Bad Boys

Dawno, dawno temu objawił się kinu niejaki Michael Bay, czyli nowy reżyser kina akcji. Gwiazdami jego kina zawsze były eksplozje, efekciarska realizacja, gwałtowny, szybki montaż, brak ciągu przyczynowo-skutkowego oraz filmowe kobiet w sposób lekko seksistowski. Ale czy zawsze tak było? Czy teledyskowa forma była najważniejsza? Cofnijmy się do początków, czyli roku 1995.

bad boys1-1

Tytułowi „źli chłopcy” to Mike i Marcus – dwaj gliniarze wydziału antynarkotykowego policji z Miami. Pierwszy jest niemal uzależnionym od adrenaliny twardzielem, posiadającym sporo kasy oraz bardzo apetycznym ciachem. Drugi ma bardzo zazdrosną żonę, dwójkę dzieci i spokojniejszy. Panowie mają poważny problem, bo z policyjnego magazynu wyparowała heroina warta kupę szmalu. Ktoś pomagał? Czy w sprawę był zaangażowany gliniarz? Panowie mają trzy dni na wyjaśnienie sprawy, bo inaczej posterunek zostanie zamknięty. Pewnym tropem jest zabójstwo byłego gliniarza oraz telefon od kobiety, która podaje się za świadka zbrodni.

bad boys1-2

Sama historia brzmi znajomo, jak wiele filmów sensacyjnych czy z nurtu buddy movie. Niedopasowany duet policjantów, wyjątkowo irytujący świadek, heroina, dużo pieniędzy. Samo śledztwo też jest prowadzone w typowym dla tego kina stylu. Czyli strzelaninami, pościgami oraz bardzo szybkim wyciąganiem wniosków. Innymi słowy, efekciarska rozpierducha. Chociaż w porównaniu do późniejszych filmów Baya, jest to zaskakująco kameralne kino. Aż do finałowej konfrontacji w hangarze lotniska, gdzie reżyser troszkę szaleje. A eksplozja tutaj wygląda pięknie. Po prostu. A co zaskakujące, humor nadal trafia, choć dzisiaj parę rzeczy by nie przeszło (gliniarze mają udawać siebie nawzajem). Niemniej nie brakuje tutaj adrenaliny, mimo faktu, że ciężko się połapać w jakim miejscu oraz w jakiej odległości znajdują się postacie. Jak to udało się osiągnąć, tego chyba nawet sam Bay nie wie. Zdjęcia się piękne, kolory wyraziste, a w tle gra absolutnie świetna muzyka.

bad boys1-3

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie znakomicie dobrany duet głównych bohaterów. Między Willem Smithem a Martinem Lawrence’m (kolejno Mike i Marcus) dosłownie iskrzy, a przekomarzanki między nimi to wręcz komediowe tour de force. Równie rozbrajający jest Joe Pantoliano jako ciągle wkurwiony szef. Niby takich widzieliśmy wielu, jednak tutaj nadal to działa. Dobrze też wypada Tea Leoni jako Julie, czyli świadek zabójstwa, choć bywa irytująca i bardziej przeszkadza. Najsłabszym ogniwem wydaje się antagonista. Nie zrozumcie mnie źle, Tcheky Karyo w rolach czarnych charakterów zawsze się sprawdzał. Ale większość działań dokonują tutaj jego ludzie, a nie on sam, przez co aktor sprawia wrażenie niewykorzystanego. Można było z tego wycisnąć więcej.

Pierwsza część „Bad Boys” nie jest tak efekciarska jak późniejsze filmy Baya, dostarczając kawał świetnej rozrywki. Udaje się zachować balans między humorem a akcją, naszych gliniarzy nie da się nie lubić, zaś mały budżet działa tutaj na plus. Takiego Baya lubię najbardziej.

8/10

Radosław Ostrowski

Zapętleni

Cała historia dotyczy tego, że Amerykanie i Brytyjczycy chcą doprowadzić do zbrojnej interwencji na Bliskim Wschodzie. Jednak jest jedna osoba, która ma inny pogląd na tą sprawę. Jest to minister ds. rozwoju międzynarodowego, Simon Foster. Podczas wywiadu wypowiada zdanie o nieprzewidywalności wojny. To powoduje, że sytuacja między USA a UK staje się napięta. Wtedy do gry wkracza człowiek premiera, zajmujący się brudną robotą, Malcolm Tucker.

zapetleni1

Armando Ianucciego poznałem podczas oglądania politycznego serialu „Figurantka” oraz gorzkiej „Śmierci Stalina”. Ale obserwacja sceny politycznej w krzywym zwierciadle była obecna u tego twórcy już wcześniej. „Zapętleni” jest kinowym spin-offem politycznego serial „The Thick of It”, gdzie po raz pierwszy pojawił się Tucker. Przeskakuje między kontynentami od rozmowy do rozmowy, od gabinetu do gabinetu przez co można totalnie się pogubić. Jeszcze bardziej dezorientująca jest niemal dokumentalna forma – dużo zbliżeń, kamera ciągle w ruchu, szybki montaż. To wszystko sprawia jakbyśmy trafili w samo oko cyklonu, gdzie sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Jasne, jest to przerysowane, a wiele rzeczy dzieje się poza kamerą. Co jeszcze gorsze nie ma tutaj postaci, o której można powiedzieć, że jest pozytywna. Tutaj wszyscy kłamią, oszukują, ich intencje są ukrywane do końca, a jedyna osoba mogąca coś zmienić jest… idiotą. To jedna z bardziej pesymistycznych wizji polityki. I nawet humor (chamski, brytyjski oraz czarny niczym smoła) nie jest w stanie oczyścić tej goryczy, choć czyni całość troszkę strawniejszą.

zapetleni2

„Zapętleni” pędzą wręcz na złamanie karku, a kilka dialogów to prawdziwe perełki. Ciągłe podchody, przecieki, zdrady – dzieje się tu wiele. Ale też bardzo mocno pokazuje jak bardzo niewiele można zrobić w tym brudnym świecie. Że człowiek nie ma żadnego znaczenia dla celów ludzi u władzy. I to naprawdę boli, bo z czego naprawdę się śmiejemy.

zapetleni3

Aktorsko całość jest na bardzo wysokim poziomie, lecz najbardziej błyszczy Peter Capaldi. Tucker w jego wykonaniu to prawdziwa bestia, pędząca wręcz na złamanie karku oraz wystrzeliwująca słowa niczym z karabinu maszynowego. Bluzga jak szewc, bezwzględnie dąży do celu, a z każdej sytuacji potrafi wyjść niemal bez szwanku. Niesamowita postać, będąca prawdziwą petardą. Poza nim warto wyróżnić ciapowatego Toma Hollandera (Simon Foster) oraz bardzo twardego Jamesa Gandolfiniego (generał Miller). Nie brakuje znany twarzy z „Figurantki” jak Zach Woods czy Anna Chlumsky, tworząc mocną podbudowę drugiego planu.

„Zapętleni” pokazują jak reżyser odnajduje się w politycznym chaosie. Nawet jeśli fabuła bywa mętna oraz wprawiająca dezorientację, to jednak film wciąga. Warto obejrzeć choćby dla fenomenalnego Capaldiego.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatni samotnik

Graliście kiedyś w „Stalkera”? Szukacie jakiegoś filmu w podobnym klimacie? Pojawiła się pewna fanowska produkcja, która może tą lukę zapełnić. Akcja „Ostatniego samotnika” toczy się w terenie zwanym zoną. To radioaktywna przestrzeń w okolicy Czarnobyla powstała po wybuchu elektrowni atomowej. Na terenie pojawiła się duża, skażona przestrzeń, zmutowana przyroda, anomalie oraz naukowcy. Ale bohaterem jest Michał Szewczenko – młody chłopak, który wyrusza do niebezpiecznej strefy. Cel jest jeden: odnaleźć brata, który wyruszył tam i już nie wrócił.

ostatni samotnik1

„Ostatni samotnik” próbuje być mieszanką kina akcji oraz otoczką SF. Widać, że nie ma tutaj zbyt wielkiego budżetu, ale twórcy próbują maskować. Sama historia prowadzona jest za pomocą narracji z offu, co samo w sobie nie porywa tak bardzo. Jest prowadzona bardzo skokowo, nie pozwalając zbyt dokładnie wejść w ten cały świat. Mamy stałe elementy tego świata jak przechodzenie za pomocą śrubek, zmieniające się otoczenie, tajemniczy oddział najemników, stalkerzy. Dzieje się wiele, ale całość jest bardzo krótka. Są dziury fabularne, przeskoki na wątki poboczne, zaś zakończenie wydaje się urwane. Jest dość chaotycznie, fabuła nie porywa, ale to ma swój klimat.

ostatni samotnik2

Bardzo mnie zaskoczyła praca kamery oraz montaż. Zdjęcia są bardzo porządne, efekty specjalnie prezentują się więcej niż przyzwoicie. Jeszcze bardziej zadziwiło mnie wykonanie scen akcji, gdzie nie ma wielu cięć montażowych. Za to jest wiele slow motion, a wiele momentów jest wręcz urwane. Widoczne jest to niemal pod koniec i irytuje.

ostatni samotnik3

Jeśli chodzi o aktorstwo, mamy do czynienia z grupą naturszczyków oraz… artystów kabaretowych. A nie jest to komedia. Z tego grona najlepiej wypada Karol Kopiec jako szef najemników Gari. Bardzo opanowany, spokojny, ale w oczach widać wiele. Nie kłuje to aż tak mocno po uszach, niestety, z jednym wyjątkiem. Grający główną rolę Damian Ziembiński jest po prostu bardzo drewniany, doprowadzając moje uszy do bólu egzystencjalnego. To płaska postać, na której mi nie zależało, a motywacja była wręcz nudna.

Jest to fanowska produkcja, więc należało się spodziewać niezbyt wysokiej jakości. „Ostatni samotnik” jest średniakiem ze sporym, zmarnowanym potencjałem. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Hel

Piotr pozornie wydaje się typowym lekarzem szpitala psychiatrycznego. Stara się nawiązywać dobry kontakt ze swoimi pacjentami i porządnie wykonywać swoją robotę. Ale życie prywatne to bajzel: rozwiedziony, nie utrzymujący kontaktu z synem i związany jest z Czeszką Hanką. Mężczyzna prowadzi w miarę normalne życie, ale zaczyna się zmieniać. Pierwszy impulsem jest trafienie na oddział szpitala syna Piotra, lecz nie jedynym. Bo mężczyzna skrywa pewną nieprzyjemną tajemnicę.

hel1

Kingę Dębską dzisiaj wszyscy kojarzą dzięki świetnemu komediodramatowi „Moje córki krowy”. I wielu do tej pory uważa, że to był jej debiut reżyserski. Tylko, że… nie. Bo w 2009 roku pojawił się zapomniany już film „Hel”. Jest to opowieść o człowieku żyjącym w cieniu nałogu, zaś narracja toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy pracę w szpitalu, relacje z pacjentami oraz terapie. Choć nie wszyscy pacjenci są wyraźnie zarysowani i nie mają wiele czasu, wykorzystują go w pełni. Z drugiej mamy życie prywatne Piotra oraz chwile, gdy próbuje dogadać się z synem i żyć z nową kobietą. Ale dla mnie te wątki sprawiają wrażenie idących na skróty, niezbyt rozwinięte.

hel2

Dębska próbuje skupić się na samym bohaterze oraz jego dylematach, co samo w sobie nie jest najgorszym pomysłem. Nie brakuje wielu krytycznych momentów (samobójstwo pacjentki, wizyta u matki czy wizyta dawnego kumpla-dilera), przez co potrafi czasem poruszyć. Niestety, problem z tym filmem jest jeden – przewidywalność. Czułem, że bohater wróci do nałogu, że jego życie zacznie się coraz bardziej rozpadać, a wszystko zaczyna coraz bardziej dobijać go. Z tego powodu to wszystko przestało mnie angażować, zaś bardzo skrótowa narracja jeszcze bardziej mnie odrzuciła.

hel3

I w sumie byłby to średniak, gdyby nie jeden, bardzo mocny punkt – czyli główny bohater. W tej roli absolutnie rewelacyjny Paweł Królikowski. Nie ważne, czy jest zaangażowanym lekarzem, czy uzależniony, trafia zawsze w punkt. Bez niego cały ten „Hel” byłby bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Nawet jeśli na ekranie nie brakuje znanych twarzy (Lesław Żurek, Anna Geislerova, Bartek Topa, Janusz Chabior), to grany przez Królikowskiego Piotr jest majmocniejszą kartą tego filmu.

Nic dziwnego, że „Hel” został zapomniany jak każdy średniak. Bardzo uproszczony, przewidywalny oraz niezbyt angażujący, a także niewiele odkrywający w kwestii walki z uzależnieniem. Szkoda, ale następny film Dębskiej wszystkich zaskoczył in plus.

6/10

Radosław Ostrowski

Rok za rokiem

Rok 2019 w Wielkiej Brytanii zaczął się od brexitu, co było nieuniknione. Ale jednak to wszystko poznajemy z perspektywy paropokoleniowej rodziny Lyonsów. Najważniejsza w rodzinie jest babcia, którą reszta rodziny odwiedza przy okazji różnych uroczystości. Rodzinę tworzą dwaj bracia: starszy jest finansistą, ma piękną żonę oraz dwie córki, młodszy jest urzędnikiem ratusza i gejem oraz dwie siostry – samotnie wychowująca matka (drugie dziecko w drodze), poruszająca się na wózku inwalidzkim oraz aktywistka społeczna, walcząca z systemem. Powoli ich całe życie zostanie wywrócone do góry nogami, a wszystko przez polityków.

rok za rokiem1

Kolejny serial (mini-serial) od HBO, ale tym razem jest to produkcja w pełni brytyjska. Russell T. Davies za pomocą historii rodzinnej opisuje to, co może wydarzyć się na świecie (oraz w UK) w ciągu kolejnych 15 lat. Czy jest to więc SF a’la „Black Mirror”, do którego był porównywany po premierze? Owszem, pojawiają się elementy związane z rozwijającą się technologią (wątek transhumanizmu związany z Bethany), ale nie ona i jej rozwój są tutaj najważniejsze. To historia obyczajowa, skupiająca się na rodzinie oraz zarysowaniu tła społeczno-politycznego. A nie jest to świat przyjazny, gdzie Unia Europejska zaczyna się rozpadać (dochodzi do wyjścia Grecji oraz bankructwa Węgier), Rosja wróciła do sowieckich korzeni, a USA idzie na konfrontację z Chinami. Jakby tego było mało, dochodzi do takich drobiazgów jak upadki banków czy zalew imigrantów. I to jest bardzo silna gleba dla wszelkiej maści populistów, którzy dostrzegają w tym szansę na zdobycie władzy, co przedstawia wątek Vivienne Rook (świetna Emma Thmpson). Pozornie wydaje się bardzo nieszablonowym politykiem, walącym prosto z mostu i nie idącą na kompromisy, a jednocześnie otwarta na kontakt z innymi ludźmi. Nie dajcie się jednak zwieść, bo to bardzo śliska polityk, a konsekwencje jej działań obserwujemy w ostatnim odcinku.

rok za rokiem3

Te całe reperkusje odbijają się na całej rodzinie. Czasem te więzi są osłabione, traci się pracę (czy to z powodu rozwoju technologicznego, czy bankructwa firmy), ale w momencie decydujący wszelkie waśnie oraz konflikty schodzą na dalszy plan. Klimat zmienia się w bardziej mroczny, nie brakuje dramatycznych momentów (wątek ukraińskiego imigranta – chłopaka jednego z Lyonsów), zaś sama droga z demokracji do niemal autorytaryzmu wygląda przerażająco. Pewne kontrowersje może wywołać finał, który idzie w zupełnie inne tory. Robi się troszkę patetycznie, nie brakuje akcji i dochodzi do obalenia władzy. Dla jednych ten moment kompletnie niszczy serial, ale dla mnie to przykład – być może naiwnej – wiary w człowieka. W to, że każdą władzę można obalić, o ile podejmie się działania, a nie będzie się biadolić jak jest źle. Wszystko jest tak naprawdę w naszych rękach i nie wmawiajmy sobie, że nic od nas nie zależy.

rok za rokiem2

Realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, a całe polityczne tło poznajemy za pomocą serwisów informacyjnych. W tle gra bardzo niepokojąca, wręcz nasilająca się muzyka, pod koniec odcinka montaż przyspiesza, a wiele scen potrafi uderzyć. I jest to świetnie zagrane przez w większości mniej znanych – z wyjątkiem w/w Emmy Thompson oraz Rory’ego Kinneara – aktorów. Każda osoba z rodziny Lyonsów ma swoje wyraziste momenty i intrygujące wątki, przez co nie można się nudzić.

rok za rokiem4

„Rok za rokiem” to opowiadana wielka historia w skali mikro, co dawno nie było wykorzystywane w produkcjach telewizyjnych. Mnie chwyciła bardzo prawdopodobną wizją przyszłości, wątkami społeczno-politycznymi, gdzie technologia jest raczej tłem dla bohaterów. Bardzo intrygujące, miejscami mroczne i przerażające, ale do samego końca angażująca oraz chwytająca za serducho. HBO potrafi w seriale, prawda?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sala samobójców. Hejter

„Hejter” niby wydaje się być kontynuacją debiutanckiego filmu Jana Komasy. Problem w tym, że poza jedną postacią nie ma ona nic wspólnego z poprzednikiem. Tutaj bohaterem jest niejaki Tomek Giemza – młody chłopak z małej miejscowości. Studiuje prawo w Warszawie, zaś finansowe wsparcie udziela zaprzyjaźniona rodzina Krasuckich. Tylko, że nasz bohater zostaje wyrzucony ze szkoły za plagiat i ukrywa ten fakt. Przełomem dla niego staje się praca dla firmy zajmującej się czarnym PR-em.

hejter1

Komasa znowu próbuje wejść w świat Internetu oraz nowych technologii, gdzie każdy jest anonimowy. Wracamy do szczucia, mowy nienawiści, by człowieka zniszczyć, osłabić, skompromitować. Czym zajmuje się farma trolli kierowana przez Beatę Santorską (świetna Agata Kulesza). W tych momentach reżyser wali mocno – tutaj wszystkie chwyty są dozwolone. Tworzenie fałszywych kont, manipulowanie informacjami, kłamstwa, trolling, podsłuchy – dla efektu można posunąć się do wszystkiego. A wszystko w świecie podzielonym niejako na dwa obozy – czy mówiąc troszkę kolokwialnie – dwa podzielone plemiona. Nie potrafią się ze sobą dogadać, a granicą jest ich status społeczny i majątkowy. Bogata, inteligencka elita oraz manipulowana przez populistów biedota, która nie osiągnęła nic. I dlatego są podatni na hasła nacjonalistyczno-populistyczne. Być może dla wielu ta rzeczywistość będzie zbyt zero-jedynkowa oraz mocno przerysowana, ale jednocześnie jest to bardzo dziwnie znajome. My w tym mrocznym świecie żyjemy, czy to się komuś podoba czy nie.

hejter2

Ale jednocześnie widzę pewne pęknięcia w tym tytule. Zbiegi okoliczności czy wizja świata nie jest tak poważnym problemem, ile sam główny bohater. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to słabo zagrane, bo Maciej Musiałowski magnetyzuje swoją obecnością, a kamienna twarz czyni z niego tajemnicę. Ale pewne dwie rzeczy troszkę mi przeszkadzały. Po pierwsze, dlaczego po kolacji u Krasuckich zostawia telefon i podsłuchuje ich rozmowę? Czemu to robi? By odkryć ich dwulicowość, jak obgadują go za plecami? To rzutuje na jego charakter, ale wydaje się niedorzeczne. Tak samo jak przemiana Tomka w niebezpiecznego masterminda. Chłopaka przyłapano na plagiacie, a potem zaczyna manipulować ludźmi, przewidywać kilka ruchów do przodu, organizować wydarzenia, a nawet planować zamach. Ale do tego trzeba coś więcej niż tylko przeczytania „Sztuki wojny”, prawda? A może się mylę i to jest takie proste? Mam wątpliwości co do tego.

hejter3

„Hejter”, choć ma swoje wady i uproszczenia, potrafi zaintrygować i uderzyć. Zwłaszcza, gdy dochodzi do brutalnego, wręcz krwawego finału. Wtedy widać do czego może doprowadzić bezpardonowa walka, a sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Mocna rzecz, lepsza od poprzedniej „części”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Poszukiwacze

Ethan Edwards – dziwny to człowiek. Niby od trzech lat wojna secesyjna dobiegła końca, ale dopiero teraz postanowił wrócić do domu. I to nawet nie własnego, tylko swojego brata. ich dzieciom daje prezenty i wydaje się porządnym gościem. Jedynie krzywo patrzy na ich adoptowanego syna Martina, w którego żyłach płynie troszkę krwi Indian. Pewnego dnia ginie bydło sąsiada, więc Ethan razem ze Strażnikami Teksasu wyrusza wybadać sprawę. Ale kiedy wraca, domostwo zostaje spalone do ziemi, ciała rodziny… oprócz ich córki Debbie. Wtedy Ethan niczym Liam Neeson wyrusza na polowanie, by odbić dziecko z rąk Indian. Po drodze mordując ich, a jakżeby inaczej. Nawet jeśli miałby to zrobić sam.

poszukiwacze1

John Ford to jeden z tych reżyserów, którzy zbudowali podwaliny klasycznego westernu. I to on uczynił Johna Wayne’a ikoną tego gatunku. Oglądając „Poszukiwaczy” z 1956 roku, może się wydawać, że wiemy czego należy się spodziewać. Że będzie grała jakaś gitarowa ballada na początku filmu, że będą przepiękne krajobrazy, że będą strzelaniny oraz pościgi z Indianami w tle. I początkowo wydaje się iść sprawdzonymi tropami, ale pojawiają się pewne pęknięcia. Wszystko z powodu bohatera granego przez Wayne’a. Aktor stworzył tutaj zaskakująco mroczną postać, której motywacja nie wydaje się taka oczywista. Naprawdę chce odbić bratanicę? A może to tylko pretekst do dokonania krwawej rzeźni oraz masakry? Niemal do samego końca nie wiadomo jak postąpi, co tylko pomaga w budowaniu napięcia. Jednocześnie reżyser sięga po dość nieprzyjemny temat dla Amerykanów, czyli ich rasizmu, nietolerancji oraz wrogości wobec Indian. Ci nie są pokazywani tylko jako żądne krwi i squaw bestie, chociaż nie zostaje to mocno pogłębione. Ale to nie o nich jest ten film, tylko o Ethanie.

poszukiwacze2

Historia potrafi wciągnąć, dialogi brzmią naturalnie, a zdjęcia nadal wyglądają imponująco. Mimo małej ilości krwi, jest to brutalne kino. Nawet drobne momenty przestoju oraz przeskoki czasowe nie mają tak negatywnego wpływu (scena czytania listu) na seans. Nie brakuje też barwnych postaci drugoplanowych z kapitanem Strażników Teksasu, który jest także… pastorem czy bardzo charakternej Laurie. Jest też jeszcze zdeterminowany Martin Pawley, będący kontrastem dla Ethana. Młodszy, troszkę naiwny i z twardszym kręgosłupem moralnym wydaje się osobą, z którą łatwiej można się identyfikować. I wszyscy są zagrani bardzo dobrze, bez sztuczności czy fałszu.

poszukiwacze3

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony faktem, że ten western z lat 50. godnie znosi próbę czasu. Jest jednocześnie klasyczny, jak i rewizjonistyczny. To powinno się rozpaść na części, jednak Fordowi udaje się scalić w spójną całość. No i mamy jeszcze najlepszą rolę Johna Wayne’a w całej karierze, a to powinno być rekomendacją.

8/10

Radosław Ostrowski

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

Brugia – niby małe miasteczko, jakich wiele znajduje się w Europie. Tutaj trafia dwóch Irlandczyków: Ken i Ray. Obaj zostali wysłani przez swojego szefa, Harry’ego, zameldowani w hotelu i czekać na dalsze instrukcje. Mają na to dwa tygodnie, a w tym czasie mają zwiedzać okolicę. O ile starszy Ken odnajduje się tutaj jak ryba w wodzie, dla Ray to miejsce wydaje się zwykłym zadupiem. Ale w końcu dzwoni telefon.

w brugii1

Martin McDonagh dzisiaj to nazwisko bardzo rozpoznawalne i cenione wśród kinomanów. Niewielu jednak poznało się na jego talencie na początku jego kariery filmowca. W 2008 roku zrealizował swój debiut, który jest czarną jak smoła komedią. Reżyser bardzo powoli wprowadza swoich bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Zaczynamy odkrywać jednak dlaczego ten duet – będący płatnymi mordercami – trafił do takiego małego miasteczka. I ta historia z komedii przechodzi w dramat, dotykający wręcz egzystencjalnych wątków. Wina, kara, ponoszenie odpowiedzialności za swoje czyny, honor, lojalność – tego się chyba nikt nie spodziewał. Sami bohaterowie nie wydają się bezwzględnymi bandziorami, mówiącymi o bandziorskich rzeczach. Przynajmniej w tym miejscu zachowują się bardziej jak my, szarzy ludzie. Piją piwo, zwiedzają, a nawet zakochują się w pięknych blondynkach. Ale samo miasto też staje się bohaterem samym w sobie. Niemal same średniowieczne budynki budują podskórnie niepokojący klimat. Niczym z obrazu Hieronima Boscha, co ironicznie wykorzystane zostaje w finale. Gdzie musi dojść do nieuniknionej śmierci, bo za wszystko trzeba zapłacić. Ale czy to oznacza, że nie należy nie robić nic z tym wszystkim? Czekać na przebieg wydarzeń? Zabić się? Uciec? Pytania wręcz egzystencjalne, a odpowiedź okazuje się banalna, ale nie głupia. Tylko, że ja wam tego nie powiem.

w brugii2

Bardzo pozytywnie zaskakuje realizacja. Pozornie jest to styl zerowy, ale największe wrażenie robi miasto nocą, utrzymane w żółtej kolorystyce. W tle jeszcze dość melancholijna muzyka Cartera Burwella, a wszystko zmontowane jest w sposób bardzo płynny. Aż chciałoby się zostać w tym nietypowym miasteczku. To wszystko jest podporą dla absolutnie świetnego scenariusza oraz skupionej ręki reżysera.

w brugii3

Ale to wszystko by nie działało, gdyby nie absolutnie fantastycznie dobrani aktorzy. Najbardziej w tym filmie zaskoczył mnie Colin Farrell jako Ray, który dopiero ma zacząć swoją przygodę jako cyngiel. Na początku widać, że coś go dręczy, jest zniechęcony Brugią, ale wszystko zmienia jedna osoba. I nagle zacząłem sympatyzować z tym gościem. Skontrastowany z nim jest Brendan Gleeson jako bardziej stateczny Ken i powoli zaczyna się budować silniejsza więź między nimi. Bardzo ciekawy duet, choć razem nie mają wiele scen. Cała akcja ulega zdynamizowaniu, kiedy na ekranie pojawia się Harry (absolutnie błyszczący Ralph Fiennes) – szef bohaterów, co klnie jak szewc i ma swoje twarde zasady. Jest jeszcze inna galeria postaci jak rasistowski karzeł, handlująca dragami członkini planu filmowego czy mający obsesję na punkcie starych słów handlarza bronią.

„In Bruges” było odpowiednią mieszanką komedii i dramatu, gdzie lekkość miesza się z poważnymi, wręcz egzystencjalnymi dylematami. Świetnie zagrana, z ciętymi dialogami oraz klimatem, którego nie widzę zbyt często. I tutaj McDonagh prezentuje swoje umiejętności jako reżysera/scenarzysty.

8/10

Radosław Ostrowski

Zdrajca

Włoskie kino gangsterskie nie jest tak znane jak produkcje amerykańskie i to się raczej nie zmieni. Zeszłoroczny film Marco Bellochio opowiada historię niejakiego Thomaso Buscetty. Niby to drobna persona w mafijnym szczeblu, bo to soldato. Kiedy go poznajemy jest rok 1980 i ma dojść do pokoju między rodzinami mafijnymi w Brazylii. Pokój ma to do siebie, że w świecie mafijnym jest bardziej kruchy niż lodowce latem. Dochodzi do strzelanin, egzekucji, zaś sam Thomaso zostaje aresztowany przez policję. Na mocy ekstradycji trafia do Włoch, gdzie decyduje się na coś, co żadnemu członkowi mafii nie wolno było zrobić. Idzie na układ i zaczyna kablować.

zdrajca1

Sam film to właściwie gatunkowa zbitka, bo jest i biografia, gangsterka oraz – co mnie najbardziej zaskoczyło – dramat sądowy. Reżyser lawiruje między gatunkami, łamie chronologię i ewidentnie próbuje odbrązowić mit gangstera-człowieka honoru. Chociaż czy aby na pewno? Buscetta uważa siebie za idealistę, wiernego zasadom Cosa Nostry i to go motywuje do tej decyzji. Bo według niego – i chyba także reżysera – mafia bardziej przypomina opętanego na punkcie władzy i kasy maniaka. dla tych rzeczy można złamać takie zasady jak niezabijanie dzieci, kobiet czy osób z wymiaru sprawiedliwości. Nie brakuje tutaj brutalnych egzekucji (głównie na początku i zrealizowanych za pomocą kamery cyfrowej), barwnych, wręcz nieprawdopodobnych sytuacji oraz coraz bardziej ostrego konfliktu między mafią a systemem sądowym.

zdrajca2

Większość tego, co zobaczymy na ekranie to zeznania Buscetty. Zarówno przed sędzią śledczym Giovannim Falcone, jak i przed sądem. Same reakcje oskarżonych są tak różnorodne, że początkowo wydają się groteskowe, przerysowane, śmieszne. Jest sporo nazwisk oraz postaci przez co można dostać bólu głowy. Kto jest kim, kto dla kogo pracuje, kto z kim jest powiązany – powodzenia w odplątaniu tego węzła. Sytuację komplikują jeszcze zarówno sceny retrospekcji, jak i dalsze, pokazane skrótowo losy byłego gangstera: program ochrony świadków, przebywanie w USA, późniejsze zeznania w latach 90., wizyta w telewizji itd. I to powoduje, że seans „Zdrajcy” jest dość męczący. Po mocnym początku oraz pierwszym procesie chyba zabrakło impetu. Owszem, jest parę mocnych scen jak śmierć Falcone’a czy zeznania na ostatnim procesie, jednak to troszkę za mało.

zdrajca3

Na swoich barkach film ciągnie Pierfrancesco Favino w roli Buscetty i robi to naprawdę świetnie. Jego przemiana z człowieka uciekającego przed policją na człowieka uciekającego przed mafią pokazana jest bardzo przekonująco, bez cienia fałszu. Od pewnego siebie, wręcz silnego charakteru do noszącego okulary informatora czuć zarówno siłę jego osobowości, jak i chwile zwątpienia. Pełny dumy oraz bezsilności. Żaden paradoks tej postaci nie prowadzi do przegięcia czy groteski, o co było łatwo.

Jaki jest ten „Zdrajca”? Z jednej strony ma wiele energii, próbuje mieć epicki rozmach, z drugiej bywa bardzo przyziemny. Chaotyczny i precyzyjny, pełen paradoksów, przez co trudno go jednoznacznie ocenić. Przynajmniej mi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szpieg

Rok 1974. Wiecie, co to jest Cyrk? Tak określano w Wielkiej Brytanii wywiad, który jeszcze walczył z największym zagrożeniem dla świata – komunizmem. Jego reprezentantem jest bardzo niebezpieczny szpieg znany jako Karla – nieuchwytny, nieobliczalny, demoniczny. Tak zakamuflowany, że mało kto wierzy w jego istnienie. Oprócz szefa Cyrku znanego jako Kontroler. Rok wcześniej wysłał do Budapesztu jednego ze swoich ludzi, Jima Prideaux na spotkanie z sowieckim generałem. Cel był prosty: zebrać dowody na obecność kreta w samym szczycie wywiadu brytyjskiego. Cała akcja kończy się wpadką oraz śmiercią agenta, co doprowadza do odejścia Kontrolera i jego prawej ręki, George’a Smileya. Ten drugi zostaje zmuszony wrócić z emerytury, a wszystko przez jeden telefon. Wygląda na to, że paranoiczny Kontroler miał rację i gdzieś na szczycie Cyrku przebywa sowiecki agent.

szpieg1

„Druciarza, krawca, żołnierza, szpieg” już raz przeniesiono na ekran (telewizyjny, ale jednak), choć dzisiaj mało kto pamięta o tym mini-serialu. Ale w 2011 roku na dużym ekranie George Smiley powrócił w czym pomógł mu Tomas Alfredson. Ten utalentowany szwedzki reżyser ostatnio jest troszkę w niełasce (wtopa zwana „Pierwszym śniegiem”), ale w swoim pierwszym anglojęzycznym filmie zaskoczył wszystkich. „Szpieg” – dystrybutor uznał, że krótszy tytuł będzie łatwiejszy do zapamiętania – to film w bardzo starym stylu. Spokojnie, nie jest on niemy, czarno-biały, ale fabuła toczy się w tempie dla wielu bardzo powolnym. Pościgów tu nie ma, strzelanin też nie (choć jest parę brutalnych momentów), a jednak opowieść potrafi wciągnąć. Jak to możliwe? Alfredson bardzo dokładnie i konsekwentnie buduje napięcie, opierając się niemal tylko na rozmowach, analizowaniu dokumentów oraz wyciąganiu wniosków. Kto jest zdrajcą, komu można zaufać, co jest prawdą, kłamstwem, a co podstępem i pułapką? To bardzo gorzkie spojrzenie na szpiegowski świat, gdzie jedyną szansą na wyjście z sytuacji jest zaufanie własnemu instynktowi oraz samotność. Dlaczego? Bo związanie się z kimkolwiek (lub czymkolwiek) może zostać wykorzystane przeciwko nim. Smutne jest życie szpiega.

szpieg2

Realizacyjnie film jest po prostu znakomity. Odtworzenie lat 70. na ekranie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Te stroje, fryzury, samochody i maszyneria są bardzo przyjemne dla oka. A stonowana kolorystyka oraz fenomenalne zdjęcia Hoyte van Hoytemy budują klimat tajemnicy. Sama siedziba Cyrku od środka wygląda wręcz futurystycznie (w czym także pomaga faktura oraz paleta barw), skupienie na detalach budzi podziw (scena spotkania w Budapeszcie – jak tutaj pomaga w budowaniu napięcia – majstersztyk!!!) czy absolutnie bezbłędny montaż. To wszystko czyni bardzo atrakcyjną układankę, gdzie widz nie jest prowadzony za rączkę. Z drugiej strony jest to na tyle czytelne, by się nie pogubić. Niemniej trzeba być skupionym w trakcie oglądania, bo raz odwrócić wzrok czy odpiszesz na SMS-a i przeoczysz coś istotnego.

szpieg3

No i do tego absolutnie rewelacyjna obsada tak brytyjska, że już bardziej się nie dało. Smileya gra sam Gary Oldman, co samo w sobie było sporym zaskoczeniem. Aktor znany głównie z grania czarnych charakterów tutaj tworzy najbardziej wycofaną postać w swojej karierze. Bardzo doświadczony, zmęczony szpieg, dopiero w pracy znajduje sens swojego życia. Niby wydaje się pozbawiony emocji i wygląda jak cyborg, ale samą obecnością sprawia wrażenie silnego i to on nadaje ton całej rozmowy. Fascynująca i niesamowita kreacja. Ale obok niego też mamy zarówno starych wyjadaczy (intrygujący Colin Firth, mocny John Hurt i poruszający Mark Strong) oraz kilku wówczas młodych wilczków (absolutnie kradnący film Tom Hardy i opromieniony sukcesem „Sherlocka” Benedict Cumberbatch). Każdy z tej grupy stworzył bardzo wyrazistą postać, pozwalając błyszczeć i dając każdemu czas na zbudowanie złożonej roli. Nawet jeśli wydaje się pozornie nieistotna dla całej układanki.

szpieg4

„Szpieg” to prawdziwa uczta dla fanów filmowych puzzli, chcących stymulować swoje zwoje mózgowe. Kompletne kino dopracowane do najdrobniejszego detalu i za każdym razem wciągającego do swojego brudnego, okrutnego, bezwzględnego świata. Fani książek le Carre poczują się jak w domu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski