Homecoming – seria 2

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery, więc czytasz na własną odpowiedzialność.

Pamiętacie produkcję Amazona zrobioną przez Sama Esmaila? „Homecoming” opowiadało o tajemniczym projekcie korporacji Geist, zajmującym się leczeniem żołnierzy z PTSD. Przynajmniej tak to na początku wyglądało, a z kolejnymi odcinkami odkrywaliśmy kolejne tajemnice przedsięwzięcia. Wydawałoby się, że ta historia jest zakończona. Jednak nie, ale drugi sezon powstał bez udziału Esmaila oraz grającej główną rolę Julii Roberts. I to czuć w realizacji, niemniej kontynuacja jest udana. Ale po kolei.

homecoming2-1

Akcja jest powiązana z wydarzeniami pierwszej serii, zakończeniem się podjęciem dochodzenia wobec Geist. Wszystko jednak zaczyna się bardzo tajemniczo – jesteśmy w środku jakiegoś jeziora na łódce. W środku jest młoda, czarnoskóra kobieta. Budzi ją dźwięk telefonu, ale za nic nie może sobie przypomnieć jakim cudem tu trafiła. Na brzegu widzi jakiegoś mężczyznę, lecz ten ucieka. Kobieta próbuje ustalić kim była i czym się zajmowała, a trop prowadzi do kierującej Geist pani Temple.

homecoming2-2

Przez siedem półgodzinnych odcinków reżyser Kyle Patrick Alvarez też próbuje poprowadzić przez tajemnicę wokół kobiety granej przez Janelle Monae. A wszystko prowadzi do korporacji oraz stosowaniu doku z jagód. Niby nic niezwykłego, ale specyfik powodował utratę pamięci, dzięki czemu żołnierzy można było znowu wysyłać na front. Jednak prowadzone dochodzenie przez Departament Obrony wywołuje popłoch, a szef firmy Leonard Geist (trzymający poziom Chris Cooper) nie tylko zwalnia osoby odpowiedzialne za projekt, lecz także chce pozbyć się owoców. Pojawia się komplikacja w postaci walczącej o władzę w firmie Amandą Temple i mocno zainteresowanej substancją reprezentantką Pentagonu (mocna Joan Cusack). Do tego wraca Walter Cruz (świetny Stephen James), który próbuje sobie przypomnieć leczenie i nawiedzają go niejasne przebitki. Czy naprawdę miał operację mózgu, skoro na głowie nie ma blizn? Próba dojścia do prawdy nie będzie prosta.

homecoming2-3

Twórcy mieszają te wątki ze sobą, ale nie ma to aż takiej mocy jak w pierwszej serii. Tam były nie tylko dwie przeplatające się linie czasowe, lecz także każda z tych ram miała inny format obrazu. Nadal są obecne zabawy pracą kamery (długie ujęcia, kadry z góry, spowolnienia), a nawet podzielony ekran niczym z kina Brian De Palmy. Nie oznacza to jednak, że historia nie wciąga, wręcz przeciwnie. Klimat paranoi godnej thrillerów w rodzaju „Syndykatu zbrodni” udaje się zachować, zaś intryga prowadzona jest pewnie. Zwłaszcza kiedy pojawiają się odcinki pełne retrospekcji i pokazują wszystko, co związane z Jackie/Alex.

homecoming2-4

W tych momentach Monae pokazuje, że ścieżka aktorska nie była kaprysem piosenkarki. Bardzo dobrze odnajduje zarówno jako zagubiona i nie do końca ufna, jak w momentach pokazana swojej siły, wyrachowania oraz sprytu. Więcej do pokazania ma Hong Chau, w poprzedniej serii będąca w zasadzie epizodem. Tutaj szybko zmienia się z bardzo nieśmiałej recepcjonistki w bezwzględną kobietę interesu, co dobitnie pokazuje scena rozmowy z dawnymi kolegami w sprawie zorganizowania imprezy. Tutaj każda postać, nawet epizodyczna ma szansę wykazać się. Wraca też Bobby Cannavalle na kilka scen, co zawsze jest dla mnie przyjemnością.

homecoming2-5

Zakończenie wydaje się zamykać całą historię i w satysfakcjonujący sposób zamknąć wątek Alex oraz korporacji Geist. Może nie dorównuje poziomem poprzedniej serii – wszak wejście w buty Sama Esmaila to zadanie karkołomne – jednak nie jest rozczarowaniem. Podchodzi do wątków poprzednika z innej perspektywy, mieszając wątek korporacyjny i tajemnicy. Czy będzie kontynuacja, trudno powiedzieć, niemniej warto sprawdzić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dreszcze

Na pewno kojarzycie taki film jak „Jojo Rabbit”, gdzie z perspektywy dziecka pokazywano indoktrynację dziecka w czasach totalitaryzmu. Podobną tematykę podejmowano już wiele dekad wcześniej w państwach bloku wschodniego. Jednym z nich są nakręcone w 1981 roku „Dreszcze” w reżyserii Wojciecha Marczewskiego.

Opowieść osadzona jest pod koniec 1955 roku, kiedy stalinizm jeszcze trzymał się mocno. Poznajemy 13-letniego Tomka – szarego chłopaka, uczącego się porządnie (raczej) w szkole. Jednak jego życie zostaje wywrócone do góry nogami przez dwa istotne wydarzenia. Po pierwsze, zostaje aresztowany jego ojciec. Dlaczego? Sam tego nie wie, ale podczas słyszanych w tle rozmów można wywnioskować, iż chodzi o przeszłość AK-owską. Po drugie, chłopak zostaje wciągnięty do obozu quasi-harcerskiego przez bardzo urodziwą druhnę. Do tej pory Tomek, będący bardziej neutralny politycznie, zmieni się. I to poważnie.

Takie jest założenie, a zapalnikiem ma być fascynacja zaangażowaną politycznie druhną (bardzo wyrazista Teresa Marczewska). Kobieta jest wręcz zaślepiona ideologią socjalizmu, niby sprawia wrażenie bardzo empatycznej, ale coraz bardziej zauważałem jak „steruje” i manipuluje swoimi podopiecznymi. Pokazuje to choćby scena, gdzie prosi harcerzy o napisanie wypracowania na temat swoich rodziców. Ale tak naprawdę są to donosy, pozwalające wyciągnąć informacje. To tylko jedna ze sztuczek, pozwalających zarazić dzieci propagandową ideologią. Inne poznajemy już w szkole jak scena marszu do włoskiej pieśni rewolucyjnej czy przybycie inspektora z kuratorium (chyba), gdzie mężczyzna próbuje przekonać dzieci do nie chodzenia na niedzielną mszę.

Jednak reżyser opowiada tą historię w sposób, który troszkę mnie rozprasza. Tu nawet nie chodzi o sceny symboliczne (próbujący się przebić przez okno ptak, kropla deszczu na portrecie Marksa) czy celowe błędy montażowe. Sama narracja jest dla mnie prowadzona troszkę zbyt skokowo, przez co czułem znudzenie. Brakowało mi w tym wszystkim jakiegoś mocnego uderzenia, czego bym nie znał albo nie wiedział. Muszę jednak przyznać, że zaskoczeniem jest pokazanie druhny także jako ofiary systemu, co pokazuje scena rozmowy kobiety z chłopakiem (mocny Marian Opania).

Niby kończy się to pozornym happy endem, bo obóz zostaje zamknięty. Ale w głowie pozostało pytanie: czy ten czas spędzony w tym obozie doprowadził do nieodwracalnych zmian w umyśle tych młodych ludzi? Czy tą nowomowę komunistyczną uda się wykorzenić, czy jednak jest już dla nich za późno? To pytanie pozostaje po seansie i nie pozwala zapomnieć po „Dreszczach”. Bardzo porządnie zagranym filmie (poza Marczewską błyszczy Marek Kondrat, Zdzisław Wardejn czy w roli ojca Władysław Kowalski), także przez aktorów dziecięcych. Ale czegoś mi tutaj zabrakło, choć podoba mi się brak publicystycznego tonu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Prime Time

Sylwester roku 2000 to jedna z tych rzeczy, które pamiętam. Był to czas z jednej strony pewnej względnej stabilizacji po ustrojowej transformacji. Ale też było wiele obaw z nowym tysiącleciem: głównie z powodu wirusa mającego doprowadzić komputery do fiksacji. Nie o tym opowiada jednak reżyserski debiut Jakuba Piątka. Choć akcja toczy się w sylwestrowy wieczór, osadzona jest w budynku telewizji. Tam pojawia się młody chłopak z bronią w ręku, który bierze ochroniarza jako zakładnika. Następnie wbija do programu na żywo, gdzie prezenterka zostaje kolejną zakładniczką. Chłopak – imię Sebastian – chce jednego: wejść na wizję.

Kim on jest? Dlaczego to robi? Co chce powiedzieć? Czy zabije zakładników? A może zostanie zastrzelony? Do akcji wkraczają antyterroryści z dowódcą, dwoje negocjatorów oraz realizatorka telewizyjna. Mocno ograniczona przestrzeń, tykający czas i młody chłopak ze spluwą plus dwoje zakładników. To niebezpieczne równanie, gdzie jest co najmniej jedna niewiadoma. Ale czy aby na pewno? Reżyser zaczyna mocnym uderzeniem i nie cacka się. Na dzień dobry dochodzi do porwania, potem wkracza policja i zaczynają się schody. Dlaczego? Bo nasi policjanci troszkę zachowują się jakby pierwszy raz mieli do czynienia z taką sytuacją. Może to wynikać z faktu, że większość stróży prawa pilnuje imprez zorganizowanych tego dnia i mieli do dyspozycji tylko tą grupę ludzi.

I muszę przyznać, że przez sporą część filmu to działa. Potrafi trzymać w napięciu, co wynika także z błędów policji (przypadkowe zapalenie światła w reżyserce, demaskujące ich liczbę). Jednak w pewnym momencie ten suspens zaczyna siadać, a oczekiwanie na jakiekolwiek działanie nuży. Ale są pewne momenty potrafiące przebudzić jak rozmowa z ojcem czy przygotowania do wystąpienia. Piątek potrafi rzucić troszkę światła na Sebastiana (świetny Bartosz Bielenia), jednak jego motywacja nie zostaje podana wprost. Dla wielu może być to gigantyczna wada, bo przecież o to powinno chodzić w tej zabawie. Są pewne poszlaki, zaś pojawiające się fragmenty programów telewizyjnych (nie tylko fragmenty Sylwestrów, ale też rozmowy z młodymi ludźmi, manifestacje) mogą by kolejnym tropem. Pomagają one też w zbudowaniu nastroju końca wieku, bez wchodzenia w publicystyczne tony.

I jak to jest zagrane – każda z drugoplanowych postaci ma swoje pięć minut, wykorzystując je w pełni. Jeśli miałbym wskazać najbardziej zapadające role, wymieniłbym co najmniej trzy. Po pierwsze, prezenterka Mira w wykonaniu Magdaleny Popławskiej. Mam słabość do tej aktorki i ta rola to potwierdza, pokazując szerokie spektrum emocji: od opanowania do gniewu oraz powoli puszczających nerwów. Drugim cudem jest zawsze trzymający fason Dobromir Dymecki jako dowódca antyterrorystów, próbujący jak najszybciej rozwiązać problem. Trzecia to realizatorka Laura od Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik – pozornie tylko tło, jednak nie dajcie się zwieść.

Debiut Piątka został wykupiony przez Netflixa i warto sprawdzić. Bardzo solidna produkcja, potwierdzająca, iż kino gatunkowe w naszym podwórku może być interesujące. Co jeszcze pokaże pan Piątek? Czekam z niecierpliwością.

7/10

Radosław Ostrowski

Tarapaty 2

Polskie kino familijne w zasadzie jest tak częstym tworem jak dobry polski horror. Nie, żeby nie próbowano, lecz próby rzadko się kończyły powodzeniem. Jedną z ostatnich takich prób był reżyserski debiut Marty Karwowskiej „Tarapaty”. Choć film mi poszedł (tak, wiem, iż nie do mnie jest skierowana), odnalazł na tyle duże grono odbiorców, iż powstała kontynuacja. Trochę lepsza niż poprzednik, jednak do ideału droga jest daleka.

Jak pamiętamy, bohaterami jest para sąsiadów – Julka i Olek – co wcześniej powstrzymała gang złodziei dzieł sztuki. W zasadzie część druga znowu dotyczy kradzieży dzieła sztuki, tym razem jest to „Plaża w Pourville” Claude’a Moneta. Zostaje podmieniona na kopię przed uroczystym pokazaniem w poznańskim muzeum, a oskarżona zostaje ciotka Julki. Kopię obrazu zrobiła jedna z pracownic muzeum, Kaja Ceran. Dzieciaki podejmują śledztwo na własną rękę, niezależnie od policji, a do nich dołącza Frela – córka Kai.

W zasadzie nadal mamy do czynienia z filmem familijnym mieszającym wątek przygodowo-kryminalny. Oczywiście, że jest to pełne klisz i schematów typu niekompetentni policjanci czy zaskakująco łatwy do ustalenia antagonista, a mylne tropy na mnie działały niczym ustalenie sprawców napadu na monopolowy w Pierdziszewie. Tak samo zaskakują dość skromne lokacje niczym z filmów gatunku okresu PRL, choć osadzenie akcji poza wielkimi metropoliami jest sporym plusem. Napięcia też w zasadzie brak, zaś niektóre cięcia montażowe są za szybkie. Więc taka ocena może was zadziwić – czy ja oszalałem?

