Chłopiec i czapla

Nawet osoba niezbyt zainteresowania japońskimi animacjami przynajmniej słyszała o studiu Ghibli. Najbardziej znany z tego studia reżyser Hayao Miyazaki wraca z emerytury (znowu), by znów oczarować świat swoją wyobraźnią. Od razu się przyznam, że nie jest zbyt mocno zaznajomiony z dorobkiem Japończyka, więc wchodzę na głęboką wodę.

Akcja zaczyna się podczas II wojny światowej w Tokio i skupia się na młodym chłopcu imieniu Mahito. Jego matka ginie podczas bombardowania w szpitalu, gdzie pracowała. Razem z ojcem wyjeżdżają poza miasto do dawno niewidzianej ciotki (siostry bliźniaczki mamy), z którą jego ojciec się związał. Niby wszyscy są wobec niego życzliwi, a zwłaszcza staruszki-służące, jednak chłopak nie czuje się zbyt dobrze. Nie może się odnaleźć, co jeszcze bardziej czuć w szkole. Jeszcze dziwniej się dzieje, gdy koło niego krąży dość ekscentryczna czapla. Gadająca czapla, co twierdzi, że jego matka… żyje i tylko ona wie gdzie się ona znajduje. Więc zgadnijcie co nasz chłopiec robi?

W dzisiejszym rozpędzonym świecie taki film jak „Chłopiec i czapla” jest bardzo zaskakujący. I nie chodzi tylko o ręcznie rysowaną animację 2D, gdzie czuć ludzką rękę. Ale też o inną kulturę oraz bardzo powolne, wręcz kontemplacyjne tempo. Początek jest bardzo niespieszny, pozwalający poznać zarówno naszego bohatera, jak i zwyczajnego świata wokół. Miyazaki skupia się na prostych czynnościach (jedzenie, ubieranie się czy tworzenie łuku) przeplatane ze scenami koszmarnymi. Niby ta kreska jest bardzo prosta, jednak w rękach Japończyka staje się potężną bronią. Im bliżej, tym bardziej szczegółowy jest obraz, z masą detali (szczególnie na twarzach) czy podczas zjawisk nadnaturalnych. Same tła może nie wydają się aż z taką precyzją oddane, jednak robią wrażenie skalą.

Ale kiedy wkraczamy do „innego” świata, wszystko zmienia się diametralnie. Reżyser potwierdza jak bardzo szaloną ma wyobraźnię, bo czego tu nie ma. Czapla z dziobem tak przerażającym, że najmłodsze dzieci miałyby koszmary; przerażające pelikany zjadające słodziutkie istoty czy papugi mające apetyt na ludzkie mięso. Bliżej tutaj jest klimatem do „Labiryntu fauna” Guillermo del Toro, gdzie świat fantastyczny jest równie okrutny i bezwzględny, co rzeczywisty. Może dzieło Japończyka nie ma aż takiej siły, co dzieło Meksykanina, ale jest równie szczere i poruszające. Wliczając w to bardzo mocne, chwytające za serce zakończenie.

Dla wielu problemem może być powolne tempo historii czy stosowana logika snu, jednak „Chłopiec i czapla” pokazuje jak wielką siłę ma jeszcze ręcznie rysowana animacja. Pięknie wykonana, pełna nieskrępowanej wyobraźni oraz bardziej poważniejsza w kwestii podejmowanych tematów. Dzieło zdecydowanie NIE DLA najmłodszych.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pies i Robot

Co jest potrzebne do zrobienia dobrej animacji? Odpowiednia technika (ręcznie rysowana, generowana komputerowo, poklatkowa), wysoka jakość animacji, ciekawe postacie i angażująca historia. To się wydaje w teorii łatwe, lecz największą uwagę zwraca się na animację. Czy w czasach zdominowanych przez animację komputerową może zostać zauważona produkcja w innej formie? Przykłady dzieł takich studiów jak Aardman, Laika czy Cartoon Saloon pokazują, że tak. Do tego grona dołącza hiszpańska animacja „Pies i robot”.

Akcja toczy się w Nowym Jorku lat 80., gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta. Nie ma żadnych ludzi, żeby nie było jasności. Głównym bohaterem jest pies, co mieszka sam w domu, prowadzi bardzo monotonne życie. I czuje się bardzo, baaaaaardzo samotny. Ale pewnego wieczora widzi reklamę w telewizji, gdzie można kupić… robota jako przyjaciela. Na co nasz czworonóg decyduje się bez wahania. Ale robot musi być z Ikei, bo trzeba go samemu złożyć. Udaje mu się to zrobić, powoli tworząc silną więź. Wspólne spacery, granie w Ponga, jazda na wrotkach, wreszcie wypad na plażę. I tutaj próbując wrócić do domu, robot nie może wstać. Nasz pieseł nie ma w sobie tyle siły, by go podnieść, więc musi go zostawić. Jednak następnego dnia plaża zostaje zamknięta do 1 czerwca, co komplikuje sprawę.

Za film odpowiada hiszpański reżyser Pablo Berger, który przykuł uwagę widzów nakręconą w 2012 roku „Śnieżką”. Tamten film aktorski był stylizowany na kino nieme, ale potem twórca kompletnie zniknął. Teraz rzucił się na animację, która jest bardzo prosta w formie. Ręcznie rysowana, lecz jednocześnie na tyle szczegółowa, by coś wypatrzyć na dalszym planie. Twórcy bardzo dokładnie odtwarzają czas akcji, czyli Nowy Jork lat 80. Kiedy blisko siebie grał punk, disco i rap, dwie wieże World Trade Center jeszcze istniały, zaś telefony były albo stacjonarne, albo w budkach. O komputerach typu Atari 2600 i kasetach video nawet nie wspominam. Jest tu kilka odjechanych scen snów (fantastyczna scena tańca wielkich kwiatów i robota czy ożywiony bałwanek, idący na… kręgle), dających spore pole kreatywności wizualnej.

