Wonderstruck

Z filmami Todda Haynesa ja mam relację dość niełatwą, bo w większości mnie nie angażują zbyt emocjonalnie. Niemniej trudno nie odmówić im mocnej warstwy wizualnej, przez co sam seans nie jest najgorszym doświadczeniem. Czy tak też jest w przypadku adaptacji powieści Briana Selznicka „Wonderstruck”?

Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1977 oraz 1927. W pierwszym śledzimy losy Bena (Oakes Fegley) – młodego chłopca, który stracił matkę i mieszka u wujostwa. Swojego ojca nigdy nie poznał, co wywołuje w nim pewną frustrację oraz poczucie braku miejsca na świecie. Jednak wskutek pewnego wypadku traci słuch. Mając pozostawioną książkę poświęconą muzeum i zakładkę księgarni, wyrusza do Nowego Jorku. Druga linia dotyczy głuchej dziewczynki Rose (debiutująca Millicent Simmonds), mieszkającej z ojcem-lekarzem. Ma ona obsesję na punkcie aktorki Lilian Mayhem (Julianne Moore), przez co ucieka z domu i wyrusza do niej. Czy jej się uda? I jak te dwie historie się łączą?

Te dwie opowieści wywołują początkowo konsternację swoimi przypadkowymi wpleceniami, pozbawionymi jakiegoś sensu. Jednak im dalej w las, tym Haynes jednak parę razy wykazuje się kreatywnością w przeplataniu czasem. Obydwie linie czasowe są zróżnicowane stylistyczne: lata 70. mają mocno funkową muzykę w tle oraz mocną zieleń i żółć w scenach nocnych oraz czarno-białe, pozbawione dźwięku kadry z lat 20. W tym drugim przypadku brakowało do szczęścia jeszcze plansz z wypowiadanymi dialogami, ale ponieważ bohaterka jest niesłysząca, brak dźwięku jeszcze bardziej pogłębia poczucie jej samotności oraz izolacji. Sama ta estetyka robi piorunujące wrażenie, zaś cudowna muzyka Cartera Burwella tworzy piorunującą mieszankę (szczególnie w historii Rose). Zaś zakończenie jest szczególnie poruszające i kreatywne.

Problem jednak w tym, że te dwie opowieści emocjonalnie nie angażują zbyt mocno. Bardziej mnie pociągał wątek Rose, ze względu na swoją stylistykę oraz zachwycającą Simmonds. Jej obecność przyciągała jak magnez i samą mową ciała wyrażała bardzo dużo. Nie oznacza to, że Fegley wypadł słabo czy nie dawał rady, wręcz przeciwnie. Ale jakoś ta historia kompletnie mnie nie zaangażowała mnie tak bardzo jak bym chciał.

Nie mogę złego słowa powiedzieć o braku ambicji Haynesa czy wizualnej estetyce, która pieści oczy i uszy. Jednak „Wonderstruck” sprawia wrażenie pustej wydmuszki, nie potrafiącej zaangażować emocjonalnie, a nawet wywołuje zagubienie oraz dezorientację. Chciałbym się polubić bardziej z tym filmem, jednak zwyczajnie nie potrafię, ale będę dawał szansę reżyserowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia

W roku 1999 David Lynch stworzył film kompletnie niepodobny do tego, co robił zazwyczaj. Orbitujące na granicy jawy i snu mroczne opowieści pełne seksu, przemocy, podwójnych tożsamości. Świat pozornie znany, lecz skrywający najciemniejszą, ukrytą stronę człowieka. Taki świat widzieliśmy w „Dzikości serca”, „Blue Velvet” czy „Zagubionej autostradzie”, jednak w „Prostej historii” wszystko zmierza w kompletnie innym kierunku.

Bohaterem filmu jest Alvin Straight (Richard Farnsworth) – 72-letni mieszkaniec Laurens w stanie Iowa. Zajmuje się nim córka Rose (Sissy Spacek) i prowadzi bardzo spokojne życie, choć już ma swoje lata. Chodzi o lasce, ledwo widzi i palić też nie powinien, ale nic sobie z tego nie robi. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego brat Lyle, z którym nie utrzymywał kontaktu przez 10 lat, miał udar. W końcu Alvin uznaje, że musi się z nim spotkać i pogodzić. Jest parę problemów: a) brat mieszka w Mount Zion w stanie Wisconsin, czyli ponad 500 km od Laurens; b) Alvin nie widzi zbyt dobrze i nie ma prawa jazdy, c) córka nie jest w stanie go zawieść tak daleko. W końcu mężczyzna decyduje się wyruszyć na… kosiarce, do której dobudowuje przyczepkę. Jednak jego pierwsza próba kończy się zepsuciem kosiarki, lecz to pana Straighta nie zniechęca.

„Prosta historia” – co wielu może zaskoczyć – jest oparta na historii z artykułu napisanego dla New York Timesa z 1994 roku. Scenariusz napisała jedna ze współpracowniczek Davida Lyncha, montażystka Mary Sweeney ze swoim kolegą Johnem Roachem, zaś w USA film dystrybuował… Walt Disney Pictures. I film miał kategorię wiekową G (czyli do oglądania w zasadzie dla wszystkich). To wszystko wydaje się kompletnie abstrakcyjnym połączeniem gwiazd, którego raczej nikt się nie spodziewał. Nie miało to prawa zadziałać, a jednak. Film Lyncha jest taki, jak podaje polski tytuł: prosty, nieskomplikowany, zadziwiająco bliski życia oraz… kontemplacyjny, z braku lepszego określenia. Historia toczy się bardzo powolny rytmem, gdzie akcji (jako takiej) w zasadzie nie ma.

Więcej tutaj widzimy Alvina w drodze, jednak najciekawsze są tutaj interakcje z obcymi ludźmi po drodze. Nie ważne, czy to uciekająca z domu nastolatka, biorący udział w zawodach rowerzyści, kobieta potrącająca jelenia czy ksiądz – te chwile rozmów pozwalają nie tylko na poznanie troszkę bliżej samego Straighta. Pokazują też pewną skrywaną w ludziach dobroć i życzliwość wobec nieznajomych. Tyle ciepła, empatii wyrażanej w tak oszczędny sposób nie zobaczycie nigdzie indziej. Tą historię dopełnia przepiękna warstwa audio-wizualna: zachwycające krajobrazy pól kukurydzianych pokazanych z góry czy lasów z „jesiennymi” liśćmi zostaną na długo. Tak samo jak bardzo oszczędna, idącą w kierunku country muzyka Angelo Badalamenti.

To wszystko jednak daje dodatkową siłę emocjonalną dzięki rewelacyjnemu Richardowi Farnsworthowi w roli Alvina. Od świetnie napisanych i wypowiadanych zdań aż po chwile wyciszenia, kiedy wszystko wyraża sama twarz – chce się na tego aktora patrzeć. Od samego początku do ostatniej sceny zwyczajnie elektryzuje, choć robi tak niewiele, ale jest bardzo naturalnie. Reszta obsady to w zasadzie mniejsze lub większe epizody, ale każdy tutaj wypada co najmniej bardzo dobrze, nawet mając niewiele czasu na ekranie.

Jak sam Lynch przyznał w jednym z wywiadów: „Prosta historia” to mój najbardziej eksperymentalny film w moim karierze. Początkowo może to brzmieć dziwnie, ale po seansie ma to sens. Jest to piękny wizualnie, bardziej stonowany, bardzo ciepły film, a jednocześnie najbardziej zdyscyplinowane dzieło w dorobku twórcy „Twin Peaks”.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ron Usterka

Co jakiś czas pojawia się nowe studio realizujące filmy animowane, próbując się przebić do pierwszej ligi. Do grona takich aspirujących twórców jak Laika czy Aardman dołącza brytyjsko-amerykańska filmy Locksmith Animation. Studio założyła między innymi dwoje współpracowników Aardman: Sarah Smith i Julie Lockhart, jednak na pierwszą animację musieliśmy czekać aż 7 lat, do 2021 roku.

„Ron Usterka” ma intrygujący punkt wyjścia. Wyobraźmy sobie świat, gdzie potężna korporacja stworzyła robota, pełniącego funkcję… przyjaciela. A przy okazji pomagać zebrać przyjaciół w social mediach, przekazywać zdjęcia, filmiki, gry i tym podobne. O zbieraniu danych w celu wciskania wszelkiej maści produktów oraz szpiegowaniu nawet nie wspominam. Jedynym dzieciakiem w szkole w miasteczku Nonsuch nie posiadającym B-bota (tak nazywane są maszyny) jest Barney Budowski. Chłopak jest outsiderem, którego rodzina (ojciec i ekscentryczna babcia) przenieśli się z Bułgarii, zaś jego przyjaciele za bardzo są zajęci relacjami z B-botami. W końcu ojciec wykupuje popsuty model o imieniu Ron, który jest offline oraz nie posiadający żadnych bajerów czy zabezpieczeń. Co może powstać z tego zderzenia?

Dzieło duetu Sarah Smith/Jean-Philippe Vine w zasadzie jest futurystyczną wariacją historii o chłopcu i jego psie. A że tutaj psem jest robot, to jest już inna kwestia. „Ron Usterka” jest o budowaniu więzi oraz przyjaźni w świecie wirtualnym. Początkowo jest to mocno ogrywane w komediowym tonie, bo Ron jest (delikatnie mówiąc) niezbyt ogarnięty, co doprowadza do chaosu, obciachu, a nawet… przemocy. Spokojnie, Ron to nie „Terminator” czy laleczka Chucky, zaś filmowi bliżej jest do „Free Guy”. Sama ewolucja więzi między Barneyem a Ronem pokazana jest bardzo naturalnie, nie bez wybojów, spięć oraz… humoru. Obaj niejako uczą się czym jest przyjaźń, przy okazji odmieniając niejako swoje losy. Przy okazji doprowadzając czasem do potężnego zamieszania (inne roboty pozbywające się zabezpieczeń) oraz punktując konsekwencje życia wirtualnego. Choć w tym ostatnim aspekcie, tak jak obłudnego działania technologicznych korporacji, nie pokazuje niczego nowego (i nawet bywa w tym bardzo bezpośredni).

Również sama animacja prezentuje się naprawdę dobrze. Od prostego wyglądu B-botów po nie realistyczne wyglądy postaci aż po miejscami mocne kolory (siedziba firmy Bubble czy ich konferencje). W tle jeszcze gra okraszona elektroniką muzyka, zaś role głosowe wypadają bardzo solidnie. Od niepewnego Jacka Dylana Glazera (Barney) przez nie do rozpoznania Zacha Galifianakisa (Ron, miejscami bardziej brzmiał jak Ryan Reynoldsa) aż po zaskakującą Olivię Colman (babcia Donka).

Może i „Ron Usterka” nie opowiada niczego nowego w kwestii relacji człowiek/technologia, jednak ma w sobie masę uroku, dynamicznych scen akcji oraz humoru, że nie pozwala przejść obojętnie. Solidny debiut, pokazujący spory potencjał studia.

7/10

Radosław Ostrowski

Tarzan

Nie od dziś wiadomo, że kino czerpie między innymi z literatury. Do tego stopnia, iż niektóre postacie pojawiały się w różnych formach: od Sherlocka Holmesa przez adaptacje sztuk Szekspira po superbohaterów z komiksów. Równie chętnie adaptowanym bohaterem był Tarzan – postać z cyklu powieści Edgara Rice Borroughsa. Chociaż w ostatnim czasie raczej nie wywoływał takiej ekscytacji jak w latach 30. czy 40. Prędzej czy później musiała powstać animowana wersja przygód Człowieka Małpy, do czego doszło w roku 1999 u Disneya.

Sama historia zaczyna się znajomo: rodzina z synem opuszczają płonący okręt i trafiają gdzieś na afrykańską wyspę. Tam udaje im się zbudować dom oraz w miarę normalnie funkcjonować (zważywszy na okoliczności). Ale szczęście nie trwa długo, gdyż dorośli zostają zabici przez geparda. Jednak niemowlę zostaje uratowane przez małpią samicę – Kalę. Chłopak wyrastał wśród małp jako Tarzan i próbował się odnaleźć w środowisku. Lubił pakować się w tarapaty, ale zaprzyjaźnił się z siostrzenicą Terą oraz słoniem Tantorem. Jego sytuacja zmienia się pod wpływem dwóch wydarzeń. Po pierwsze, zabija geparda. Po drugie, przypadkowo trafia na grupę… ludzi.

Za animowanego „Tarzana” odpowiada duet Chris Buck/Kevin Lima. Pierwszy później stworzy m.in. „Krainę lodu”, drugi przerzuci się z animacji na filmy aktorskie pokroju „102 dalmatyńczyków” czy „Zaczarowanej”. Sama historia człowieka wychowanego w świecie zwierząt, który zostaje zderzony z cywilizacją jest właściwie samograjem i w zasadzie nie do spieprzenia. Mamy parę znajomych elementów z innych animacji Disneya pokroju rozbrajających złodziei drugiego planu (bardzo wygadana Tera i dość nerwowy Tantor) czy wpadających w ucho piosenek Phila Collinsa, pełniących rolę komentarza do wydarzeń. Kreska mieszająca drugi i trzeci wymiar zestarzała się z godnością, zaś akcja ma swoje świetne momenty (ucieczka Jane przez pawianami, Tarzan ślizgający się po gałęziach niczym na deskorolce).

Problem jednak w tym, że „Tarzan” nie potrafił mnie za bardzo zaangażować. Dla mnie pewnym problemem było zadziwiająco szybkie tempo. Może doprecyzuje: mamy sporo czasu w pierwszej połowie, gdzie Tarzan przebywa z małpami. Jednak w momencie poznania Jane, czyli ekscentrycznej, zafascynowanej małpami córce profesora coś dziwnego się dzieje. Wszystko zaczyna dziać się za szybko: od romansu przez rozdarcie Tarzana aż po finałową konfrontację między myśliwym/ochroniarzem a naszym bohaterem. Nie brakuje tu mrocznych momentów jak walka Kali z gepardem, co bardzo mnie zaskoczyło.

„Tarzan” jest ostatnim filmem z okresu renesansu Disneya i jest całkiem przyzwoitym kawałkiem animacji. Nie zaskakuje może fabularnie, role głosowe są solidne, technicznie też dobrze się trzyma, lecz brakuje jakiejś iskry. Czegoś elektryzującego, co pozostałoby ze mną na dłużej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fenicki układ

Jakie są filmy Wesa Andersona, każdy widzi. Styl wizualny jest bardzo charakterystyczny i rozpoznawalny od pierwszych kadrów, co czyni go jednym z najciekawszych autorów kina. Jednak treściowo jest za każdym razem inaczej, choć najczęściej mamy do czynienia z dysfunkcyjnymi rodzinami. I tak też jest z „Fenickim układem”, mieszanką komedii, filmu szpiegowskiego (to coś nowego) oraz dramatu.

Tym razem jesteśmy w latach 50., zaś bohaterem jest potentat finansowy Zsa Zsa Korda (Benicio Del Toro). Ma masę wrogów, którzy chcą go zabić (lecz są w tym kompletnie nieudolni), sprawia wrażenie bardzo zdecydowanego i chytrego, że nawet rządy chcą go udupić. W sensie zinfiltrować firmę i zabrać całą kasę. Jednak Korda ma plan na potężną inwestycję w Fenicji, która ustawiłaby go oraz jego wspólników na 150 lat. Postanawia wtajemniczyć do swojego planu jedyną córkę, przyszłą zakonnicę Liesl (Mia Threapletone) zamiast jej dziewięciu (!!!) braci. Może dlatego iż są jeszcze bardzo młodzi i niepełnoletni. Dwójce towarzyszy jeszcze nauczyciel, specjalista od owadów, profesor Bjorn Lund (Michael Cera). Jednak od samego początku Kordę prześladuje pech (manipulacja rynkiem) i dość ryzykowne przedsięwzięcie może okazać się katastrofą.

„Fenicki układ” pozornie jest taki sam jak zawsze. Nadal mamy mocne, pastelowe kolory, symetryczne kadry i specyficzną pracę kamery czy bogatą w detale scenografię. Jednak tutaj Anderson nie wali wątkami jak szalony, nie tworzy opowieści w opowieści, tylko w całości skupia się na trójce postaci oraz ich dynamice. A jednocześnie mamy całą tą kombinację związaną z tytułowym układem oraz „Wyrwą”, czyli dołożeniem troszkę piniądzorów do tej inwestycji. Próby negocjacji, gdzie tak naprawdę sporo zależy od szczęścia i zbiegów okoliczności potrafią rozbawić, zaskoczyć, a nawet zadziwić kreatywnością (jak rozwiązanie sporu przez… grę w koszykówkę czy nagłe wkroczenie grupy terrorystycznej). Jednak tak naprawdę mamy zderzenie dwóch światów: religijnej, głęboko wierzącej, idealistycznej Liesl z bezwzględnym, wyrachowanym kapitalistą Kordą. Jeszcze bardziej widać tą konfrontację w czarno-białych, surrealistycznych scenach osadzonych w zaświatach. Więc czy wygra interes czy może więzy rodzinne?

Realizacyjnie jest jak zawsze, ale jednocześnie czuć pewne drobne szczególiki. Nadal mamy tu mocne kolory, imponującą scenografią i kostiumy oraz skupienie na detalach. O zadziwiających rekwizytach w postaci zminiaturyzowanego wykrywacza kłamstw i wersji zdalnego telefonu nie mówiąc. Jednak parę razy kamera bawi się ujęciami (uderzenia z liścia pokazane z oczu czy pogoń za postaciami w finałowej konfrontacji), muzyka pojawia się o wiele rzadziej, zaś humor kilkukrotnie łapie z zaskoczenia.

A wszystko działa dzięki (jak zawsze imponującej) obsadzie, choć najważniejsze jest tutaj trio: Del Toro/Threapletone/Cera. Pierwszy jest absolutnie charyzmatyczny, sprytnie lawirujący między różnymi siłami/potencjalnymi sojusznikami oraz szorstki, wręcz pozbawiony jakichkolwiek emocji (co wynika z dość trudnego życia rodzinnego). Jednak coś powoli zaczyna się w nim zmieniać, choć nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Prawdziwym odkryciem jest Theapletone, czyli głęboko wierząca przyszła zakonnica. Pozornie jest naiwna, mocno oderwana od rzeczywistości, jednak okazuje się być o wiele sprytniejsza niż się wydaje. Ich wspólne wymiany zdań, docinki to dla mnie prawdziwe serce tego filmu. Jednak całość kradnie Michael Cera i jest to dziwne, że dopiero teraz pojawia się w filmach Andersona. Od rozbrajającego akcentu aż po niemal obsesję na punkcie owadów potrafią zaserwować sporą ilość zabawnych dialogów. Jak zawsze mamy na drugim planie masę znajomych twarzy: od Toma Hanksa i Bryana Cranstona przez Mathieu Amalrica aż po Jeffreya Wrighta oraz Benedicta Cumberbatcha z dziwaczną bródką.

„Fenicki układ” nie jest rewolucją czy gruntowną zmianą w plastycznym świecie Wesa Andersona, jednak inaczej rozkłada akcenty, co wnosi o wiele więcej świeżości niż się można było spodziewać. Wracamy do rodzinnej opowieści, która potrafi zaskakująco trzymać w napięciu, oszołomić wizualnie i (w nieoczywistym finale) nawet wzruszyć. Czego takiego u tego reżysera nie czułem od czasu „Grand Budapest Hotel”, pokazując jak wiele mogą zmienić drobiazgi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka

Kiedy w 2014 roku do kin trafił film o facecie znanym z imienia John i nazwiska Wick, wywołał spore poruszenie oraz przywrócił kinu akcji blask. Pojawiła się armia naśladowców (lepszych lub gorszych), sequele oraz planowane spin-offy mające rozszerzyć to zadziwiająco bogate uniwersum. Po rozczarowującym mini-serialu „Continental” tym razem na duży ekran wkracza „Ballerina”.

Osadzona między trzecią a czwartą częścią oficjalnej serii, skupia się wokół niejakiej Eve (Ana de Armas). Jako dziecko była świadkiem śmierci swojego ojca z rąk nieznanych zabójców. Jednak dzięki Winstonowi (Ian McShane) trafia pod opiekę dawnej rodziny swojego rodzica. Czyli do Ruskiej Romy, gdzie uczy się baletu oraz innych rzeczy związanych z tańcem jak… strzelanie z broni, boksowanie i walka wręcz. Po kilkunastu latach dziewczyna staje się Kikimorą, czyli kimś w rodzaju ochroniarza dla klientów nowej rodziny. W trakcie jednego ze zleceń trafia na zabójcę ze znamieniem, jakie nosili zabójcy jej rodzica. Jak się okazuje sprawcy należą to tajnej ekipy zabijaków, o których niewiele wiadomo. Ani gdzie rezydują, ani ilu ich jest i kto nimi steruje. Jeśli jednak myślicie, że to jest w stanie powstrzymać Eve przed drogą zemsty, to jesteście w błędzie.

Tym razem za kamerą stanął Len Wiseman, czyli twórca filmów z serii „Underworld” czy czwartej części „Szklanej pułapki”. Czyli twórca co najwyżej przeciętny i w zasadzie największa niewiadoma tego tytułu. Ale ku mojemu zaskoczeniu wychodzi ze swojego zadania obronną ręką, odnajdując się w stylistyce tego świata. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, bo wchodzimy w ścieżkę zemsty, jednocześnie jednak rozszerzamy ten świat półświatka. Zarówno samo przeszkolenie Evy (dynamicznie zmontowane z wplecionym Czajkowskim w tle) z mocnym finałem przez powrót do znajomych postaci i rewirów aż po pojawienie się w zamkniętej przestrzeni małego miasteczka. Akcja i choreografia jest kreatywna, bo nasza balerina jest mniej masywna (za co dostaje więcej razy łomot), co zmuszą ją do unikania fizycznej konfrontacji. Pierwsza misja Evy w Sali Lodu, demolka domowej knajpy z użyciem noży, pistoletów i… talerzy aż po finał z miotaczem ognia (w tej chwili nawet sam John powiedziałby: WOW!!!) – to zostanie ze mną na długo.

Czy to oznacza, że „Ballerina” nie ma wad? No, niestety, jest parę problemów. Przede wszystkim nie ma tutaj aż tak emocjonalnego ciężaru i stawki jak w macierzystej serii (może dlatego, że nikt tu nie zabija psa albo mija zbyt wiele czasu od momentu nakręcającego zemstę). Do tego nie do końca wykorzystuje się paru aktorów drugoplanowych, ze szczególnym wskazaniem na Normana Reedusa, którego postać wydawała się być istotna, lecz ostatecznie szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. A jakby tego było mało, pewną rysą był… Keanu Reeves, wracający jako John Wick. Nie zrozumcie mnie źle, jak ma strzelać, walczyć i prać nie zawodzi. A potem zaczyna mówić. Choć nie ma zbyt wiele dialogów, słychać jak bardzo ma problem z wypowiadaniem i to boli.

A jak sobie w roli tytułowej radzi Ana de Armas? Zaskakująco bardzo dobrze, jej gniew i furię widać w jej oczach, a także w sposobie eliminowania kolejnych przeszkód na swojej drodze. A i fizycznie też sobie radzi, choć jej postać więcej razy dostaje łupnia, co dodaje jej odrobiny realizmu. Wraca też paru starych znajomych jak Ian McShane (Winston), Anjelica Huston (dyrektorka) i – po raz ostatni – Lance Reddick (Charon). Z kolei z nowych postaci najbardziej wybija się Gabriel Byrne w roli mrocznego, opanowanego Kanclerza (znaczy się złola), co w zasadzie nie jest niczym nowym u tego aktora.

Czy „Ballerina” to najlepsza część z uniwersum Johna Wicka? Zdecydowanie nie, ale jest w stanie dostarczyć sporej rozrywki. Może nie zostanie w pamięci na długo po seansie, lecz jest o wiele lepiej wykonane niż miało to prawo się udać. Jest też nawet pozostawiona furtka na ciąg dalszy, na który chętnie się wybiorę.

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemniczy ogród

Jakby ktoś kiedykolwiek mi powiedział, że specjalizująca się w ciężkim, poważnym kinie Agnieszka Holland zrobi adaptację klasyki literatury dziecięcej, uznałbym to za szaleństwo. Ale w roku 1993 doszło do niemożliwego, bo reżyserka stworzyła adaptację „Tajemniczego ogrodu” Frances Hodgson Burnett. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania.

Historia skupia się wokół Mary Lennox (Kate Maberly) – dziewczynki mieszkającej z rodzicami w Indiach, gdzie jest traktowana przez ich obojętnie. Wszystko zmienia się, kiedy jej rodzina ginie w trzęsieniu ziemi. Trafia do majątku jej wuja Archibalda (John Lynch), lecz ten więcej czasu spędza poza domem. Wówczas domem zarządza pani Medlock (Maggie Smith), zaś ta jest bardzo oschła i nie budzi sympatii. A co gorsza, Mary ma nie opuszczać swojego pokoju. Posiadłość jest jednak zbyt ogromna, by chcieć siedzieć w czterech ścianach. Miejsce zaczyna skrywać wiele tajemnic: w domostwie słychać jakieś wrzaski i płacz, część ogrodu jest zamknięta oraz porośnięta chwastami, a o pewnych rzeczach się nie mówi. Jedną z tajemnic jest fakt, że Mary ma… kuzyna, Colina (Heydon Prowse). Chłopak cały czas spędza w łóżku i nigdy nie wychodził z domu, zaś dziewczynka trafia na niego przypadkiem.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że Holland nie próbuje na siłę uczynić historii infantylnej czy przesłodzonej. I czuć tutaj wiszącą w powietrzu aurę odkrywania nieznanego, obietnicę przygody. Ale czy może być inaczej z tak pięknymi krajobrazami (w końcu zdjęcia robił Roger Deakins z dodatkową pomocą Jerzego Zielińskiego oraz Dicka Pope’a) oraz ogromnym domostwem niczym z gotyckiego horroru. Oczywiście, największe wrażenie robi tutaj sam wygląd ogrodu, jaki z czasem zaczyna nabierać nowego blasku, kolory stają się mocniejsze, zaś niemal mistyczny nastrój buduje genialna muzyka Zbigniewa Preisnera. Jednak pod tym wszystkim kryje się historia rodziny mierzącej się z bólem, dziecka szukającego akceptacji oraz rodzącej się sile przyjaźni, zmieniającej (dosłownie i w przenośni) całe otoczenie. Od dawna nie oglądałem filmu, który rzuciłby tak silny urok na mnie.

To wszystko jest zasługą zarówno świetnego scenariusza oraz bardzo delikatnej reżyserii. Ale równie imponująca jest tutaj gra aktorska. Szczególnie dzieciaki są fantastyczne: Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott oraz Laura Crossley. Pierwsza w roli Mary początkowo może wydawać się lekko krnąbrna i nie odnajdująca się w nowym otoczeniu, jednak jej ciekawość oraz uruchamiana empatia zaczyna działać cuda. Kompletnie mnie złapał za serducho Prowse, którego Colin jest (dla własnego dobra) izolowany i chroniony przed potencjalnymi chorobami, co czyni z niego słabeusza. W scenach z Mary, kiedy zaczyna konfrontować się z „zarazkami” i odzyskuje siły błyszczy najmocniej, prezentując najszersze spektrum możliwości. Troszkę w cieniu wypada wcielające się w rodzeństwo Knott (znający się na faunie i florze Dickon)/Crossley (Martha, najżyczliwsza służąca jaką widziałem), jednak potrafią parę razy skraść ekran. Z dorosłych ról absolutnie trzeba wspomnieć niezawodną Maggie Smith w dość oschłej (pozornie) pani Medlock oraz Johna Lyncha (pełen bólu lord Craven), tworzących o wiele bardziej subtelne, złożone postacie niż się wydaje.

Takiego filmu po Agnieszce Holland nie spodziewałem. Jedna z najbardziej poruszających, ciepłych i olśniewających wizualnie produkcji (nie tylko) dla młodego widza, skrywającego o wiele więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Rewelacyjna perła w dorobku polskiej reżyserki.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Vaiana: Skarb oceanu

Parafrazując Forresta Gumpa: Oglądanie animacji Disneya jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. W zasadzie po kupnie Pixara wytwórnia Myszki Miki mogłaby w zasadzie zrezygnować z tworzenia animacji, jednak ta wewnętrzna rywalizacja jest im potrzebna. By pobudzić kreatywność czy coś takiego. Co przynosi efekty w postaci pierwszej „Krainy lodu”, „Ralpha Demolki” czy „Zwierzogrodu”. A jak się w tym wszystkim odnajduje „Vaiana”?

Tym razem trafiamy na jednej z wysp na Polinezji, gdzie mieszka córka wodza Moana. Wysepka jest niemal samowystarczalna: ryby, owoce z drzew i palm. No jakby jesteśmy w raju. Ale dziewucha cały czas czuję zew morza. Że musi wypłynąć poza wyspę, jednak każda jej próba kończy się niepowodzeniem. Jednak sytuacja na wyspie zaczyna się pogarszać. Nagle ryby nie są wyławiane, owoce zaczynają się psuć, zaś drzewa obumierają. Wszystko, że dawno, dawno temu pewien półbóg Maui wykradł serce bogini-wyspy Te Fite. Ale uciekając półbóg został strącony, zaś serce przepadło. W końcu Moana decyduje się wyruszyć w morze, znaleźć Mauiego oraz przywrócić serce bogini Te Fite.

Za „Vaianę” odpowiada duet John Musker/Ron Clements, którzy byli odpowiedzialni za produkcję z okresu renesansu Disneya w rodzaju „Małej syrenki” i „Aladyna”, a także niedocenionej „Planety skarbów”. Tym razem poszli w pełną animację komputerową (wcześniej mieszali animację 3D z 2D w „Planecie skarbów”). Sama historia jest prosta, gdzie zdeterminowana (oraz pełna marzeń i nadziei) dziewczyna razem z półbogiem muszą niejako uratować świat. Problem w tym, że nasz Maui ma pewne problemy z pewnością siebie i – jak na boga-celebrytę przystało – bywa strasznie kapryśny. Ta dynamika między nimi (plus jeszcze jeden z tatuaży) jest prawdziwym sercem tego filmu, pokazując jak wiele są w stanie osiągnąć. Nawet jeśli jest to przewidywalne, angażuje emocjonalnie.

Nie oznacza to jednak, że filmowi brakuje skali godnej blockbustera: od świetnego wstępu przez wejście do krainy potworów z bardzo lśniącym… krabem aż po konfrontację z Te Ka. O ucieczce przed statkiem morskich piratów z… kokosów nawet nie wspominam. Oczywiście pojawiają się typowe elementy dla tego typu produkcji: od chwytliwych piosenek z mocno etnicznym zabarwieniem przez robiącego za śmieszka zwierzaka (kurczak Heihei z dużymi oczami) aż po bardzo piękną stylistykę. Humor też działa (jak ocean umieszczający z powrotem Moanę czy lekkie docinki), choć są pewne drobne momenty spowalniające tempo.

To wszystko jednak działa dzięki świetnemu duetowi Auli’i Cravalho/Dwayne Johnson. Ona ma w sobie masę uroku, determinacji i wdzięku, próbująca zawalczyć o swój lud. On zaś robi wrażenie pewnego siebie luzaka/twardziela, jednak pod nią kryje się bardzo chwiejny, niepewny siebie wojownik. Świetnie się uzupełniają, przez co ich los mnie obchodził. Szoł skradł w drobnym epizodzie Jermaine Clement w roli kraba Tamatoa (scena śpiewana i jego świecące skarby sprawiają, że całość wygląda niczym w dyskotece), zapadając najmocniej w pamięć.

Pierwsza „Vaiana” to kolejna z zaskakujących pereł w filmografii Disneya ostatnich lat. Bardziej przygodowe kino w starym stylu, z chwytliwymi numerami, wyrazistą parą pozytywnych bohaterów. Do tego osadzenie w mniej znanej kulturze i mitologii dodaje pewnej unikatowości. Czuję, że jeszcze wrócę do tego świata.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marcel Muszelka w różowych bucikach

Takiej mieszanki bardzo dawno nie widziałem, czyli animację poklatkową z dokumentem i żywymi ludźmi oraz przestrzeni. Czyli kompletnie nietypowy miks, przygotowany przez znane z oryginalności, kreatywności i szalonych pomysłów studio A24. A dokładniej reżysera Deana Fleischer-Campa, który obecnie znany jest z aktorskiej wersji „Lilo i Stitcha”.

Tytułowy Marcel to drobna muszelka, która nie rzuca się w oczy i znajduje się w dużym domku. Kiedyś mieszkał razem z całą ogromną rodziną oraz społecznością. Jednak wskutek awantury właścicieli domostwa i schowania się w szufladzie, muszelki zniknęły. Marcel pozostał tylko ze swoją babcią Connie, próbując zdobyć jedzenie oraz normalnie funkcjonować. Wtedy w ich życiu pojawia się Dean, reżyser tymczasowo zamieszkujący ich dom i decyduje się zrobić o nich film dokumentalny. Jednocześnie podsyła część materiałów do swojego kanału YouTube. Efekt tego przechodzi najśmielsze oczekiwania, zaś Marcel chce wykorzystać swoją popularność do odnalezienia reszty swoich pobratymców.

Aż nie chce mi się wierzyć, jak udaje się „Marcelowi Muszelce” wyglądać tak naturalistycznie. Sama animacja wydaje się prosta, ale bardzo płynna. Wygląd Muszelek jest bardzo kreatywny (z dużym okiem), w rękach innego studia mogłoby być sprzedawaną zabawką czy maskotką. Jednak najbardziej imponuje mi tutaj połączenie animacji poklatkowej z naturalnym otoczeniem: domem, zbudowaną „sceną”, ogrodem, łazienką. Granica między animacją a „żywym” filmem praktycznie się zaciera, wszystko tworzone jest w dokumentalnym stylu, z dużymi ilościami statycznych ujęć, paroma kadrami „z ręki” oraz stonowaną muzyką elektroniczną w tle. Ale sama historia jest pozornie prosta, pozwalając sobie na różne tematy: samotność, bliskość, rozstanie, lęk przed utratą, niespodziewana sława w Internecie. Dialogi brzmią naturalnie, bez popadania w pretensjonalność czy wywołująca zgrzyt, zaś rozmowy Marcela z Deanem czy z babcią to drobne perełki.

Ale to jeszcze bardziej działa dzięki fantastycznym dwóm rolom głosowym. Marcel mówi głosem Jenny Slate (byłej żony reżysera, która jest także producentką i współscenarzystką), która jest tutaj nie do rozpoznania. Samym głosem potrafi oczarować swoim urokiem, pewną zaradnością oraz nieśmiałością. Dla mnie jednak prawdziwym sercem jest Isabella Rossellini jako babcia Connie. Absolutnie przeurocza, pełna ciepła, stanowi silne wsparcie dla Marcela. Nawet w momentach, gdy jest „schorowana”, ma w sobie sporo siły.

Po tym filmie nie dziwię się, że reżyser Dean Fleischer-Camp zrobił swoje wrażenie na Disneyu. „Marcel Muszelka” jest imponującym połączeniem animacji poklatkowej z dokumentem (a będąc precyzyjnym mockumentem), pięknie sfotografowanych, a jednocześnie zaskakująco poruszający, ciepły i mądry. Kolejny dowód na kreatywność animacji poklatkowej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Utrata równowagi

Coś się ostatnio namnożyło dobrych debiutów w naszym kraju. Po takich filmach jak „To nie mój film”, „Rzeczy niezbędne” czy animowany „Smok Diplodok” dołącza „Utrata równowagi”. Czyli ciężkie spojrzenie na środowisko aktorów, bez żadnego lukrowania i słodzenia.

Bohaterami są ostatniego roku, którzy szykują się do spektaklu dyplomowego. Wśród nich jest Maja (Nel Kaczmarek), która po wielu castingach, próbach przebicia się i dostania jakiejkolwiek roli zamiast rzucić tą profesję w diabły. Zamiast tego marketing i zarządzanie, a w przyszłości prowadzenie własnego baru niż pracowanie w nim. Sytuacja (może) jednak ulec zmianie, kiedy pięć miesięcy przed dyplomem pojawia się Jacek (Tomasz Schuchardt) – reżyser teatralny i decyduje się wystawić z nimi… „Makbeta” Szekspira. Problem jest taki, że kiedy on wcześniej ze studentami wystawił tą sztukę, jedna z aktorek (grająca Lady Makbet) popełniła samobójstwo. Nie ma to jak być w dobrych rękach reżysera, jednak tym razem ma być inaczej, a wszystkie próby są filmowane kamerą. Zaś Maja ma wcielić się w lady Makbet.

Debiutujący Korek Bojanowski podejmuje temat, który od paru lat rozpalał środowisko aktorskie, czyli mobbingu oraz toksyczności wobec aktorów przez „mistrzów”. Gdzie znajduje się granica między prowadzeniem aktora a manipulowaniem, znęcaniem się oraz upokarzaniem. A także jak ta dynamika odbija się nie tylko na jednej osobie, lecz na całym otoczeniu. Atmosferą i klimatem przypomina „Whiplash”, gdzie bardzo niejasna relacja uczeń-mistrz znajduje się w centrum. Doprowadzając do wewnętrznej rywalizacji, wrogości między Mają a pozostałą, wydawałoby się zgraną paczką. Reżyser zaskakująco prosto buduje intensywną atmosferę, nie tylko sporą ilością zbliżeń na twarz, stroboskopowymi światłami, ale też bardzo kreatywnie używając dźwięku (podczas paru dialogów zostaje wyciszone tło, dając większy ciężar) oraz montażowych cięć.

Wszystko brzmi to bardzo naturalnie, bez poczucia sztuczności, nadmiernej ilości ekspozycji oraz pewnych niedopowiedzianych rzeczy. Cały czas napięcie wisi w powietrzu, wszystko kręcone z dość sporą ilością czerni, psychologicznymi gierkami aż do mocnego finału. Każdy z aktorów tutaj daje z siebie wszystko, zaś w większości mamy tutaj mniej znane i ograne twarze, co działa zdecydowanie na plus. Jednak najważniejsza jest tutaj rewelacyjna para Nel Kaczmarek/Tomasz Schuchardt. Ona początkowo wydaje się sfrustrowana, bardzo niepewna siebie, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać prawdziwy pazur oraz bardzo sprzeczne emocje. Na ile w tym próba pozostania w porządku, a na ile egoizmu, odpowiedź trzeba wyszukać sam. Z postacią Schuchardta jest podobnie. Jego Jacek to bardzo charyzmatyczny, budzący sympatię twórca, jednak podczas prób jego twarz przypomina maskę, za którą kryje się niewiadoma. Oboje są niesamowici, tworząc absolutnie niezapomniane role. Z drugiego planu wyróżniłbym trzymającego poziom Mikołaja Matczaka (wiecznie spóźniający się na próby Kuba), świetną Angelikę Smyrgałę (Anka) oraz Oskara Rybaczyka (Piotrek, chłopak Mai), choć reszta też wypada co najmniej bardzo dobrze.

Bardzo mnie zaskoczyła „Utrata równowagi”. Jest zaskakująco drapieżna, intensywna i precyzyjna w swojej realizacji, z absolutnie cudownym aktorstwem. Nie uniknie porównań z innymi produkcjami w kwestii mobbingu w świecie artystycznym („Whiplash”, „Tar”) oraz sprowokuje do dyskusji, ale to także dramat, trzymający w napięciu niczym rasowy thriller.

8/10

Radosław Ostrowski