Po pierwsze, film ładnie wygląda i kamera ma parę momentów do zaprezentowania się. Po drugie, trudno się przyczepić do dźwięku czy muzyki. Głównie piosenki są dobrze wykorzystane (Kwiat Jabłoni, Natalia Przybysz). Po trzecie, lepiej działa chemia między głównymi bohaterami. Jest to o tyle istotne, gdyż dziewczyna została zmieniona (Hannę Hryniewiecką zastąpiła Pola Król i o dziwo wyszło to lepiej). A dodanie do składu trzeciej osoby, czyli Mią Goti daje pewne dodatkowe iskry. To ostatnie jest dla mnie najmocniejszym punktem, dającym mi wiele frajdy. Dzieciarnia nie irytuje, co jest rzadkością samą w sobie. I po czwarte, „dorośli” aktorzy dobrze się odnajdują w konwencji: od charakternej Marty Malikowskiej przez niezłego Tomasza Ziętka po solidnego Zbigniewa Zamachowskiego oraz kradnącą film w epizodzie Justynę Wasilewską.

Czy będzie część trzecia, nie wiem, ale widoczny jest progres. Sympatyczne, spokojne kino familijne, ale chciałoby się więcej szaleństwa oraz zabawy konwencją. Może w kolejnych produkcjach Karwowska rozwinie się na polu scenariuszowym. Albo weźmie się za cudzy tekst.

6/10

Radosław Ostrowski

Odpowiednik – seria 2

Wracamy do Berlina, gdzie znajduje się portal do alternatywnego świata. Wplątany w szpiegowską aferę Howard Silk jest przetrzymywany po drugiej stronie po zabójstwie szefa wywiadu, Alexandre’a Pope’a. Jego odpowiednik przebywa w jego świecie, gdzie żona Emily budzi się ze śpiączki. Stosunki między światami są bardzo napięte i doprowadziły do zamknięcia. Wszystko przez atak terrorystyczny, ale komórka zwana Indygo planuje kolejny atak. Powstrzymać próbuje nowy vice-dyrektor Stretegii, Emily Burton (Druga Strona) oraz Peter Quayle razem z przydzieloną do pomocy Naya Temple. Kierowana komórka terrorystyczna pod wodzą Miry planuje kolejny atak – jaki, na co oraz czym?

odpowiednik2-1

Jak możecie się domyślić, drugi sezon serialu Justina Marksa pozostaje szpiegowskim thrillerem z retro futurystycznymi gadżetami i klimatem zimnowojennym. Obie strony nie mogą sobie do końca ufać, nawet mimo wspólnego zagrożenia. W końcu uda nam się poznać doszło do powstania Przejścia oraz jak te dwa światy w pewnym momencie zaczęły żyć swoim życiem. Kiedy doszło do rozdziału, powstał Zarząd i w końcu wybuchła zabójcza epidemia. Nie spodziewałem się, że jeszcze będzie możliwość głębszego poznania tego świata.

odpowiednik2-2

Intryga się komplikuje, kolejne sekrety i kłamstwa wypływają na wierzch, zaś możliwość wejścia w życie drugiego siebie jest zbyt kusząca. To może doprowadzić do korupcji i nieprawości, stanowiąc zagrożenie dla obu światów. Obie strony zwane Zarządem mają wiele za uszami, a jedno zdarzenie doprowadziło do efektu motyla. Niejako prowokując do pytania, co decyduje o naszym życiu, naszym zachowaniu. W jakich okolicznościach możemy stać się tymi złymi? To są raczej takie pytania padające przy okazji, dodając jakby pewien do tej historii. Wciągającej, trzymającej w napięciu, z masą przewrotek oraz wielu kluczowych postaci. I to ostatnie mnie najbardziej złapało: mamy tu ludzi z krwi i kości, a nie supermaszyny oraz supertwardzieli, radzących sobie ze wszystkim jak John Wick z bandytami.

odpowiednik2-3

Choć scen akcji nie ma zbyt wiele, są one na tyle porządnie zrobione i gwałtowne, że potrafią podnieść temperaturę. Ważniejsze jednak były momenty, kiedy Silk z drugiego świata udaje tego dobrego przed „swoją” zagubioną żoną czy z życia małżeństwa Quayle’ów, gdzie żona działa dla drugiej strony. Intensywność wynikająca z udawania oraz braku zaufania, gdzie jedno słowo i złe zachowanie może doprowadzić do spalenia przykrywki podnoszą stawkę tej serii. Nadal jest to fantastycznie zagrany (absolutnie błyszczy J.K. Simmons oraz mająca więcej do pokazania Olivia Williams, a także fenomenalny Harry Lloyd czy James Cromwell) serial, z bardzo stonowanymi zdjęciami, świetną scenografią i muzyką. Nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (zwłaszcza agent Ian Shaw oraz zabójczyni Baldwin), zaś zakończenie jest tu satysfakcjonująco-rozczarwujące. Zadowala zamknięcie wątku Silka, ale rozczarowuje pozostawienie kilku kwestii otwartych. Dlaczego? Bo serial został skasowany i aż prosi się o kontynuację opowieści, tylko z innymi bohaterami.

odpowiednik2-4

„Odpowiednik” miesza szpiegowski thriller z elementami kina SF w taki sposób, że daje masę świeżości. Sama koncepcja istnienia dwóch równoległych światów jest świetna, tak samo jak możliwość podmiany tożsamości daje spore pole manewru. Jedynie odcinek finałowy sprawia wrażenie na siłę przyspieszonego, nie psuje to jednak dobrego wrażenia. A nie jest to takie łatwe i szkoda, że trzeciej serii nie będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Fisheye

Nie jest łatwą sztuką zrobić film osadzony w jednej, zamkniętej przestrzeni, gdzie bohater/ka przebywa wbrew swojej woli. Trzeba mieć naprawdę mocny scenariusz oraz pewną rękę w opowiedzeniu takiej historii. Że jest to możliwe pokazał choćby „Pogrzebany” z Ryanem Reynoldsem czy „Pokój”. Jak sobie radzi debiut Michała Szcześniaka?

Fisheye to po naszemu wizjer albo judasz. Jest to jedyny łącznik między pokojem, gdzie przebywa przetrzymywana kobieta a zewnętrznym światem. Porwaną jest Anna – pracująca w laboratorium naukowiec, prowadząca badania nad pokonaniem nowotworu. Została uprowadzona, kiedy wróciła z domu i planowała wyjść na krótkie zakupy. Kiedy budzi się odkrywa, że znajduje się w sterylnie niebieskim pokoju, gdzie znajduje się umywalka, prysznic i łóżko. Oraz masa kamer, pozwalających obserwować ją. Dlaczego ją porwał? Czego chce? I czemu zwraca się do niej „Alicja”? Dwóch rzeczy można być pewnym: po pierwsze, nie chodzi delikwentowi o pieniądze, zaś po drugie, ojcem Anny NIE JEST Liam Neeson, więc o jakiejkolwiek próbie odbicia nie ma mowy.

fisheye1

Więcej o fabule powiedzieć nie mogę, bo jedno zdanie za dużo może zabić jakąkolwiek satysfakcję z seansu. Jedyne, co mogę zdradzić, iż Anna ma wgląd na swoje mieszkanie, gdzie przebywa ze swoich chłopakiem (solidny Wojciech Zieliński). Początkowo razem z przyjaciółmi próbuje ją odnaleźć wszelkimi sposobami. Ale im więcej czasu mija, tym zapał słabnie. Reżyser zmierza ku psychologicznemu thrillerowi, gdzie kluczem do motywu porwania jest tajemnica z przeszłości. Dawno i bardzo głęboko zakopana w umyśle, przebijająca się w pojedynczych scenach za pomocą retrospekcji. Obecność wizjera pozwala Annie słyszeć wszelkie rozmowy i poznawać coraz więcej informacji na swój temat (pojawienie się rodziców).

fisheye2

I to przez sporą część czasu działa, choć akcja pozornie wydaje się stać w miejscu. Ogląda się to tak dobrze dzięki konsekwentnie budowanemu poczuciu klaustrofobii oraz izolacji. Skupione na detalach oraz twarzy Anny (trzymająca całość w ryzach Julia Kijowska) robi piorunujące wrażenie. Jeszcze bardziej interesujący jest fakt, że niemal do końca nie widzimy samego porywacza. W sensie jego twarzy, bo jest filmowany z tyłu. Nawet kiedy pokazany jest z przodu, twarz wydaje się być rozmazana i nieostra. Kijowska na ekranie wręcz rozsadza, mieszając wszelkie skrajne emocje: od walki i wściekłości przez popadanie w obłęd z próbą samobójczą po bierność. Jej wystarczy do tego mowa ciała i sposób wypowiadania słów. Bardzo wyrazista oraz mięsista postać. intrygujący jest też porywacz, którego gra – uwaga, niespodzianka! – pewien bardzo popularny aktor. Po głosie go rozpoznacie, więc nie będę wam psuł zaskoczenia, jak dobrze wypada ta rola.

fisheye3

Skoro tak ciepło mówię o tym filmie, to czemu dałem tak niską ocenę? Dobre wrażenie psuje przede wszystkim wyjaśnienie całej tajemnicy. Jest ono wręcz banalne i wygląda jakby zostało wzięte z innej historii. Powiedzmy takiej telenowelowej. Wiele odkrywanych spraw pobocznych sprawia wrażenie pourywanych jak odkrycie romansu Anny z kolegą z pracy. Ta skokowość ma pokazać upływający czas oraz dezorientację bohaterki, niemniej może być to spory problem. O pewnych dziurach i pewnych założeniach nie będę się wypowiadał.

„Fisheye” to film bardzo intrygujący formalnie thriller psychologiczny z charyzmatyczną Kijowską na pierwszym planie. Ona razem ze zdjęciami potrafią trzymać mocno za pysk i pokazuje spory potencjał reżysera w tworzeniu kina gatunkowego. Nie daje on w pełni satysfakcji, lecz daje nadzieję na odkrycie nowego talentu. Czy tak będzie, czas pokaże.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie takie trio

Zaczyna się wszystko wręcz banalnie: trzech muzyków przyjeżdża na wieś, by zagrać na weselu. Tak zaplanował pan młody, dodatkowo zapłacił, więc trzeba przybyć. Trio tworzą trębacz Karol, skrzypek Cygan oraz perkusista Młodziak. Po drodze zostają zaczepieni przez jakiegoś mężczyznę, który ma do nich sprawę. Karol, będący niejako liderem grupy, zostaje porozmawiać, zaś reszta przybywa do stodoły. Kiedy trio już pojawia się razem okazuje się, że tajemniczy nieznajomy daje dużą kasę za zagranie jednej melodii.

ostatnie takie trio2

Film Jerzego Obłamskiego to bardzo kameralna produkcja zrealizowana dla Telewizji Polskiej. Niemal w całości – poza przyjazdem do wsi – osadzona jest w jednym miejscu. Czyli w weselnej stodole, gdzie zespół przygotowuje się do występu. Ostatniego, jak zapewnia pan Karol, bo coraz ciężej jeździć bez jednej nogi na rowerze. A i zdrowie już nie takie jak kiedyś. Przed występem panowie nie tylko szykują instrumenty, ale przede wszystkim prowadzą rozmowy. Skupienie się na dialogach oraz osadzenie wszystkiego w jednym miejscu może sprawić wrażenie, że nie film a spektakl teatralny oglądałem. Dialogi są pyszne, pełne bon-motów, pokazują zarówno charaktery naszych postaci, jak i światopogląd. Ale czy można było oczekiwać innego od Andrzeja Mularczyka, który sztukę dialogu opanował do perfekcji. To wszystko służy pokazaniu ślubu, gdzie… panna młoda raczej nie podejmuje decyzji z własnej woli.

ostatnie takie trio1

I ta sytuacja prowokuje nasze trio do rozważań na temat miłości oraz życia. Młodziak (solidny Mirosław Otrębus) jest naiwnym romantykiem, co swoją wiedzę czerpie z gazet. Cygan (fantastyczny Zbigniew Zapasiewicz) jest cynicznym pijusem i pechowcem, któremu zdarzają się najgorsze rzeczy – od stratowania przez byka po upadek spadochroniarza. Jako jedyny podskórnie czuje, że za zleceniem grania melodii może kryć się coś niebezpiecznego. Z kolei Karol (wyborny Ryszard Ronczewski) jest równie cyniczny jak Cygan, ale o wiele twardszy i trzymający się swoich zasad, choć niewiele z tego ma. Interakcje między nimi oraz podskórnie budująca napięcie muzyka Andrzeja Korzyńskiego to najlepsze, co „Trio” ma do zaoferowania.

ostatnie takie trio3

Jak zakończy się cała heca? Przekonacie się sami po 40 minutach seansu. Niby niewiele, ale czas wykorzystany jest bardzo efektywnie, a kwestia czy ślub brać z wyrachowania i presji otoczenia, czy podążając za głosem serca zawsze będzie aktualna. Skromna perełka polskiej telewizji, która zasługuje na uwagę. Mam nadzieję, że zostanie też poddana rekonstrukcji lub digitalizacji, bo jakość dźwięku oraz obrazu jest dość nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Każdy ma swoje lato

Mam wrażenie, że za dużo razy oglądam filmy na temat Polski tzw. prowincjonalnej (czytaj: znajdującej się poza wielkimi miastami jak Warszawa), że ciężko jest wymyślić coś nowego na ten temat. Bo wiadomo, że jest brak perspektyw, mentalność hipokryczno-katolicka oraz łatwiej zakopać rodzinne tajemnice. O czymś zapomniałem? No tak, musi być osoba z zewnątrz, która obserwuje całą sytuację. I w zasadzie mamy film „Każdy ma swoje lato” Tomasza Jurkiewicza.

kazdy ma swoje lato1

Tzw. fabuła skupia się na dwóch, a w zasadzie trzech postaciach. Pierwszą jest Mirek (Nicholas Przygoda) – młody chłopak pracujący w markecie, przy dziale mięsnym. Mieszka razem z dziadkami, gdyż rodzice zmarli dawno temu. Babcia gra na organach w kościele, zaś dziadek ma demencję. Albo inną chorobę, przez którą nie kontaktuje. Słabo jest. I do tego miasteczka trafia do oazy dziewczyna – Agata (Sandra Drzymalska), która pracuje w kuchni. Chłopak zaczyna bujać się w dziewczynie, do tego dziadkowi przypomina kogoś o imieniu Marysia. O kogo chodzi? Cóż, nie obchodziło mnie to.

kazdy ma swoje lato2

Sam film bardziej przypomina zbiór niepowiązanych zbyt mocno ze sobą wątków, przez co rozjeżdża się na niemal wszystkie strony. Z jednej mamy chłopak zmuszonego do wspólnego przebywania z dziadkiem. A w zasadzie wykorzystującym obecność dziadka do podrywania dziewczyny (to jest trochę poniżej jakichkolwiek standardów i brzmi ohydnie). Z drugiej nową dziewuchę, o której nie wiemy wiele, oprócz bycia zbuntowaną. Jak to wygląda? Chodzenie w luźnych ubraniach, by sprowadzać dziewczyny na ścieżkę deprawości. W sensie, że młodsze dziewczynki zaczną nosić to samo, co ona. Chyba. I są tylko same dziewuchy w wieku szkolnym, żadnych nastolatek czy młodych kobiet. To jest wręcz zastanawiające. Jest jeszcze drobny wątek związany z konserwatorem, mającym naprawić organy, co kończy się – uwaga, nie spodziewacie się – romans mężczyzny z babcią. Dość brutalnie zakończonym. Jeszcze jest zakład związany z… pozbyciem się kolczyka z pępka Agaty, ale na samą myśl czuje się dziwnie.

kazdy ma swoje lato3

Sporo jak na produkcję trwającą nieco ponad godzinę, jakby reżyser chciał na siłę upchnąć wszystko. To oznacza jedno: chaos większy niż na polu bitwy. Albo należałoby film wydłużyć, albo parę rzeczy powyrzucać i skupić się na dwóch, istotnych wątkach. Co oznacza, że czas przy tym filmie straaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaasznie się dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuużył. Jest tak źle, że nawet realizacja czy aktorzy nie są w stanie podnieść filmu na wyższy poziom. Pozbawiony jakiegokolwiek sensu, zakończenia oraz życia burdel, który nigdy nie powinien powstać. Przynajmniej nie w takiej formie.

3/10

Radosław Ostrowski

Jak najdalej stąd

Znów dziś myślałem o emigracji/To jest melodia mojej generacji – ten fragment piosenki „Jazz nad Wisłą” T. Love skojarzył mi się z najnowszym filmem Piotra Domalewskiego. Opowieść o rodzinie, gdzie jeden z członków familii wyjechał do pracy poza kraj. Wszystko widzimy z perspektywy 17-letniej córki Oli. Dziewczyna stara się zdobyć prawo jazdy, ale jej nie wychodzi. Ojciec pracuje w Irlandii, zaś matka opiekuje się sparaliżowanym bratem dziewczyny. Niestety, pewnego dnia przychodzi najgorsza możliwa wiadomość: ojciec ginie w wypadku. Matka decyduje, że Ola – jako znająca język angielski lepiej niż ona – odbierze ciało mężczyzny na pogrzeb do kraju.

Domalewski niejako kontynuuje tematykę, którą zaznaczył już w debiutanckiej „Cichej nocy” – emigracji ekonomicznej. Jednocześnie „Jak najdalej stąd” to kino inicjacyjne, gdzie bohaterka powoli zaczyna poznawać rodzica, o którym niewiele wie. Jest jeszcze jeden haczyk dla niej: schowane i odkładane przez ojca pieniądze dla niej na samochód. I to byłaby dla niej szansa na wyrwanie się z tego domu oraz szansę na usamodzielnienie się. Zderzenie się jednak z nowym światem oraz inną rzeczywistością nie przebiegnie ani tak gładko, ani szybko jak sądzi.

Film dotyka poważnych spraw, jednak nie jest śmiertelnie poważny. Nie brakuje w dialogach humoru, brzmią one bardzo naturalnie. Domalewski niby opowiada historię jakich mogliśmy usłyszeć i zobaczyć tysiące. Komplikacje związane z brakiem pieniędzy oraz biurokracją mogą wydawać się początkowo szablonowe. Ale nie miałem żadnego poczucia sztuczności, zaś zaradność i spryt naszej bohaterki (fantastyczna w swojej roli debiutantka Zofia Stafiej – zapamiętajcie to nazwisko!!!). Czasami nie zawsze działającej na granicy prawa. Wszystko to pokazuje jedno: ewolucję jej charakteru. Z bycia tą roszczeniową, co jej się należy do próbującej zrozumieć jej ojca, bliżej go poznać. Jakby próbowała nadrobić ten bezpowrotnie odebrany czas. W tych drobnych momentach reżyser przypomina Kena Loacha.

Wielu osobom może przeszkadzać pewna epizodyczność konstrukcji scenariusza, ale dla mnie nie był to żaden problem. Dopóki bliżej poznaję Olę oraz to jak mimo przeciwności losu robi wszystko w osiągnięciu celu. Realizacyjnie idzie to w stronę wręcz dokumentu, z rzadkimi chwilami muzyki (pianistyczne pasaże Hani Rani) oraz wyrazistym drugim planem (film kradnie Arkadiusz Jakubik jako pośrednik pracy Mazurek). Bardziej złapał mnie debiut, niemniej drugi film potwierdza talent Domalewskiego. Nie mogę się doczekać kolejnych produkcji tego reżysera, a zakończenie jest w punkt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zieja

Z Robertem Glińskim ostatnio jest mi bardzo nie po drodze. Zarówno „Kamienie na szaniec”, jak i osadzony w środowisku harcerskim „Czuwaj” były bardzo, bardzo rozczarowujące. A w przypadku tego ostatniego nazwanie go gównem byłoby obrazą dla gówna. Reżyser jednak się nie poddaje i dalej szuka swojej zaginionej formy. Czy biografia księdza Jana Ziei jest szansą na przełamanie formy? Nie do końca, choć jest to krok w dobrą stronę.

Cała akcja osadzona jest w 1977 roku, kiedy działa Komitet Obrony Robotników. Była to organizacja opozycyjna wspierająca rodziny aresztowanych ludzi pracy. Zarówno finansowo, jak i prawnie. Intryga skupia się na zebraniu informacji przez próbującego wrócić do łask oficera bezpieki. Żeby to zrobić, major Grosicki postanawia przesłuchać księdza Zieję. Dlaczego? Bo wygląda jak święty, a od takich „naiwnych” łatwiej wyciągnąć informacje. Bardziej pomylić się nie mógł.

zieja2

Wszystko oplecione jest retrospekcjami, gdzie poznajemy przeszłość duchownego: od walk podczas wojny z bolszewikami przez kampanię wrześniową aż do aresztowania prymasa Wyszyńskiego. I nawet jak na duchownego, postać Ziei jest wręcz wywrotowa. Bliżej mu do papieża Franciszka, próbującego być bliżej ludzi niż instytucji oraz ślepemu podążaniu za dawno stworzonymi zasadami i prawami. Bo jak nazwać sytuację udzielenia pogrzebu samobójczyni czy wyspowiadaniu niemieckich żołnierzy, będąc jeńcem wojennym? I nie nawoływać do zabijania podczas wojny? To ostatnie aż mogłoby śmierdzieć dezercją. O wyprawie do Rzymu bez paszportu nawet nie wspominam.

zieja3

Innymi słowy Gliński wystawia duchownemu laurkę, pokazując jako niezłomnego człowieka w zasadzie bez skazy. To nie daje ani Andrzejowi Sewerynowi, ani wcielającego się w jego młodsze wcielenie Mateuszowi Więcławkowi żadnego pola manewru. Jakichkolwiek odcieni szarości, tylko żywy pomnik, co nie pozwalało mi za bardzo zainteresować się tą postacią. Lepiej prezentuje się major Grosicki (solidny Zbigniew Zamachowski), próbujący rozgryźć i zrozumieć duchownego. Sam mający wątpliwości, ale jednocześnie chce wykorzystać szansę na powrót do łask swoich przełożonych. Ale on sam nie jest w stanie wnieść całość, bo reszta postaci bardziej przypomina marionetki z szablonami. Bez charakteru i głębi.

zieja1

Czy jest w ogóle coś dobrego w „Ziei”? Świetne są zdjęcia, zwłaszcza te ze scen retrospekcji, pełne przytłumionych kolorów. Sceny batalistyczne też prezentują się dobrze, bez poczucia dezorientacji i chaosu. Ale sami żołnierze obu stron są troszkę pierdołowaci, co pokazuje scena z powstania (strzelanina w kościele). Kule bardziej niszczą obrazy, krzyże czy rzeźby religijne niż w siebie. Przypadek? Oby.

Gliński w „Ziei” popełnia największy grzech, jaki filmowiec może popełnić – realizuje nudny film o potencjalnie ciekawej postaci. Laurka pozbawiona charakteru oraz jakichkolwiek emocji, przedstawiająca czarno-biały świat. Nie jest tak żenujący jak „Czuwaj”, niemniej jest to wielkie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski