Dom zły

Do żadnego innego filmu nie chciałem wrócić tak bardzo jak do drugiego filmu w dorobku Wojciecha Smarzowskiego. Po głośnym i mocnym „Weselu” nikt raczej nie był gotowy na „Dom zły” – czyli kolejną wyprawę do polskiego piekiełka. Jednak nie dziejącą się w czasach współczesnych, ale w PRL-u.

Historia toczy się dwutorowo i obie łączy Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) – relatywnie młody zootechnik, pracujący w PGR-ze gdzieś na północy Polski. W 1978 roku jeszcze miał przyszłość: dobra praca, młoda żona, niezłe pieniądze. Jednak nagła śmierć Grażyny wskutek wylewu zmienia wszystko. Kompletny dół, strumień gorzały i koniec wszystko. By zacząć na nowo, Środoń zatrudnia się na PRG-ze aż w Bieszczadach. Autobus się psuje pod koniec drogi, więc musi on iść pieszo. Nocą trafia do gospodarstwa niejakich Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel), którzy przyjmują go do siebie.

Cztery lata później znowu trafiamy na gospodarstwo Dziabasów, tylko tym razem jest zima i stan wojenny. Środoń jest zakuty kajdankami, podejrzany o morderstwo. Odbywa się tu wizja lokalna, zaś śledztwo prowadzi porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) oraz – pijany w sztok – prokurator Tomala (Robert Więckiewicz). Zresztą wielu milicjantów też jest mniej trzeźwa niż powinna, a sprawa tylko pozornie wydaje się być prosta.

„Dom zły” to kolejny przystanek z mrocznej wizji świata Smarzowskiego. Czego tutaj nie mamy: ostre chlanie, przekleństwa, tajemnice, błoto, smród, korupcja i moralna degrengolada. Niektórzy w dniu porównywali ten film do dzieł Tarantino czy „Fargo” braci Coen, ale to pewne nadużycie. Z pierwszym łączy go zabawa chronologią, z drugim zimowa atmosfera oraz ciężarna milicjantka. Jeśli już miałbym porównywać „Dom zły”, to bliżej byłoby mu do „Ładunku 200” Bałabanowa czy ostatnich filmach Andrieja Zwiagincewa. Czyli niepokojące portrety zgniłego świata, pokazujące tą najmroczniejszą stronę człowieka, gdzie nie da się być przyzwoitym. Każdy bardziej lub mniej kombinuje, nikt nie jest tutaj święty, z nawet reprezentanci władzy (jeżdżący czarną Wołgą partyjniak, ksiądz, prokurator) albo są równie umoczeni, albo bezsilni.

Wszystko kręcone jest cyfrowo (z bardzo płynną kamerą), Smarzowski podbija wszystko montażem, celowo drażniącą uszy muzyką Mikołaja Trzaski oraz mocnymi dialogi. Wrażenie robią też czarno-białe, pozbawione dźwięki sceny wizji lokalnej, kręcone przez jednego z milicjantów. Mimo przeskoków czasowych, intryga jest bardzo czytelna, zaś finał wali w pysk, nie dając wytchnienia. Jeśli dodamy genialną obsadę z brawurowym trio: Arkadiusz Jakubik/Marian Dziędziel/Bartłomiej Topa, efekt zapiera dech.

„Dom zły” nie jest typowym kryminałem, ale podróżą w świat skażony złem, przed którym nie ma ucieczki. Smarzowski buduje kino pełne fatalistycznej atmosfery, ciężkiego klimatu oraz precyzyjnej realizacji. Mimo lat, nie zanosi się na to, by miał stracić cokolwiek ze swojej siły rażenia.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Genialny klan

Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że jednym z najbardziej wyrazistych reżyserów amerykańskich przełomu XX i XXI wieku jest Wes Anderson. Jego wyrazisty styl wizualny (symetryczne kadry, pastelowe kolory, jazda kamery) w połączeniu z narracją o ekscentrykach zderzających się ze swoimi demonami działa elektryzująco. Nie inaczej jest w przypadku jego najsłynniejszego filmu, czyli „Genialnego klanu”.

Cała historia przedstawiona jest w formie… czytanej powieści, z rozdziałami i epilogiem w towarzystwie głosu Aleca Baldwina. A jej bohaterami są członkowie genialnego klanu Tennenbaumów, pod wodzą Royala (Gene Hackman) oraz Ethelline (Anjelica Huston). Jednak małżonkowie się rozstają, więc matka zajmuje się trójką dzieci: biznesowym geniuszem Chasem, aspirującą dramatopisarką Margot (adoptowana) oraz fantastycznego tenisisty Richie’ego. Ale 22 lata później życie familii przybiera dość wywrotowy obrót. Royal traci pieniądze oraz swój hotelowy pokój, Etheline zaczyna spotykać się ze swoim zwierzchnikiem, Henrym (Danny Glover). A jak dzieci? Chas (Ben Stiller) po śmierci żony ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa swoich synów, wręcz tresując ich; Richie (Luke Wilson) załamał się nerwowo i zakończył karierę sportową, za to płynął przez oceany; Margot (Gwyneth Paltrow) odniosła sukcesy na scenie, ale od kilku lat nic nie pisała, ożeniła się z Raleigh St. Claire’m (Bill Murray), jednak ma pewne problemy z wiernością. Czy może być coś gorszego? Cóż, tak. Otóż, Royal wraca do domu z wieścią, że ma nowotwór i zostało mu kilka tygodni życia. Ale czy uda mu się odzyskać oraz odnowić relację z rodziną?

