Priscilla

Nie znam obecnie reżyserki, która ma tak silny zmysł estetyczny jak Sofia Coppola. Większość jej filmów można określić jako wizualną ucztę dla oka, jednak nie zawsze mnie angażowały emocjonalnie. W zasadzie wyjątkiem od tej reguły było „Między słowami”. Czy „Priscilla” zmieni ten stan rzeczy?

Film jest oparty na pamiętniku Priscilli Presley (nagrodzona na MFF w Wenecji Cailee Spaeny) z domu Beaulieu oraz jej związku z gościem o pospolitym imieniu Elvis. Wszystko zaczęło się w połowie lat 50., gdy muzyk pełnił służbę wojskową w Niemczech. Ona miała niecałe 15 lat, kiedy się poznali w Wiesbaden. Wszystko dzięki przyjacielowi Króla oraz rozmowie z jej ojczymem. Od tej pory zahukana dziewczyna jest kompletnie zauroczona, nie jest w stanie o niczym innym myśleć. Początkowo rodzice są bardzo sceptyczni wobec tej znajomości. Dziwicie się? W końcu to Elvis (Jacob Elordi) – facet, za którym laski podążają wzrokiem niczym opętane i mógł mieć praktycznie każdą. Jednak to ONA zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Do tego stopnia, że zabiera ją (za zgodą rodziców i pod presją Priscilli) do Graceland. Tam też ma ukończyć naukę w szkole katolickiej, a potem… dzieją się rzeczy.

Brzmi jak bajka o księżniczce, co trafiła na swojego rycerza na białym koniu i trafiła do zamku. Tam niby wszyscy traktują ją z życzliwością (szczególnie babcia Elvisa), pomagają jej się zaadaptować, ALE… Pod tą całą fasadą pięknych obrazków, niemal pastelowych kolorów, pojawia się mniej sympatyczny obrazek. To wszystko tak naprawdę złota klatka, gdzie młoda i wchodząca w dorosłość kobieta nie ma dla siebie miejsca. Niemal cały czas reżyserka pokazuje nudną monotonię tego życia. Nawet w szkole wydaje się bardzo wycofana i znudzona. Tak samo jak kiedy Elvis wyrusza w trasę koncertową (dosłownie pokazane są migawki) czy kręci filmy, a same wiadomości docierały tylko z gazet. Nawet jeśli pojawiają się wspólne chwile naszej parki, daleko jest do sielanki. W tych momentach „Priscilla” potrafi uderzyć, ale reżyserka nie bawi się w osądzanie.

Niemniej to powolne tempo i pokazywanie nudy dnia codziennego jest bronią obosieczną. Bo w którymś momencie cała ta historia zaczyna nużyć, co może być dość zadziwiające. Coppola między słowami próbuje pokazać całą tą dziwną, niemal toksyczną relację dwojga ludzi, którzy – przynajmniej takie odniosłem wrażenie – nie byli na to przygotowani. Ona o wiele za młoda i niezbyt dobrze znająca życie, on ciągle w trasie, otoczony swoją ekipą, bardzo zdystansowany. Niby uduchowiony, ale cały czas nieobecny. Dlatego zakończenie nie jest żadną niespodzianką.

To, co mnie najmocniej trzymało to świetne główne role. Absolutnie cudowna jest Cailen Spaeny jako nastoletnia Priscilla – odpowiednio miesza niewinność, naiwność z samotnością oraz coraz większym poczuciem bezsilności. Im dalej w las, tym bardziej można odnieść wrażenie, że coraz bardziej zaczyna się czuć przytłoczona i zmęczona. Wszystko jednak pokazane w bardzo stonowany, subtelny sposób. Jacob Elordi pokazuje zupełnie innego Elvisa niż znanego ze sceny. Jest czarujący i przystojny, ALE jednocześnie bywa egoistyczny, faszeruje się lekami. Ale podczas rozmów telefonicznych z Priscillą wydaje się najbardziej niejednoznaczny. Czy naprawdę chce ją chronić przed medialnym tajfunem wokół niego, czy może jednak coś ukrywa? Ta niejasność pozostaje do samego końca.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nowe dzieło Sofii Coppoli. „Priscilla” bardzo urzeka warstwą audio-wizualną (o dziwo, nie ma żadnych piosenek Elvisa) oraz aktorstwem. Jednak próba pokazania całej tej dziwnej relacji idola z fanką może wywołać znużenie swoim monotonnym rytmem. Muszę jednak przyznać, że mnie ten film frapował i ma parę mocnych scen, by dać mu szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżne bractwo

Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.

Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

20 dni w Mariupolu

Takie dokumenty ciężko się ogląda, a jeszcze ciężej się mówi. Już sam tytuł mówi wszystko – mamy sfilmowane 20 dni z życia obleganego miasta Mariupol. Wszystko sfilmowane przez dziennikarzy Associated Press, a dokładniej pod wodzą reżysera Mstislava Chernova.

20 dni w Mariupolu” jest dokładnie tym, o czym mówi. Reżyser, będący jednocześnie narratorem i uczestnikiem całych wydarzeń. Od momentu ogłoszenia wojny przez Rosję na Ukrainę aż do ucieczki z miasta dzięki konwojowi Czerwonego Krzyża. Po drodze dostaniemy wiele rzeczy, o których potem usłyszał cały świat. Kłamliwej, rosyjskiej propagandzie z ust Botoksowego Dyktatora Kremla Władimira „idi na chuj” Putina. Ataki artyleryjskie, ostrzał z samolotów, gdzie tak naprawdę nigdzie nie jest bezpiecznie. Nawet w piwnicach czy szpitalach, do których trafia coraz więcej ofiar. Ranionych odłamkami, ciężko rannych i umierających. Bez względu na wiek. Otoczeni przez coraz bardziej nacierające wojska rosyjskie, z dnia na dzień sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Sytuacji nie pomaga izolacja, odcięcie mieszkańców od gazu, wody, energii elektrycznej. Brak Internetu, ludzie opuszczający swoje domy, wreszcie włamywanie się do sklepów – nadzieja miesza się ze strachem, śmiercią i coraz bardziej namacalną beznadzieją.

Film jest bardzo szorstki, wręcz surowy w formie. Bardzo reporterski, filmowany z ręki, z rzadkimi ujęciami z drona na miasto. Do tego jeszcze niektóre ujęcia zostają pokazanie przez masowe media jako komentarz. Ale najcenniejszy był komentarz samego reżysera. Chernov nie tylko opisuje wszystkie wydarzenia z ekranu, lecz także dzieli się swoimi refleksjami i obawami. Tego, co się dzieje oraz może się wydarzyć – jak od lat Ukraina jest osłabiana przez Rosjan, czy jeszcze spotkają się z rodziną albo czy przyjdzie jakaś pomoc. A to wszystko sprawia wrażenie namacalnego, przerażającego dramatu.

Duszne, niemal klaustrofobiczny dokument pokazujących okrucieństwo wojny. Obdarty z jakiejkolwiek ideologicznej otoczki, jest brutalnie szczery, trzyma za gardło, szarpie, dusi.

Radosław Ostrowski

1670 – seria 1

Polskie seriale komediowe (te zabawne) wydają się być reliktem przeszłości. Niemniej w ostatnich latach coś ruszyło, głównie dzięki produkcjom Canal+ jak „The Office PL” i „Emigracja XD”. Obydwa te tytuły jeszcze przede mną, ale pojawiła się ogromna niespodzianka od Netflixa. Powiem szczerze, że byłem dość sceptycznie nastawiony do serialu „1670”. Bo jak to tak – zrobić serial komediowy, do tego jeszcze historyczny, w stylu mockumentary? Przypomina to sen jakiego wariata albo początkującego scenarzysty w trakcie eksperymentowania z narkotykami.

Akcja zaczyna się w roku 1670 we wsi Adamczycha gdzieś na terenie Rzeczypospolitej – największego mocarstwa swoich czasów. Naszym przewodnikiem po tej okolicy będzie Jan Paweł Adamczewski (Bartłomiej Topa) – pełnokrwisty Sarmata, którego życiowym celem jest zostanie najsłynniejszym Janem Pawłem w historii. Szlachcic przebywa w swoim majątku razem z żoną Zofią (Katarzyna Herman) oraz trojgiem dzieci: najstarszym Stanisławem (Michał Balicki), cwanym duchownym Jakubem (Michał Sikorski) i jedyną córką Anielą (Martyna Byczkowska). No i jest jeszcze ten sąsiad, Andrzej (Andrzej Kłak), będący dla bohatera prawdziwym wrzodem na zadzie.

Za ten krótki (8 odcinków po około 40 minut) serial odpowiadają scenarzysta Jakub Różyłło (drugi sezon „Sexify”) oraz reżyserski duet Maciej Buchwald/Kordian Kądziela. Pierwszy z nich to stand-uper oraz członek improwizowanego teatru Klancyk, drugi wcześniej zrobił dla Polsatu serial „Mental”. Każdy odcinek w zasadzie jest oddzielną opowieścią, gdzie Jan Paweł mierzy się z różnymi sytuacjami. A to szykuje się sejmik, gdzie ma dojść do podwyższenia podatków, a to najstarszy syn zaręczył się z mieszczką (tfu!!!) i trzeba poznać przyszłych teściów, a to ma się odbyć marsz innowierców czy ślub i chłopskie wesele. Dzieje się dużo, wielokrotnie łamana jest czwarta ściana, zaś masa dialogów mocno odnosi się do naszej rzeczywistości oraz naszych wad: pieniactwa, chciwości, hipokryzji, egoizmu, głupoty i upokarzania innych. Tu obrywa się wszystkim: szlachcie, chłopom, duchowieństwu oraz mieszczanom. Nawet jest parę dzisiejszych „gadżetów” („smartfon”, łódki jako ówczesny odpowiednik samolotu) czy odniesień w dialogach do współczesności (program wymiany studentów Erazmus lub trzy etapy bitew). Tutaj nawet postacie epizodyczne są bardzo wyraziste i zapadające w pamięć (od lat żyjący w trzeźwości chłop Jędrula, etatowa płaczka – pani Stasia, przesiąknięty francuską modą magnat Lubopolski czy śledczy koronny ojciec, ksiądz Żmija z Sandomierza). Zaś niektóre dowcipy i gagi bardzo mnie zaskoczyły niespodziewaną linijką dialogu czy wstawką muzyczną (XVII-wieczna wersja „The Final Countdown”), doprowadzając do nagłych ataków śmiechu. Nie mówiąc już o niektórych wizualnych żartach w rodzaju mierzenia sobie… kutasów (i nie jest to coś, o czym myślicie).

Do tego „1670” jest bardzo dobrze zrobione pod względem technicznym. Świetnie sfotografowane, z kapitalną muzyką imitującą epokę (absolutne brawa dla Jerzego Rogiewicza!!!!) i bardzo dobrym udźwiękowieniem. Dialogi są tak wyraźne, że nie trzeba oglądać tytułu z napisami. Równie imponująca jest scenografia i kostiumy, mimo pewnej kameralności całej fabuły. Czuć namacalnie to miejsce, bez poczucia takiej „sterylności” (błoto!!!) jaka była w wielu historycznych serialach. Pod tym względem serial bardzo przypominał mi… „Kosa” Pawła Maślony, choć tamten jest bardziej poważny w tonie.

Serial jeszcze jest absolutnie rewelacyjnie zagrany. Kapitalny jest Bartłomiej Topa w roli Jana Pawła Adamczewskiego, tworząc najbardziej wyrazistego szlachcica od dawna. W nim znajdują się wszystkie wady polskiego sarmatyzmy: przekonanie o własnej racji, narcyzm, poczucie wyższej wartości. Mocny jest tylko w gębie i ma więcej szczęścia niż rozumu, ale w dalszych odcinkach potrafi pokazać się z dobrej strony jak choćby odbierając poród. Tak samo znakomity jest Michał Sikorski w roli śliskiego księdza Jakuba. To najbardziej obłudny i diaboliczny członek rodziny, co bardziej skupia się na karierze oraz własnej sakiewce. Wiele zabawnych scen i dialogów pochodzi od niego. Zaskakuje też Katarzyna Herman, czyli dość osobliwa żona Jana Pawła. Bardzo wycofana, niemal non stop modląca się i nosząca czarny strój żałobny, ale nawet ona zostaje pogłębiona w zaskakujący sposób. Szoł wielokrotnie kradnie Martyna Byczkowska, której postać wydaje się bardziej pasować do naszych czasów niż XVII wieku. Najinteligentniejsza z całej rodziny, zbuntowana przeciw ówczesnym konwenansom, próbująca podążać swoją własną drogą i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niech chcę nawet wspominać o kradnącym ekran Dobromirze Dymeckim (zaprawiony w boju Bogdan), bardzo uroczym Kiryle Pietruczuku (Litwin Maciej, pomocnik kowala) czy trochę zepchniętym do tła Andrzeju Kłaku (sąsiad Andrzej).

Nie wiedziałem czego oczekiwać, a dostałem najlepszy polski serial komediowy od lat. Choć muszę przyznać, że mocno absurdalny humor „1670” i jego satyryczne spojrzenie na historię nie wszystkim się spodoba. Ale to bardzo odświeżające doświadczenie, absolutnie kapitalnie zagrane, napisane i zrealizowane. Niby zakończenie jest zamknięte, ale bardzo chciałbym zobaczyć ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Argylle – tajny szpieg

Parodie i wszelkiego rodzaju pastisze filmów szpiegowskich są równie stare jak filmy szpiegowskie. W ostatnim czasie takim specem od tego gatunku stał się Matthew Vaughn, dzięki serii filmów „Kingsman”. Reżyser bardzo efekciarskiego, intensywnego i kreatywnego (w formie) kina rozrywkowego wraca z kolejną historią o szpiegach. Tylko, że troszkę inaczej opowiedzianej.

Początek idzie bardzo w stylówę a’la James Bond, który tym razem nazywa się agent Aubrey Argylle (Henry Cavill z „kwadratową” fryzurą). Podczas misji w Grecji ma schwytać niejaką LaGrange (Dua Lipa) i znaleźć główny klucz. Sprawy się komplikują, bo a) Argylle zostaje zdekonspirowany, b) LaGrange ucieka i trzeba ją dopaść. Ale od czego jest sprawdzony kumpel, Wyatt (John Cena). Po krótkim przesłuchaniu okazuje się, że kobieta pracowała dla… dyrektora organizacji, dla której pracuje Argylle. By znaleźć dowody tej zdrady, panowie ruszają do Londynu, by znaleźć hakera i „główny klucz”.

Wciągnęło was? To muszę was rozczarować, bo cała ta historia to… finał czwartego tomu cyklu powieści o Argylle’u autorstwa Elly Conway (Bryce Dallas Howard). Kobieta pracuje już nad piątym tomem, jednak brakuje zakończenia. Chcąc przełamać blokadę twórczą pisarka wyrusza do matki (Catherine O’Hara), by razem popracować nad rozwiązaniem. W pociągu poznaje niejakiego Aidena (Sam Rockwell), który przysiada się obok i… okazuje się być szpiegiem. Choć prawdę mówiąc z długim zarostem i włosami wygląda jak ostatni menel. Do tego wszyscy (prawie) pasażerowie chcą ją zabić. Czy ma to coś wspólnego z książką?

Jak widać „Argylle” ma fabułę tak prostą do zrozumienia jak ustawy sejmowe. I tu nawet nie chodzi o przeplatanie się fikcji literackiej z rzeczywistością czy pastiszowy ton całości. Vaughn – jak na niego przystało – robi efekciarskie, szalone opowieści, gdzie realizm robi sobie wolne. Bardzo dynamicznie sfilmowanie i zmontowane sceny akcji podkręcają adrenalinę (szczególnie jak Aiden zmienia się w Argylle’a), wszystko pędzi na złamanie karku, mieszając brutalną jatkę (choć film ma kategorię PG-13) z humorem, mocno polanym absurdem. Po drodze odkrywamy kolejne twisty i zakręty, których jest sporo. Być może nawet za dużo, przez co gdzieś bliżej końca stawały się łatwe do przewidzenia. Aż już trzeci akt i finałowa konfrontacja to jest czyste szaleństwo, w którym główną rolę odgrywają ropa, granaty dymne, podczerwień i noże jako… łyżwy. Więcej nie powiem, bo to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wielu może zmęczyć ten przesyt fajerwerków, jednak ja bawiłem się naprawdę dobrze. Może nie tak jak w serii „Kingsman”, ale Brytyjczyk nie ma się czego wstydzić.

Sytuację wspierają świetni aktorzy. Bardzo pozytywnie zaskakują Bryce Dallas Howard i Sam Rockwell. Ta pierwsza jako pisarka wrzucona w sam środek szpiegowskiej intrygi jest bardzo przekonująca. Szczególnie korzystając z inteligencji i sprytu, unikając siłowej konfrontacji. Im jednak dalej, okazuje się mieć o wiele więcej umiejętności niż się można spodziewać. Z kolei Rockwell nie miał roli tak wymagającej fizycznie jak Aiden. Brutalny, bardziej stąpający po ziemi i miejscami sarkastyczno-zblazowany. Intrygujące duo. Na drugim (oraz trzecim) planie mamy zbieraninę wyrazistych ról: od szorstkiego Bryana Cranstona (dyrektor Ritter, czyli główny antagonista) przez zaskakującą Catherine O’Harę (matka Elly) po drobne epizody Samuela L. Jacksona (Alfie) czy pojawiających się we „fragmentach książek” Henry’ego Cavilla i Johna Cenę.

Zdaję sobie sprawę, że będę raczej w mniejszości, ale… podobał mi się ten „Argylle – Tajny szpieg”. Może nie jest aż tak zaskakująca i szalona jak osadzona w podobnym klimacie seria „Kingsman”, jednak Vaughn jakimś cudem potrafi cały czas wykrzesać swoją szaloną wyobraźnię. Efekciarskie, celowo tandetne i bardzo kreatywne kino akcji z humorkiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Rustin

Amerykańscy filmowcy (głównie czarnoskórzy) bardzo chętnie opowiadają nie tylko o ciężkich czasach, kiedy byli szykanowani i traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Przypominają też zapomniane postacie z historii walki o prawa obywatelskie. Taką osobą bez wątpienia jest Bayard Rustin – współorganizator marszu na Waszyngton z 1963 roku, w którym brało udział 250 tysięcy Afro-Amerykanów z całego USA. O przygotowaniach do tego wydarzenia opowiada film Netflixa „Rustin”.

Jak wspomniałem bohaterem filmu jest Bayard Rustin (Colman Domingo) – zapomniany dziś aktywista społeczny i przyjaciel Martina Luthera Kinga (Ami Ameen). Kiedy go poznajemy, próbuje z Kingiem zorganizować wielką, pokojową manifestację. Nie jest to na rękę ani władzom Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Popierania Ludności Kolorowej, ze szczególnym wskazaniem Roya Wilkinsa (Chris Rock z siwymi włosami), ani kongresmena Adama Powella Jra (Jeffrey Wright). To powoduje, że Rustin odchodzi z organizacji (choć tak naprawdę to był blef) i działa na własną rękę. Trzy lata później razem z grupą młodych ludzi decyduje się przygotować marsz na Waszyngton. Do tego jednak potrzebuje wsparcia wszystkich grup, a szczególnie Kinga.

Za film odpowiada reżyser George C. Wolfe – uznany dramaturg oraz reżyser, głównie teatralny. Czasem jednak stworzy coś dla kina czy telewizji. Zawsze jednak dotyka spraw ważnych i poważnych, tak jak w tym przypadku. Historia Rustina służy jako pretekst do pokazania zarówno trudności do przygotowań marszu, jak też podzielenia samego środowiska aktywistów. Młodszych, gotowych do konfrontacji siłowej pod wpływem Malcolma X, weteranów z dużym doświadczeniem oraz bardziej umiarkowanych. Dla nich ostatnich postać Rustina jest problematyczna z dwóch powodów – twardych, wręcz radykalnych postulatów oraz… jego homoseksualizmu. Że jest on zbyt wyrazistą postacią, stanowiącą łatwy cel dla władzy.

Reżyser wszystko to prowadzi dość spokojnie, powoli i bardzo zachowawczo. Wątek homoseksualizmu służy jako podwalina romansu między Rustinem, wspierającym ruch białym Tomem Kahnem (Gus Halper) oraz przyszłym pastorem Eliasem Taylorem (Johnny Ramey). Dla mnie ta relacja była mało angażująca. O wiele bardziej łapały mnie zarówno krótkie (kręcone czarno-białą taśmą) retrospekcje, jak i sceny przygotowań. Pozwalało to wejść za kulisy całej operacji, zaś pasja oraz energia głównego bohatera była bardzo zaraźliwa. Niemniej wyczuwam pewne uproszczenia tej historii, po drodze jeszcze wkrada się lekko nieznośny patos. Muszę jednak przyznać, że kilka scen (przygotowania czarnoskórych policjantów do pilnowania marszu, dzwoniące telefony po rozpoczęciu medialnej nagonki) potrafi mocno uderzyć.

Wszystko jest też dobrze zagrane, ale tak naprawdę „Rustin” to popis jednego aktora – Colmana Domingo. Jego Rustin z jednej strony jest bardzo charyzmatycznym mówcą, pełnym pasji, nonszalancji i brawury, z drugiej pada ofiarą szykan oraz złośliwości. Ta mieszanka sprzeczności (podparta jeszcze drobnymi ruchami ust, które gotowe są coś powiedzieć, lecz… jakby się zatrzymują) czyni go fascynującą postacią, choć twórcy nie robią z niego męczennika, ani ofiary. Magnetyczna i najbardziej wyrazista kreacja tego filmu.

Zaledwie przyzwoitego i zdecydowanie edukacyjnego w przekazie. „Rustin” pozwala wyciągnąć z zapomnienia ważną postać dla amerykańskiej historii XX wieku, jednak nie ma jego energii ani brawury.

6/10

Radosław Ostrowski

Nimona

Netflix coraz bardziej poszerza swój katalog oryginalnych produkcji wszelkich maści. Ale chyba najrówniejsze w ich dorobku są produkcje dokumentalne i animacje. To drugie reprezentuje jedna z przeoczonych przeze mnie dzieł. Stworzona przez poszerzające swoją bibliotekę Annapurnę adaptację komiksu (przepraszam, powieści graficznej) Nate’a Stevensona.

„Nimona” dzieje się w niby-współczesnym mieście, ale gdzie nadal walczą rycerze. Od tysięcy lat miasto było otoczone potężnymi murami, broniącym przed wszelkiej maści zagrożeniem. Miastem rządzą kobiety (królowa oraz dyrektor Instytutu, w którym szkoleni są rycerze), technologia jest bardzo mocno zaawansowana (Internet, „żywe” banery reklamowe, latające samochody) – jednym słowem raj i sielanka. Ma też dojść do precedensu, bo ma dojść do ślubowania pierwszego rycerza pochodzącego z nizin społecznych (a nie potomkowie obrończyni miasta, Gloreth) – Ballister. Niestety, podczas ślubowania królowa zostaje zamordowana, zaś uznany na winnego nowy rycerz musi się ukrywać. Wtedy pojawia się pewna dość energiczna, zbuntowana nastolatka o imieniu Nimona. Proponuje mu pomoc w oczyszczeniu swojego imienia, choć jej metody są dość… ekstremalne.

Sam film w zasadzie jest prostą historią, której największym sercem jest relacja dwójki outsiderów. Ballister mimo woli zostaje oskarżony, ale broni się przed nieczystą walką, pozostaje przez większość akcji idealistą. Nadal wierzy w honor, lojalność oraz siłę systemu. Nimona jest całkowitym kontrastem – zbuntowana nastolatka, z bardzo punkowym nastawieniem, wściekłością, gniewem. I jeszcze jest… zmiennokształtna, co daje animatorom duże pole do popisu. Ta kontrastowa para oraz zmieniająca się ich dynamika jest emocjonalnym paliwem, co także jest zasługą świetnego dubbingu. Przy okazji powoli odkrywamy przeszłość bohaterki i przyczynę jej nastawienia wobec świata. Bardzo kreatywnego świata mieszającego zaawansowaną technologię czasów naszych ze średniowiecznymi rycerzami i ich zasadami. Powinno się to gryźć ze sobą, ale kompletnie tak się nie dzieje.

Równie imponująca jest animacja, której bliżej jest do komiksowej stylistyki. Pozornie prosta, ale pełna szczegółów. Szczególnie wrażenie robi ekspresja tytułowej bohaterki i jej umiejętność przemiany we wszystko: od dziecka przez wieloryba i rekina aż po… Godzillę. Dynamizuje to sceny akcji, których tu nie brakuje – świetna ucieczka z więzienia, wyrwanie się z zasadzki Instytutu czy finałowa konfrontacja wzięta z japońskich filmów o kaiju. Wygląda to świetnie, ale też unikatowo, nie naśladując Disneya, Pixara czy DreamWorks w warstwie wizualnej.

„Nimona” może wydaje się prostą opowieścią o tym jak łatwo można stworzyć z kogoś potwora. Tylko, że im bliżej poznajesz go, przestaje on być potworem. Jednak trzeba chcieć przełamać swoje uprzedzenia i lęki, a nie każdy ma odwagę tego dokonać.

8/10

Radosław Ostrowski

Przesilenie zimowe

Sześć lat minęło, odkąd swój ostatni film nakręcił Alexander Payne – specjalista od kina niezależnego, ze wskazaniem na słodko-gorzkie historie obyczajowe. Jeśli myślicie, że postanowił zrealizować film gangsterski, głupawą komedię dla nastolatków czy blockbuster, porzućcie wszelką nadzieję. Reżyser nadal skupia się na relacjach międzyludzkich, jednak w zupełnie innej epoce.

holdovers1

Tym razem jesteśmy w Barton Academy – prywatnym liceum dla cholernie bogatych gnojków z internatem w roku 1970. Tutaj właśnie pracuje Paul Hunham (Paul Giamatti), specjalizujący się w historii starożytnej nauczyciel. Nikt go nie szanuje, uczniowie go nienawidzą, rodziny nie posiada – innymi słowy to oderwany od rzeczywistości samotnik. Dlatego to właśnie on ma się zająć grupką uczniów, którzy (z różnych powodów) świąteczną przerwę zmuszeni są spędzić w szkole. Po kilku dniach z piątki zostaje jeden chłopak – Angus Tully (debiutujący na ekranie Dominic Sessa), któremu grozi wydalenie za odległe od dobrego zachowanie. Poza tą dwójką jest jeszcze kucharka Mary (Da’Vine Joy Randolph), której syn zginął w Wietnamie. Co może wydarzyć się przez te dwa tygodnie?

holdovers2

Jak widać po opisie fabuły Alexander Payne robi Alexandra Payne’a. Nadal trzyma się konwencji komediodramatu, gdzie mamy duży nacisk na interakcję między całą trójką bohaterów. Niby pochodzą z różnych środowisk, ale mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Każde z nich jest jak cebula – mają warstwy, a reżyser bardzo powoli odkrywa tajemnice oraz historię naszej trójki. Dla wielu może nawet zbyt powoli, ale to jest celowe działanie. By móc jeszcze bardziej chłonąć zarówno zimowy klimat, jak i zanurzyć nas w realia lat 70.

holdovers3

I a propos realiów, Payne robi wszystko, byśmy weszli w ten świat. Mało ten, ten film WYGLĄDA jakby został nakręcony w latach 70. (w czołówce – z lekko drżącymi napisami pojawia się rok produkcji… 1971), z bardzo charakterystycznym ziarnem, dość zgaszonymi kolorami oraz muzyką z epoki. Nawet udźwiękowienie dialogów (jakby były nagrywane w studiu) jest bardzo niedzisiejsze. Ta techniczna otoczka jeszcze bardziej podkreśla „niedzisiejszość” tej produkcji.

A wszystko dźwiga na swoich barkach fantastycznie trio aktorskie. Paula Giamattiego uwielbiam od nastu lat i tutaj nie zawodzi. Jego profesor Hunham to facet kompletnie z innej epoki, zanurzony w książkach oraz pracy akademickiej, pełen pasji i rzucający złośliwościami. Jednak pod tą warstwą zgorzkniałego inteligenta skrywa się bardzo zagubiony, ale pełen empatii pasjonat. Może społecznie bardzo zdystansowany (choć ma powody – rybi zapach), ale jak chce, potrafi zbudować silną więź. Absolutnie cudowna kreacja. Równie świetna jest Randolph jako kucharka Mary. Bardzo opanowana, niejako będąca głosem rozsądku, nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Niemniej jeszcze nie radzi sobie ze śmiercią syna, choć bardzo dobrze to maskuje. Jednak prawdziwym odkryciem jest debiutujący Dominic Sessa. Jego Angus Tully jest z jednej strony bardzo inteligentny, złośliwy i sarkastyczny, z drugiej to bardzo poharatany przez życie oraz rodzinę chłopak. Przekonuje zarówno w momentach bardziej wybuchowych, jak też zdecydowanie wyciszonych. Jego wspólne sceny z Giamattim to dla mnie najlepsze momenty tego filmu.

holdovers4

„Przesilenie zimowe” potwierdza zmysł Payne’a do obserwacji relacji międzyludzkich oraz ich demonów, które ich prześladują i jednocześnie kształtują. Film bardzo niedzisiejszy w realizacji, skupiony i wyciszony, choć może wielu się dłużyć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nyad

Nyad z greckiego oznacza nimfę wodną. Nie dziwi więc, że Diane Nyad była przez bardzo długi czas pływaczką. I w wieku 28 lat próbowała dokonać niemożliwego – przepłynąć z Kuby na Florydę. Jednak z powodu niesprzyjającej pogody musiała zrezygnować. Nyad porzuciła maratony pływackie i została dziennikarką sportową, jednak w wieku 60 lat decyduje się podjąć szalonego wysiłku. Popłynąć z Kuby na Florydę wpław, co wydaje się w tym wieku szaleństwem.

Za ten film odpowiada para Jimmy Chin/Elizabeth Chai Vasarhelyi, do tej pory specjalizujący się w filmach dokumentalnych („Free Solo”, „Dziki świat”, „Powrót w kosmos”). „Nyad” to ich debiut fabularny oparty na książce Diane Nyad (Annette Bening), skupiając się na próbach i przygotowaniach. Film z jednej strony podąża znanym schematom kojarzonymi z kinem sportowym. Czyli treningi, zbieranie ekipy pomagającej (kapitan statku, nawigator, lekarz) oraz kolejne podejścia. Bo na jednej próbie się nie skończy, to mogę powiedzieć. Z drugiej twórcy skupiają się na dość niełatwej relacji Diane z przyjaciółką Bonnie (Jodie Foster). Problem wynika przede wszystkim z samej postawy Nyad – jej uporu, skupieniu na sobie, lekceważeniu innych oraz dążeniu do celu mimo wszystko. No, nie jest łatwą osobą do polubienia i bywa prawdziwym wrzodem na dupie. Ten aspekt dodaje więcej kolorytu do tej prostej opowieści. Prostej, ale bardzo angażującej i trzymającej w napięciu. Przy okazji, twórcy poruszają tutaj kwestię starości i ograniczeń z niej związanej. Czy są pewne rzeczy, których nie należy robić w pewnym wieku? Czy wejście w wiek dojrzały oznacza nudę, monotonię oraz totalną szarość? Nie padają te pytania wprost, lecz odpowiedź wydaje się być jasna jak światło wschodzącego słońca.

Muszę wspomnieć także o tym, jak twórcy wplatają do całej historii materiały archiwalne i krótkie retrospekcje. One nie tylko pozwalają lepiej poznać samą bohaterkę oraz jej przeszłość (nie brakuje tam mrocznych wspomnień), ale stanowią bardzo zgrabną paralelę do wydarzeń dziejących się na ekranie. Złączenie telewizyjnych nagrań i filmów video czy samego nagrania audio (w większości dotyczącej nieudanej pierwszej próby przepłynięcia) były bardzo odświeżającym zabiegiem. Same sceny wodne wyglądają świetnie, a kiedy bohaterka zaczyna mieć halucynacje (z powodu zmęczenia i wysiłku) można dostać oczopląsu.

To wszystko by nie działało, gdyby nie świetnie dobrany duet Annette Bening/Jodie Foster. Pierwsza w roli tytułowej bywa czasami nadekspresyjna, ale wierzy się w jej upór i determinację. Bywa szorstka, upierdliwa i irytująca, ale pod tym wszystkim skrywa się osoba połamana oraz zahartowana przez doświadczenia. Z kolei Foster wydaje się być bardziej wyciszona, niejako bardziej rozsądna i przyziemna z tej pary. Niemniej potrafi zarazić się entuzjazmem Nyad, ale potrafi wyrazić swoją frustrację z bycia niedocenioną. Chodzące dwie sprzeczności, ale tak idealnie się uzupełniają. Z drugiego planu najbardziej wybija się Rhys Ifans w roli nawigatora Johna Bartletta, wnoszącego odrobinę sarkazmu (pierwsza rozmowa z Dianą o swoim statku), ale i dodatkowego ciężaru dramatycznego.

„Nyad” jest kolejną inspirującą opowieścią o tym, że na spełnianie swoich marzeń nigdy nie jest za późno. Jednak lepiej robić to z grupą wspierających cię ludzi, bo to daje więcej satysfakcji i siły. Ja wiem, że to brzmi jak ze zbioru złotych myśli Paolo Coehlo, ale to cały czas działa.

7/10

Radosław Ostrowski

Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara

Wes Anderson jest bardzo rozpoznawalnym twórcą filmowym o bardzo wyrazistym stylu. Tym razem jednak ekscentryczny reżyser postanowił zrobić coś nietypowego. Wziął na warsztat cztery opowiadania pisarza Roalda Dahla i zrobił z tego krótkometrażowe filmy. Dla Netflixa, czego raczej nikt się nie spodziewał. Najdłuższą (40 minut) oraz najlepiej ocenianą jest „Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara”, która otrzymała nominację do Oscara.

A o co ten cały szum? O pewnego bogatego gnojka z zamożnej rodziny, niejakiego Henry’ego Sugara (Benedict Cumberbatch). Jak każdy szanujący się bogacz myśli tylko o jednym – jak mieć jeszcze więcej pieniądzorów. Dlatego nie posiada rodziny, bo musiałby komuś zaufać i liczyć, że nie obudzi się bez niczego. Oraz posuwa się do jeszcze jednego, czyli hazardu. Nie zawsze uczciwego. Będąc w domu znajomego zauważa pewien krótki zeszyt. Niby nic, ale zawiera historię pewnego Hindusa, co był w stanie widzieć… bez otwartych oczu. To go intryguje i Henry chce to wykorzystać do grania w kasynach.

Anderson niby wizualnie robi to, co zwykle. Tworzy bardzo barwny, przyjemny dla oka świat, z bardzo wyrazistymi kolorami. Ale reżyser pozwala sobie na o wiele większą dawkę umowności. Podkreśla to bardzo umowna scenografia, która zmienia się niczym dekoracja w teatrze. Dosłownie na naszych oczach widzimy zmieniające się otoczenie: z angielskiego domu przez indyjską dżunglę aż po kasyno. Do tego cały czas postacie cały czas łamią czwartą ścianę, zmieniając osobę narratora. Raz jest nim sam autor, Roald Dahl (Ralph Fiennes), raz Sugar, innym razem autor zeszytu dr Chatterjee (Dev Patel), by przejść do człowieka, co widział bez otwierania oczu (Ben Kingsley). Te przeskoki demonstrują zręczność Andersona do zabawy formą, nie wywołując znużenia.

Co prawda opowiadania nie czytałem, jednak nie oprzeć się wrażeniu, że reżyser przeniósł tą historię jeden do jednego. To by tłumaczyło przeskoki między „narratorami”, które są bardzo płynne. Każdy z aktorów odnajduje się w tej historii świetnie, sprzedając każdą linijkę tekstu. Sama historia wciąga, pełna jest specyficznego brytyjskiego humoru i ze świetnymi dialogami, zaś finał jest bardzo przewrotny. Nikt nie spodziewał się do czego może sprawić joga. 

7,5/10

Radosław Ostrowski