się po szpitalu przez kratę wentylacyjną – nadal te sceny robią wrażenie. Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy do gry wkracza wojsko, zaś całe miasteczko zostaje poddane kwarantannie. Tutaj Petersen buduje poczucie zagrożenia, strachu oraz izolacji, a także ciągle uciekającego czasu. Poszukiwania pacjenta zero (roznosiciela) są żmudne, strasznie powolne oraz trzymają w napięciu. Skala jest ogromna (ilość żołnierzy i sprzętu wojskowego jest imponująca nawet teraz), nie brakuje nawet pościgu helikopterów (nie gorszego choćby od popisów w „Mission Impossible: Fallout”), zaś w tle gra symfoniczno-elektroniczna muzyka od Jamesa Newtona Howarda mocno w stylu „Ściganego” zmieszanego z „Ostrym dyżurem”.

By nie było słodko „Epidemia” ma pewne wyboje. Pierwszym jest wątek relacji między Danielsem a jego byłą żoną, graną przez Rene Russo. Początkowo wydaje się zbędny i niby ma pokazać jak wyboistą drogę przeszli, jednak spowalniało to tempo i akcję. Po drugie, w paru miejscach dialogi wjeżdżają w zbyt wysoki poziom patosu (aczkolwiek scena w Białym Domu jest świetna). A po trzecie, uczynienie z antagonistów wojskowych, chcących zatuszować swoje dawne grzechy, może nie jest najgorszym pomysłem, lecz te postacie są zbyt jednowymiarowe. Wręcz na granicy przerysowania (tak, panie Sutherland, mówię o panu).

Jednak nawet te drobiazgi nie są w stanie ukryć faktu, że „Epidemia” jest mocnym dreszczowcem z paroma mocnymi uderzeniami oraz nerwową atmosferą. Obsada nie zawodzi, Petersen prowadzi wszystko sprawnie, mieszając momenty kameralne z większą skalą i jest to całkiem prawdopodobny scenariusz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

John Rambo

Nikt chyba nie spodziewał się, że jedna z ikonicznych postaci w karierze Sylvestra Stallone’a powróci. Ale jak w 2006 roku odniósł sukces „Rocky Balboa”, czwarta część opowieści o weteranie z Wietnamie o imieniu John i nazwisku Rambo była nieunikniona. Po 20 latach za kamerą staje sam Stallone, który jest także współscenarzystą.

W zasadzie fabuła jest w pewnym sensie remakiem „dwójki”. Rambo (Stallone) nadal mieszka w Tajlandii, tym razem jednak nie pomaga mnichom i nie walczy na kije. Zamiast tego zbiera węże oraz robi za przewodnika łodzią. Jest o wiele bardziej cyniczny oraz zgorzkniały. Teraz go proszą o pomoc misjonarze, aby wysłał ich do ogarniętej wojną domową Birmą. Niechętnie i nie bez wahania, ale zgadza się na tą wyprawę. Ale ku niczyjemu zaskoczeniu, grupa zostaje schwytana. Tym razem nasz heros wyrusza razem z grupą najemników pod wodzą Brytyjczyka Lewisa (Graham McTavish). Ci są strasznie asekuranccy i jeśli wyczują zbyt mocne zagrożenie, chcą się wycofać. Jednak nie mieli przy sobie Rambo, co zmienia wszystko.

Stallone jako reżyser zaczyna całość od materiałów poświęconych okrucieństwu na Birmie, niby sugerując bardziej poważny ton. Sama historia nadal jest bardzo prościutka, wręcz pretekstowo-komiksowa, z bardzo oszczędnymi dialogami. Dużo jest tu uproszczeń, ale nie oglądamy takich filmów dla głębokich portretów psychologicznych czy rozważań na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie. Tutaj liczy się akcja oraz bardzo obrazowa przemoc, a tej jest tu w nadmiarze. Co jest sporą zasługą birmańskiej armii sadystów, lubiącej zmuszać ludzi do chodzenia przez pole minowe (bo jak nie, to będzie rozstrzelanie), zmuszając dzieci do służby wojskowej albo atakując wioski z moździerza. Standardowe zagrywki sadystycznych wojskowych.

Ale już w drugiej połowie wszystko zaczyna krystalizować, zaś Rambo przejmuje dowodzenie. Stallone rzadko mówi, za to bardzo mocno używa łuku, noża oraz innych narzędzi zagłady. Szczególne w finale, gdzie super-żołnierz dokonuje jednej wielkiej rzeźni za pomocą ciężkiego karabinu maszynowego. Krew leje się wiadrami, ciała niemal są rozrywane na strzępy (studenci medycyny w tym momencie robią notatki na zajęcia z anatomii człowieka), nie brakuje eksplozji, zaś cała scena jest dziwacznie oczyszczająca. Tak samo satysfakcjonujące jest zakończenie, sugerujące odnalezienie spokoju udręczonej duszy wojownika.

Aktorsko jest przyzwoicie jak na tego typu kino. Stallone jest małomównym człowiekiem czynów, pozornie sprawiającym wrażenie obojętnego cynika. Reszta wypada solidnie, choć najbardziej z grona wybija się Graham McTavish jako najbardziej wyszczekany, chamski i klnący jak szewc Lewis oraz Matthew Marsden jako snajper School Boy. Ku mojemu zdumieniu powiem, że „John Rambo” to najlepszy sequel z serii. Najbardziej bezkompromisowy, wręcz ocierający się o kino eksploatacji, pełen pazurów, kłów i szponów, co wbijają się bardzo głęboko w skórę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Węże w samolocie

Film Davida Ellisa z 2006 roku to przykład filmu tak głupiego i tak złego, że aż dobrego. Albo ocierającego się o bycie dobrym. Po samym tytule nie należało spodziewać się wybitnego dzieła, ale nie byłem gotowy na taką ekstrawagancję.

Bohaterem filmu jest młody surfer Sean Jones (Nathan Phillips), przebywający na Hawajach. Jednak zamiast szaleć na desce albo na motorku jest świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć. Mianowicie niejaki Eddie Kim (Byron Lawson), lokalny gangster, co ma w kieszeni policję, zabija prokuratora prowadzącego śledztwo przeciwko niemu. Chłopak ucieka, jednak ludzie mafioza dopadają go w jego domu. Na szczęście pojawia się odsiecz w postaci agenta FBI Flynna (Samuel L. Jackson), który zabija siepaczy i bierze Seana pod swoją ochronę. Mam zeznać przeciwko Kimowi, by ten poszedł siedzieć. Flynn planuje wysłać świadka samolotem pasażerskim, gdzie pierwsza klasa byłaby tylko dla Jonesa, niego oraz drugiego agenta. Nawet podają mylny samolot, lecz Kim orientuje się w zamiarach i postanawia wykonać „genialny” ruch. Otóż jego ludzie przemycają do samolotu… węże wszelkiej maści, do tego przed lotem spryskują luk feromonami.

Jeśli myślicie, że fabuła jest idiotyczna i niedorzeczna, to… macie rację. Jakim cudem główny złol oraz agent w ogóle wiedzą, jak wygląda Sean, skoro ten pierwszy słyszał tylko silnik motoru, zaś drugi (jakimś cudem) wie o wszystkim. Jak udało się w ogóle umieścić tyle węży, by nikt się nie zorientował? I jak one potrafią wejść do kabiny pilota? Głupot jest tu więcej, a twórcy wydają się być ich świadomi. Całość brzmi jak mocno zakręcona wersja „Szklanej pułapki” w powietrzu, oscylująca między komedią akcji a B-klasowym horrorem. Postacie są zabijanie w durny, choć kreatywny sposób, do tego jeszcze mamy widok POV węży z użyciem zielonego filtra (skąd ta zieleń), nie brakuje stereotypów i szablonów wśród uczestników eskapady (stewardessa w swoim ostatnim locie, kobieta z pieskiem, niemiecki ważniak czy raper z dwójką dużych – i czarnych – ochroniarzy). No i pojawiają się czasem takie teksty, które potrafią wybić z równowagi (rozmowa pilota ze stewardessą: Dasz radę pilotować jedną ręką? / Zdziwiłabyś się, co potrafię zrobić jedną ręką).

Jeszcze w ten miks mamy wrzuconego działającego z zewnątrz kolegę Flynna (Bobby Cannavale), próbującego znaleźć specjalistę od węży, by znaleźć surowicę. Niby ma to być odskocznią i jeszcze podbić napięcie, jednak nie do końca to działa. Tak samo jak zbyt wiele ciemnych ujęć w samolocie, przez co ciężko cokolwiek zauważyć. O wiele bardziej film działa jako komedia, gdzie nawet wypowiadane z powagą dialogi, brzmią idiotycznie. Właściwie z obsady to tutaj tylko Samuel L. Jackson oraz Julianna Margulies (stewardessa Grace) najbardziej zapadają w pamięć, odnajdując się w tym szaleństwie.

To jest bardzo specyficzne kino, które wielu może odrzucić i uznać za absolutne badziewie. Ellis wydaje się nie traktować całości zbyt poważnie, jest masa dziur logicznych, co może doprowadzić do ogromnego wytrzeszczu oczu oraz niedowierzania. Jeśli jednak potraktuje się całość z przymrużeniem oka, ściągnie się znajomych z piwem, doświadczenie może być dużo lepsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Młody Frankenstein

Nie ma chyba nikogo na świecie, kto przynajmniej nie słyszał nazwiska Frankenstein. Nawet jeśli nigdy nie miał styczności z powieścią Mary Shelley. Jego powstały z martwych monstrum stał się ikoną popkultury, przewijając się przez różne inkarnacje na przestrzeni stuleci. A już niedługo pojawią się aż dwie nowe inkarnacje: od mistrza grozy Guillermo del Toro (nazwana – bardzo oryginalnie – „Frankenstein”) oraz Maggie Gyllenhaal („Narzeczona Frankensteina”). Zanim jednak zapoznamy się z tymi tytułami, rzućmy okiem na bardziej komediową wariację tej znanej historii.

„Młody Frankenstein” od Mela Brooksa nie jest stricte adaptacją powieści Shelley, choć wykorzystuje jej znane elementy. Jej bohaterem jest wnuk szalonego naukowca, dr Frederick Frankensteen (Gene Wilder) i kompletnie odcina się od swojego przodka. Nie chce bawić się w ożywianie zmarłych, wręcz przeciwnie. Jednak sytuacja komplikuje się, kiedy otrzymuje spadek. Czyli zamek swojego przodka, razem z gdzieś znajdującym się laboratorium. Do tego doktorowi pomaga wnuk asystenta, Ajgor (Marty Feldman) oraz Inga (Teri Garr). No i jeszcze jest pani Blucher (Cloris Leachman), od której wymowy nazwiska płoszą się konie. Czy to oznacza, że Frederick pójdzie w ślady sławnego przodka?

Brooks mocno stylizuje swój film na horror z lat 30. i 40., czyli z czasów świetności potworów Universala. Całość jest nakręcona na czarno-białej taśmie i nawet ma przejścia niczym z epoki, w tle gra bardzo staroświecka, gotycka muzyka. Nawet scenografia sprawia wrażenie żywcem wzięta stamtąd (udało się zdobyć twórcom prawa do użycia oryginalnej scenografii laboratorium), przez co wygląda niemal realistycznie. A wszystko to służy w zaserwowaniu gagów różnej treści: od prostego slapsticku (inspektor policji z mechaniczną ręką czy wizyta monstrum u niewidomego) przez pojawiający się oraz znikający garb Ajgora aż po dialogi (niepozbawione podtekstu). Ku mojemu zaskoczeniu było kilka przezabawnych sytuacji, które przetrwały próbę czasu.

To jednak by nie zadziałało, gdyby nie brawurowe aktorstwo. Sam Gene Wilder (także współautor scenariusza) jest wręcz nadekspresyjny w roli dra Frankensteina. Zarówno próbujący zachować spokój z powodu nazwiska, jak i coraz bardziej popadający w szaleństwo. Bywa wręcz do przesady teatralny, serwując pokręconą postać. Szoł kradł wiele razy Marty Feldman jako Igor/Ajgor: od bardzo ekspresyjnych oczu po zadziwiająco spokojną barwę głosu. I tworzy pokręcony duet z Wilderem, gdzie lecą iskry. Cudnie błyszczą tutaj panie: zwłaszcza Kahn jako narzeczona (ten głos oraz scena na dworcu) oraz teatralna w dobrym znaczeniu tego słowa Leachman, której postać skrywa pewną tajemnicę.

Nie znam zbyt wiele filmów Mela Brooksa, ale „Młody Frankenstein” jest zgrabną zgrywą z klasyki horroru. Czasem tempo jest nierówne, zaś niektóre żarty mogą być niezrozumiałe, niemniej ma w sobie masę uroku oraz miłości do klasyki. Zadziwiające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rambo III

Trzecia część przygód niejakiego Johna Rambo powstała, bo poprzednia część zarobiła strasznie dużo kasy. Zauważono potencjał na franczyzę i kontynuowano drogę naszego herosa od złamanego przez PTSD żołnierza po jednoosobową maszynę do zabijania. Tylko wojna w Wietnamie się skończyła dawno, więc gdzie tym razem ruszyć? Odpowiedź jest zadziwiająco prosta.

Nasz Rambo (Sylvester Stallone w fizycznej formie godnej olimpijczyka) przebywa gdzieś w Tajlandii. Pomaga buddyjskim mnichom w ich klasztorze, naprawiając różne rzeczy. Żeby jeszcze mieć pieniądze oraz rozładować siedzącą w nim przemoc, bierze udział w walkach na kije za pieniądze. To właśnie po takiej walce odnajduje go stary znajomy, pułkownik Trautman (Richard Crenna). Wyrusza do Afganistanu, gdzie od wielu lat tamtejsi partyzanci walczą z wojskami radzieckimi i chce wziąć Rambo ze sobą. Ten jednak odmawia, więc oficer wyrusza sam dostarczyć broń. Niestety, od razu po przekroczeniu granicy wpadają w zasadzkę przygotowaną przez Sowietów. Na wieść o tym, nasz wojak-pacyfista wyrusza do Afganistanu w towarzystwie Mousa Gannina (Sasson Gabai). Cel: odbić Trautmana z fortecy, gdzie stacjonuje oddział Sowietów pod wodzą pułkownika Zaysena (Marc de Jonge).

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo doświadczony operator oraz drugi reżyser, czyli facet odpowiedzialny za kręcenie sekwencji akcji. Tą ostatnią funkcję pełnił m.in. przy „Imperium kontratakuje”, „Batmanie”, „Tango i Cash”, a nawet pierwszych „Strażnikach Galaktyki”. A także przy „Rambo II”, gdzie odpowiadał za sekwencje lotnicze. I już od pierwszych scen widać, że ta część wygląda lepiej wizualnie. Historia jest nadal prosta jak konstrukcja cepa, gdzie Rambo staje się zbawcą świata. To jest wręcz komiks – Ruscy są źli, dowódca jest przerysowany, zaś żołdacy to idioci (widziałem organizmy jednokomórkowe, które były mądrzejsze), a Afgańczycy są albo ofiarami ataków, albo heroicznymi wojownikami. I w środku tego kotła jest małomówny człowiek czynu Rambo.

Sama akcja jest przewidywalna i bardzo efekciarska, ale ma o większą skalę oraz jest lepiej wykonana. I nie chodzi tylko o ilość eksplozji, ale o samą skalę. Mamy helikoptery, czołgi, mudżahedinów na koniach z karabinami (w sensie mudżahedini mają karabiny, nie konie), forteca niczym ze średniowiecza. Wydaje się to bardziej dopieszczone, o wiele płynniej zmontowane oraz z epicką muzyką Jerry’ego Goldsmitha. Nadal pojawiają się pewne głupoty (gra w cykora między czołgiem a helikopterem zakończona czołówką czy atakujący znikąd Rambo z „szóstym zmysłem”), wjeżdża miejscami patos, a niektóre teksty i żarty są strasznie suche.

W dużym skrócie jest to lepiej wykonana „dwójka”, która dostarczy więcej frajdy fanom rozrywkowego kina akcji. Bo umówmy się, takich produkcji nie ogląda się dla fabuły, głębokich portretów psychologicznych czy złożonego pokazania rzeczywistości. Dzieło MacDonalda to destylat kina akcji lat 80. w stanie czystszym niż jakikolwiek spirytus. I tak samo mocny.

7/10

Radosław Ostrowski

Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski

Superman IV

O k******************a!!!!!!Jeśli to są pierwsze słowa po seansie, nie wróży to zbyt wiele. I w zasadzie mógłbym zakończyć na tym recenzję czwartej przygody Człowieka ze Stali o aparycji Christophera Reeve’a. Ale to byłoby zbyt łatwe i zbyt proste, więc czas na zrobienie małej rzeźni nad filmem z 1987 roku.

W nowym filmie Superman tym razem mierzy się z paroma dużymi perturbacjami. Po pierwsze, Daily Planet zostaje wykupiona przez wydawcę brukowców, Warfielda (Sam Wanamaker). Innymi słowa, nie liczy się jakość pisanych tekstów, tylko ilość sprzedanych egzemplarzy. Po drugie, pokojowy szczyt między USA a ZSRR zakończył się klęską i kraje dalej planują się zbroić nuklearnie. Przez co jeden z uczniów, niejaki Jeremy wpada na GENIALNY pomysł, by Superman rozwiązał tą sprawę. I nie uwierzycie, zabiera cały nuklearny arsenał i wysyła prosto w Słońce. Przepraszam, co k****a?? No i jeszcze Lex Luthor (Gene Hackman) ucieka z więzienia, tym razem z pomocą siostrzeńca (Jon Cryer). Cel jest jeden i jeden tylko: zabić Supermana. W tym celu tworzy Nuclear Mana.

Tym razem za kamerą stanął Sidney J. Furie, znany najbardziej ze szpiegowskiego thrillera „Teczka Ipcress” oraz lotniczego akcyjniaka „Żelazny Orzeł”. Tym razem prawa do Supermana wykupiło od Salkindów Cannon Films, czyli specjaliści od kina klasy B. Jednak w połowie lat 80. panowie postanowili wpompować więcej kasy w swoje tytuły, by rywalizować z wielkimi studiami z Hollywood. Ale żadna z nich nie odniosła sukcesu i co gorsza, przed rozpoczęciem zdjęć odcięto połowę budżetu. To jednak nie usprawiedliwia tego pierdolnika, który dostaliśmy. Już od samego początku rzeczy dzieją się bez ładu i składu. Otóż radziecki pojazd z kosmonautami (w tym jeden to śpiewa „My Way” Sinatry w swoim języku) zostaje uderzony przez… jakiś odłamek. Skąd, jak, dlaczego? Nie wiadomo. Tutaj wiele rzeczy dzieje się przypadkowo (gdy Lois Lane wsiada do pociągu metra, to kierowca dostaje zawału), postacie ze sceny na scenę zmieniają swój charakter (córka nowego właściciela, co najpierw chce uwieść i przelecieć Clarka, by potem podążać ku idealizmowi – kiedy do tego doszło?) oraz motywację (Nuclear Man widząc zdjęcie panny Warfield chce ją mieć – bo tak?? i zabiera ją ze sobą… w kosmos – bez żadnego skafandra, butli z tlenem. Ona by tego nie przeżyła!!!). Im dalej, tym rzeczy są bardziej idiotyczne oraz kuriozalne (pokonanie Nuclear Mana przez Człowieka ze Stali przy pomocy… windy – to są jakieś jaja czy podwójna randka, gdzie Clark i Superman muszą być jednocześnie).

Do tego technicznie jest strasznie, strasznie słabo. Wszystko kompletnie wyprane z kolorów, efekty specjalne są specjalnie tragiczne (szczególne sceny latania, które niemal wyglądają tak samo i nasz bohater ma wyprane kolory kostiumu czy naprawa Wielkiego Muru Chińskiego… wzrokiem), modele są wyraziście widoczne. A żeby jeszcze bardziej pokazać taniość tego filmu, ostatnie ujęcie jest ŻYWCEM wzięte z pierwszego Supermana. O dziwnych postsynchronach w wypowiadaniu dialogów nie chce mi się nawet gadać. Cholera jasna, James Cameron rok wcześniej zrobił drugiego „Obcego” na podobnym budżecie, co ten film i wygląda on dużo, DUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUŻO lepiej.

„Superman IV” to totalna katastrofa, która niemal zamordowała kino superbohaterskie i całe szczęście, że dwa lata później pojawił się „Batman” Tima Burtona. Scenariusz jest poszatkowany, chaotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek logiki, reżyseria praktycznie nie istnieje, zaś aktorzy (poza Reevem i Hackmanem) są równie zagubieni jak ja. Totalny syf, padaka oraz o jednego Supermana za dużo.

2/10

Radosław Ostrowski