Łowca głów

Powroty reżyserów-weteranów zazwyczaj nie są zbyt udane. Długa przerwa między tytułami też nie pomaga, więc pytanie o dalszy sens tworzenia coraz bardziej się nasilają. Czy niektórzy goście liczą, że odzyskają blask z czasów świetności, bo nazwisko jest jeszcze rozpoznawalne. Czy może to poczucie pewnego przymusu, oznaka stagnacji i dalszego tworzenia, mimo wszystko? To temat na znacznie szerszą rozmowę, a wszystko sprowokowane zostało przez najnowszy film 81-letniego Waltera Hilla.

Reżyser ten nakręcił masę kultowych filmów z lat 70. i 80. jak „Kierowca”, „Wojownicy”, „48 godzin”, „Ulice w ogniu” czy „Czerwona gorączka”. Proste, stylowe, czasem surowe męskie kino akcji z wyrazistymi postaciami, ciętymi dialogami oraz dobrą obsadą. Gdzieś tu czuć – w większym lub mniejszym stopniu – inspiracje westernami. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu, czyli „Łowcą głów” – hołdu dla klasycznych opowieści o kowbojach z lat 50., robionych za małe pieniądze. Więc chyba wiecie, czego się spodziewać.

lowca glow1

Akcja toczy się w roku 1897 w stanie Nowego Meksyku. Fabuła skupia się wokół trzech bohaterów: łowcy nagród Maxa Borlunda (Christoph Waltz), hazardziście i bandycie Joe Cribbensa (Willem Dafoe) oraz pani Price (Rachel Brosnahan). Obaj wymienieni panowie mają kosę ze sobą, a kiedy Joe wychodzi z więzienia może dojść do konfrontacji. Początkowo jednak drogi się rozchodzą (Joe rusza do Meksyku), ale nie oszukujmy się – musi dojść do przecięcia. Max dostaje za to kolejne zadanie – ma odbić żonę pewnego bogatego przedsiębiorcy z ręki żołnierza. Oboje przebywają gdzieś w Meksyku. Nagroda jest spora, teren nieznany, a rewolwerowiec dostaje jako wsparcie sierżanta Poe (Warren Burke). Początkowo wszystko wydaje się iść łatwo. Początkowo, bo samo zlecenie okazuje się mniej czarno-białe niż opowiadano.

lowca glow2

Hill miesza te wątki i pierwsze kilka minut sygnalizuje, co się może wkrótce wydarzyć. Nie brakuje całkiem ładnych krajobrazów, zaś utrzymane w tonie sepii zdjęcia budują klimat. Mimo dość spokojnego tempa oraz poczucia dość skromnego budżetu, historia potrafi wciągnąć. Dialogi są całkiem niezłe (choć miejscami wkraczają repetycje), postacie mają interesujące tło, choć prostą motywację. Chciałbym jednak trochę lepiej poznać naszą parę przeciwników (skąd się poznali, co jest źródłem wrogości itp.), ale to, co dostałem wystarczy w stopniu podstawowym. Parę wad jednak tu jest – słabe efekty specjalne (komputerowa krew czy wjazd koniem do środka), mało wyrazisty antagonista, banalne przejścia (nagle pojawiający się czarny ekran) czy zbyt statyczna praca kamery. Same strzelaniny oraz sceny akcji są tylko poprawne, głównie dzięki montażowi (najbardziej podobał mi się finał oraz pojedynek na… bicze), zaś w tle gra bardzo klimatyczna muzyka.

lowca glow3

To, co wznosi „Łowcę głów” z powyżej poziomu średniaka, to świetni aktorzy. Christoph Waltz już bywał na Dzikim Zachodzie (dzięki Tarantino), jednak tutaj tworzy postać cynicznego twardziela z moralnymi zasadami. Z czasem jednak skrywa w sobie o wiele więcej szlachetności niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Za to Willem Dafoe jest po prostu cudowny i bawi się swoją rolą. Nawet jeśli wiele scen z nim wydaje się zbędnych (jak choćby… strzelanie do karaluchów), to jednak jako antagonista ma spore pole manewru. Najlepiej prezentuje się Rachel Brosnahan jako rzekomo porwana pani Price, tworząc bardzo silną, choć nie zgrywającą twardzielkę jakby z innej epoki. I o dziwo się to nie gryzie z całą resztą.

lowca glow4

Więc jak w ogólnym rozrachunku wypada ten western? Niby jest to znajoma historia, budżet nie za wielki, a reżyserska ręka miejscami bywa sztywna. Czuć tu pasję i miłość do gatunku, mimo niedoskonałości, choć można było parę rzeczy zrobić lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tata

Uwaga!
Recenzja zawiera spojlery!

Tytułowym tatą jest Michał (Eryk Lubos) – kierowca TIR-a, samotnie wychowujący córkę. Chyba, że jest w trasie, to wtedy dziewczynką zajmuje się niania z Ukrainy i jej wnuczka Lenka. Mówienie, iż łatwo nie jest to nic nie powiedzieć. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy starsza pani umiera. Kobieta była nielegalnie, co oznaczało by miesiące papierologii, procedur, a gdzieś w tle czaiłaby się deportacja. Mężczyzna kontaktuje się z żoną nieboszczki i decyduje się zabrać zarówno dziewczynki, jak zawieść ciało na Ukrainę. Ryzykowna decyzja, ale jakie są inne opcje?

Kolejna polska produkcja zrealizowana przez Warner Bros. (po „Innych ludziach”, „Apokawixie” i „Na swoim miejscu”), znowu nakręcona przez debiutantkę. Poniekąd, bo reżyserka Anna Maliszewska jest doświadczoną twórczynią teledysków. Ale wideoklip to jedno, a pełnometrażowa fabuła to inna para kaloszy. „Tata” to kolejna próba stworzenia kina środka, czyli opowieści o sprawach ważnych i poważnych, lecz w sposób bardzo przystępny, niekoniecznie depresyjny. Maliszewska tworzy kino drogi, choć wydaje się dziwnie znajome. Dorosły ojciec i dwie dziewczynki, które potrafią być momentami irytujące. Jak to dzieci, choć miewają przebłyski dojrzałości. Podróż pozwala także poznać Michała i dręczące go demony (śmierć żony, alkoholizm, samotność), jednocześnie próbując bardziej scementować swoją więź z córką.

Zadziwiający jest fakt jak bardzo płynnie toczy się cała opowieść. Nie ma poczucia przestoju, zbędnej sceny i czuć emocjonalny ciężar. Spędzamy wiele czasu z tym kierowcą, dla którego droga jest całym swoim życiem. Widzimy go podczas jazdy, na postojach czy parkingach. Czasem pojawi się autostopowiczka (Zofia Jankowska), kolegów z trasy albo stara znajoma (świetna Marta Malikowska). Cały czas jednak w centrum pozostaje Michał oraz dwie dziewczynki. Choć zdarza się powiedzieć parę mniej przyjemnych słów, Lenka i Miśka tworzą bardzo siostrzaną relację.

Ale kiedy trafiają na Ukrainę wszystko niby wydaje się spokojne, łagodnie. Docierając na miejsce, do Wasyla sprawy się komplikują. Ciężko się dogadywać, Michał niejako zmuszony jest do picia, zaś przewożony przez niego towar (ciało jest schowane w… mrożonych rybach) ulega zniszczeniu. Zupełnie jakby chodzi o pokazanie naszych sąsiadów jako bardziej samolubnych (matka Lenki jest politykiem i mieszka w stolicy), lubiących mocno chlać, przywiązanych do tradycji, lecz głupich, roszczeniowych. Chyba nie do końca o to tu chodziło. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej, lecz dając w finale drobną nadzieję na poprawę sytuacji. Niemniej dysonans pozostał, mimo mocno jaskrawych kolorystycznie zdjęć.

Sytuację za to ratują aktorzy. Pozytywnie mnie zaskoczyły dziewczynki – Klaudia Kurak i Polina Gromova, będące kompletnymi debiutantkami. Obie są bardzo naturalne, bez poczucia fałszu, dając sporo emocji do pokazania. Jednak wszystko na swoich barkach trzyma Lubos, który jest mieszanką determinacji, wrażliwości oraz… bezsilności, przytłoczenia, zagubienia. Te ostatnie pojawiają się w scenach, gdy jest sam, próbuje szukać pomocy przez telefon, wśród znajomych albo wyjąc do księżyca. Dosłownie. Trudno go jednak nie lubić, choć może wydawać się najmniej odpowiednim kandydatem na rodzica.

Choć nie brakuje paru potknięć, debiut Maliszewskiej jest w pełni udany. Balansując między powagą, humorem, nie idzie na łatwiznę, potrafi poruszyć. Całość podnosi bardzo zniuansowana kreacja Eryka Lubosa, prawdopodobnie najlepsza w jego karierze. Dla niego samego warto pójść do kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziki Bill

Lata 90. dla Waltera Hilla to był czas zagubienia, gdzie więcej razy pudłował i rozczarowywał. Jego filmy coraz bardziej przypominały produkcje telewizyjne, brakowało im energii, ciętych dialogów i tego sznytu. Nie inaczej jest w przypadku biograficznego filmu o Dzikim Billu Hickoku. Choć nakręcony za spore pieniądze (ponad 30 milionów dolców), w box office wyciągnął raptem dwie bańki. Nie koniecznie musi to oznaczać, że film musi być zły, jednak podczas seansu widać, iż coś poszło nie tak.

dziki bill1

„Dziki Bill” opowiada historię legendarnego rewolwerowca i szeryfa (Jeff Bridges) pod koniec swojego życia, kiedy przenosi się do miasteczka Deadwood. Całą jednak historię prezentuje brytyjski hazardzista, Charley Prince (John Hurt) podczas pogrzebu legendarnego kowboja. Obok niego jeszcze w miasteczku jest dawna miłość, Calamity Jane (Ellen Barkin) oraz kilka osób z dawnej przeszłości. Zarówno przyjaciele jak i wrogowie z urazami. Do tej drugiej grupy pasuje Jack McCall (David Arquette), który ogłasza wszem i wobec, że chce zabić Dzikiego Billa. Dlaczego? Bo potraktował jego matkę jak śmiecia – uwiódł, a potem zostawił. Takich zniewag nie są do przebaczenia.

dziki bill2

Początek wywołuje dezorientację i wydaje się bardzo chaotyczny. Zbitka scenek, gdzie szybko przeskakujemy z miejsca na miejsce, a Bill dokonuje kolejnych aktów mordu. Nie wiemy czemu i dlaczego, chyba miało to pełnić rolę ekspozycji lub pokazać gwałtowny charakter bohatera. Wszystko zmienia się w momencie poznania Prince’a oraz przyjazdowi do Deadwood. Niby nasz Bill ma pewne problemy (zdiagnozowana jaskra, prześladująca go przeszłość, starzenie się), ale i tak sprawia wrażenie kogoś złodupnego. Niby ma to pokazać złożoność tego charakteru, lecz scenariusz jest płytki i mocno… teatralny.

dziki bill3

Niby czuć tu spory budżet, a scenografia i kostiumy wyglądają naprawdę nieźle, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, za dużo postaci w zbyt krótkiej (niecałe półtorej godziny) historii. Wszystko sprawia wrażenie ściśniętych, nie dając wielu postaciom czasu ekranowego. Po to by móc je lepiej poznać i zagłębić (m. in. graną przez Christinę Applegate prostytutkę w relacji z Jackiem czy Calamity Jane i jej przeszłości), co frustruje. Innym problemem są retrospekcje. To, że są czarno-białe nie jest aż takim problemem, ale że kręcono je kamerą cyfrową już tak. Bo obraz staje się szybszy w ruchu i wygląda troszkę tanio, pozbawiając całości skali. Domyślam się, że Hillowi chodziło o wywołanie poczucia obcości, lecz można było to osiągnąć inaczej.

dziki bill4

Najbardziej szkoda mi tu aktorów, bo nie za bardzo mają pole do popisu. Najlepiej z tej konfrontacji wychodzi Jeff Bridges jako Dziki Bill, który staje się coraz bardziej świadomy przemijającego czasu. Można odnieść wrażenie, że jest więźniem swojego „medialnego” wizerunku nieustraszonego rewolwerowca, którego każdy wyzywa na pojedynek lub ma z nim zatarg. Choć na drugim planie mamy masę świetnych aktorów (m. in. Ellen Barkin, John Hurt, David Arquette, James Remar, Christina Applegate, Diane Lane czy Bruce Dern), w większości robią tu za tło na jedną scenę, gdzie mają szansę się wykazać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na etapie post-produkcji skopano sprawę.

„Dziki Bill” stracił pazury, choć ma kilka niezłych strzelanin. Czuć jak bardzo zmarnowano potencjał na pokazanie legendy w bardziej ludzki sposób. Hill dekadę później się zrehabilitował produkując dla HBO serial „Deadwood”, ale to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski

Minuta ciszy

W małym miasteczku Boża Wola mieszka Mieczysław Zasada (Robert Więckiewicz) – świeżo emerytowany listonosz. To nie był taki gość, co tylko wręczał list, dawał do podpisu i cześć. Był serdeczny, lubiany i zawsze parę słów powiedział. Ale po 30 latach pracy wchodzi w nowy etap swojego życia. Że będzie spokojnie, cicho spędzany czas z żoną oraz przyjacielem, Cześkiem (Mirosław Zbrojewicz). Wesołe życie staruszka? Nic z tego, albowiem jego kumpel strzela sobie w łeb. Sprawa idzie do jedynego zakładu pogrzebowego, prowadzonego przez Jacka Wiecznego (Piotr Rogucki). Wszystko jest załatwione, prawda? Ch***a, bo ksiądz odmawia pogrzebu nieboszczyka i Wieczny zmuszony odkręcić ten pogrzeb. I co teraz? Powiem ci, co teraz. Mietek nie wytrzymuje, decydując się na desperacki krok: założenie własnego domu pogrzebowego „Pogrzeby z Zasadami”. Tylko na tą jedną sytuację, jednak nawet on nie spodziewa się konsekwencji tej decyzji.

minuta ciszy1

Serial Jacka Lusińskiego dla Canal+ był reklamowany jako czarna komedia i jest to po części prawda. Bo tak naprawdę jest to komediodramat ze sporą dawką czarnego humoru. Czasami makabrycznie śmiesznego (pierwszy zgon przez… zaplątany krawat w samochodzie czy odebrane truposza z więzienia, który… budzi się w drodze), a czasami bardzo brutalnego, lecz nie pokazywanego z bliska (śmierć dziewczynki na polu kukurydzy). Ale przede wszystkim skupia się na samej branży pogrzebowej, która troszkę działa na granicy legalności. Kontakty w policji, domach spokojnej starości, urzędach, szpitalach, a jednocześnie zastraszanie konkurencji, sabotowanie pogrzebów i inne bandyckie metody. A także dobrze z lokalnym proboszczem też nie zaszkodzą. I jak w tym wszystkim odnaleźć się oraz zachować przyzwoitość? Oto jest zagwozdka, z którą nasz bohater będzie musiał się zmierzyć.

minuta ciszy2

Kwestię pochówków oraz przygotowań twórcy traktują z dużym wyczuciem, co wydaje się wręcz niezbędne. I nie chodzi chodzi o wybór trumny czy decyzję o ekshumacji. Najdobitniej pokazuje drugi odcinek, gdzie ginie córka bogatego rolnika. Przez utratę ręki ojciec chce dokonać kremacji, zaś matka (załamana psychicznie) woli trumnę. Jak tutaj znaleźć wyjście? Zdecydować się na decyzję ojca i wziąć szmal czy może jednak spróbować znaleźć inne rozwiązanie? Tak samo w sprawie zbiorowego pogrzebu po tragicznej śmierci na festynie. Jedna z rodzin chce pogrzeb świecki, a ciało skremowane. Lusiński ze współscenarzystą Szymonem Augustynakiem dają spory ciężar emocjonalny, przez co nie da się przejść obojętnie. Jednocześnie dodają dla kontrastu odrobinę humoru, nie doprowadzając do stanu depresyjnego. By jeszcze podkręcić atmosferę jeszcze wokół Zasady krąży pewna tajemnica z przeszłości. Ale więcej nie zdradzę, bo to trzeba obejrzeć na własne oczy.

minuta ciszy3

I jak to fantastycznie jest zagrane. Przede wszystkim błyszczy tu Robert Więckiewicz w roli Zawady, choć sam reżyser początkowo nie był przekonany do tego wyboru. Ale aktor znakomicie pokazuje tego skrytego, pełnego empatii człowieka, zderzonego z brutalnym światem biznesu pogrzebowego. Gdzie miesza się cierpliwość, desperacja, wściekłość i bezwzględność jakiej nikt się po nim nie spodziewa. Równie wyrazisty jest Piotr Rogucki jako Wieczny, tworząc prawdopodobnie najlepszą rolę w karierze. Niby elegancki i czarujący, lecz pod tą fasadą skrywa się mściwy, chciwy, bezwzględny sęp. Do pozbycia się konkurencji zdolny jest do wszystkiego, w czym wspiera go równie brutalny współpracownik Lutek (mocny Wojciech Skibiński) oraz troszkę ekscentryczny, ale sympatyczny „Nuta” (kradnący ekran Adam Bobik). Co się dzieje za to na drugim planie jest równie interesujące, co na pierwszym. Złego słowa nie mogę powiedzieć o Aleksandrze Koniecznej (poruszająca się na wózku żona Zasady), Mirosławie Zbrojewiczu (Czesław Major), Aleksandrze Popławskiej (wdowa po Majorze – to zła kobieta jest) czy świetnej Karolinie Bruchnickiej (twarda i nieustępliwa córka Majora o ksywie „Synek”).

minuta ciszy4

Niby jest to zamknięta historia, choć zakończenie zostawia pewną furtkę. Ale czy chciałbym mieć drugi sezon tego świetnego tytułu? Lusiński z tytułu na tytuł coraz lepiej rozwija swoje umiejętności reżyserskie, a „Minuta ciszy” to na razie jego najlepsze dzieło. Reżyser razem ze scenarzystą Augustyniakiem stworzyli „Śubuka”, który został bardzo dobrze odebrany przez krytykę i widownię. Można wywnioskować, że ta współpraca jest bardzo owocna.

8/10

Radosław Ostrowski

Tar

Dawno nie miałem styczności z filmem, który wywołuje we mnie aż tak skrajne emocje jednocześnie: od zachwytu w warstwie technicznej po frustrujące momenty w warstwie fabularnej. Przez co nie jestem w stanie powiedzieć, czy dany film mi się podobał. I tego doświadczyłem podczas seansu „Tar” – najnowszego filmu Todda Fielda, pierwszej produkcji zrealizowanej po 16 latach (!!!) milczenia. Czy warto było czekać?

Historia skupia się wokół Lydii Tar (magnetyzująca Cate Blanchett) – kompozytorki, dyrygentki, pierwszej kobiety prowadzącej swoją batutą Filharmoników Berlińskich. Kiedy ją poznajemy jest na szczycie, z masą wielkich sukcesów, o czym dowiadujemy się z wywiadu. Przygotowuje się do nagrania na album V Symfonii Mahlera oraz promowania swojej książki „Tar on Tar”. A czym jeszcze się Lydia zajmuje? Prowadzi zajęcia w Julliard, należy do Fundacji Accordion, mającej być kuźnią dla przyszłych dyrygentek, mieszka razem z koncertmistrzynią Sharon (Nina Hoss) oraz ich córką Petrą. Oprócz tego istotną osobą w życiu kompozytorki jest jej asystentka Franceska (Noemie Marlant). Ale nad tym pełnym sukcesów życiem zbierają się powoli czarne chmury. Wszystko z powodu jednej z dawnych podopiecznych, Kristy Taylor. Kobieta popełnia samobójstwo, co zaczyna rzutować na przyszłość Tar.

Field bardzo mocno skupia się na postaci Tar, próbując pokazać bardzo skomplikowany portret psychologiczny artysty. Genialnej indywidualistki, oddanej swojej muzycznej pasji aż do granicy perfekcjonizmu. Gdy słuchamy jej wywiadu na początku, sprawia wrażenie oczytanej, wyrazistej osobowości, trudno nie kryć fascynacji. Tak samo jak podczas wykładu, gdzie dochodzi do dyskusji na temat czy można oddzielić artystę od jego dzieła. I jest to ostra wymiana zdań, co też będzie miało poważne perturbacje. Ale jednocześnie pod tą całą intelektualną warstwą skrywa się wiele tajemnic. Nadużywanie władzy, manipulacja, poczucie wyższości, kłamstwa – to wszystko skryte w odcieniach szarości, a w dostrzeżeniu tego wszystkiego nie pomaga fakt, że Field nie wykłada wszystkiego wprost. Spora część informacji skryta jest między słowami, spojrzeniami, emocjonalnym chłodem. Jeśli dorzucimy do tego bardzo rwany montaż, gdzie wiele kluczowych scen dzieje się poza kadrem, można poczuć się mocno zagubionym. Wręcz sfrustrowanym poczuciem, że coś się przeoczyło i wiele spraw pozostaje otwartych (niewspomniana relacja z matką, rzucone pojedyncze zdania maili czy niemal pod koniec wizyta w rodzinnym domu). A że część dialogów w jeżyku niemieckim (głównie podczas prób orkiestry) nie została przetłumaczona, czyni całość jeszcze bardziej hermetyczną.

Z drugiej strony trudno nie oderwać oczu i uszu od filmu, przypominającego w formie europejską produkcję z lat 70. Nie brakuje długich ujęć (mastershot), gdzie niemal non-stop przyglądamy się Tar czy kilku kadrów przypominających wręcz horror (bieg przez las, gdzie w tle słychać krzyk i syreny policyjne, nocne koszmary z rozmytymi twarzami). Największe wrażenie robiły na mnie sceny prób, gdzie dźwięk jest wręcz porażający. Czuć siłę brzmienia orkiestry, nawet nie mając zielonego pojęcia o granym utworze. Ale jej energia, skupienie na poszczególnych instrumentach czy dyrygowaniu Tar. To ostatnie przypomina wręcz balet, gdzie kobieta ma pełną władzę nad wszystkimi dookoła.

„Tar” magnetyzuje genialną rolą Blanchett oraz scenami muzycznymi, ale z drugiej strony jest bardzo wymagającym portretem hermetycznego środowiska muzyki poważnej. Pojawiają się drobne akcenty humorystyczne, drugi plan potrafi zabłysnąć (szczególnie Hoss i Marlant, choć także drobny epizod Marka Stronga zasługuje na wspomnienie). Niemniej ciężko mi go jednoznacznie polecić ten psychologiczny dramat, mierzący się z władzą, kulturą i sztuką. Film przypomina obraz w muzeum, który łatwiej jest podziwiać niż polubić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wilk – seria 1

Czy jest sens oglądać seriale, których odcinki trwają kilka minut? Kilka odcinków po maksymalnie 15 minut – gdyby była to antologia w stylu „Miłość, śmierć i roboty”, nie jest to aż taki problem. Co innego w przypadku serialu, próbującego stworzyć spójną opowieść. Jak jest w przypadku serialu Canal+ „Wilk”?

wilk1-1

Dzieło niejakiego Jana Dybusa (debiutanta) toczy się w świecie, gdzie wprowadzony zostaje stan wyjątkowy. Wszyscy są zamknięci w swoich domach, nie można nigdzie wyjść. Chyba że chcesz zorganizować zamieszki to możesz, ale wtedy zaczną do ciebie strzelać i pacyfikować. Więc nie jest za ciekawie. Cała historia skupia się na dwójce młodych ludzi: Tymku oraz Adzie. Oboje pochodzą z różnych domów i jakimś cudem są razem, choć chyba wydaje się tylko seks. Stan wyjątkowy zmienia to wszystko, chociaż…

wilk1-2

Historia jest prościutka jak konstrukcja cepa, gdzie większość czasu spędzamy z chłopakiem. Bardzo wycofanym, niezbyt rozmownym (przynajmniej wobec dziewczyny) i wydaje się bardziej imprezowy. Jego rodzice (Magdalena Boczarska i Grzegorz Damięcki) chyba bardziej żyją obok siebie niż ze sobą. On bardziej w jakieś dużej korporacji, ją widzimy biorącą jakieś piguły. Jeszcze jest młodsza córka w wieku raczej przedszkolno-wczesno-podstawówkowym. Z drugiej strony jest Ada, mieszkająca z matką (Agata Kulesza). Kobieta jest w depresji po śmierci męża na raka i dziewczyna zajmuje się nią. Ją bliżej poznajemy dopiero pod koniec. Chyba, że jeszcze za dodatkowe źródło informacji potraktujemy pisane SMS-y. W tle jeszcze są wiadomości z ulicy oraz komunikaty przekazywane przez jakiegoś chłopaka, będącego jakby liderem tego buntu.

wilk1-3

Reżyser może treściowo nie zaskakuje, ale za to formą bawi się na wszelkie sposoby. Nie chodzi tylko o wplecenie krótkich retrospekcji (niektóre jak pokazanie rozwijanej kariery ojca Tymka płyną niczym teledysk) czy kilku szybkich sztuczek montażowych (impreza), lecz częste używanie czwartej ściany. I to w najmniej oczekiwanym momencie przez niemal każdego, biorąc mnie z zaskoczenia. Do tego w tle grająca muzyka hip-hopowa (m. in. PRO8L3M, Bedoes, OIO), budująca klimat.

wilk1-4

Ogląda się to naprawdę dobrze, mimo że jest to strasznie krótki tytuł (obejrzenie go może zająć trochę ponad godzinę). Tak krótki, że sprawia wrażenie urwanego i troszkę chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Niemniej jest to intrygujący eksperyment ze sporym potencjałem, pokazujący wycinek świata lockdownu z perspektywy młodych ludzi. Niedawno wyszła druga seria i chętnie sprawdzę, czy coś się zmieniło w tym temacie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wieloryb

Jeśli jest reżyser, którego filmy mnie ciekawią i chce oglądać, to jednym z nich jest bez wątpienia Darren Aronofsky. Twórca „Requiem dla snu”, „Zapaśnika” czy „Czarnego łabędzia” skupia się na ludziach udręczonych przez własne demony (narkotyki, dążenie do perfekcjonizmu), chcących naprostować – lub nie – swoje życie. Albo to, co z niego jeszcze zostało. Jego najnowsze dzieło „Wieloryb” wydaje się kontynuować tą drogę, lecz wizualnie jest dość inny.

wieloryb2

Bohaterem filmu jest Charlie (zaskakujący Brendan Fraser) – nauczyciel angielskiego, prowadzący kurs online. Mieszka w wynajmowanym pokoju motelowym, które wygląda jak po przejściu tornada. Jedyną odwiedzającą go osobą jest opiekująca się nim pielęgniarka Liz (Hong Chau). Miał żonę i córkę, lecz zostawił je kilka lat temu dla innego mężczyzny. Od tej pory kontakt z nimi się urwał, głównie przez żonę. Jednak jego partner zmarł i od tej pory Charlie bardzo mocno przybrał na wadze. Tak bardzo, że nie jest w stanie samodzielnie się poruszać. W połączeniu ze słabym sercem to bardzo niebezpiecznie połączenie, a nasz bohater nie chce się leczyć.

wieloryb3

Film jest oparty na sztuce Samuela D. Huntera, który przerobił ten tekst na scenariusz. I ten rodowód teatralny jest mocno odczuwalny, bo cała akcja ogranicza się do mieszkania Charlie’ego. Jest ciasno, klaustrofobicznie, a przewija się 4-5 osób: Charlie, jego córka, pielęgniarka, misjonarz i (na chwilę) żona. A pod tym wszystkim mamy udręczonego człowieka, który stracił sens życia i w pewnym sensie przygotował sobie pętlę. Napędzany przez wstyd, poczucie winy oraz stratę, doprowadzając się na skraj śmierci, szuka światła. Dlatego próbuje nawiązać kontakt z córką, która go nienawidzi. Co jest zrozumiałe i powoduje, że Ellie (Sadie Sink) jest bardzo rozgoryczona, cyniczna, mająca wszystko i wszystkich w dupie. Bo tych ośmiu lat nieobecności nie da się wymazać z pamięci, jednak próbuje odkupić swoje błędne decyzje. Ten wątek bardzo przypomina mi inny film Aronofsky’ego, czyli „Zapaśnika”, ale tam bardziej mnie to zaangażowało.

wieloryb1

Muszę przyznać, że mam z tym filmem pewne problemy. Po pierwsze, zbyt wiele rzeczy w dialogach jest za bardzo wprost. Z tego tytułu miejscami robi się zbyt podniośle, ociera się to wszystko o patos, który potrzebny tu jest jak mówienie o tolerancji na zlocie neonazistów. Innymi słowy, bywa pretensjonalnie. Reżyser próbuje ratować sytuację odrobiną humoru, wnosząc troszkę świeżego powietrza. Po drugie, postacie pozornie wydają się głębokie, ale jedna w szczególności doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Grana przez Sink córka dla mnie była jednowymiarowa, zaś sposób mówienia oraz mimika ograniczona jest do pozycji: pierdolę wszystko i wszystkich, dlatego jestem podłą suką. Dlatego dla mnie próby Charliego w kwestii naprawy tej relacji wywoływały we mnie frustrację. Nie mogłem zrozumieć czemu tak bardzo na niej zależy, zamiast odpuścić sobie. Po trzecie i chyba najważniejsze, czułem miejscami jak Aronofsky sięga po emocjonalny szantaż. Że próbuje mnie na siłę wzruszyć i poruszyć, jakby nie do końca ufał aktorowi, jeszcze bardziej nakręcając kolejne chwile upokorzenia (córka faszerująca go kanapką z pigułami, dostawca pizzy pierwszy raz widzący go czy ostra kłótnia z młodym kaznodzieją o religii). Za dużo tego się nazbierało, co kilkukrotnie osłabia wydźwięk.

wieloryb4

Co zdecydowanie błyszczy to absolutnie rewelacyjna kreacja Brendana Frasera, który jest tutaj nie do poznania (charakteryzacja pierwszorzędna!!!!) i dźwiga całość na swoich barkach. Przekonująco pokazuje swój ból, w niemal każdej części ciała, będącego jego klatką. Ale jednocześnie cały czas pozostaje pogodnym, wrażliwym gościem, widzącym w ludziach najlepsze (jak sam mówi: „Ludzie są wspaniali”), próbujący znaleźć nadzieję w swoim mrocznym życiu. Oprócz niego największe wrażenie zrobiły na mnie dwie role kobiece: świetna Hong Chau (pielęgniarka Liz, mającą wspólną przeszłość i silną więź z Charliem) oraz w drobnym epizodzie Samantha Morton (żona Mary). Obie panie wnoszą wiele życia, przez co nie czuć tej teatralności.

Jedno mogę powiedzieć bez wahania – „Wieloryb” to zwyżka formy Aronofsky’ego po rozczarowującej „mother!”. Choć czuć teatralność, nie cała obsada błyszczy, trudno oderwać oczy od tej mrocznej historii walki o odkupienie i szukaniu dobra. FRASER JEST WIELKI!!!!!!!

7/10

Radosław Ostrowski

Na wodach północy

Kolejna telewizyjna kolaboracja amerykańskiej AMC z brytyjską BBC. I pozornie jest to historia atmosferą przypominająca „Terror” – morska opowieść w realiach historycznych, jednak krótsza, bardziej skondensowana oraz wykorzystujące pewne znajome elementy do opowiedzenia innej historii. O czym mówi dzieło Andrew Haigha?

Mamy rok 1858 i szykującego się do wyprawy po wieloryby okręt „Ocalony” pod wodzą kapitana Brownlee’ego (Stephen Graham). Do załogi dołącza Patrick Sumner (Jack O’Connell) – młody lekarz, który wcześniej walczył w Indiach. Czemu taki doświadczony żołnierz bierze udział w takiej eskapadzie? Niby jest problem z odziedziczonym majątkiem, jednak zarówno kapitan oraz właściciel statku Baxter (Tom Courtney) nie kupują tej historyjki. Oprócz niego jeszcze pojawia się Henry Drax (Colin Farrell) – wielorybnik, pijus, dziwkarz i w ogóle nieciekawa persona. Zanim wyruszy w rejs zdąży zabić gościa, bo nie chciał mu więcej postawić. Z kimś takim można czuć się bezpiecznie, prawda? Ale nikt (poza kapitanem i jego pierwszym oficerem) nie wiedzą, że coś nie przyjemnego wisi w powietrzu. I nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

Dość szybko poznajemy jaka jest stawka w tej całej układance. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Albo o kupę pieniędzy. Powoli zaczyna budowana być z jednej strony poczucia przygody i mierzenia się z przyrodą: sztormy, polowania na foki, wieloryby. Ale cały czas w centrum mamy lekarza – gościa z Irlandii, niższych sfer, udręczonego wojenną przeszłością. Oraz faktem, że został wykorzystany i potem potraktowany jak śmieć, a żeby o tym zapomnieć spożywa spore ilości laudanum. Wrażenie robią plenery (całość kręcono w Norwegii) i krajobrazy, wywołujące poczucie obcości, gdzie człowiek tak naprawdę jest zderzony z samym sobą. Z dala od cywilizacji, gdzie budzą się pierwotne, dzikie instynkty. Łatwo tu zabić bezkarnie, bez odpowiedzialności, a atmosfera robi się coraz gęstsza. Szczególnie, gdy na okręcie jest morderca. I to taki najgorszy, bo rozumiejący, przez co bardziej niebezpieczny oraz bezwzględny. W każdej chwili może cię zostawić, każdą umowę złamać i zamordować.

Wszystko to przeplatane monotonią dnia codziennego, drobnymi ranami oraz wspomnieniami, które nigdy nas nie opuszczą. Zgrabnie reżyser wplata te wizje, powoli odkrywając tajemnice Sumnera. Sceny polowań na foki jak i wieloryba imponują przywiązaniem do detali. A wszystko wydaje się takie lepkie, zużyte, zaś rzadko obecne ulice miasta są pełne brudu, błota. Nie czuć tutaj, że to było kręcone w jakimś studio, co tylko dodaje realizmu. Jedyny problem w zasadzie mam z ostatnim odcinkiem, który może wydawać się przyspieszonym i dzieje się dużo, ALE ma to wszystko sens. Przynosząc (w miarę) szczęśliwe zakończenie.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Jack O’Connell kolejny raz potwierdza, że warto go obserwować i drobnymi spojrzeniami pokazuje swojego skonfliktowanego bohatera. Sympatyzujemy z nim i wydaje się racjonalistą aż do bólu. Po drugiej stronie jest barczysty, nieogolony Colin Farrell, będący małomównym, niebezpiecznym psychopatą. Człowiekiem, dla którego życie nie ma żadnej wartości, jest obliczalny oraz diabelnie inteligentny. Przypomina niedźwiedzia – może wygląda niegroźnie, ale poczekajcie do ataku. Wtedy zacznie się brutalna jatka. Poza tą dwójką jest zaskakująco bogaty drugi plan, gdzie pojawia się m. in. jak zawsze solidny Graham, kradnący szoł Roland Moller (uduchowiony harpunnik Otto) czy zaskakujący swoją obecnością Peter Mullan.

Zafascynowany jestem pozornie prostą historią „Na wodach północy” – przygodowo-surwiwalowa opowieść o różnych obliczach męskości i zderzeniu człowieka z bezwzględną naturą. Ta ostania nic sobie z nas nie robi, mocno przypominając nasze miejsce w tym świecie. A wszystko świetnie napisane, pięknie sfilmowane i sprawia wrażenie realistycznego. Skromna, lecz wielka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Filip

Czy możliwe jest jeszcze opowiedzenie historii w realiach II wojny światowej w inny sposób niż znane do tej pory? Czyli albo martyrologicznie-cierpiętniczo, patriotyczno-propagandowo i tak podniośle, sprowadzając wszystko do prostego czarno-białego podziału? Takiej próby podjął się Michał Kwieciński, przenosząc na ekran powieść Leopolda Tyrmanda. I ku mojemu zaskoczeniu, wyszedł z tej próby bardzo obronną ręką.

filip1

Wszystko zaczyna się jeszcze na terenie warszawskiego getta, gdzie Żydzi próbują w miarę normalnie funkcjonować. Choć czasy są mocno nienormalne. Jednym z nich jest Filip (Eryk Kulm Jr.) – młody chłopak, występujący w kabarecie jako tancerz. Ma właśnie wystąpić na scenie ze swoją dziewczyną, ale problemem okazują się… za duże spodnie. I paradoksalnie to one pozwoliły mu przeżyć mord Niemców. I przeskakujemy dwa lata do przodu, gdzie nasz bohater pracuje jako kelner w hotelu. Z fałszywymi dokumentami i nową tożsamością jako Philippe Jovet. Cały czas musi się pilnować, choć nie przeszkadza mu to uwodzić niemieckie kobiety. Mimo iż za to grozi śmierć, gdyż władza uznają to za szarganie czystości rasy. Radzi sobie nieźle i dobrze się maskuje. Ale pojawiają się komplikacje, które mogą zburzyć dotychczasowe życie Filipa.

filip2

Kwieciński idzie w bardziej przyziemną stronę życia w nazistowskich Niemczech. Codzienność pełną sprzeczności, pełne życia, barw i jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę. Niby można uznać, że całe to podrywanie może dać poczucie bezpieczeństwa (w końcu Niemki za spółkowanie z cudzoziemcami też ponosiły kary), jednak pewnym nie można było być nigdy. Cały czas było czuć napięcie, zwłaszcza że Filip tylko pozornie wydaje się wyluzowanym, trochę cynicznym gościem, nie przywiązującym się do nikogo. Nie trzeba być wielkim geniuszem czy wybitnym psychologiem, by zobaczyć w tej postawie kamuflaż, skrywający naznaczonego traumą, wrażliwego człowieka. Noszącego strój kelnera niczym zbroję, cały czas mającego oczy dookoła głowy, nie wychylającego się.

filip3

Jednak coraz bardziej ten uporządkowany świat zaczyna się powoli sypać. Z jednej strony pojawia się dawna znajoma z Warszawy (Sandra Drzymalska), trzymająca się z niemieckim oficerem i proszącą o pewną przysługę. Jeśli tego nie zrobi, może się stać coś nieprzyjemnego. Z drugiej jeszcze pojawia się Lisa (Caroline Hartig) – dziewczyna z basenu i pozornie kolejna ofiara naszego kelnera. Chce ją rozkochać i porzucić, ale jest ona odporna na jego urok. JEDNAK tutaj zaczyna dziać się coś poważnego, może nawet pojawia się szansa na głębsze uczucie. Tylko co się stanie, jak odkryje kim naprawdę jest? Będzie chciała z nim być czy może jednak trzeba będzie uciekać? Ta relacja złapała mnie i najbardziej interesowała, pokazując bardziej skrytą stronę naszego bohatera. Tak samo jak intensywny finał, trzymający mocno za gardło.

filip4

„Filip” wygląda niesamowicie i sprawia wrażenie produkcji zrobionej za duży budżet. Wrażenie robi zarówno scenografia (szczególnie sceny w hotelu oraz początek w getcie), jak i wnętrza. Wszystko to także bardzo dynamicznie sfotografowane przez Michała Sobocińskiego, który rzadko sobie pozwala na statyczne ujęcia. Dużo jest mastershotów, bardzo płynnie zmontowanych. Kamera rzadko opuszcza bohatera (szczególnie w scenach, gdy mężczyzna nocą w hotelu robi coś na kształt tańca czy w kulminacyjnej scenie balu w hotelu), filmując go albo skupiając się na twarzy, albo idąc za nim. Jedynym „zgrzytem” była dla mnie mocno elektroniczna muzyka, jakby wyrwana z innego filmu.

Jeśli chodzi o aktorów, Kwieciński dokonuje dość ciekawych wyborów. Sięgnął po aktorów z Europy, obsadzając do roli Niemców czy kolegów Filipa z innych części świata (m.in. Victora Meuteleta, Josepha Altamarę czy Philippa Gunsha). Wszyscy grają tu co najmniej bardzo dobrze, choć z tego grona wyróżnia się Caroline Hartig – jej Lisa to o wiele dojrzalsza niż się wydaje i nie za bardzo idąca w zgodzie z ideologią austriackiego kurdupla. W kontrze do niej stoi Zoe Straub, czyli bardziej cwana, świadoma swojej atrakcyjności Bianka. Ale tak naprawdę całość na swoich barkach trzyma rewelacyjny Eryk Kulm Jr., tworząc bardzo złożonego i o wiele ciekawszego bohatera niż się wydaje. Dziwna mieszanka cwaniaka, cynika, pełnego uroku, chcącego przetrwać i się odegrać na Niemcach. Ale nie z bronią w ręku i z Bogiem na ustach – nic z tych rzeczy. Nawet jak dokonuje czegoś heroicznego, to raczej przez przypadek.

Jestem w szoku, że taki film jak „Filip” – produkcja nie pokazująca życia wojennego w sposób znany z podręczników – została sfinansowana przez… Telewizję Polską. Kwieciński świetnie oraz z dużym wyczuciem pokazuje bardziej przyziemne oblicze wojny. Z absolutnie charyzmatycznym głównym bohaterem, za którym chcemy podążać, świetnymi dialogami i cudowną pracą kamery. Dla mnie to największe osiągnięcie Kwiecińskiego jako reżysera, rehabilitującego się po ostatnich rozczarowaniach.

8/10

Radosław Ostrowski

Duchy Inisherin

Martin McDonagh dla mnie jest cholernie interesującym reżyserem, mocno klimatem przypominające braci Coen. Dużo czarnego humoru, wielowymiarowe postacie oraz głębokie tematy. Po tym jak „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” powaliły mnie na kolana, oczekiwania wobec kolejnego filmu wystrzeliły powyżej sufitu. Do tego jeszcze wraca duet Colin Farrell/Brendan Gleeson znany z debiutu reżysera. Jak nie czekać i nie wierzyć, że będzie hicior?

duchy inisherin1

Jesteśmy na wyspie Inisherin gdzieś w Irlandii roku 1923. Na lądzie (stałym) trwa wojna domowa, ale na naszej wysepce jest spokój, nuda i monotonia. Tutaj też mieszka dwóch przyjaciół, choć różnych jak noc i dzień: poczciwy Padrick (Colin Farrell) oraz bardziej myślicielski Colm (Brendan Gleeson). Pewnego dnia jednak dzieje się coś dziwnego, bo Colm nie chcę już się przyjaźnić z Padrickiem. Mało tego, nie chce od nie słyszeć ani jednego słowa. Ani jednego wypowiadanej sylaby. Bo po prostu przestał go lubić. Że co? Padrick nie potrafi tego zrozumieć, jest bardzo prostoduszny i chcę odkryć przyczynę tego stanu. Colm jednak coraz bardziej się zamyka i przez opór dawnego przyjaciela sięga po środki radykalne.

duchy inisherin2

„Duchy Inisherin” na pierwszy rzut oka wydają się mieć wszystko, co było u McDonagha. Jednak przyglądając się bliżej nie mogłem pozbyć się jednego, dziwnego wrażenia. Bo czegoś tu mi zabrakło. Pozornie znowu reżyser dotyka poważnych spraw. Tym razem mówi o samotności, marazmu, odcinaniu się od pewnej relacji, poczucia śmiertelności. W dużym skrócie McDonagh pokazuje ludzi szukających sensu w absurdalności życia. ALE tutaj reżyser chyba za bardzo skupia się na folklorze i symbolice. To już sugeruje oryginalny tytuł – banshees (duchy) są w irlandzkiej kulturze zjawami o wyglądzie kobiety, których obecność zwiastuje śmierć. I jest tu jedna postać pasująca do tego charakteru, ale tego nie zdradzę.

duchy inisherin3

Największe skupienie reżysera jest na trzech postaciach: Padricku, jego siostrze Siobhan (Kerry Condon) oraz Colma. Każdy z nich niejako ma inne postawy życiowe. Pierwszy wydaje się mocno przywiązany do otoczenia, dba o zwierzęta i może nie jest zbyt lotny umysłowy, budzi sympatię. Kobieta jest oczytaną, o wiele inteligentniejszą niż reszta mieszkańców, przez co czuje się wyobcowana i chce się stąd wyrwać. Bo po co przebywać w tej wiosce, gdzie nie czeka na nią żadna przyszłość? Z kolei Colm ma duszę bardziej artystyczną i czuję potrzebę zostawienia czegoś dla potomnych. Niby rozumiem każdą z tych postaci i trudno mi się przyczepić do aktorstwa, ale miałem jeden problem. Z gatunku tych poważnych. Nie czułem żadnej więzi emocjonalnej i nie obchodziło mnie to wszystko. Zaskakująco poważno-depresyjny ton dobił mnie, zaś powolne tempo zmieniło seans w mękę. I ani piękne krajobrazy, ani lekko bajkowa muzyka nie są w stanie zmienić.

duchy inisherin4

Co tu się stało, panie McDonagh? „Duchy Inisherin” są pierwszym filmem w dorobku Irlandczyka, który mnie rozczarował. Zupełnie jakby reżyser skupiał się na symbolach, alegoriach i zapomniał dać do tego świata ludzi z krwi i kości. Dziwne, prawda?

6,5/10

Radosław Ostrowski