Superman III

Trzeci film o Supermanie był w planach po sukcesie poprzedników, jednak na kontynuację trzeba było czekać trzy lata. Salkindowie mieli różne pomysły, w tym udział wrogów z kosmosu, ale więcej do powiedzenia miało Warner Bros. Wrócił za kamerę Richard Lester oraz poprzedni scenarzyści (David i Leslie Newman), a także Christopher Reeve w roli Człowieka ze Stali. Jednak tutaj ewidentnie coś się tu wykoleiło.

„Trójka” w zasadzie jest osobną opowieścią, nie powiązaną z poprzednimi częściami. Tutaj Clark Kent (Christopher Reeve) wraca do Smallville na zjazd absolwentów, więc spędza o wiele mniej czasu w Metropolis. Wydaje się to całkiem fajnym powrotem na stare śmieci oraz pierwszej miłości, Lany Lang (Annette O’Toole). I ku ich zdumieniu nadal coś między nimi iskrzy. Jednak pojawia się pewien nowy wróg, czyli chciwy biznesmen, Ross Webster (Robert Vaughn). Jak na potentata chce mieć monopol na wszystko: od kawy po ropę naftową. Do tego zmusza szantażem jednego ze swoich pracowników, Gusa Gormana (Richard Pryor), który także zarąbał troszkę kasy z firmy dla siebie.

Lester był bardzo znany ze slapsticku i ten humor uderza niemal od samego początku, gdzie poważne sytuacje (napad na bank) przeplata się z masą pomyłek: wyrwanie się psa-przewodnika niewidomemu, poślizgnięcia, spadająca na głowę farba, zapchany wodą samochód itp. I to wydaje się jakieś takie wybijające, jakby kompletnie przyklejone na siłę. Jak choćby, gdy Gorman próbuje włamuje się do satelity (lekko podchmielony) przy okazji doprowadzając do m. in. zepsucia sygnalizacji świetlnej (symbole ludków zaczynają się bić) czy awarii światła. Co gorsza nawet poważne czy pełne uroku momenty są przez tani żart torpedowane jak choćby piknik Clarka z Laną.

Sama intryga jest dość prosta, jednak Superman w zasadzie jest tu tłem. Twórcy więcej czasu spędzają na postaci granej przez Richarda Pryora i jest to dziwny taniec, w którym motywacja i portret psychologiczny jest co najmniej niespójny. Z jednej strony pozbawiony pracy, nagle okazuje się utalentowanym specem od komputerów, co chce dużo zarobić, jednocześnie jest łatwo podatny na manipulację i szantaż, by w finale pokazać się z dobrej strony. Próbuje się tez z niego robić trochę błazna, lecz to zwyczajnie nie działa. Nawet jak pojawiają się potencjalnie ciekawe pomysły (zbyt duża ufność w komputery oraz coś na kształt AI czy „zły” Superman), zostają one ledwo liźnięte i niewykorzystane. Szczególnie kwestia naszego herosa, przechodzącego na ciemną stronę, dawała duże pole manewru. Ale ponieważ film ma kategorię PG, ta postać nie wywołuje takiego zamieszania oraz chaosu, jaki mógłby zrobić (zamiast przestawić krzywą wierzę w Pizie na prostą czy zdmuchując znicz olimpijski). Muszę jednak przyznać, że walka Kenta ze swoją ciemną stroną na złomowisku jest jednym z nielicznych momentów angażujących emocjonalnie. Tak samo jak finałowa konfrontacja z superkomputerem, gdzie jedna z postaci staje się… cyborgiem (przerażający moment). Jednak poza tym, całość to ogromny krok w tył, jeśli chodzi o historię czy ton.

Aktorsko nadal jest całkiem dobrze. Reeve chyba tutaj wygląda najlepiej fizycznie, zaś granie Człowieka ze Stali weszło mu w krew. I potrafi zaskoczyć, pokazując bardzo przekonująco „złą” inkarnację. Ale prawdziwym odkryciem była dla mnie Annette O’Toole oraz jej bardzo silna chemia z Reevem. Jej Lana ma w sobie zarówno masę uroku (wnosząc troszkę świeżości), ale też odrobina zwyczajności. Uwielbiam zarówno scenę pikniku, jak i nakręcony w jednym ujęciu moment wspólnego sprzątania po zjeździe, gdzie kobieta zaczyna mówić o poczuciu niespełnienia. Chciałbym więcej takich momentów, bo dodają one większego ciężaru oraz zaangażowania. Z kolei Pryor robi, co może, by ożywić swoją postać, lecz scenariusz podcina mu skrzydła. Przyzwoicie wypada Robert Vaughn, ale dla niego granie opanowanych antagonistów to łatwizna.

Trzeci „Superman” jest sporym krokiem wstecz. Nadal jest parę dobrze zrobionych scen akcji (pożar fabryki chemikaliów czy finałowe starcie), sceny latania są solidne, a aktorzy starają się wyciągnąć maksimum z materiału. Jednak Lester na siłę pcha całość w stronę (niezbyt zabawnej) komedii, zaburzając ton i niemal rozsadzając warstwę emocjonalną. Spory zawód, choć najgorsze dopiero przede mną.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Superman II

Druga część „Supermana” powstawała równolegle z pierwszą, jednak zwolnienie reżysera Richarda Donnera mocno namieszało. Jego miejsce zajął współpracujący wcześniej z Salkindami Richard Lester, a jakby było mało problemów w trakcie post-produkcji poprzednika zmarł autor zdjęć Geoffrey Unsworth oraz scenograf John Barry. Do tego, by Lester mógł widnieć jako reżyser w czołówce według ówczesnych przepisów musiał nakręcić minimum 40% filmu, jednak problem by w tym, iż w momencie zwolnienia Donner nakręcił 75% scenariusza. Więc trzeba było nakręcić całość od nowa, zaś część obsady (m. in. Gene Hackman i Marlon Brando) odmówili udziału w dokrętkach. Ale czy drugie spotkanie z Człowiekiem ze Stali jest równie udane jak poprzednik?

Całość zaczyna się parominutowym streszczeniem poprzednika wplecionym w czołówkę, po czym wskakujemy do Paryża. Tam pod Wieżą Eiffla terroryści wzięli zakładników i grożą użyciem bomby wodorowej, zaś Lois Lane (Margot Kidder) próbuje napisać relację z wydarzenia. Superman (Christopher Reeve) powstrzymuje plan, wysyłając bombę w przestrzeń kosmiczną. To jednak doprowadza do uwolnienia wygnanych do Strefy Widmo zbuntowane trio z Kryptonu: generała Zoda (Terence Stamp), Ursę (Sarah Douglas) oraz niemego Nona (Jack O’Halloran). Jakby tego było mało cwany Lex Luther (Gene Hackman) ucieka z więzienia i udaje mu się znaleźć Twierdzę Samotności, zaś Lane zaczyna podejrzewać kto znajduje się pod peleryną herosa.

Ku mojemu zdumieniu Richard Lester odnajduje się przy tym filmie zaskakująco dobrze. Udaje się zachować ton poprzednika, choć nowy reżyser dodaje więcej (na szczęście subtelnego) humoru. Tempo jest może wolniejsze, jednak jest tu sporo przestrzeni na kluczowe wątki oraz postaci. Z jednej strony coraz bardziej kwitnąca relacja Lois z Supermanem, gdzie znowu jest sporo uroku, a także pewnej istotnej decyzji. Mianowicie nasz heros postanawia dla kobiety zrezygnować ze swoich mocy i żyć jak śmiertelnik. Niejako przy okazji pojawiają się (jak na tego typu kino) zadawane mimochodem pytania o sens i cenę poświęcenia swojego powołania dla „normalnego” życia.

Z kolei nowe zagrożenie w postaci Zoda i spółki jest jednocześnie poważne, bo posiadają takie same moce oraz umiejętności jak Kal-El, ale pełnią też (przynajmniej na początku) funkcję fish out of water. Wyglądają groźnie, sieją postrach i zniszczenie jak w małym miasteczku, gdzie nawet wojsko nie jest w stanie sobie poradzić. Oraz dość szybko (zbyt szybko) przejmują władzę nad Białym Domem. Niemniej ta sekwencja jak i walka w Metropolis to najjaśniejsze momenty tego filmu. A jakże mógłbym zapomnieć o finałowej konfrontacji w Twierdzy Samotności, dającej masę satysfakcji i domyka tą dylogię. I a propos nowych postaci najbardziej wybija się tu absolutnie świetny Terence Stamp w roli żadnego władzy oraz zemsty Zoda.

Reszta obsady nadal dowozi i wypada świetnie (całość znowu kradnie niezawodny Gene Hackman, Christopher Reeve pewniej wypada w roli Supermana, mając też troszkę odrobinę poważniejszych scen, zaś Margot Kidder to esencja uroku), muzyka nadal ma w sobie ducha Johna Williamsa i to cholernie dobrze wygląda. Zadziwiająco udana kontynuacja, dorównująca poziomem filmowi Donnera, czego raczej się nie spodziewałem. Jednak pojawia się ostrzeżenie, że powstanie ciąg dalszy.

7/10

Radosław Ostrowski

Superman (1978)

Już w ten piątek do kin pojawi się nowa inkarnacja Supermana od Jamesa Gunna i uznałem, że to będzie świetna okazja by zapoznać się (lub przypomnieć) filmowe wcielenia Człowieka ze Stali. Pomijam wersję Zacka Snydera, bo też już u mnie są zrecenzowane – dawno, ale jednak. Więc zacznijmy od samego początku, czyli roku 1978.

Droga do realizacji była dość wyboista, a pomysł na ekranizację ikonicznej postaci z komiksów DC pojawił się w głowie producenta Ilyi Salkinda pod koniec 1973 roku. Niecały rok później udało się nabyć prawa od DC Comics, jednak proces poszukiwania reżysera, scenarzysty oraz aktorów był bardzo żmudny. Plus plan był taki, by od razu nakręcić pierwszą i drugą część, dystrybuowane przez Warner Bros. Planowano zatrudnić Williama Goldmana (znany ze scenariusza m. in. do „Butch Cassidy i Sundance’a Kida”) czy Leigh Brackett, jednak ostatecznie za sumę 600 tysięcy dolarów namówiono samego Mario Puzo. Autor „Ojca chrzestnego” napisał ogromny (ponad 500 stron) scenariusz i choć producenci uważali samą historię za solidną, to jednak była zbyt duża, więc wynajęto Roberta Bentona oraz Davida Newmana do przepisania tekstu. Benton w tym czasie pracował jako reżyser nad filmem „Ostatni seans”, więc Newman ściągnął swoją żonę Leslie do pomocy. Jednocześnie cały czas szukano reżysera i pod uwagę brano same mocne nazwiska pokroju Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Yatesa, Sama Peckinpaha czy nawet… George’a Lucasa. Bliski podpisania umowy był znany z paru filmów o Bondzie Guy Hamilton, jednak kiedy produkcja została przeniesiona z Włoch do Wielkiej Brytanii zrezygnował. Powód? Problemy zdrowotne oraz… podatki.

To skomplikowało sprawę, ale Salkindowie zobaczyli „Omen” Richarda Donnera i będąc pod sporym wrażeniem, postanowili zatrudnić jego. Reżyser nie był fanem stworzonego scenariusz, uznając go za zbyt campowy, więc sięgnął po pomoc Toma Mankiewicza. W końcu udało się dopasować scenariusz, po długich poszukiwaniach dobrać obsadę (w tym już wcześniej zatrudnionych Marlona Brando i Gene’a Hackmana) zaczęto prace. Udało się nakręcić cały pierwszy film i 75% drugiego, kiedy prace nad „dwójką” wstrzymano, by skupić się na post-produkcji „Supermana”. Wskutek konfliktu między reżyserem a producentami Donner został zwolniony, a drugą część dokończył (i niejako nakręcił od nowa) Richard Lester.

To tyle tego baaaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo długiego wstępu i wprowadzenia, więc skupmy się na samym filmie. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw trafiamy na Krypton, gdzie zesłani z planety zostaje trójka spiskowców pod wodzą generała Zoda (Terence Stamp). Sam Krypton zmierza ku zagładzie, co stwierdza Jor-El (Marlon Brando), lecz zostaje zignorowany przez rządzącą Radę. Decyduje się umieścić swojego syna, Kal-Ela w specjalne kapsule razem z całą zgromadzoną wiedzą o Wszechświecie. Tuż po jej wystrzeleniu planeta zostaje zniszczona, zaś malec uderza w okolice amerykańskiej farmy Kentów. Przebywa tam aż do wieku 17 i po śmierci „ojca” opuszcza farmę, by trafić na biegun. Dzięki zielonemu kryształowi buduje tam twierdzę samotności, gdzie razem z duchem Jor-Ela przez lata kształci się i jako Superman przybywa do Metropolis. Resztę znacie, zatrudnia się jako Clark Kent w gazecie Daily Planet, robiąc z siebie kompletną pierdołę. No i jeszcze Lex Luther (Gene Hackman) kombinuje, bruździ, chcąc doprowadzić do zniszczeń dla własnych korzyści.

Reżyser Richard Donner robi wszystko, byśmy uwierzyli w ten świat i widać, że szanuje materiał źródłowy. Już czołówka, w której mamy pokazany na ekranie pierwszy komiks Supermana (wszystko na ekranie filmowym), pokazuje tą miłość. Nadal wrażenie robi tutaj zarówno sam wygląd planety (scenografia i design), a także kolejnych lokacji: farma Kentów (łany zboża ładniejsze niż w „Gladiatorze”), Forteca Samotności, siedziba Daily Planet czy ukryta kryjówka Luthora. Scenografia, kolorystyka, kostiumy – tutaj wydaje się wszystko namacalne. O dziwo, jest tu całkiem sporo humoru, który nie wydaje się wymuszony i naprawdę bawi (Superman rozprawiający się z drobnymi złodziejaszkami). A jednocześnie film ma w sobie sporo uroku, mimo pewnej naiwności.

Jedyne słabsze momenty pojawiają się w finale oraz w kilku scenach z użyciem efektów specjalnych. Zakończenie, gdzie Superman zmienia bieg historii jest pozbawione logiki i sensu, a on sam nie ponosi żadnych konsekwencji. A przecież wyraźnie mu mówiono, że nie ma ingerować w historię ludzkiej rasy i robi to. Z drugiej strony parę scen z użyciem projektora nie zestarzało się zbyt dobrze, co wybijało z seansu (kilka momentów z latającym Supermanem czy wystrzelonymi rakietami).

Nadrabia to wszystko bardzo dobrze poprowadzona obsada. Christopher Reeve w roli Supermana i Clarka Kenta jest po prostu idealny. Ma zarówno świetną prezencję, gdy nosi kostium Człowieka ze Stali, nawet jak się wzbija w powietrze czy lata wypada bardzo przekonująco. Także zgrywając kompletnie bezradnego, wręcz pierdołowatego i lekko ekscentrycznego Clarka Kenta nie popada w fałsz. Nic dziwnego, że nikt nie zorientował się, że Superman oraz Clark Kent to ta sama osoba. Równie świetna jest Margot Kidder, czyli ambitna, sprytna Lois Lane (choć ma pewne problemy z poprawnym pisaniem słów) oraz bardzo ekscentryczny Gene Hackman w roli egoistycznego geniusza zbrodni Lexa Luthora. W ogóle drugi plan jest przebogaty, choć chciałoby się parę postaci na dłużej (zwłaszcza Marlona Brando w roli Jor-Ela czy Glenna Forda jako Jonathana Kenta), bo wypadają tak dobrze.

Miałem spore obawy czy po tylu latach i bez żadnych efektów komputerów film Richarda Donnera zniesie próbę czasu. I choć widać ówczesne ograniczenia technologiczne, czasami fabuła jest skondensowana i lekko chaotyczna, ale jednocześnie jest tu dużo miłości do materiału źródłowego, sporo wyobraźni oraz zaskakującej lekkości. Reżyser pokazał, że człowiek jest w stanie latać i wygląda to bardzo przekonująco, mimo ponad 45 lat na karku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieugięci

Kino noir i neo-noir może czasy świetności ma za sobą, jednak gliniarze i detektywi w prochowcach, femme fatale oraz tajemnice związane z morderstwem, korupcją nadal potrafią wciągnąć. Pokazał to pewien krótki renesans gatunku pod koniec lat 90., kiedy pojawiły się „Tajemnice Los Angeles”. Ale rok przed dziełem Curtisa Hansona pojawiła się całkiem niezła kryminalna historia retro, która dzisiaj wydaje się zapomniana. Mowa o „Nieugiętych” nowozelandzkiego reżysera Lee Tamahori.

Akcje dzieje się (jak w większości tego typu opowieści) w Los Angeles lat 50., gdzie działa czteroosobowy oddział policjantów. Wszyscy noszą kapelusze, są nieprzekupni, mają twarde pięści, ale skuteczność mają większą niż polskie służby specjalne. Max Hoover (Nick Nolte), Elleroy Coolidge (Chazz Palminteri), Eddie Hall (Michael Madsen) i Arthur Reylea (Chris Penn) – bardzo zgrana paczka, działająca niczym brutalna siła sprawiedliwości. Teraz jednak prowadzą sprawę morderstwa prostytutki, Allison Pond (Jennifer Connelly). Ciało znaleziono na terenie budowy gdzieś na pustyni, dosłownie wbite w ziemię. Jednak dla Hoovera sprawa jest o wiele trudniejsza, bo nasz twardziel znał ofiarę. Trop prowadzi do bazy wojskowej, gdzie przeprowadzane są testy broni nuklearnej.

„Nieugięci” są zdecydowanie stylowym kinem czerpiącym ze znajomych klisz czarnego kryminału. Cyniczni twardziele oraz (pozornie) skomplikowaną intrygę, gdzie mamy morderstwo, szantaż, filmowany seks plus jeszcze wojskowych. Niby standard, niepozbawiony krótkich dialogów, odrobiny przepychu oraz odrobinki akcji. Reżyser próbuje zachować proporcje, skupiając się bardziej na dochodzeniu niż strzelaninach, co jest bronią obosieczną. Trudno nie odmówić atmosfery oraz klimatu, jednak nie byłem w stanie się zaangażować w to dochodzenie. Niby mamy urywanie tropów, podejrzanych jegomościów (łatwo można się domyślić, kto stoi za morderstwem), a to wszystko letnie. Nawet poboczne wątki sprawiają wrażenie troszkę niedogotowanych (relacja Hoovera z żoną oraz jak śledztwo mocno na tą relację rzutuje; kompletnie zbędny agent FBI). Ale muszę przyznać, że rozwiązanie oraz finałowa konfrontacja były satysfakcjonujące.

Estetyka jest tu trafiona w punkt, od eleganckich garniturów i kapeluszy przez auta aż po dekoracje oraz rekwizyty (zasłony do okien, projektor, broń). Do tego w tle mamy mocno jazzową muzykę oraz cudne zdjęcia Haskela Wexlera. Wszystko sprawia wrażenie znajomego świata, choć odświeżająca była tutaj baza wojskowa. Nawet w oczywistych miejscach jak biuro policji czy siedziba prokuratora jest sporo detali, czyniących cały ten świat żywym i namacalnym.

Także aktorzy odnajdują się w tym jak ryba w wodzie. Nolte urodził się do grania takich małomównych (czasem mamroczących) twardzieli, tłumiących w sobie agresję i tutaj też się sprawdza. Podobnie solidni są na drugim planie Madsen i Penn, choć chciałoby się ich więcej na ekranie. Najbardziej z tego planu wybija się wygadany Chazz Palminteri, którego Coolidge dodaje odrobiny humoru oraz wydaje się najbardziej przyziemny. Choć silną więź kwartetu, przez co ich obecność na ekranie to czysta frajda. Swoje dają też drobne role zjawiskowej Jennifer Connelly, wyjątkowo stonowanego Johna Malkovicha (generał Timms) oraz bardziej grającego wprost Treata Williamsa (pułkownik Fitzgerald).

Sam film to kawałek przyzwoitego kina noir, choć nie zapadającego w pamięć jak klasycy gatunku czy powstałe rok później „Tajemnice Los Angeles”. Scenariusz może nie zaskakuje, jednak trudno odmówić „Nieugiętym” stylu, elegancji, świetnego aktorstwa oraz słodko-gorzkiego zakończenia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wojownicze żółwie ninja

Chyba nie ma wracającej w tą i z powrotem franczyzy jak Wojownicze żółwie ninja. Dzieło stworzone jako komiks przez Kevina Eastmana oraz Petera Lairda, zaczęło podbijać świat najpierw zabawek, potem telewizji aż w końcu musiał powstać film fabularny. A potem jeszcze były gry komputerowe, kolejne seriale, animacje, a nawet filmy aktorskie. Najbardziej znanym i lubianym filmem z tej franczyzy jest produkcja z 1990 roku od doświadczonego reżysera teledysków, Steve’a Barrona.

Akcja dzieje się w Nowym Jorku, który jest terroryzowany przez tajemniczy gang ninja. Kradną wszystko i wszędzie, zaś policja wydaje się nie mieć zielonego pojęcia. Jednocześnie gdzieś w kanałach miasta działają żółwie ninja pod uważnym okiem mistrza Splintera. Wojownicy z imionami mistrzów sztuki renesansu (Leonardo, Rafaelo, Donatello, Michaelangelo) działają w ukryciu, trzymając się z daleka od świata zewnętrznego. Jednak pewnej nocy naszym przyszłym ninja udaje się zawalczyć z tajemniczym Klanem Stopy, chroniąc dziennikarkę April O’Neil (Judith Hogg). To zwraca ich uwagę przywódcy Klanu, niejakiego Shreddera, co mocno komplikuje ich życie.

Reżyser wydaje się trzymać komiksowego pierwowzoru, gdzie samo miasto pokazane jest jako brudne, niemal opustoszałe nocą i niebezpieczne. Nie jest to jednak hyperealistyczne pokazanie rzeczywistości, lecz podejście bardziej przypominające… „Batmana” Tima Burtona czy legendarnego „Supermana”. Czyli pokazania rzeczywistości na tyle wiarygodnej, by mogły istnieć nastoletnie zmutowane żółwie ninja. Jakkolwiek to idiotycznie brzmi. Bo sama geneza ich powstania jest co najmniej szalona, pokazana z dużym użyciem animatroniki i niepozbawiona humoru. Sama fabuła jest dość prosta, zaś dialogi niezbyt skomplikowane, a humor też nie jest jakiś wysokich lotów (przynajmniej z perspektywy dorosłego), to jednak całość zwyczajnie działa. Może poza (zbyt krótką) finałową konfrontacją między Shredderem a Splinterem.

Barron do ożywienia żółwi oraz ich mistrza sięgnął po samego Jima Hensona i jego ekipę, by stworzyli stroje (dla aktorów oraz kaskaderów), a także narzędzia do wyrażania ekspresji żółwi. Efekt nawet dzisiaj robi wrażenie, zaś bardzo dobrze nakręcone sceny akcji oraz walki ciągle działają. Być może pomógł w tym fakt, że te sceny były kręcone przy użyciu 22 klatek na sekundę, by potem przyspieszyć do 24 klatek. Nie brakuje tutaj dowcipnych interakcji, choć humor jest na poziomie bohaterów – czyli nastoletni. I czasem przez to może wydawać się strasznie suchy. Niemniej więź między żółwikami oraz ich mentorem jest autentyczna, co jest zasługą świetnych ról głosowych (szczególnie Kevina Clasha jako Splintera). Całość, mimo miejscami mrocznej kolorystyki, jest czytelnie oświetlona i nakręcona, z paroma zapadającymi w pamięć momentami jak rozmowa Rafaela ze Splinterem przy świetle świecy czy pierwsze wejście Shreddera.

Ale też żywy aktorzy mają tutaj coś do roboty. Absolutnie wybija się tutaj Judith Hoag oraz Elias Koteas. Pierwsza jako dziennikarka April O’Neil ma w sobie zadziorność i upór w dążeniu do faktów, a także ma świetną dynamikę z żółwiami. Drugi wcielający się w samotnego mściciela Casey Jonesa wnosi sporo humoru, luzu i dzikiej energii. Z kolei James Saito wcielający się Shreddera jest odpowiednio niepokojący, z mrocznym głosem, bez popadania w śmieszność, choć pojawia się bardzo rzadko. Jedynie Michael Turney grający Danny’ego, młodocianego członka Klanu Stopy wypada dość sztywno i odstaje od solidnej reszty.

Pierwsze „Wojownicze żółwie ninja” godnie znoszą próbę czasu, czego się nie spodziewałem. Naturalnie sfotografowany z cudowną muzyką mieszającą syntezator, funk z Orientem, cholernie dobrym aktorstwem oraz fantastycznie użytą animatroniką, pozwalającą ożywić i uwiarygodnić tytułowych bohaterów. Żadne efekty komputerowe tego nie są w stanie zastąpić, o czym dzisiaj wielu twórców zapomina, zaś dzieło Barrona to destylacja lat 90.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tarzan

Nie od dziś wiadomo, że kino czerpie między innymi z literatury. Do tego stopnia, iż niektóre postacie pojawiały się w różnych formach: od Sherlocka Holmesa przez adaptacje sztuk Szekspira po superbohaterów z komiksów. Równie chętnie adaptowanym bohaterem był Tarzan – postać z cyklu powieści Edgara Rice Borroughsa. Chociaż w ostatnim czasie raczej nie wywoływał takiej ekscytacji jak w latach 30. czy 40. Prędzej czy później musiała powstać animowana wersja przygód Człowieka Małpy, do czego doszło w roku 1999 u Disneya.

Sama historia zaczyna się znajomo: rodzina z synem opuszczają płonący okręt i trafiają gdzieś na afrykańską wyspę. Tam udaje im się zbudować dom oraz w miarę normalnie funkcjonować (zważywszy na okoliczności). Ale szczęście nie trwa długo, gdyż dorośli zostają zabici przez geparda. Jednak niemowlę zostaje uratowane przez małpią samicę – Kalę. Chłopak wyrastał wśród małp jako Tarzan i próbował się odnaleźć w środowisku. Lubił pakować się w tarapaty, ale zaprzyjaźnił się z siostrzenicą Terą oraz słoniem Tantorem. Jego sytuacja zmienia się pod wpływem dwóch wydarzeń. Po pierwsze, zabija geparda. Po drugie, przypadkowo trafia na grupę… ludzi.

Za animowanego „Tarzana” odpowiada duet Chris Buck/Kevin Lima. Pierwszy później stworzy m.in. „Krainę lodu”, drugi przerzuci się z animacji na filmy aktorskie pokroju „102 dalmatyńczyków” czy „Zaczarowanej”. Sama historia człowieka wychowanego w świecie zwierząt, który zostaje zderzony z cywilizacją jest właściwie samograjem i w zasadzie nie do spieprzenia. Mamy parę znajomych elementów z innych animacji Disneya pokroju rozbrajających złodziei drugiego planu (bardzo wygadana Tera i dość nerwowy Tantor) czy wpadających w ucho piosenek Phila Collinsa, pełniących rolę komentarza do wydarzeń. Kreska mieszająca drugi i trzeci wymiar zestarzała się z godnością, zaś akcja ma swoje świetne momenty (ucieczka Jane przez pawianami, Tarzan ślizgający się po gałęziach niczym na deskorolce).

Problem jednak w tym, że „Tarzan” nie potrafił mnie za bardzo zaangażować. Dla mnie pewnym problemem było zadziwiająco szybkie tempo. Może doprecyzuje: mamy sporo czasu w pierwszej połowie, gdzie Tarzan przebywa z małpami. Jednak w momencie poznania Jane, czyli ekscentrycznej, zafascynowanej małpami córce profesora coś dziwnego się dzieje. Wszystko zaczyna dziać się za szybko: od romansu przez rozdarcie Tarzana aż po finałową konfrontację między myśliwym/ochroniarzem a naszym bohaterem. Nie brakuje tu mrocznych momentów jak walka Kali z gepardem, co bardzo mnie zaskoczyło.

„Tarzan” jest ostatnim filmem z okresu renesansu Disneya i jest całkiem przyzwoitym kawałkiem animacji. Nie zaskakuje może fabularnie, role głosowe są solidne, technicznie też dobrze się trzyma, lecz brakuje jakiejś iskry. Czegoś elektryzującego, co pozostałoby ze mną na dłużej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tajemniczy ogród

Jakby ktoś kiedykolwiek mi powiedział, że specjalizująca się w ciężkim, poważnym kinie Agnieszka Holland zrobi adaptację klasyki literatury dziecięcej, uznałbym to za szaleństwo. Ale w roku 1993 doszło do niemożliwego, bo reżyserka stworzyła adaptację „Tajemniczego ogrodu” Frances Hodgson Burnett. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania.

Historia skupia się wokół Mary Lennox (Kate Maberly) – dziewczynki mieszkającej z rodzicami w Indiach, gdzie jest traktowana przez ich obojętnie. Wszystko zmienia się, kiedy jej rodzina ginie w trzęsieniu ziemi. Trafia do majątku jej wuja Archibalda (John Lynch), lecz ten więcej czasu spędza poza domem. Wówczas domem zarządza pani Medlock (Maggie Smith), zaś ta jest bardzo oschła i nie budzi sympatii. A co gorsza, Mary ma nie opuszczać swojego pokoju. Posiadłość jest jednak zbyt ogromna, by chcieć siedzieć w czterech ścianach. Miejsce zaczyna skrywać wiele tajemnic: w domostwie słychać jakieś wrzaski i płacz, część ogrodu jest zamknięta oraz porośnięta chwastami, a o pewnych rzeczach się nie mówi. Jedną z tajemnic jest fakt, że Mary ma… kuzyna, Colina (Heydon Prowse). Chłopak cały czas spędza w łóżku i nigdy nie wychodził z domu, zaś dziewczynka trafia na niego przypadkiem.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że Holland nie próbuje na siłę uczynić historii infantylnej czy przesłodzonej. I czuć tutaj wiszącą w powietrzu aurę odkrywania nieznanego, obietnicę przygody. Ale czy może być inaczej z tak pięknymi krajobrazami (w końcu zdjęcia robił Roger Deakins z dodatkową pomocą Jerzego Zielińskiego oraz Dicka Pope’a) oraz ogromnym domostwem niczym z gotyckiego horroru. Oczywiście, największe wrażenie robi tutaj sam wygląd ogrodu, jaki z czasem zaczyna nabierać nowego blasku, kolory stają się mocniejsze, zaś niemal mistyczny nastrój buduje genialna muzyka Zbigniewa Preisnera. Jednak pod tym wszystkim kryje się historia rodziny mierzącej się z bólem, dziecka szukającego akceptacji oraz rodzącej się sile przyjaźni, zmieniającej (dosłownie i w przenośni) całe otoczenie. Od dawna nie oglądałem filmu, który rzuciłby tak silny urok na mnie.

To wszystko jest zasługą zarówno świetnego scenariusza oraz bardzo delikatnej reżyserii. Ale równie imponująca jest tutaj gra aktorska. Szczególnie dzieciaki są fantastyczne: Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott oraz Laura Crossley. Pierwsza w roli Mary początkowo może wydawać się lekko krnąbrna i nie odnajdująca się w nowym otoczeniu, jednak jej ciekawość oraz uruchamiana empatia zaczyna działać cuda. Kompletnie mnie złapał za serducho Prowse, którego Colin jest (dla własnego dobra) izolowany i chroniony przed potencjalnymi chorobami, co czyni z niego słabeusza. W scenach z Mary, kiedy zaczyna konfrontować się z „zarazkami” i odzyskuje siły błyszczy najmocniej, prezentując najszersze spektrum możliwości. Troszkę w cieniu wypada wcielające się w rodzeństwo Knott (znający się na faunie i florze Dickon)/Crossley (Martha, najżyczliwsza służąca jaką widziałem), jednak potrafią parę razy skraść ekran. Z dorosłych ról absolutnie trzeba wspomnieć niezawodną Maggie Smith w dość oschłej (pozornie) pani Medlock oraz Johna Lyncha (pełen bólu lord Craven), tworzących o wiele bardziej subtelne, złożone postacie niż się wydaje.

Takiego filmu po Agnieszce Holland nie spodziewałem. Jedna z najbardziej poruszających, ciepłych i olśniewających wizualnie produkcji (nie tylko) dla młodego widza, skrywającego o wiele więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Rewelacyjna perła w dorobku polskiej reżyserki.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dom zły

Do żadnego innego filmu nie chciałem wrócić tak bardzo jak do drugiego filmu w dorobku Wojciecha Smarzowskiego. Po głośnym i mocnym „Weselu” nikt raczej nie był gotowy na „Dom zły” – czyli kolejną wyprawę do polskiego piekiełka. Jednak nie dziejącą się w czasach współczesnych, ale w PRL-u.

Historia toczy się dwutorowo i obie łączy Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) – relatywnie młody zootechnik, pracujący w PGR-ze gdzieś na północy Polski. W 1978 roku jeszcze miał przyszłość: dobra praca, młoda żona, niezłe pieniądze. Jednak nagła śmierć Grażyny wskutek wylewu zmienia wszystko. Kompletny dół, strumień gorzały i koniec wszystko. By zacząć na nowo, Środoń zatrudnia się na PRG-ze aż w Bieszczadach. Autobus się psuje pod koniec drogi, więc musi on iść pieszo. Nocą trafia do gospodarstwa niejakich Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel), którzy przyjmują go do siebie.

Cztery lata później znowu trafiamy na gospodarstwo Dziabasów, tylko tym razem jest zima i stan wojenny. Środoń jest zakuty kajdankami, podejrzany o morderstwo. Odbywa się tu wizja lokalna, zaś śledztwo prowadzi porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) oraz – pijany w sztok – prokurator Tomala (Robert Więckiewicz). Zresztą wielu milicjantów też jest mniej trzeźwa niż powinna, a sprawa tylko pozornie wydaje się być prosta.

„Dom zły” to kolejny przystanek z mrocznej wizji świata Smarzowskiego. Czego tutaj nie mamy: ostre chlanie, przekleństwa, tajemnice, błoto, smród, korupcja i moralna degrengolada. Niektórzy w dniu porównywali ten film do dzieł Tarantino czy „Fargo” braci Coen, ale to pewne nadużycie. Z pierwszym łączy go zabawa chronologią, z drugim zimowa atmosfera oraz ciężarna milicjantka. Jeśli już miałbym porównywać „Dom zły”, to bliżej byłoby mu do „Ładunku 200” Bałabanowa czy ostatnich filmach Andrieja Zwiagincewa. Czyli niepokojące portrety zgniłego świata, pokazujące tą najmroczniejszą stronę człowieka, gdzie nie da się być przyzwoitym. Każdy bardziej lub mniej kombinuje, nikt nie jest tutaj święty, z nawet reprezentanci władzy (jeżdżący czarną Wołgą partyjniak, ksiądz, prokurator) albo są równie umoczeni, albo bezsilni.

Wszystko kręcone jest cyfrowo (z bardzo płynną kamerą), Smarzowski podbija wszystko montażem, celowo drażniącą uszy muzyką Mikołaja Trzaski oraz mocnymi dialogi. Wrażenie robią też czarno-białe, pozbawione dźwięki sceny wizji lokalnej, kręcone przez jednego z milicjantów. Mimo przeskoków czasowych, intryga jest bardzo czytelna, zaś finał wali w pysk, nie dając wytchnienia. Jeśli dodamy genialną obsadę z brawurowym trio: Arkadiusz Jakubik/Marian Dziędziel/Bartłomiej Topa, efekt zapiera dech.

„Dom zły” nie jest typowym kryminałem, ale podróżą w świat skażony złem, przed którym nie ma ucieczki. Smarzowski buduje kino pełne fatalistycznej atmosfery, ciężkiego klimatu oraz precyzyjnej realizacji. Mimo lat, nie zanosi się na to, by miał stracić cokolwiek ze swojej siły rażenia.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Genialny klan

Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że jednym z najbardziej wyrazistych reżyserów amerykańskich przełomu XX i XXI wieku jest Wes Anderson. Jego wyrazisty styl wizualny (symetryczne kadry, pastelowe kolory, jazda kamery) w połączeniu z narracją o ekscentrykach zderzających się ze swoimi demonami działa elektryzująco. Nie inaczej jest w przypadku jego najsłynniejszego filmu, czyli „Genialnego klanu”.

Cała historia przedstawiona jest w formie… czytanej powieści, z rozdziałami i epilogiem w towarzystwie głosu Aleca Baldwina. A jej bohaterami są członkowie genialnego klanu Tennenbaumów, pod wodzą Royala (Gene Hackman) oraz Ethelline (Anjelica Huston). Jednak małżonkowie się rozstają, więc matka zajmuje się trójką dzieci: biznesowym geniuszem Chasem, aspirującą dramatopisarką Margot (adoptowana) oraz fantastycznego tenisisty Richie’ego. Ale 22 lata później życie familii przybiera dość wywrotowy obrót. Royal traci pieniądze oraz swój hotelowy pokój, Etheline zaczyna spotykać się ze swoim zwierzchnikiem, Henrym (Danny Glover). A jak dzieci? Chas (Ben Stiller) po śmierci żony ma obsesję na punkcie bezpieczeństwa swoich synów, wręcz tresując ich; Richie (Luke Wilson) załamał się nerwowo i zakończył karierę sportową, za to płynął przez oceany; Margot (Gwyneth Paltrow) odniosła sukcesy na scenie, ale od kilku lat nic nie pisała, ożeniła się z Raleigh St. Claire’m (Bill Murray), jednak ma pewne problemy z wiernością. Czy może być coś gorszego? Cóż, tak. Otóż, Royal wraca do domu z wieścią, że ma nowotwór i zostało mu kilka tygodni życia. Ale czy uda mu się odzyskać oraz odnowić relację z rodziną?

Jak można wywnioskować „Genialny klan” ma styl Andersona i fabułę, której blisko byłoby do… Woody’ego Allena. Brzmi to jak komediodramat o dysfunkcyjnej rodzinie, która wreszcie zaczyna mierzyć się ze swoimi demonami oraz niezdolnością w relacjach interpersonalnych. A wszystko zrobione z dużą sympatią do postaci, pokazując ich depresję oraz zagubienie. W tym całym miksie mamy znajome z późniejszych filmów Andersona: symetryczne (choć zaskakująco przyziemne wizualnie) kadry, bardzo eklektyczną mieszankę muzyczną, długie ujęcia oraz montażowe zbitki, opisujące postacie i ich otoczenie. Dialogi niepozbawione są odrobiny sarkazmu, a narracja z offu nie wywołuje irytacji. Co najważniejsze, historia angażuje emocjonalnie, z paroma mocnymi momentami (próba samobójcza Richiego, uwolnienie sokoła Mordecaia czy Royal rozrabiający ze swoimi wnukami) pozostającymi mocno w pamięci.

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie rewelacyjna obsada. Są tu stali członkowie jego ekipy jak Bill Murray, Anjelica Huston czy (współodpowiedzialny za scenariusz) Owen Wilson ze swoim bratem Lukiem. Na mnie jednak największe wrażenie wybitny Gene Hackman w roli Royala – bardzo śliskiego i cwanego ojca, chcącego kłamstwem odzyskać swoją rodzinę. To jednak tylko pozory, bo mężczyzna parę razy pokazuje swoją czułą stronę i – w dość zaskakujący sposób – ma większy wpływ na rodzinę niż mogło by się wydawać. O wiele bardziej złożona postać niż by się mogło wydawać. Równie świetny jest Ben Stiller jako pełen gniewu i ekspresji Chas, nie pogodzony ze śmiercią swojej żony oraz nieoczywista Gwyneth Paltrow w roli depresyjnej Margot.

Ze wczesnych filmów Wesa Andersona, to „Genialny klan” uważany jest za jego największe osiągnięcie i nie dziwi mnie to. Łapie wizualnie, ma swój styl, który jeszcze nie wywołuje zmęczenia, jest kapitalnie zagrany oraz… porusza, bawi, angażuje. Niesamowite doświadczenie, nawet dla nie-fanów Amerykanina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rambo II

Sukces „Rambo: Pierwszej krwi” przerósł oczekiwania wszystkich. Przy 15 milionach dolarów zarobił ponad 125 milionów, więc kontynuacja wydawała się kwestią czasu. Ale był jeden poważny problem: w powieści Davida Morrella Rambo zginął, więc nie było żadnego materiału źródłowego. Jednak po czterech latach pojawił się drugi „Rambo”.

Fabuła (za którą odpowiadają Sylvester Stallone i… James Cameron) jest prosta niczym konstrukcja cepa: John Rambo (Sylwek Stalowy) odsiaduje wyrok więzienia za swoje szaleństwa z poprzedniej części. Teraz pojawia się jego dawny dowódca, pułkownik Trautman (Richard Crenna) i ma dla niego propozycję. Siły specjalnie chcą przywrócić naszego bohatera do służby w celu potwierdzenia obecności jeńców wojennych z Wietnamu. W zamian nasz bohater może dostać prezydenckie ułaskawienie. Jest tylko jeden haczyk: Rambo ma… zrobić zdjęcia, co jest raczej ponad jego kwalifikacje. Niemniej dowodzącemu akcją, majorowi Murdockowi (Charles Napier) to kompletnie nie przeszkadza. Ale znając Rambo, na fotografiach akcja się nie skończy.

Tym razem za kamerą stanął George P. Cosmatos, który później zrobi ze Stallone’m kultową „Cobrę”, a następnie niedoceniony horror SF „Lewiatan” czy równie kultowy western „Tombstone” (kiedyś muszę do niego wrócić). Drugi „Rambo” jest o wiele prostszy, jego fabuła jest cieniutka niczym barszczyk i jest pretekstem do jednego: siania rozpierduchy. A ta jest wręcz o skali epickiej, bo Rambo zabija – za pomocą noża, łuku oraz… helikoptera (bo czemu nie) – setki ludzi. Głównie Wietnamców, ale też napatoczyli się Ruscy pod wodzą podpułkownika Pudowskiego (Steven Berkoff). Tutaj Rambo jest kreowany jako niezniszczalna maszyna do zabijania, co umie wszystko, a ból nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Niespodzianek tu nie ma, niemniej potrafi dostarczyć sporej rozrywki.

Sama akcja jest tutaj sfilmowana bardzo energicznie, co jest zasługą II reżysera Petera Macdonalda. Sceny z użycia helikoptera mają mocarnego kopa, muzyka Jerry’ego Goldsmitha brzmi epicko, eksplozje są ogromne, zaś akcja (pozbawiona jakiegokolwiek suspensu) dostarcza. Szczególnie ataki z łuku, gdzie dźwiękowcy dorzucają do wybuchów odgłosy zwierząt. Niemniej dzieje się jedna rzecz, która mi psuła frajdę z oglądania akcji: miejscami bardzo płaskie dźwięki wybuchów oraz strzałów (choćby zabicie piratów i eksplozja wskutek zderzenia statków). Także fakt, że postacie są o wiele bardziej uproszczone (szczególnie Rambo oraz Trautman), pełniące proste role: wspierający mentor, zdrajca, stereotypowy tępy złol.

Jakbym miał podsumować „Rambo II”, jest to destylat lat 80. – pełen patriotyzmu, z superherosem w głównej roli, przerysowaną akcją oraz odrobiną dawki kiczu. O wiele bardziej uproszczony portret człowieka, który z udręczonego PTSD żołnierzem staje się jednoosobową armią, co fanów oryginału mocno wkurzy.

7/10

Radosław Ostrowski