Jak można wywnioskować „Genialny klan” ma styl Andersona i fabułę, której blisko byłoby do… Woody’ego Allena. Brzmi to jak komediodramat o dysfunkcyjnej rodzinie, która wreszcie zaczyna mierzyć się ze swoimi demonami oraz niezdolnością w relacjach interpersonalnych. A wszystko zrobione z dużą sympatią do postaci, pokazując ich depresję oraz zagubienie. W tym całym miksie mamy znajome z późniejszych filmów Andersona: symetryczne (choć zaskakująco przyziemne wizualnie) kadry, bardzo eklektyczną mieszankę muzyczną, długie ujęcia oraz montażowe zbitki, opisujące postacie i ich otoczenie. Dialogi niepozbawione są odrobiny sarkazmu, a narracja z offu nie wywołuje irytacji. Co najważniejsze, historia angażuje emocjonalnie, z paroma mocnymi momentami (próba samobójcza Richiego, uwolnienie sokoła Mordecaia czy Royal rozrabiający ze swoimi wnukami) pozostającymi mocno w pamięci.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie rewelacyjna obsada. Są tu stali członkowie jego ekipy jak Bill Murray, Anjelica Huston czy (współodpowiedzialny za scenariusz) Owen Wilson ze swoim bratem Lukiem. Na mnie jednak największe wrażenie wybitny Gene Hackman w roli Royala – bardzo śliskiego i cwanego ojca, chcącego kłamstwem odzyskać swoją rodzinę. To jednak tylko pozory, bo mężczyzna parę razy pokazuje swoją czułą stronę i – w dość zaskakujący sposób – ma większy wpływ na rodzinę niż mogło by się wydawać. O wiele bardziej złożona postać niż by się mogło wydawać. Równie świetny jest Ben Stiller jako pełen gniewu i ekspresji Chas, nie pogodzony ze śmiercią swojej żony oraz nieoczywista Gwyneth Paltrow w roli depresyjnej Margot.

Ze wczesnych filmów Wesa Andersona, to „Genialny klan” uważany jest za jego największe osiągnięcie i nie dziwi mnie to. Łapie wizualnie, ma swój styl, który jeszcze nie wywołuje zmęczenia, jest kapitalnie zagrany oraz… porusza, bawi, angażuje. Niesamowite doświadczenie, nawet dla nie-fanów Amerykanina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rambo II

Sukces „Rambo: Pierwszej krwi” przerósł oczekiwania wszystkich. Przy 15 milionach dolarów zarobił ponad 125 milionów, więc kontynuacja wydawała się kwestią czasu. Ale był jeden poważny problem: w powieści Davida Morrella Rambo zginął, więc nie było żadnego materiału źródłowego. Jednak po czterech latach pojawił się drugi „Rambo”.

Fabuła (za którą odpowiadają Sylvester Stallone i… James Cameron) jest prosta niczym konstrukcja cepa: John Rambo (Sylwek Stalowy) odsiaduje wyrok więzienia za swoje szaleństwa z poprzedniej części. Teraz pojawia się jego dawny dowódca, pułkownik Trautman (Richard Crenna) i ma dla niego propozycję. Siły specjalnie chcą przywrócić naszego bohatera do służby w celu potwierdzenia obecności jeńców wojennych z Wietnamu. W zamian nasz bohater może dostać prezydenckie ułaskawienie. Jest tylko jeden haczyk: Rambo ma… zrobić zdjęcia, co jest raczej ponad jego kwalifikacje. Niemniej dowodzącemu akcją, majorowi Murdockowi (Charles Napier) to kompletnie nie przeszkadza. Ale znając Rambo, na fotografiach akcja się nie skończy.

Tym razem za kamerą stanął George P. Cosmatos, który później zrobi ze Stallone’m kultową „Cobrę”, a następnie niedoceniony horror SF „Lewiatan” czy równie kultowy western „Tombstone” (kiedyś muszę do niego wrócić). Drugi „Rambo” jest o wiele prostszy, jego fabuła jest cieniutka niczym barszczyk i jest pretekstem do jednego: siania rozpierduchy. A ta jest wręcz o skali epickiej, bo Rambo zabija – za pomocą noża, łuku oraz… helikoptera (bo czemu nie) – setki ludzi. Głównie Wietnamców, ale też napatoczyli się Ruscy pod wodzą podpułkownika Pudowskiego (Steven Berkoff). Tutaj Rambo jest kreowany jako niezniszczalna maszyna do zabijania, co umie wszystko, a ból nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Niespodzianek tu nie ma, niemniej potrafi dostarczyć sporej rozrywki.

Sama akcja jest tutaj sfilmowana bardzo energicznie, co jest zasługą II reżysera Petera Macdonalda. Sceny z użycia helikoptera mają mocarnego kopa, muzyka Jerry’ego Goldsmitha brzmi epicko, eksplozje są ogromne, zaś akcja (pozbawiona jakiegokolwiek suspensu) dostarcza. Szczególnie ataki z łuku, gdzie dźwiękowcy dorzucają do wybuchów odgłosy zwierząt. Niemniej dzieje się jedna rzecz, która mi psuła frajdę z oglądania akcji: miejscami bardzo płaskie dźwięki wybuchów oraz strzałów (choćby zabicie piratów i eksplozja wskutek zderzenia statków). Także fakt, że postacie są o wiele bardziej uproszczone (szczególnie Rambo oraz Trautman), pełniące proste role: wspierający mentor, zdrajca, stereotypowy tępy złol.

Jakbym miał podsumować „Rambo II”, jest to destylat lat 80. – pełen patriotyzmu, z superherosem w głównej roli, przerysowaną akcją oraz odrobiną dawki kiczu. O wiele bardziej uproszczony portret człowieka, który z udręczonego PTSD żołnierzem staje się jednoosobową armią, co fanów oryginału mocno wkurzy.

7/10

Radosław Ostrowski

Rambo: Pierwsza krew

11 kwietnia tego roku w wieku 94 lat zmarł kanadyjski reżyser Ted Kotcheff. Czy można lepiej uczcić pamięć tego reżysera niż sięgnięcie po jeden z jego filmów. Jak choćby jego najgłośniejszy film w jego karierze – „Rambo: Pierwsza krew”.

Pierwsza część z serii jest najbardziej nietypowa z całego cyklu. Nie ma tu ganiana po dżungli, zabijania przeciwników liczonej w dziesiątkach lub setkach czy jakiegokolwiek politycznego wkrętu. Tutaj idziemy w zupełnie inną stronę. Nasz John Rambo (Sylvester Stallone) wrócił już z wojny i próbuje się odnaleźć w swoim domu. W końcu trafia do miasteczka Hope, gdzie nie jest zbyt życzliwie traktowany przez szeryfa (Brian Dennehy). Widząc w nim włóczęgę, stróż prawa odprowadza go do granicy miasta, ale nasz bohater nic sobie z tego nie robi. Co doprowadza do aresztowania Rambo, zaś tamtejsi zastępcy traktują go jak śmiecia. Wskutek tego traktowania coś się w nim budzi i zaczyna atakować gliniarzy oraz ucieka z posterunku. Szeryf nie jest w stanie odpuścić, co doprowadza do obławy.

A więc co jest nietypowego w „Pierwszej krwi”? Ma o wiele mniejszą skalę, dzieję się w USA (w okolicach świąt Bożego Narodzenia) i bardziej skupia się na psychologii głównego bohatera oraz z jaką wrogością jest traktowany. Facet służył krajowi, a po tej służbie traktowany jest jak śmieć. I to wywołuje w nim efekt PTSD, zupełnie jakby znowu był w Wietnamie. Co nie znaczy, że nic się tu nie dzieje, bo Kotcheff trzyma wszystko o wiele bardziej przyziemnie. Od przygotowanych pułapek w lesie (przypominającym wietnamską dżunglę) przez ucieczkę do zalanej kopalni pełnej szczurów (zaskakująco klaustrofobicznie) aż do niemal odcięcie miasta i parę eksplozji. Wszystko w bardzo płynnym tempie, bez zbędnych przestojów ani linijki dialogu. Najbardziej zaskakujący jest tutaj finał, gdzie Rambo pierwszy raz mówi więcej niż jedno zdanie, pierwszy raz puszczając gardę i wyrażając swoje emocje.

Tutaj Sylvester Stallone najbardziej błyszczy jako aktor, choć przez cały film gra bardzo powściągliwie. Mówi rzadko, a każde słowo ma swój ciężar. Ale poza nim najbardziej Kotcheff skupia się na kolejnej dwójce: szeryfa Teasela i pułkownika Trautmana, granych przez Dennehy’ego oraz Richarda Crenny. Pierwszy to ewidentny przypadek nadużycia władzy dla szeroko rozumianego „utrzymania porządku”, drugi jest przełożonym Rambo i zna go najlepiej ze wszystkich ludzi. Ma w sobie sporo empatii, ale jest najbardziej świadomy powagi sytuacji, zaś Crenna gra go bardzo poważnie. Ta dwójka razem ma wiele konfrontacyjnych momentów, gdzie zderzają się ideologię oraz światopoglądy.

„Rambo: Pierwsza krew” pozostaje najlepszą częścią tej franczyzy i pokazuje jak cholernie uzdolnionym aktorem potrafił być Sylvester Stallone. Zadziwiający poruszający, trzymający w napięciu film, ze świetnymi dialogi, fantastycznym aktorstwem oraz kapitalną muzyką mistrza Jerry’ego Goldsmitha. Po ponad 40 latach nadal stoi na własnych nogach.

8/10

Radosław Ostrowski

Mulholland Drive

Chyba z żadnym reżyserem nie miałem tak trudnej relacji jak z Davidem Lynchem. Zdecydowanie twórca „Diuny” umiał budować niepokojącą, oniryczną atmosferę, mieszając sny i jawę. Z jednej strony zdecydowanie idący w postmodernizm, zderzając sceny liryczne z przemocą. Z drugiej mocno miesza w chronologii, przez co bywa trudno do śledzenia oraz rozgryzienia. Zupełnie jakby Lynch nie miał pojęcia, co robi. Takie też odniosłem wrażenie pierwszy raz oglądając „Mulholland Drive”, jednak teraz obejrzałem go na dużym ekranie, odnowiony cyfrowo w jakości 4K pod nadzorem Lyncha oraz autora zdjęć Petera Deminga.

A więc czym jest Mulholland Drive? To jedna z ulic Los Angeles, położona we wschodniej części Gór Santa Monica, przez co jest częściowo słabo zaludniona. Właśnie tutaj przejeżdża czarna limuzyna, w której znajduje się brunetka (Laura Harring). Nagle auto się zatrzymuje i wszystko wskazuje, że kobieta ma zostać zastrzelona. Wtedy dochodzi do wypadku, wskutek czego piękność traci pamięć i jako jedyna wychodzi z sytuacji bez szwanku. Mniej więcej w tym samym czasie do miasta przybywa Betty (Naomi Watts) – młoda dziewczyna z ambicją pozostania aktorką. Wprowadza się do domu swojej ciotki, która wyjeżdża na plan nowego filmu. Losy obu pań się przetną, próbując rozwiązać tajemnicę brunetki, przejmującej imię Rity.

Lynch, jak to on, zaczyna mącić niemal od samego początku. W zasadzie „Mulholland Drive” skręca niemal we wszystkie kierunki. Jest tu atmosfera niczym z kina noir, zaś intryga toczy się niejako mimo woli. Reżyser wprowadza kolejne postaci, które jeszcze bardziej gmatwają cały obraz i wydają się nie być powiązane ze sobą. Jest młody reżyser (Justin Theroux) skonfrontowany z gangsterami, stawiającymi warunek w kwestii obsadzenia głównej roli; płatny morderca (Mark Pellegrino) wykonujący – dość niekompetentnie – swoją robotę; mężczyzna opowiadający znajomemu swój koszmar w jadłodajni; wreszcie gangsterzy sterujący i decydujący o być albo nie być powstawaniu filmów oraz… Kowboj. Jest tego o wiele więcej, czyniąc całość bardzo skomplikowanym labiryntem.

Co jest snem, co jest jawą? Jeśli to sen, czyj on jest? A może wszystkie wydarzenia to tylko iluzja? Lynch znowu robi wodę z mózgu, podrzucając różne wątki, tropy, dając spore pole do interpretacji. Ale też tutaj ta historia wydaje się mieć ręce i nogi. Choć niektóre ujęcia oraz dialogi powtarzają się, to jednak za każdym razem mają inny kontekst oraz znaczenie. Jest i wizualne czerpane z lat 60. (włącznie z muzyką), jest tajemniczy klub Silencio, gdzie wszystko jest grane z taśmy (włącznie ze śpiewem), niepokojąca muzyka Angelo Badalamentiego oraz bardzo dynamiczna praca kamery. Technicznie jest to lepiej wykonana „Zagubiona autostrada”, bardziej pociągająca i wsysająca niczym odkurzacz.

To by wszystko nie zadziałało, gdyby nie fenomenalne dwie główne role, czyli Naomi Watts i Laura Herring. Pierwsza wydaje się aspirującą oraz cholernie uzdolnioną aktorką, próbującą się przebić. A jednocześnie jest bardzo naiwna, próbująca działać niczym detektyw-amator, ale to tylko jedna z warstw. Za każdym razem Watts jest elektryzująca, dominująca ekran i zawsze pociągająca. Z kolei Herring ma w sobie coś pociągającego niczym dawna gwiazda Hollywood (imię Rita, o ile to jej prawdziwe imię, nie jest przypadkowe), ale jednocześnie jest zagubiona, zdezorientowana i próbująca odnaleźć swoją tożsamość. Obydwie panie razem elektryzują bardziej niż jakakolwiek elektrownia atomowa, pozostając mocno w pamięci. Warto też wyróżnić Justina Therouxa jako reżysera Adama Keshera, który – w zależności od sytuacji – albo będzie walczącym o swoją wizję filmowcem zderzonym z rzeczywistością, albo zwykłym rzemieślnikiem. To dla mnie najciekawsza postać z bogatego drugiego planu, gdzie mamy m. in. Monty’ego Montgomery’ego (Kowboj), znanego z „Twin Peaks” Michaela J. Anderson (enigmatyczny pan Roque), a nawet sam Angelo Badalamenti (gangster Luigi Castigliane – scena z kawą, niezapomniana).

Aż sam jestem zdziwiony jak tym razem rezonowało ze mną „Mulholland Drive”. Wreszcie Lynch łączy sen z jawą w tak nieprawdopodobny sposób, że nie można oderwać oczu. Z ogromną ilością niezapomnianych kadrów, doznań i połączeń, pozostające w głowie na długo po seansie. A o czym to jest? O Hollywood, będącym jednocześnie fabryką snów i niszczycielem marzeń? Koszmarze niespełnienia? Drodze ku szaleństwu? O sile iluzji? To kilka kluczy do interpretacji, ale jednoznaczną odpowiedź musicie znaleźć sami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ronin

W feudalnej Japonii ronin to określenie samuraja bez pana. Po jego śmierci wojownik miał dwa wyjścia: albo zostać najemnikiem u innego pana, albo zostać bandytą. Jednak w przypadku filmu Johna Frankenheimera ten termin odnosi się do byłych agentów tajnych służb, którzy po zakończeniu zimnej wojny przestali być potrzebni swoim „panom” i działają jako najemnicy. Komu? Każdemu, kto zapłaci – gangsterom, terrorystom, bez znaczenia.

Takim bohaterem jest tutaj Sam (Robert DeNiro) – były agent CIA, który trafia do Paryża. Razem z grupą innych najemników: Francuza Vincenta (Jean Reno), Anglik Spence (Sean Bean), Niemiec Gregor (Stellan Skarsgard) i Larry (Skipp Sudduth) dostają robótkę do wykonania. Za zleceniem stoi Deirdre (Natascha McElhone), zaś celem jest zdobycie pewnej walizki. Co w niej jest? Ważne, że chcą ją Irlandczycy, ale – jak się potem okaże – nie tylko oni. Niby udaje się zdobyć walizkę, jednak dochodzi do zdrady.

Frankenheimer zaczyna swój film niczym szpiegowską historię w stylu Johna le Carre. Dużo tutaj miejsca ma ostry jak brzytwa dialog, odrobina czarnego humoru oraz skupienie na atmosferze. Oraz główny bohater sprawia wrażenie inteligentnego, opanowanego zawodowca. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu napięcia, choć akcja początkowo jest trzymana w ryzach (zakup broni). Ale w momencie sceny przejęcia walizki oraz pościgu samochodowego w Nicei, adrenalina wbija się ponad sufit. Same pościgi są bardzo ekscytujące: od ujęć z maski auta przez jazdę w ciasnych uliczkach (jak na europejskie drogi przystało) po bardzo ostre zakręty i stłuczki. Wszystko robione praktycznie, bez komputerowych sztuczek (chociaż moment palenia gumy przez Vincenta wygląda… dziwnie, delikatnie mówiąc), ze świetnymi popisami kaskaderskimi. Tak samo jest z rzadkimi chwilami eksplozji – strzelaniny też potrafią być intensywne, jednak bez przesady a’la Michael Bay.

Reżyser nie daje się zdominować popisami pirotechniczno-kaskaderskimi, dając sporo przestrzeni na dialog oraz interakcje między postaciami. W szczególności między Vincentem a Samem, którzy zaczynają budować silną więź – można nawet nazwać to przyjaźnią. Co w świecie pełnym zdrad i nielojalności jest bardzo rzadkie. Ale zakrętów i niespodzianek jest o wiele więcej, jednak więcej nie zamierzam zdradzać. Jedyny rysa w tej historii jest w zasadzie fakt, że nie poznajemy zbyt dokładnie graczy. Jednak wydaje się to celowym zabiegiem, bo najważniejsi są tutaj nasi „ronini” – najemnicy, których po akcji w zasadzie można się pozbyć. No i jeszcze dziwny był fakt jak szybko reagowała francuska policja (a dokładnie jeden radiowóz, pojawiający się znikąd – czemu tylko jeden?).

Obsada tutaj błyszczy, dając z siebie maksimum możliwości. Robert De Niro w roli Sama jest powściągliwy oraz opanowany, sprawiający wrażenie najbardziej doświadczonego i inteligentnego (te dialogi!) z całej ekipy. Równie mocno wspierają go świetni Jean Reno (Vincent), Stellan Skarsgard (Gregor) oraz Natascha McElhone (Deirdre), będący pozornie papierowymi postaciami, lecz mający troszkę więcej charakteru. To samo można powiedzieć o drobnych rolach Seana Beana (Spence) oraz Michaela Lonsdale’a (Jean-Pierre), dodających odrobinę kolorytu.

„Ronin” był uznawany za powrót Frankenheimera do formy po wielu, wielu latach posuchy oraz renesansie reżysera dzięki współpracy z telewizją. Bardzo dynamiczny, choć stonowany wizualnie thriller akcji w czasie post-zimnowojennym, ze świetną obsadą, dialogami (co jest zasługą współautora Davida Mameta) oraz tempem. Staroświecki w formie, ze sporą ilością praktycznych efektów, jaki nie mógłby dzisiaj powstać. Tak jak bohaterowie film Frankenheimera jest reliktem swoich czasów, które już nie powrócą.

8/10

Radosław Ostrowski

Niespotykane męstwo

Wietnam dla Amerykanów był jedną z najbardziej niezagojonych ran tego narodu. Wielu wróciło stamtąd bardziej poharatani i zniszczeni niż na jakiejkolwiek wojnie kiedykolwiek. O czym powstało wiele filmów, książek itp., ale nie o tym będzie dzisiaj. Dziś o jednym z filmów należącym do trendu zwanego „ratowaniem naszych chłopaków, co trafili do niewoli w Wietnamie”.

Bohaterem „Niespotykanego męstwa” jest emerytowany pułkownik James Rhodes (Gene Hackman). Jego syn wyruszył walczyć za kraj w Wietnamie, ale nie wrócił. Przez lata próbował znaleźć jakiekolwiek informacje na temat syna i gdzie może się znajdować. W końcu po 7 latach udaje się dzięki przyjacielowi znaleźć potencjalną lokację. Rhodes postanawia nie czekać na działania rządu (bo trwają za długo i nic nie robią), więc decyduje się zebrać ekipę kolegów z oddziału syna, przygotować do akcji oraz ruszyć.

Reżyser Ted Kotcheff stworzył ten film rok po „Rambo – Pierwszej krwi”, więc był już dość rozpoznawalnym filmowcem. Do tego temat Wietnamu był ciągle na fali po takich tytułach jak „Łowca jeleni”, „Czas Apokalipsy” czy „Powrót do domu”. Tutaj jednak skala jest o wiele mniejsza i bardziej przypomina to historie o grupie komandosów, co muszą wykonać bardzo niebezpieczną misję („Parszywa dwunastka”). Tutaj są to ludzie, co zostawili wojnę za sobą i muszą poprzypominać pewne dawne umiejętności. A galeria jest dość ciekawa: nożownik, saper, pilot, lekko psychiczny oraz młody rekrut. Zaskoczeń nie ma, nawet jeśli pojawiają się pewne komplikacje (zdobycie broni, spotkanie z patrolem podczas drogi do obozu, tarcia między ekipą). Ale najbardziej liczy się tutaj akcja i ta wygląda bardzo porządnie (może poza dźwiękami strzałów i eksplozji) – kule świszczą, wybuchy wyglądają imponująco, a każda śmierć ma swój ciężar. Do tego jeszcze w tle przygrywa militarystyczna muzyka Jamesa Hornera.

Obsada jest solidna, ale nie ma tutaj jakiejś wyrazistej, mięsistej postaci. Gene Hackman jako napędzany obsesją na punkcie odzyskania syna daje radę. I szkoda, że ten aspekt postaci nie został mocniej zaakcentowany. Poza tym to silny dowódca, bardzo opanowany oraz zimny. Równie dobrze odnajduje się Patrick Swayze jako młody rekrut Scott, próbujący się odnaleźć w ekipie doświadczonych, zaprawionych w boju żołnierzach. A tych grają charakterystyczni aktorzy jak Fred Ward, Randall „Tex” Cobb czy Reb Brown, zaś ich chemia jest namacalna.

To zdecydowanie jeden z tych filmów, który byłby wielkim hitem wypożyczalni kaset video i zaczęły pojawiać się podobne produkcje („Zaginiony w akcji”, „Rambo II”). Może i jest prosty w obsłudze, mało zaskakujący, bardziej skupiony na akcji niż na postaciach. Jednak jako bardziej rozrywkowe kino sensacyjno-wojenne jak najbardziej daje radę i czasami więcej nie trzeba do szczęścia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wyatt Earp

Kiedy wydawało się, że w latach 70. western został ostatecznie pogrzebany, na początku lat 90. gatunek przeżył renesans. Najpierw „Tańczący z Wilkami” Kevina Costnera, a następnie „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda przyniosły masę nagród (w tym Oscary za najlepszy film) oraz przywróciły zainteresowanie opowieściami z Dzikiego Zachodu. Ale tak się dziwnie złożyło, że niemal w tym samym powstały dwie produkcje o najsłynniejszym stróżu prawa – Wyacie Earpie: „Tombstone” z Kurtem Russellem i Valem Kilmerem oraz „Wyatt Earp” z Costnerem. Pierwszy przykuł większą uwagę, podbijając box office, a drugi pojawił się pół roku później i został zapomniany. Ale czy zasłużył na takie traktowanie?

Film Lawrence’a Kasdana opowiada o wiele szerszą i dłuższą opowieść od filmu Cosmatosa. Poznajemy Wyatta jeszcze jak był dzieckiem, co mieszkał w sporym majątku. Ojciec (Gene Hackman) był prawnikiem, zaś rodzina często się przenosiła – szukając prosperity i dobrobytu. Kiedy poznaje Urillę (Annabeth Gish), wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu. Wtedy pojawia się niespodziewana śmierć wskutek tyfusu, zabierając żonę oraz nienarodzone dziecko. Wyatt zaczyna się staczać, pali swój dom, w końcu sprzedaje kradzionego konia. Jednak dzięki pomocy ojca ucieka, zaczynając nowe życie.

A to dopiero początek długiej epopei, która obejmuje m. in. obdzieranie skór z bizonów, zastępcy szeryfa, posiadanie kasyna, wreszcie Earp jako szeryf w Dodge City oraz Tombstone. O przyjaźni z Dokiem Hollidayem (Dennis Quaid) nawet nie muszę wspominać. Ten trzygodzinny fresk pozwala sobie na wiele momentów wyciszenia oraz skupienia się na samym Wyacie i jego drodze do sławnego stróża prawa, co się nie cackał z nikim. Problem w tym, że cała ta opowieść strasznie się dłuży i ciągnie niczym rozgotowany makaron. Przewija się masa postaci na drugim planie, która pojawiają się i znikają (czasem na bardzo długo), samej akcji jest tu jak na lekarstwo oraz jest nie angażująca (może poza sekwencją z pociągiem). Zupełnie jakby Kasdanowi zabrakło skupienia i próbował upchnąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Co by tłumaczyło dlaczego „Wyatt Earp” pierwotnie miał być 6-godzinnym miniserialem i w takiej formie prawdopodobnie by się sprawdził.

Co się zatem tutaj broni? Absolutnie piękne zdjęcia Owena Roizmana, z niesamowitymi krajobrazami i kilkoma długimi ujęciami (Earp rozbrajający bandytę w saloonie). Również scenografia oraz kostiumy są absolutnie bez zarzutu, pokazując jak spory budżet był w dyspozycji. Tak samo epicka jest muzyka mistrza Jamesa Newtona Howarda, mieszająca pełnoorkiestrową moc z bardziej „westernowymi” dźwiękami. Do tego bardzo imponująca jest tutaj obsada, która wyciska wszystko. I to byli tacy ludzie jak Gene Hackman (Nicholas Earp), Bill Pulman (Ed Masterson), Tom Sizemore (Bat Masterson), Michael Madsen (Virgil Earp) czy Jeff Fahey (Ike Clanton). A jak sobie poradził w tytułowej roli Kevin Costner? Jest bardzo solidny, choć strasznie stonowany i zaskakująco złożony. Od naiwnego, zagubionego chłopaka przez idącego na zatracenie pijaka po absolutnego twardziela. Chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest to trochę na jedno kopyto.

Czy „Wyatt Earp” jest warty obejrzenia? Ciężko jednoznacznie powiedzieć, bo jest to zdecydowanie ambitna próba opowieści o ikonie Dzikiego Zachodu. O tym jak rodzą się mity i legendy, jak można stać się bandytą oraz stróżem prawa w jednym życiu. Tylko brakuje tutaj skupienia, kreatywności oraz… energii, która dałaby więcej życia w tym dziele. Chyba jednak serial byłby bardziej odpowiedni dla tej formy niż film.

6/10

Radosław Ostrowski

Tragedia „Posejdona”

Lata 70. to był najlepszy okres dla kina katastroficznego, co było zasługą producenta Irwina Allena. A tak naprawdę od powstałego w roku 1970 „Port lotniczego”, odpalając masę produkcji o ludziach walczących o przetrwanie podczas katastrofy. Nieważne czy to samolot idący ku zderzeniu z ziemią, wieżowiec w ogniu czy trzęsienie ziemi. W przypadku „Tragedii Posejdona” mamy do czynienia z zatopieniem statku wycieczkowego.

To miał być rejs z Nowego Jorku do Aten. Jest Sylwester i wszyscy wydają się szykować do dobrej zabawy. Problem w tym, że wskutek trzęsienia ziemi do statku zbliża się wielka fala. Statek wywraca się do góry nogami, załoga ginie. Pasażerowie najpierw wiszą do góry nogami, część spada, większość jednak wychodzi bez szwanku. Zaledwie garstka ludzi pod wodzą pastora Scotta (Gene Hackman) postanawia nie czekać na ekipę ratunkową i rusza w górę, gdzie znajduje się najcieńszy kadłub. Poza nim w grupce są: siostra z bratem, starsze małżeństwo, policjant ze swoją żoną ex-prostytutką, piosenkarka, sklepikarz i kelner. Zaczyna się wyścig z czasem, a statek zaczyna przybierać wody coraz więcej i więcej.

Reżyser Ronald Neame wykorzystuje elementy, które dzisiaj są standardem w tej konwencji. Zwykli ludzie walczący o swoje życie, których poznajemy w pierwszym akcie; moment katastrofy i poczucie ciągłego zagrożenia; bardzo ciasne przestrzenie, korytarze oraz sporadyczne eksplozje (nie w stylu Michaela Baya). Z dzisiejszej perspektywy nie wygląda to aż tak spektakularnie, to jednak sam widok zdemolowanych pomieszczeń, ciał oraz destrukcji nadal robi piorunujące wrażenie. Poczucie klaustrofobii jest namacalne, napięcie też, a jednocześnie wszystko wydaje się zaskakująco przyziemne. Nawet muzyka Johna Williamsa pojawia się bardzo rzadko. To nie jest ten poziom rozpierduchy jaki serwowali specjaliści tego gatunku w latach 90. jak Roland Emmerich, jednak ten realizm jest dla mnie wartością dodaną.

Twórcy nie przesadzają tutaj z patosem, dialogi są proste i bez nadmiernej ekspozycji. Broni się za to cholernie dobre aktorstwo. Tutaj najbardziej wybija się charyzmatyczny Gene Hackman w roli pastora Scotta, którego determinacja oraz pewność siebie czynią go liderem grupy. Oraz zazwyczaj ma rację, kierując się intuicją. W kontrze do niego stoi Ernest Borgnine (porucznik Mike Rogo), będący najbardziej ekspresyjnym z całej grupy i często konfrontuje się z pastorem. Może czasami sprawiać wrażenie kogoś przesadnie nerwowego oraz nie radzącego sobie z presją, z czasem jednak zaczyna zyskiwać w oczach. Nie ma tutaj nikogo, kto wypadłby źle, nawet najmłodsi jak Eric Shea (zafascynowany okrętami Robin) czy Carol Lynel (piosenkarka Nonnie) nie wywołują irytacji. Jedynym zaskoczeniem jest tutaj Leslie Nielsen wcielający się w kapitana Posejdona, co jednak wynika z późniejszych, bardziej komediowych kreacji.

Zaskoczyło mnie jak „Tragedia Posejdona” po tylu latach dobrze się trzyma. Neame odpowiednio buduje napięcie oraz ciągłe poczucie pędzącego czasu, dodając odrobinę humoru, ale bez wybijania z seansu. Pomaga w tym bardzo rozpoznawalna i utalentowana obsada, świetna scenografia i montaż. Kompletnie nie dziwi, czemu powstał sequel i remake.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pierwszorzędne cięcie

Michael Ritchie debiutanckim „Szaleńczym zjazdem” zaimponował w owym czasie krytykom. To także była pierwsza kolaboracja reżysera z Genem Hackmanem. Panom się tak dobrze pracowało, że reżyser zatrudnił aktora do kolejnego filmu – sensacyjnego „Pierwszorzędnego cięcia”.

Tutaj Hackman gra „Mary Ann” – lokalnego gangstera z Kansas City i właściciela sporej trzody bydła. Prowadzi dobry biznes, ale… jest winien chicagowskiej mafii kupę kasy. Do tej pory ci, co próbowali watażkę „naprostować” kończyli nieciekawie. Albo zabijani, albo przerobieni na mięso. Teraz ludzie z miasta tracą cierpliwość i wysyłają swojego cyngla, Nicka Devlina (Lee Marvin) z paroma ludźmi do pomocy.

Sama fabuła nie brzmi jakoś powalająco czy oryginalnie. Jednak filmowi bliżej do porządnie wykonanego kina klasy B czy wręcz komiksowej opowiastki. Sama intryga prowadzona jest prosto i bezpośrednio, dialogi są pełne one-linerów, zaś klimat jest… rednecki. Lokalsi nie traktują naszych gości z szacunkiem, większość to chłopy ze strzelbami, a poza handlem bydłem jest też prostytucja dziewczyn z sierocińca (mocna scena licytacji), widok mięsa robionego z krów. Całość jest zaskakująco krótka, bo ma niecałe półtorej godziny i mija bardzo szybko. A jednocześnie Ritchie potrafi budować napięcie oraz zwyczajnie zaszaleć: jest ucieczka przez pole pszenicy przed ścigającymi redneckami oraz… kombajnem, wjazd ciężarówką w szklarnię (zakończony całkowitą destrukcją) czy finałowa konfrontacja w stodole.

A wszystko na swoich barkach (niemal) trzyma Lee Marvin, będący w trybie znanym choćby z „parszywej dwunastki”. Czyli jest szorstki, małomówny człowiek czynu. Może i bandzior, ale ma zasady – jak Franz z „Psów”. Hackman pojawia się rzadko, jednak nadal robi wrażenie. Jest dość ekscentryczny, bywa prostacki, lecz jest bardzo pewny siebie. Zderzenie tej dwójki jest nieuniknione. Trzeba też wspomnieć o debiutującej na ekranie Sissy Spacek w roli jednej z dziewczyn, Poppy. Ma wielkie… oczy (nie wiem, o czym myśleliście), rude włosy i wygląda pięknie.

Ritchie bawi się tu w pulpową sensację/komiks, który całkiem nieźle znosi próbę czasu. Jest bardzo kreatywny, dzieją się rzeczy nie do uwierzenia, a prosta opowieść wciąga. Dzięki aktorstwu Marvina i Hackmana całość wchodzi na wyższy poziom.

7/10

Radosław Ostrowski