Jednak sama historia (pozbawiona dialogów) jest w zasadzie bardzo prosta. Ale także bardzo angażująca i, ku mojemu zaskoczeniu, pełna… smutku. W końcu jest to opowieść o samotności i szukaniu przyjaźni. Pierwsze interakcje naszych bohaterów mają w sobie masę uroku oraz ciepła, jak nasz robot niemal jak dziecko zachwyca się światem. Widać to na zmieniającej się twarzy i wydawanych odgłosach. Z czasem pojawiają się zaskakująco mroczne (robot trafiający na wysypisko śmieci czy pojawienie się na plaży wioślarzy), co daje całości słodko-gorzkiego smaku. Z jednej strony zabójczo chwytliwa muzyka (nieśmiertelne „September” Earth, Wind & Fire, które nabierze kolejnej młodości) oraz masa ciepłych scen (ptak zakładający gniazdo przy robocie czy Pies poznający Kaczkę), ale z drugiej potrafi wejść w poważniejsze tony. Co dobitnie pokazuje słodko-gorzkie zakończenie – inne wydawałoby się bardzo nie na miejscu.

To bardzo skromny, pozornie nie wyróżniający się z tłumu film, wizualnie bardzo niedzisiejszy. Ale dzieło Bergera ma w sobie zaskakująco dużą ilość uroku i ciepła, jakiego dawno w animacji nie widziałem. Refleksyjne, mądre, pełne emocji kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Lekcja martwego języka

Zmarły 10 stycznia tego roku Janusz Majewski uznawany był za najlepszego twórcę kina retro. Czyli opowieści dziejących się w przeszłości, już nieistniejącej. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącej z 1979 roku „Lekcji martwego języka” opartej na powieści Andrzeja Kuśniewicza. Sam film pozostaje troszkę zapomnianym dziełem, ale czy wartym uwagi?

lekcja martwego jezyka1

Akcja toczy się w małym miasteczku na Ukrainie pod koniec I wojny światowej. Tutaj komendantem posterunku jest porucznik Kiekeritz (Olgierd Łukaszewicz) – młody oficer, w zasadzie prowadzący bardzo monotonne zajęcia. A to przypilnuje rosyjskich jeńców, a to porozmawia z miejscowym leśniczym, a to zajmie się przyjeżdżającymi pociągami. Jednak nasz bohater ma dwa poważne problemy: melancholijną naturę oraz… coraz bardziej osłabiającą go gruźlica.

lekcja martwego jezyka2

„Lekcję martwego języka” można nazwać typowym snujem filmowym, gdzie fabuła wydaje się nie mieć aż tak istotnego znaczenia. Dla Majewskiego historia umierającego oficera jest pretekstem do pokazania odchodzącego raz na zawsze świata Mitteleuropy czasów Austro-Węgier. Wszystko na jakiejś prowincji z dala od wielkiej wojny, polityki czy bitew. Ale jednocześnie jest to świat bardzo pospolity, monotonny, pełen szarej codzienności. Tu wszystko płynie swoim rytmem, gdzie jest miejsce na badania, pogrzeby, wizyty cyrku czy przyjazdów pociągu. Esencja banalności, monotonni i szarzyzny, gdzie nasz bohater próbuje znaleźć jakikolwiek sens. Stąd zbieranie wszelkich dzieł sztuki, szukanie symboliki czy zwykłe rozmowy. Majewski nigdzie się nie spieszy, miejscami wręcz celebruje tą szarzyznę (niemal początek filmu z kamerą rozglądającą się po pokoju).

lekcja martwego jezyka3

Jedynymi wyróżniającymi się obrazami w „Lekcji…” są sceny retrospekcji, pokazujące jego walki na Ukrainie. Nakręcone na różowym filtrze, pozbawione dźwięku oraz bardzo ekspresyjną muzyką na pierwszym planie – intensywne, brutalne, destrukcyjne. Tutaj jeszcze bardziej podkreśla upadek imperiów oraz dawnych idei.

A to wszystko na swoich plecach trzyma największy specjalista od umierania w polskim kinie – Olgierd Łukaszewicz. Jego Kiekeritz to kolejna bardzo wyrazista kreacja człowieka, próbującego pogodzić się z odchodzeniem. Opanowany, bardzo wycofany, ale jednocześnie mający obsesję na punkcie śmierci. Wyczekuje momentu jej przyjścia jak kochanek, a nawet wywołuje to w nim ekscytację jak trzyma broń i decyduje o czymś życiu. Aktora wspiera równie barwna galeria ról drugoplanowych: dróżniczka (Małgorzata Pritulak), zawiadowca stacji (Zygmunt Malanowski), leśniczy (Gustaw Lutkiewicz) czy pielęgniarka (Irena Karel). Od reszty, niestety, pilnujący jeńców Woszko i potwierdza, że Juliusz Machulski na aktora się nie nadaje. Tak sztucznego głosu nie słyszałem od dawna.

lekcja martwego jezyka4

Sam Majewski wskazywał „Lekcję martwego języka” jako jeden z dwóch najważniejszych filmów w swoim dorobku. I nawet jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Melancholijny klimat, pokazujący odchodzący świat razem z jego postaciami, mentalnością i tradycją. Oraz jedną drobną śmiercią, która nic nie zmienia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Forst

Po „Chyłce” przyszedł czas na kolejny serial oparty na bogatym dorobku literackim Remigiusza Mroza. Tym razem trafiamy do Zakopanego, gdzie towarzyszyć nam będzie komisarz Wiktor Forst (Borys Szyc). Przeniesiony z Krakowa dyscyplinarnie nie jest zbyt lubiany przez swoje otoczenie za działania nie zawsze zgodne z prawem. Jednak to Forst zostaje przydzielony do makabrycznej zbrodni – znaleziono ciało przywiązane do krzyża na Giewoncie, zaś w ustach ofiary znajduje się moneta. Sprawą interesuje się też szukająca sensacji dziennika Olga Szerbska (Zuzanna Saporznikow), działająca niezależnie i sprzedając informacje innym. Oboje łączą siły, odkrywając mroczną tajemnicę sięgającą czasów II wojny światowej.

forst1

Za serial odpowiada reżyser Daniel Jaroszek („Johnny”) i duet scenarzystów: znana ze współpracy z Netflixem Agata Malesińska („W głębi lasu”, „Zachowaj spokój”, „Dziewczyna i astronauta”) oraz debiutujący Jacek Markiewicz. Tytuł oparty jest na dwóch pierwszych powieściach o Wiktorze Forście: „Ekspozycji” i „Przeniesienie”, a całość próbowano upchnąć w 6 odcinków (każdy po około 45 min.) jako spójną opowieść. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w trakcie adaptacji coś poszło nie tak. Bo na papierze wszystko wydaje się być znajome i bardzo na miejscu: gliniarz z mroczną przeszłością, makabryczne zbrodnie niczym z „Siedem”, tajemnica, układy. Problem jednak w tym, że ta historia nie jest zbyt wciągająca. Pierwszy i drugi odcinek jeszcze mogą intrygować, kiedy powoli odkrywamy kolejne kluczowe postacie (albo takie się wydają). Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że cała historia toczy się za szybko, przewija się zbyt wiele osób (w zasadzie sporo ograniczonych do epizodów) oraz paskudne dialogi. Nawet nie chodzi o ilość rzucanych bluzgów (jakby wszyscy byli z JuEsEj), tylko czasem na siłę próbują być śmieszne i brzmią sztucznie, podane w monotonnym tempie.

forst2

Jaroszek nie radzi sobie z tempem, bo wszystko prowadzone jest bardzo powoli. Niby ma to służyć w budowaniu napięcia, jednak nie wywołało to we mnie żadnych emocji. Nieważne, czy analizuje miejsce zbrodni, włamuje się do siedziby Wielkiego Złego w słowackich górach (jak w „Tylko dla orłów”, tylko słabiej) czy podczas finałowej konfrontacji. Jakby tego było mało wchodzą w drogę krótkie retrospekcyjne przebitki, czasem postacie zachowują się w sposób podważający ich inteligencję (ucieczka przed zamieszanym w sprawę, by następnie go… wpuścić do siebie) i są zbiorem klisz. Narwany komendant, mściwy kolega z pracy, żądna sensacji dziennikarka, prokuratorka balansująca między pracą a domem, Wielki Zły z czarną opaską – mógłbym tak wymieniać. A sam finał jest tak niesatysfakcjonujący (choć sama walka nakręcona jest dobrze) i kończy się w tak urwany sposób, by dać bardzo jasny komunikat: chcemy drugi sezon.

forst3

Czy „Forst” ma jednak jakieś zalety? Przede wszystkim klimat, mocno czerpiący zarówno z thrillerów Davida Finchera (ze wskazaniem na „Siedem” i „Dziewczynę z tatuażem”), jak i literaturą nordic noir. Pięknie sfilmowane góry oraz zimne krajobrazy potęgują poczucie osamotnienia, izolacji. Jest wiele ładnie nakręconych lokacji czy scen akcji (ucieczka z płonącego budynku mocno przypominała mi podobną scenę z… pierwszego „Maxa Payne’a”), jednak czasem bliższy plan bywa bardzo nieostry. Aurę potęguje też muzyka, mieszająca „thrillerowe” dźwięki z góralskimi smyczkami – idealne połączenie.

forst4

Chciałbym coś dobrego powiedzieć o aktorstwie, ale nie dano im zbyt wiele do zagrania i pokazania. Bo jest tu parę uzdolnionych ludzi jak Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Artur Barciś czy Kamilla Baar, tylko dostali bardzo płaskie, jednowymiarowe, nieciekawe role. Jedynie Borysowi Szycowi w roli tytułowej udaje się wycisnąć coś więcej i zabłysnąć charyzmą. Z drugiej jednak przy tak nijakim tle nie było jakimś szczególnym wyzwaniem.

forst5

„Forst” przełamuje dobrą passę polskich seriali Netflixa, które w ostatnich miesiącach były dużo cieplej oceniane. Jako kryminał/thriller kompletnie nie jest w stanie porwać, a chociaż cyklu o Forście nie czytałem, to widzę bałagan w adaptacji. Za szybko, zbyt ciasno i gdzieś po drodze logika zrobiła sobie wolne. Dla fanów książek Mroza będzie to ogromne rozczarowanie. Ja nawet nie czytałem, a też czuję zawód.

5/10

Radosław Ostrowski

Pszczelarz

Idąc na film z Jasonem Stathamem nie należy się spodziewać dramatu psychologiczno-społecznego o kondycji człowieka w dzisiejszym świecie. Tutaj chodzi o czystą akcję, gdzie bohater Stathama (imię i nazwisko w zasadzie nieistotne) staje się Niepowstrzymaną Maszyną do Zabijania, aby na świecie panowało prawo i sprawiedliwość (nie, nie chodzi o partię polityczną). Nie inaczej jest w przypadku „Pszczelarza”, który jest dostarczającym frajdę bzdurą. Wszystko po kolei.

Tytułowym Pszczelarzem jest Adam Clay (tak naprawdę Jason Statham) – niepozorny facet, który jest… pszczelarzem. Prowadzi ul pszczół, zbiera miód, walczy z szerszeniami itp. Wynajmuje stodołę u niejakiej Eloise Parker od paru lat i wszystko jest cacy. Ale wszystko się zmienia, gdy kobieta pada ofiarą skamu i wszystkie jej konta bankowe (w tym fundacji charytatywnej zawierające dwa miliony dolców) zostają wyczyszczone. Jest tak źle, że Eloise strzela sobie w łeb. Dla naszego Pszczelarza to jest za dużo i wtedy poznajemy kim on jest naprawdę. Czyli byłym agentem super, super, super tajnej organizacji, która ma pilnować sprawności systemu. No i puszczają mu hamulce, co oznacza jedno – masę trupów, poważny spisek oraz… dużo tekstów z pszczołami.

Za cały ten obłęd odpowiada reżyser David Ayer („Furia”) i scenarzysta Kurt Wimmer („Królowie ulicy”, „Prawo zemsty”). Dlaczego obłęd? Bo „Pszczelarz” bardzo mocno przypomina akcyjniaki wyciągnięte z lat 90. Jest jednoosobowa armia w postaci emerytowanego „ducha”, który jest NIE DO POWSTRZYMANIA, spuszczonym ze smyczy wariatem. Gdy prawo i system daje ciała, wtedy wkracza on. Antagonistami są komputerowi oszuści, co wyłudzają kasę od samotnych, starszych ludzi. To wystarczający powód, żeby życzyć im śmierci – krwawej, brutalnej i bezkompromisowej. Oraz by się zaangażować w tą opowieść. Prostą, czasem mocno absurdalną i wręcz idiotyczną, ale dającą masę frajdy.

Kiedy po 15 minutach wydaje się, że jest po wszystkim (znalezienie call center, które odpowiadało za skam i wysadzenie go w pizdu) sprawa okazuje się o wiele poważniejsza. W sprawę są zamieszani politycy i biznesmeni Białego Domu, dlatego nasz Pszczelarz znajduje się na celowniku wszystkich: FBI, CIA, SWAT, komandosów, Secret Service, najemników, a nawet PZPN-u. To może wydawać się bardziej pasować do jakiegoś „Raportu Pelikana” czy innego „Stanu gry”, ale Ayer czyni z tego dość sympatyczny dodatek. Chociaż kilka postaci (dyrektor CIA, wicedyrektor FBI) wydają się zmarnowane i niewykorzystane. Tak samo zbędna wydawała mi się agentka FBI (córka Eliose) i jej partner, gdzie dynamika próbuje być jak w kinie kumpelskim, tylko ten humor za działa.

Ale jeśli chodzi o akcję, jest więcej niż kompetentnie. Krew się leje, kości są łamane, palce obcinane, budynki oraz ludzie podpalani, kule świszczą – znacie te zasady. Nawet jak nasz Pszczelarz jest otoczony przez kilkunastu UZBROJONYCH po zęby gości, unieruchamia ich gołymi pięściami (w większości), choć po spluwę też sięgnie i postrzela. Choć sceny akcji są dość szybko cięte, nie zmieniają się w nieczytelny chaos, podbite jeszcze dobrym udźwiękowieniem. A już w finale (satysfakcjonującym jak cholera), jest totalna młócka na eksplozje, karabiny, kopniaki z buta, noże i kastety.

Aktorsko jest o wiele lepiej niż ma prawo być. Jason Statham niby robi to zawsze, tylko jest bardziej bezczelny i bezwzględny, walczy jak wariat. Ale ma też parę poważniejszych momentów, które ogrywa naprawdę nieźle. Za to sporym zaskoczeniem byli Josh Hutcherson oraz Jeremy Irons. Pierwszy jako szef tego skamowego przekrętu wypada najlepiej z całej obsady. Bywa on irytującym dzieckiem Gen Z, co ma zajoba na wege żarcie czy medytacje i masaże, a z drugiej to wyszczekany gówniarz przekonany o nietykalności. Irons jako były dyrektor CIA, obecnie „fixer” firmy wnosi odrobinę ironii oraz przypomina zmęczonego cynika, zbyt inteligentnego wobec swojego otoczenia.

To nie jest film zmieniający oblicze ziemi, tej ziemi. Ayer zrobił bardzo kompetentny akcyjniak w starym stylu, zachowując względny realizm (gdzieś do połowy). Potem hamulce puszczają, schematy wchodzą, a i tak zabawa jest przednia. Warte obejrzenia, szczególnie z kumplami lub kumpelami przy piwku.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Meg 2: Głębia

Pamiętacie jak parę lat temu Jason Statham walczył z prehistorycznymi rekinami? Czyli megalodonami zwanymi meg? Pierwszy „Meg” był średnim, głupim filmem klasy B za dużą kasę (głównie z Chin), który mógł dawać masę frajdy. Przy okazji zarobił też kupę kasy, więc sequel był nieunikniony. Tym razem za kamerą stanął sam Ben Wheatley, czyli twórca „Kill List”, „High Rise” czy „Free Fire”. Ale to nie miało jakiegoś dużego wpływu na styl czy jakość.

meg2-1

Statham wraca jako Jonas Taylor – doświadczony płetwonurek, który pracuje dla chińskiego Instytutu Oceanicznego. Przy okazji wkurza wszystkich, co niszczą morza np. wrzucając tam toksyczne substancje w beczkach. Ale też mierzył się ze znajdującymi się na dnie oceanu prehistorycznymi rekinami, co przebiły się na powierzchnię. Tym razem szef grupy badawczej, Zhang Jiuming (Wu Jing) chce badać dno oceanu i pracuje nad specjalnymi egzoszkieletami. Podczas ekspedycji (gdzie jeszcze przekrada się 14-letnia Meiying, wkurzając ojca i Jonasa) odkrywają kolejne megi, jednak nie to jest największym problemem. Jest nim za to pewna funkcjonująca stacja, gdzie… prowadzone są wydobycia rzadkich surowców.

meg2-2

Druga część ma więcej tego, co było poprzednio: więcej rekinów, więcej morza, więcej Chińczyków, więcej ekspozycji i… więcej nudy. Cała ta intryga związana z wydobywaniem surowców wydaje się być wzięta z innego filmu. Do tego traktowana jest ze śmiertelną powagą, co jeszcze bardziej gryzie się z całą resztą. Najlepszy jest absolutnie początek, czyli akcja Jonasa na statku wyrzucającym toksyczne beczki oraz półgodzinny finał, gdzie rekiny atakują ludzi. I z nimi mierzy się Jason Statham. Wiążę się z tą decyzją jedno ważne pytanie: CZEMU TAK PÓŹNO? Ja cały film czekałem na Niezniszczalnego Jasona robiącego to, co potrafi najlepiej – spuszczać łomot.

Tylko, że zamiast tego mamy kompletną bzdurę z wydobywaniem rzadkich minerałów z oceanu, co przynosi od groma piniądzorów. Oraz pójście w klimaty z „Otchłani” Jamesa Camerona. Po twarzy dostajemy ekspozycyjnymi dialogami i wymuszonym humorem, co trafia w cel niczym ślepiec z karabinu snajperskiego na odległość 10 km. Do tego kompletnie nijacy antagoniści, których nie da się traktować poważnie, dopasowany do tego poziomu drugi plan oraz niezbyt dobre efekty komputerowe.

meg2-3

Najgorsze jest jednak coś zupełnie innego, co kryje się w dwóch słowach: chiński rynek. Co oznacza dwie istotne kwestie. Po pierwszy, więcej azjatyckich twarzy. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale postać Jiuminga i jej córki mają w zasadzie wincyj czasu ekranowego od Stathama, rzekomej gwiazdy tego filmu. A taka parka wychodzi z każdych tarapatów, szczególnie tatuś. Bo ja wiadomo, wszyscy Chińczycy są superinteligentni, znają kung fu i mają od cholery szczęścia. Trochę śmierdzi to propagandą. Po drugie, oznacza to całkowity brak krwi, a ta by się tutaj bardzo przydała. Ale we Chinach filmów z R-ką pokazywać nie można, ponieważ nie są w ogóle dystrybuowane (albo jak mówił Ryan Reynolds dostają kategorię wiekową: Pierdol się i tak tego nie zobaczysz). A sama obecność posoki podbiłaby klimat kina klasy B i dałaby więcej frajdy.

meg2-4

Jestem strasznie wkurzony i rozczarowany drugim „Meg”. Dać Jasona Stathama oraz masę rekinów do rozwalenia, podkręcić absurdalność, a także dodać paru kumpli do wsparcia – DLACZEGO ZROBIENIE TEGO BYŁO DLA TWÓRCÓW ZA TRUDNE???!!! I jest jeszcze niebezpieczna nadzieja, że powstanie część trzecia. Boże, daj mi siły!!!

4/10

Radosław Ostrowski

Maestro

Filmy biograficzne mają to do siebie, że są pisane na dwa sposoby: albo obejmuje spory fragment życiorysu (najczęściej od narodzin aż do śmierci), albo skupiamy się na konkretnym wydarzeniu w życiu danej osoby. Jednocześnie próbując zachować (lub nie) równowagę między karierą zawodową a życiem prywatnym, co stało się wręcz kompletną sztancą oraz szablonem wykorzystywanym do tej pory. To z kolei sprawiło, że historie ludzi interesujących, ciekawych czy ważnych dla historii nie oddawały w pełni tego kim byli i dlaczego warto o nich opowiadać.

„Maestro” od Bradleya Coopera próbuje opowiedzieć o kompozytorze oraz dyrygencie Leonardzie Bernsteinie (Cooper mocno ucharakteryzowany). Mamy tu (bardzo pobieżnie) potraktowaną karierę: od pierwszego dyrygowania orkiestrą przez pisanie musicali czy utworów orkiestrowych aż do popularyzowania muzyki klasycznej oraz nauki młodych ludzi dyrygowania. Jednocześnie Lenny poznaje aspirującą aktorkę Felicię Montealegre Cohn (Carey Mulligan), z którą bierze ślub. Problem jednak w tym, że nasz maestro lubi też młodych chłopaków, co mocno ukrywa przed swoją połowicą. Chyba.

Oglądając „Maestro” nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Cooper nie do końca wiedział na czym się skupić. O samej muzyce ledwo i sporadycznie się wspomina, choć często gra w tle. Samo dyrygowanie pokazane jest raptem z kilka razy (z czego za pierwszym razem jest to urwane przed rozpoczęciem koncertu), zaś kwestia orientacji seksualnej – jak 90% całego filmu – jest ledwo liźnięta. Niby on tu ukrywa, ale robi to tak nieudolnie, że niemal wszyscy wiedzą. Reżyser próbuje zbudować historię Bernsteina poprzez jego relację z żoną i tu stworzyć emocjonalną więź. Co udaje się tylko częściowo. Dlaczego? W pewnym momencie to właśnie Felicia zawłaszcza i dominuje ekran. Jakby jej historia oraz tego, ile poświęca dla niego i rodziny okazuje się o wiele ciekawsza niż kariera Bernsteina. Niby faceta unikającego zaszufladkowania, ale tutaj kompletnie nie jest to pokazane.

By jeszcze bardziej namącić nam w głowach (albo nadać walorów artystycznych) narracja jest bardzo skokowa i ciężko się w tym wszystkim połapać. Stosowanie elips (przejścia montażowe) potrafi przesunąć całą akcję o nawet dekadę, nie dając żadnych poszlak gdzie jesteśmy. Trochę pomagają zdjęcia, gdzie początki (do lat 50.) są czarno-białe, by później przejść w kolor. W ogóle technicznie „Maestro” sprawia wrażenie przemyślanego, z kilkoma kapitalnymi ujęciami. Pierwsze wejście Bernsteina jako dyrygenta, kłótnia małżeńska na szerokim planie ze… Snoopym w tle czy dyrygowanie w kościele – to robi piorunujące wrażenie. Szkoda tylko, że to są tak naprawdę tylko drobne przebłyski czegoś większego.

Cooper-reżyser daje Cooperowi-aktorowi odrobinę pola do zagrania Bernsteina, a ten wydaje się wtapiać do postaci. Charakteryzacja nie przeszkadza mu, ALE… to wszystko wydawało mi się pozą. Jakbym obserwował robota próbującego naśladować człowieka, lecz nie potrafiącego wyrazić emocji. Albo robi to w sposób mocno przerysowany. W kontrze do niego stoi absolutnie cudowna Carey Mulligan, która dla mnie była prawdziwym sercem „Maestro”. Felicia ma w sobie więcej uroku i energii, pokazując ją w bardzo oszczędny sposób. Ale na tyle, by zaangażować, szczególnie bliżej końca, gdy mierzy się z chorobą. Bez niej prawdopodobnie bym zasnął w trakcie seansu.

Nie mam cienia wątpliwości, że „Maestro” to klasyczny Oscar bait, na który akademicy prawdopodobnie się nabiorą i nominacje się posypią. Biografia sławnego człowieka z aktorem schowanym w charakteryzacji i tak próbującym zdobyć Złotą Statuetkę, że aż trudno w cokolwiek uwierzyć. Męczący, nudny, na siłę próbujący być „artystyczny”, zaś o samym Bernsteinie nie dowiedziałem się kompletnie niczego.

5/10

Radosław Ostrowski

Biedne istoty

Idąc na film Yorgosa Lanthimosa należy spodziewać się czegoś szalonego, surrealistycznego i całkowicie oryginalnego. Nawet jeśli jest to adaptacja dzieła literackiego – tutaj użyto powieści Alasdaira Graya. Jednak nadal czuć tutaj ten styl reżysera znany choćby z „Faworyty”. Oraz jak w większości dorobku Greka nie jest to kino dla wszystkich.

Akcja zaczyna się w wiktoriańskiej, steampunkowej Anglii i skupia się wokół Belli Baxter (Emma Stone). Kobieta jest dość… osobliwa. Może i wygląda na dorosłą, ale bardziej przypomina dziecko. Chodzi jak dziecko (powoli i niepewnie), mówi jak dziecko (pojedynczymi słowami, nie zawsze poprawnie), zachowuje się jak dziecko (rzucanie talerzami itp). Zamieszkuje domostwo ekscentrycznego lekarza, Godwina Baxtera (Willem Dafoe), którego czasem nazywa God i jest jej opiekunem. Zaskakująco szybko rozwijają się jej umiejętności werbalno-motoryczne, które obserwuje jego asystent Max McCandless (Ramy Youssef). Lecz kobieta zaczyna chcieć więcej. Jak choćby wychodzić na zewnątrz czy poznawać innych ludzi. Wtedy na jej drodze pojawia się Duncan Wedderburna (Mark Ruffalo) – bawidamek i uwodziciel, który zabiera ją ze sobą do Lisbony.

Lanthimos kolejny raz tworzy świat pozornie znajomy, ale jednocześnie bardzo odrealniony. Niby jest to XIX wiek, gdzie nadal dominują dorożki, pojawiają się idee socjalizmu i feminizmu, zaś nauka cały czas osiąga postępy. Z drugiej jednak strony ta nauka doprowadza do stworzenia takiej Belli (niemal żywcem w stylu „Frankensteina”) oraz emocjonalnej oschłości. A także różnych genetycznych mieszanek jakich nie stworzyłby sam doktor Moreau, tylko bardziej pokręcone. Jednak w „Biednych istotach” to jest tylko tło, fasada do wyjścia naszej protagonistki na świat zewnętrzny. Kompletnie naiwnej, trzymanej pod kloszem, odkrywającej nowy świat, ludzi oraz… samą siebie. Jak w „Barbie”, prawda? Jest bardzo bezpośrednia w rozmowach, co wywołuje czasem konsternację, łatwo podatna na manipulację i niesamowicie pobudzona seksualnie, a czasem wypowiada się w sposób bardzo analityczny. Ta dychotomia dla mnie była najciekawsza. Zresztą jest tu masą pokręconego humoru, mocno idącego w absurd. Wiele scen (taniec Belli z Duncanem, sceny w paryskim burdelu) zostaną w pamięci na długo. Wierzcie mi.

Sam film wygląda po prostu zjawiskowo. Najbardziej widać to w sposobie filmowania, gdzie chętnie korzysta się z żabiego oka oraz zbliżeń. Czyni to całość jeszcze bardziej odrealnioną, choć sam początek niemal w całości jest czarno-biały. Ale kiedy Belle trafia na zewnątrz, Lanthimos wali w oczy kolorami tak intensywnymi, że aż sztucznymi. Tak samo wnętrza, scenografię i kostiumy wydają się z epoki, tylko jakby większe. I nie ważne, czy jesteśmy na statku, Lizbonie czy w Paryżu, ciężko oderwać tu od czegokolwiek oczy. Do tego wszystkiego wpisuje się pokręcona, dziwaczna muzyka z tematem przewodnim na rozstrojonych instrumentach.

To wszystko robiło piorunujące wrażenie, ale jeszcze zostaje to podbite rewelacyjnym aktorstwem. Świetny jest Willem Dafoe jako mocno oszpecony naukowiec, niejako będący odpowiednikiem dra Frankensteina. Ciągle badający i podchodzący do wszystkiego w sposób racjonalny (wręcz aż do przesady), jednak pod tym wszystkim skrywa się (pokręcona) ojcowska miłość. Kompletnie zaskoczył mnie Mark Ruffalo, który gra takiego czarusia, podrywacza i cwaniaka. Wydaje się, że znalazł kolejną ofiarę, ale nawet on nie wiedział na co się pisze. Od szerokiego uśmiechu i radości aż po stan załamania nerwowego, wręcz obłędu. Jednak to wszystko blednie przy Emmie Stone. W długich, czarnych włosach jest nie do poznania, tworząc najbardziej złożoną oraz najlepszą rolę w jej karierze. Bezbłędnie ogrywa wszystkie emocje: naiwność, szczerość, gniew, samotność i odnalezienie swojego miejsca na świecie. Jej droga do bycia sobą była dla mnie o wiele bardziej wciągająca oraz angażująca niż w „Barbie”.

Wszelkie podobieństwa do „Barbie” i „Frankensteina” są zamierzone oraz nieprzypadkowe, ale Lanthimos miesza to w swoim nieskrępowanym, dzikim stylu. Dawno nie widziałem filmu, podczas którego jednocześnie śmiałem się do rozpuku, byłem oszołomiony warstwą wizualną i czasem nie wierzyłem w to, co widzę. Nie wszystkim się spodoba, ale to zdecydowanie NIEZAPOMNIANE przeżycie.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bunt przed sądem wojennym

7 sierpnia 2023 roku zmarł amerykański reżyser William Friedkin. Twórca „Egzorcysty” przypomniał o sobie w 2011 zaskakująco dobrym „Zabójczym Joe” – kryminalną opowieścią w klimacie filmów braci Coen, gdyby oni opowiadali o patologii i byli bardziej ekstremalni w formie. Ale przed śmiercią 86-letni filmowiec zdążył zrealizować film dla stacji Showtime, jednak premiery już nie dożył. Jak sam tytuł wskazuje jest to dramat sądowy.

Podstawą była sztuka teatralna Hermana Wouka oparta na jego powieści z 1953 roku. Reżyser uwspółcześnił realia z czasów II wojny światowej do bardziej nam współczesnych w Zatoce Perskiej. Ale punkt wyjścia jest taki: oskarżenie pierwszego oficera niszczyciela min USS Caine, porucznika Maryka (Jake Lacy) o wszczęcie buntu i odsunięcie kapitana statku od dowództwa. Dlatego, że komandor podporucznik Queeg (Kiefer Sutherland) miał przejść załamanie nerwowe kiedy statek uciekał przed sztormem. Obrony oficera podejmuje się wyznaczony przez sędziego porucznik Greenwald (Jason Clarke), zaś oskarża komandor porucznik Challee (Monica Raymund).

W zasadzie można nazwać „Bunt przed sądem wojennym” produkcją, która bardziej pasowałaby do Teatru Telewizji. Dla wielu może to zabrzmieć jakby to była wada, jakby to było coś gorszej jakości. Ale ta teatralność, osadzenie wszystkiego (prawie) na sali sądowej. Nie ma tutaj żadnych scen retrospekcji (które można byłoby tu spokojnie wstawić), przebitek czy eksperymentów formalnych. Reżyser używa zarówno paru długich ujęć, zbliżeń czy szybkich cięć montażowych. To ma służyć jednemu celowi i jednemu celowi tylko służyć to ma: budowaniu ciągłego poczucia napięcia oraz presji. By móc dotrzeć do prawdy lub czegoś, co za prawdę możemy uznać. Co mam na myśli? Bo nasza sympatia lub antypatia zależeć będzie od tego komu uwierzymy (czytać: czyją prawdę uznamy), o co toczy się cała stawka.

Czy bardziej zaufamy młodym oficerom, czy może bardziej doświadczonemu dowódcy? Czy Queeg naprawdę jest mściwym tyranem, karzącym w dość ostry sposób swoich podwładnych (zakaz korzystania z prysznica, szukanie winnych podjadania truskawek)? A może jego podoficerowie spanikowali i wykazali się zwykłą niesubordynacją? Kolejni świadkowie – zarówno oficerowie, jeden mat, biegli psychiatrzy oraz ekspert wojskowy – podsuwają różne możliwości, hipotezy, teorie. Więcej jest tutaj odcieni szarości niż jednoznacznego wskazania granicy, co budzi wątpliwości. Dopiero w samym finale dostajemy wyjaśnienie w bardzo mocnym monologu, który jest tak kropka rzucona w ostatnim zdaniu.

Tak mięsiste kino potrzebuje też krwistych ról, a Friedkin zazwyczaj miał dobrą rękę do aktorów. Nie inaczej jest w „Buncie…”, gdzie są co najmniej dwie genialne kreacje. Po pierwsze – absolutnie zaskakujący Kiefer Sutherland w roli kapitana Queega. To bardzo neurotyczny oficer, który ma za sobą bardzo silne i poważne przejścia. Co bardzo czuć w sposobie mówienia, chwilach zacięcia, powtarzania się czy nagłego „zapominania”. Aktor pojawia się w dwóch scenach przesłuchania i całkowicie dominuje ekran swoją obecnością, zaś ostatnie momenty w jego wykonaniu to majstersztyk. Takiego Sutherlanda nie widziałem nigdy. Równie rewelacyjny jest Jason Clarke w roli obrońcy Greenwalda, który początkowo sprawia wrażenie niechętnego obrony (do czego sam się przyznaje). Ale im dalej w las, w tym bardziej opanowany, wręcz metodyczny sposób podchodzi do sprawy. Zadaje bardzo zasadne i sensowne pytania, nabierając coraz większej siły, ale najmocniejszą rzecz rzuca w samym finale, już po procesie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jego najlepsza rola w karierze i ogląda go sprawia czystą przyjemność. Tak samo fantastyczny jest Jake Lacy (porucznik Maryk), energiczna Monica Raymund (prokurator Challee) czy pełen siły oraz charyzmy Lance Reddick (kapitan Blakely, przewodniczący składu sędziowskiego) w swojej ostatniej roli.

Nie wiem, czy William Friedkin kręcąc „Bunt przed sądem wojennym” wiedział, że to będzie jego ostatni film, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Reżyser dał z siebie wszystko, wyciskając ze scenariusza i aktorów maksimum możliwości, a ci to odwzajemnili. To ciągle aktualny dramat o odpowiedzialności dowódcy pod wpływem presji i stresu, a także o roli dyscypliny w armii. Absolutnie godne pożegnanie Mistrza z kinem w wielkim stylu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Informacja zwrotna

Dla fanów literatury nazwisko Jakuba Żulczyka jest wyznacznikiem wysokiej jakości w literaturze popularnej. Szczególnie po serialowej ekranizacji „Ślepnąc od świateł” wzrosło zainteresowanie filmowców dorobkiem pisarza. Już jest w trakcie realizacji „Wzgórze psów” przez Piotra Domalewskiego, ale już wcześniej Netflix zmierzył się z innym tekstem – „Informacją zwrotną”. A dokładniej reżyser Leszek Dawid i scenarzysta Kacper Wysocki.

Głównym bohaterem jest Marcin Kania (Arkadiusz Jakubik) – były muzyk rockowy, obecnie właściciel kilku wynajmowanych mieszkań oraz niepijący alkoholik. Uczęszcza na terapię AA, od dwóch lat jest trzeźwy, ale rodzina trzyma się od niego z daleka. W końcu lata życia z mocno podchmieloną głową rodziny nie należało do najłatwiejszych. Ale pewnego dnia mężczyzna budzi się podpity w swoim mieszkaniu, z pobitą głową oraz śladami krwi. Co bardziej niepokojące, umówił się tego wieczora ze swoim synem. Z którym nie ma żadnego kontaktu. Z niewyraźnych przebitek Marcina wydaje się, że chłopak został porwany. Tylko przez kogo i dlaczego?

Na pierwszy rzut oka serial wydaje się być kryminałem, gdzie główny bohater próbuje rozwikłać tajemnicę. Jednak twórców nie interesuje do końca łamigłówka, choć pojawiają się kolejne tropy, poszlaki oraz możliwości. W samym centrum jest Kania oraz jego zmagania z alkoholem, pełne wewnętrznych monologów i retrospekcji z mrocznych czasów chlania. Dla mnie to były najmocniejsze fragmenty, które pokazywały jak bardzo silny wpływ ma na całą rodzinę alkohol. Nawet jeśli mijają lata, strach najbliższych jest mocno odczuwalny. Bo oni nie nabiorą się na kolejne obietnice, przyrzeczenia – zbyt wiele ich słyszeli. Zbyt wiele razy widzieli ich łamanie, wiedzą o ukrywanych butelkach w różnych kątach i spodziewają się najgorszego. Zresztą nawet sami twórcy w paru scenach (słyszane głosy, zwidy, te same wydarzenia pokazane inaczej) poddają w wątpliwość narrację naszego bohatera. Wiarygodność podważają też pojawiające się dziury fabularne, jednak to wszystko jest całkowicie celowym celem.

Bo finał to bardzo mocny strzał z liścia, gdzie wszystko układa się w sensowną całość, a bohater poznaje prawdę o sobie samym. A prawda ta nie jest ani łatwa, ani przyjemna, lecz pozwala zdjąć zasłonę kłamstw. Poznać kto jest prawdziwym przyjacielem, kto tylko wykorzystywał i manipulował, a kto wspierał. Tylko czy nie jest już na to za późno? Czy jeszcze można się zmienić oraz wyjść z nałogu? Ta kwestia pozostaje otwarta i zależy to od nas.

Niejako przy okazji twórcy dotykają istotnego dla fabuły wątku reprywatyzacji kamienic, na którym nasz bohater trochę zyskał. To jak brutalnymi i bezwzględnymi metodami wykurza się lokatorów z kupionych domostw jest mocne, choć jest ten wątek w zasadzie tłem wydarzeń.

Ale najmocniejszym punktem tego serialu jest rewelacyjny Arkadiusz Jakubik, który przechodzi tu samego siebie. Kania z jednej strony potrafi być złamanym przez życie alkoholikiem, z drugiej totalny paranoik zdolny do agresji, wręcz wybuchowy. W retrospekcji też pokazuje dwie sprzeczności: pozorną wesołość i nagłą wściekłość, a także zażenowanie, smutek, ból, frustrację. To wszystko aktor ogrywa bezbłędnie, tworząc bardzo złożony i nie idący na łatwiznę portret alkoholika. Równie mocny jest Jakub Sierenberg w roli Piotrka – bardzo wycofany, zamknięty w sobie, ale próbujący się postawić ojcu. Najmocniejszą sceną w jego wykonaniu pozostaje finał, który wręcz szarpie za gardło. Poza tą dwójką jest tu masa wyrazistych ról drugoplanowych: od Andrzeja Konopki (śliski Zbyszek, dawny kumpel z zespołu) przez Przemysława Bluszcza (komisarz Cezary Karłowicz) po Nel Kaczmarek (Ula, córka Kanii).

Informacja zwrotna” może wydawać się kolejnym thrillerem/kryminałem jakich było wiele, ale to przede wszystkim bardzo mocny portret psychologiczny człowieka mierzącego się z demonami przeszłości. Miejscami oniryczny, ale bardzo naturalistyczny i do bólu szczery. Z życiową rolą Jakubika, która zostanie z wami na bardzo długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski