Książę w Nowym Jorku

Jeśli myślicie, że bycie członkiem rodziny królewskiej jest cudowne, to macie jakieś pokręcone wyobrażenia. Dla księcia Zamundy Akeema bardziej to przypomina złotą klatkę. Nawet jak ma 21 lat – to początek znajomości z tym dżentelmenem – nie może niczego robić sam. Dosłownie niczego: umyć się, ubrać, wyjść na zewnątrz. Nawet przyszłą żonę mu narzucono, co mu bardzo nie odpowiada. Udaje się jako przekonać ojca, by wyjechać na 40 dni za granicę. W tajemnicy przed ojcem razem ze służącym chce wykorzystać okazję do znalezienia swojej żony. A gdzie? Oczywiście, w USA, dzielnicy Nowego Jorku zwanej Queens. W końcu nazwa zobowiązuje, prawda?

Pierwszy „Książę” z 1988 roku był komedią z prostą, ale efektywnie poprowadzoną opowieścią. W zasadzie można powiedzieć, że jest to komedia romantyczna. Z tą różnicą, że nie poznajemy od razu kim może być potencjalna druga połówka. Wszystko widzimy z perspektywy naszego księcia, które chce być bardziej samodzielny. W każdym aspekcie swojego życia – to się chwali. Humor początkowo wydaje się bazować na zderzeniu dwóch światów. Z jednej strony Zamunda wyglądająca bardzo bogato, wręcz bajkowo. Czyżby tak miałby wyglądać raj? Dzikie zwierzęta chodzące swobodnie, imponujący pałac, służba. Ale to wszystko złota klatka, gdzie masz swoje narzucone zadanie, bez możliwości podejmowania samodzielnych działań. A z drugiej strony szybko trafiamy do Nowego Jorku, tylko że biedniejszej strony. I o dziwo nasz bohater (w przeciwieństwie do służącego, co za bardzo lubi luksus i bogactwo) odnajduje się jak ryba w wodzie. Albo po prostu ma dużo szczęścia.

Choć poszukiwania wybranki serca nie są łatwe (szybko zmontowane sceny spotkań w knajpach). To daje pole do popisu dla stworzenia barwnych postaci – fryzjer i jego klienci, pokręcony pastor – bez przekraczania granicy dobrego smaku. Ale parę bluzgów zostaje rzuconych, więc nie jest to zbytnio dzieło dla całej rodziny. Dodatkowo jest wiara w amerykański sen, że uczciwą pracą dojdziesz do wszystkiego (nawet jeśli skopiujesz swoją sieć restauracji w stylu McDonald’s). Nawet zdobyć dla siebie idealną partnerkę, pod warunkiem, że nie będziesz narcystycznym dupkiem. No i miliony dolców też się przydadzą. 😉 Może i brzmi to bajkowo, zaś finał troszkę odlatuje, niemniej nadal to działa.

Ale najbardziej na mnie działał ten wątek romantyczny, czyli powoli ewoluująca relacja Akeema z córką McDowella. Pierwszego gra Eddie Murphy, który może nie wali słowami z prędkością karabinu maszynowego, nadal jednak ma w sobie masę uroku i charyzmy. Panią McDowell za ma to aparycję uroczej Shari Headwell, która ma wiele wspólnego z naszym księciem. Chce być silną, niezależną kobietą, nie znoszącą fałszu oraz pozerstwa. Chemia między nimi z każdą sceną rośnie, a sama relacja nabiera kolorów. Na drugim planie błyszczy rozbrajający Arsenio Hall (Semi), który kradnie każdą scenę oraz majestatyczny James Earl Jones (ojciec Akeema). Jakby tego było mało, Murphy z Hallem wcielili się w parę innych postaci, których nie da się rozpoznać pod niesamowitą charakteryzacją.

„Książę w Nowym Jorku” jest jedną z tych komedii lat 80-tych, których czas się nie ima. Ciągle zabawna, świetnie zrobiona, z Eddiem Murphy w najwyższej formie, choć zaskakująco stonowany (jak na swoje możliwości). Tak się robi komedię z głową i bez żenady. Wiecie, że niedawno powstała kontynuacja? Nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Diabeł wcielony

Jesteśmy gdzieś w małym miasteczku na granicy Ohio oraz Zachodniej Virginii. Parę(naście) lat temu skończyła się II wojna światowa, a wkrótce zacznie się jatka w Wietnamie. Do jednej takiej wsi zabitej deskami trafia młody chłopak, który wrócił z frontu. W drodze do domu poznaje dziewczynę (kelnerka), zakochuje się w niej i po dłuższym czasie bierze z nią ślub. Ale głównym bohaterem tej opowieści jest syn tej dwójki Alvin. Mieszka razem z dziadkami oraz przyrodnią siostrą, która jest nagabywana przez takich chłopaków.

Ciężko jest mi tutaj opisać fabułę filmu rozpisaną na kilkanaście lat. Dzieło Antonio Camposa to – w dużym uproszczeniu – historia prostych ludzi zderzonych ze złem. Problem jest o tyle trudno, że to zło, ten „diabeł” nie ma jednej konkretnej twarzy, roznosi się niczym zaraza, zaś modlitwa nie jest w stanie cię przed nim ocalić. A wszystko gdzieś na podbrzuszu Ameryki, gdzie człowiek w zasadzie jest zdany tylko na siebie. Albo na Boga, przyglądającemu się temu wszystkiemu z dystansu. Sam początek oparty jest na retrospekcji, gdzie zaczynamy poznawać kluczowe postacie. Oraz spory przekrój patologii tego świata: para psychopatycznych morderców, co robią zdjęcia swoim ofiarom; skorumpowany policjant; nawiedzony duchowny przekonany o płynącej przez niego boskiej woli; młody pastor tak narcystyczny, iż wszystkie lustra powinny pęknąć na jego widok i uwodzi młode dziewczęta. A w środku tego piekiełka znajduje się Alvin, próbujący zachować dobro w sobie. Tylko żeby to zrobić musi być tak samo bezwzględny jak otaczający go źli ludzie.

Ten cały brudny, niepokojący, wręcz lepki klimat potęguje jeszcze obecność narratora (jest nim autor powieści, na podstawie której oparto ten film). Ale to działa jak broń obosieczna. Dopowiada pewne rzeczy wprost, jednak robi to aż za bardzo. Sama narracja jest dość chaotyczna, a przeskok z postaci na postać dezorientuje. W zasadzie w centrum jest Alvin, ale początkowo poznajemy jego rodziców, następnie inne postaci, a potem wracamy do niego już wkraczającego w dorosłość. Czasem gubiłem się z osadzeniem całości w czasie, wiele postaci pobocznych wydaje się ledwie zarysowanych (para morderców, szeryf). Do tego film wydaje się jakby przedramatyzowany na siłę, jakby reżyser próbuje dokręcić śrubę szokiem, brutalnością i okrucieństwem. Przez co z czasem „Diabeł wcielony” traci swoją siłę i zaczyna nudzić.

Nawet imponująca obsada ze znanymi twarzami wydaje się nie do końca wykorzystana. Zbyt krótko pojawiają się Mia Wasikowska i Haley Bennett, by zapadły mocno w pamięć. Trochę lepiej wypada duet Riley Keough/Jason Clarke i zaskakujący Sebastian Stan jako śliski gliniarz-karierowicz. Jeśli jednak miałbym wskazać wyraziste role, to są aż trzy. Bill Skarsgard pojawia się na samym początku, ale to mocna postać mierząca się z religią, wojenną traumą oraz zbliżającą się tragedią. Świetny jest też Tom Holland jako Alvin. Facet twardo stąpa po ziemi, decydujący o sobie raczej za pomocą czynów niż słów, a jego ewolucja jest pokazana przekonująco. Film jednak kradnie Robert Pattinson w roli młodego pastora. Charyzmatyczny, bardzo pewny siebie, potrafiłby porwać tłumy, jednak tak naprawdę jest śliskim hipokrytą, nie biorącym odpowiedzialności za swoje czyny. Porażająca kreacja zapadająca w pamięć.

„Mieszka we mnie diabeł” – śpiewał w jednym z utworów Skubas. Film Camposa w założeniu miał być mrocznym, poważnym dramatem o tym, że ze złem trzeba walczyć złem. Nierówny, ale bardzo intrygujący film z paroma wyrazistymi kreacjami wartymi uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kolejny film o Boracie: Tłusta łapówka dla amerykańskiego reżimu, by naród kazachski znów być wielki

Pamiętacie Borata? Niedawno obejrzałem poprzednią część, która jednak nie podeszła mi za bardzo. Była zbyt chamska i obleśna, zaś rola satyrycznego spojrzenia na poprawną politycznie Amerykę nie sprawdziła się w cholerę. Kiedy pojawiły się informacje od sequelu przygód dziennikarza z Kazachstanu, nie byłem specjalnie zainteresowany. Szum jednak był zbyt silny, a nominacje do Oscara w dwóch istotnych kategoriach (scenariusz adaptowany i aktorka drugoplanowa) były sygnałem. Sygnałem, że być może nie należy tego tytułu ignorować.

Co się zmieniło w życiu Borata po tych 14 latach? Cóż, wiele, ale nie na lepsze. Odsiaduje wyrok w gułagu za skompromitowanie kraju, stracił żonę, dom i dzieci. Oprócz swojej córki, Tutar, która traktowana jest gorzej niż bydło. Ale premier kraju daje naszemu bohaterowi szansę na rehabilitację. Ma wyruszyć do US & A i wręczyć prezent osobie z otoczenia samego McDonalda Trumpa. Prezentem tym jest… małpi minister kultury/gwiazda porno. Sprawy się komplikują, Borat trafia do kraju z opóźnieniem, zaś zamiast małpy w skrzyni jest… jego córka. Co z tym fantem zrobić?

Powiem to od razu, by rozwiać wszelkie wątpliwości: „Kolejny film o Boracie” jest DUŻO lepszy od poprzednika. Być może wynika to z faktu, że sequel ma… fabułę. Nie jest tylko zbiorem scenek pokazującym nieporadność naszego bohatera, a silnie odczuwalne jest zderzenie dwóch światów. Do tego Borat jest rozpoznawalną postacią, co zmusza go do stosowania kamuflażu. To daje sporo zabawnych sytuacji, jednak o wiele lepiej „Borat” działa jako satyra na Amerykę czasów Trumpa. Prostych rednecków, widzących świat czarno-biały, z teoriami spiskowymi oraz większą niechęcią do demokratów niż wirusa. Czyli blisko im mentalnie do Kazachstanu, choć nie ze wszystkim (bardzo ograniczone prawa kobiet, które w ojczyźnie Borata są pozbawione samodzielności). Plus jeszcze feminizm, Żydzi, Rudolf Giuliani, aborcja i inne ostre jazdy.

Ale prawdziwym sercem tego sequela jest relacja Borata z Tutar, która angażuje i wnosi wiele świeżości do tego sequela. Sacha Baron Cohen znowu błyszczy jako Borat, choć nie przeprowadza żadnych wywiadów. Tutaj stawka jest bardziej osobista a aktor pokazuje przekonująco sprzeczne emocje bohatera. Największą niespodzianką jest jednak Maria Bakalova, której obecność daje kopa. Dziewczyna kradnie ten film swoją szczerością w naiwności oraz powolnym budzeniu swojej prawdziwej wartości i emancypacji. Cudownie napisana postać.

Kolejny przykład tego, że nawet pozornie bezsensowne pomysły mają sens. Drugi „Borat” jest mniej rubaszny i żenujący jak poprzednik, przez to bardziej zabawny. Mocniej wybrzmiewa satyryczne spojrzenie na Amerykę oraz jej ciemną stronę życia, zaś finał pokazuje jak wiele może osiągnąć tak niewielu. Podobno części trzeciej nie będzie, ale nie obraziłbym się, gdyby Cohen zmienił zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mały topór

Antologie serialowe z reguły są trudne do zrealizowania. Szczególnie, jeśli biorą się za bardzo ważny i poważny temat. Taki sobie cel przyjął „Mały topór” – koprodukcja BBC i Amazona w reżyserii Steve’a McQueena. Nie są ze sobą powiązane za pomocą postaci, lecz tematu: rasizmu oraz nietolerancji wobec osób o ciemnej skórze. Dokładniej ludzi z Karaibów w Londynie od lat 60. do początku lat 80. Czyli będzie poważnie, górnolotnie, patetycznie i jeszcze nawalając symboliką? Otóż… niekoniecznie.

Jasne, każda historia jest podana w sposób dramatyczny, jednak reżyser unika jak ognia stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału: dobry czarnoskóry-zły biały. Więcej jest tutaj odcieni szarości, zaś uprzedzenia dotyczą obydwu stron. Wiec jak je przełamać? Zwłaszcza, że system niejako odgórnie narzuca traktowanie czarnoskórych jako gorszych, nie dając im szans na edukację czy porządną pracę. I to z dzisiejszej perspektywy wydaje się nie do uwierzenia. Jeszcze bardziej zaskakuje, że każdy z odcinków mógłby spokojnie być pokazywany jako film. Zwłaszcza otwierający całość dwugodzinny „Mangrove”.

Każdy z odcinków odnosi się do prawdziwych wydarzeń lub postaci, choć nie zawsze pojawia się taka informacja pod koniec. Bardzo mi imponuje z jaką szczegółowością odtworzono realia tych czasów. Scenografia i kostiumy z wplecioną muzyką „czarną” w tle (głównie reggae) wyglądają niesamowicie, tak jak fantastyczne zdjęcia, niemal skupione na detalach. McQueen prowadzi każdą z opowieści tak, że zanurza się w nich od razu. Czy jest to walka z systemem sądowym właściciela restauracji Mangrove w Notting Hill, opowieść o pierwszym czarnoskórym policjancie znienawidzonym przez swoich i obcych (wszelkie skojarzenia z „Serpico” na miejscu), nieznającym swoich korzeni młodym chłopaku czy dziecku, które trafia do szkoły specjalnej. Jak bardzo odgórne jest nastawienie wobec obcych – podobno już jest trochę lepiej, ale prawda jest jedna: mentalności nie zmienisz za pomocą przepisów czy regulacji prawnych. To trzeba zrobić działaniami, choć jest to bardzo mozolna, ciężka praca. No i jeszcze w jedności siła, choć sama społeczność jest podzielona.

Nie wszystkie odcinki dotykają jednak spraw poważnych. Zaskoczeniem był dla mnie odcinek drugi, opowiadający o dziewczynie trafiającej na nocną domówkę. Ten odcinek bardzo płynie z rytmem, jest wręcz impresyjny, zdominowany przez taniec, brzmienia reggae w niemal spowolnionym tempie. Bardzo przyjemnie to buja, ale pod tym wszystkim kryje się także obserwacja relacji damsko-męskich, gdzie kobieta wydaje się być ograniczana do roli zdobyczy. I że nie może mu się sprzeciwić, kiedy chce ją zaliczyć.

I jak to jest fantastycznie zagrane, choć rozpoznawalnych twarzy jest niewiele. Trudno mi tu kogokolwiek wyróżnić, bo nie ma tutaj złych ról. Mógłbym wymienić takie nazwiska jak Shaun Parkes, Letitia Wright, Malachy Kirby, John Boyega czy Amarah-Jae St. Aubyn. Tylko, że to byłaby tylko wyliczanka bez końca, bo na pewno kogoś bym pominął z tego grona. Każdy wyciągnął ze swojej postaci maksimum możliwości, pomagając w wybrzmieniu tego niewygodnego tematu. Fantastyczna robota każdego bez wyjątku.

„Mały topór” jest bardzo świeżym oraz – moim zdaniem – bardzo uczciwym pokazaniem tematu rasizmu, wrogości oraz wzajemnych uprzedzeń. A także heroicznej, choć pozbawionej wielkich słów, walki o swoją godność i bycie traktowanym jak inni ludzie. Bardzo mocna, miejscami stonowana, ale bardzo angażująca mozaika.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Malcolm i Marie

Nasza parka mieszka sobie gdzieś za miastem. On jest obiecującym reżyserem, ona aktorką i byłą ćpunką. Żyją ze sobą pięć lat i właśnie wracają z premiery debiutu Malcolma. Wydaje się, że są ze sobą razem, potrafią się dogadać. Wiele przeżyli, a teraz czekają na pierwsze recenzje. I być może byłaby to spokojna noc, gdyby nie jedna drobna sprawa.

Tego filmu początkowo miało nie być, tylko zacząć zdjęcia do drugiego sezonu „Euforii”. Ale wszyscy wiemy co się stało: koronawirus. Więc reżyser Sam Levinson postanowił na szybko zrealizować kameralną psychodramę. Klimat kina niezależnego jest wręcz namacalny od początku. Nie tylko dzięki czarno-białym zdjęciom czy wplecionej „czarnej” muzie w tle. Artystyczne środowisko wydaje się nie mieć aż tak wielkiego znaczenia. Wszystko ogranicza się do dwóch perspektyw: mężczyzny i kobiety. Ona po przejściach i chcąca pewnej wdzięczności, on bardziej skupiony na sobie, szorstki. Jakim cudem ta dwójka w ogóle się spotkała? Powoli zaczynamy odkrywać skrywane przez nich demony, lęki, pretensje, poczucie bycia tym gorszym. Każda rozmowa zaczyna coraz bardziej przypominać walkę bokserską z przerwami na chwilę oddechu. Choć rozmowa to czasem za duże słowo.

To przeplatane monologi każdej z postaci z reakcjami drugiej strony. Choć muszę przyznać, że czasem można odnieść wrażenie pretensjonalności. Ale w końcu to środowisko artystyczne, więc ta odrobina pretensji wydaje się być uzasadniona. Przy okazji obrywa się krytykom oraz ich bardzo ograniczonej percepcji („biała laska z LA”), ale też ile artysta może wykorzystać z życia bliskiej osoby do tworzenia swojego dzieła. To jest pewien naddatek, podnoszący troszkę całość na wyższy poziom, lecz nie jest niezbędny. Kilkukrotnie Levinson potrafi utrzymać w napięciu, co nie jest takie łatwe, zaś finał daje pewną nadzieję dla tej pary. Szansę na bliższe poznanie się oraz dalsze budowanie tego związku.

A wszystko trzyma na sobie tylko dwójka aktorów: Zendaya oraz John David Washington. Oboje są rewelacyjny, grając wręcz koncertowo. Zarówno razem, jak i każdej scenie osobno nie można oderwać od nich oczu, zaś chemia dosłownie rozsadza ekran. Dla tej dwójki absolutnie warto zapoznać się z nowym filmem Levinsona. Pozwoli to przeczekać na kolejny sezon „Euforii”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jestem twoją kobietą

Jesteśmy gdzieś w dużym mieście lat 70-tych. Tutaj żyje Jean oraz Eddie. Ona – młoda kobieta, nie mogąca mieć dzieci, w zasadzie niesamodzielna, ciągle będąca w domu. On – ciągle wychodzi, coś załatwia, ma jakieś interesy, nie informując o tym swojej żony. Pewnego dnia przychodzi razem z niemowlakiem, mówiąc: „To jest nasze dziecko, nazwij je jak chcesz”. Tak została matką, a pewnej nocy wchodzi przyjaciel i zmusza do ucieczki, dając jej 200 tysięcy dolarów oraz namiar na znajomego.

Myśląc o kinie gangsterskim raczej przychodzą do głowy twardzi faceci, strzelaniny oraz sprawy podniosłe, poważne. Kobiety tam pełnią raczej za tło: nieme, posłuszne i niezaangażowane albo robią za ładny dodatek do męskiego świata. Ten film idzie w zupełnie innym kierunku – wyobraźcie sobie „Chłopców z ferajny” pokazanych z perspektywy żony głównego bohatera. „Jestem twoją kobietą” pokazuje bardzo trudną drogę kobiety nieświadomej do końca (albo nie zadającej pytań) działalności swojego męża. W zasadzie jest ona od niego bardzo zależna, pozbawiona własnej woli, w zasadzie będąca w domu/złotej klatce. Pozbawiona instynktu przetrwania zmuszona zostaje do walki, w czym pomagają jej obcy ludzie. A jednocześnie cały czas przypomina dziecko we mgle, powoli odkrywając prawdziwą działalność Eddie’ego oraz bagna jakie ją otacza. I tu się zaczyna cała heca.

Debiut reżyserski Julii Hart jest zaskakująco wyciszonym filmem. Nie ma tutaj popisów strzeleckich czy krwawej rozpierduchy, za to jest ciągłe poczucie niepewności i zagrożenia. Tutaj każde zapukanie do drzwi oraz drobne scenki mogą pójść w zupełnie innym kierunku. Napięcie jest budowaniu na detalach, oszczędnie dawkowanej muzyce oraz subtelnie serwowanych dialogach. Wszystko zamknięte mocnym finałem oraz bardzo przekonującą ewolucją głównej bohaterki.

A propos głównej bohaterki – jestem absolutnie porażony kreacją Rachel Brosnahan. To jak za pomocą mikrospojrzeń i bardzo drobnych gestów ta postać ewoluuje. Z samotnej i bezwolnej kobiety zmienia się w osobę z oczami dookoła głowy. Nawet paląc papierosa robi to w sposób nerwowy, pozornie tylko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Niesamowita rola, której nie można przeoczyć.

To jest bardzo rzadkie spojrzenie na kino gangsterskie w zasadzie bez gangsterki oraz typowych elementów tego gatunku. Bardzo świeża perspektywa, choć miłośnicy strzelana, pościgów, kupy szmalu i eksplozji mogą nic nie znaleźć dla siebie. Dojrzałe, trzymające w napięciu, mocne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Na poboczu

Co nowego można opowiedzieć na temat polityków? Wydaje się, że po „House of Cards” historie ludzi dążących do wielkiej władzy, mierzącymi się z rzucanymi pod nogi kłodami. Prawda? Więc po co iść dalej w tą stronę? Takiego pytania nie postawił sobie scenarzysta David Hare i dla BBC stworzył miniserial „Na poboczu”.

Poznajcie Petera Laurence’a. Gdy go widzimy pierwszy raz, wychodzi z sądu po wygranym procesie w sprawie oszczerstwa. A jest nie byle kim, bo ministrem, chociaż niezbyt prestiżowego departamentu. Ludzie go lubią, bo mówi bez owijania w bawełnę, wydaje się człowiekiem sukcesu, choć z poglądami troszkę innymi niż swoja partia. Jednak sytuacja zaczyna się coraz bardziej komplikować, a zapalnikiem jest informacja o tym, że mężczyzna może mieć trzecią córkę. Tylko, że nie ze swoją żoną, zaś dziewczyna siedzi w więzieniu.

Cztery odcinki po niecałą godzinę wydają się być odpowiednim czasem dla tego typu produkcji. „Na poboczu” miesza wątki obyczajowe i polityczne, gdzie nie można być pewnym komu ufać. Tutaj bronią jest informacja, głównie dotycząca wszelkich brudów, haków i tajemnic, które od dawna są ukryte. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem o dużych wpływach oraz koneksjach. Przecieki, gra na dwóch frontach, powiązania polityki z biznesem, lobbingiem i wielką kasą, a także wpływ kłamstw, sekretów zmieszanych z żądzą władzy na życie prywatne. Na papierze brzmi to co najmniej dobrze, ale coś tu nie gra. To wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, a poczucie zagrożenia i napięcia jest tylko pozorowane. Najgorsze jest to, że prawdziwe cele wszystkich graczy są bardzo trudne do rozgryzienia. Wiem, że polityka to gra pozorów, zaś główne cele padają między wierszami. Zarówno życie prywatne Laurence’a, jak i polityczne plany wydają się nie być do końca wyeksploatowane. Przeszkadza też spora ilość wątków pobocznych, gdzie część ma jeszcze sens (prowadzone dziennikarskie śledztwo w sprawie przeszłości ministra), ale też jest parę zbędnych momentów jak wątek z kochanką czy asystenta działającego na własną rękę. Także wszelkie spotkania polityka z panią premier – teoretycznie mające pomóc w budowaniu napięcia – zwyczajnie nudzą.

Jeszcze bardziej niesatysfakcjonujący jest zarówno wątek nieślubnej córki (choć sama postać jest bardzo nieźle napisana) oraz finał. Ten drugi boli także z powodu użycia przeskoku czasowego oraz potencjalnej furtki na kontynuację. Równie bolesny jest fakt, że aktorzy nie mają w zasadzie zbyt wiele do roboty. Są najwyżej solidni, jednak brakuje wyrazistości tym kreacjom. Nawet grający główną rolę Hugh Laurie, które charyzmę można zmierzyć w tonach, sprawia wrażenie jadącego na autopilocie. Chociaż on pozostaje najmocniejszym punktem tego dzieła, a za zmarnowanie Helen McCrory twórcy powinni siedzieć. O reszcie albo się nie pamięta, albo nie zwraca uwagę, co jest zadziwiające.

Jeśli miałbym opisać jednym zdaniem „Roadkill”, brzmiałoby: To największe marnotrawstwo w historii BBC. Kompletnie przeciętna produkcja pozbawiona polotu i nie wnosząca niczego do tematu polityki. Bardzo daleki krewny „House of Cards”, do którego rodzina się nie przyznaje. Na ich miejscu też bym tego nie robił.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman 1984

Trudno jest zapomnieć naszą wojowniczą Amazonkę Dianę. Nadal pracuje w muzeum Smithsonian, gdzie bada relikty przeszłości. Teraz jednak jest rok 1984, czyli czasy kiczu, abstrakcji oraz rozpędzonego konsumpcjonizmu. Pojawia się też nowe zagrożenie w postaci Donalda Trumpa, eeeee, przepraszam. Chodzi o Maxwella Lorda – medialnego przedsiębiorcę, który tak naprawdę jest bankrutem. Wierzy jednak, że dzięki pewnemu magicznemu kamieniowi znajdującemu się… w muzeum odmieni się jego los. Konsekwencje dla świata mogą być katastrofalne.

Pierwsza „Wonder Woman” była zaskoczeniem oraz światełkiem w tunelu dla Warnera i jego „uniwersum” DC. Kompetentnie zrobiona, z fajnymi scenami akcji (chociaż nadużywająca slow motion), bohaterką zderzoną z nieznaną rzeczywistością oraz… rozczarowującym finałem. Takie starcie z bossem a’la Zack Snyder, gdzie nic nie było widać. Reżyserka Patty Jenkins wyciągnęła wnioski i kontynuacja jest odrobinę lepsza, chociaż ma pewne drobne problemy. To jest nadal film akcji ze sporym budżetem, pędzącą akcją oraz charakterną protagonistką. Tutaj wszystko skupia się wobec szaleństwa, egoizmu połączonego z mocą spełniania każdego życzenia. Haczyk polega na tym, że za to jest pewna cena. Czy warto ją zapłacić? To nie jest łatwe pytanie, które jest pretekstem do rozpierduchy. Bardzo dobrze wyglądającej, z bardzo płynnym montażem oraz inscenizacją na poziomie klasyków. Ogląda się to świetnie, zaś finał (w tym starcie z Cheetah) daje o wiele więcej satysfakcji niż w poprzedniej części. A jak w tle zagra Hans Zimmer, miłosierdzia nie będzie,

Jest troszkę humoru, ale nie na tyle, by stać się Marvelem. „1984” pozostaje bardziej serio pokazując do czego może doprowadzić ślepe dążenie do sukcesu. Jenkins wydaje się pewniej prowadzić historię, chociaż zdarzają się pewne momenty przestoju. Ale w przypadku dwu i półgodzinnego filmu bywa to wręcz wskazane. Niemniej kilka rzeczy mi nie podeszło. Po pierwsze, nie bardzo czuć tu za bardzo klimatu lat 80-tych. Może poza kostiumami czy sporadycznymi piosenkami, ale to jednak za mało. Drugim – nie za dużym minusem – są efekty specjalnie, nie robiące jakiegoś wielkiego szału, lecz nie wybijają ani nie kłują mocno w oczy. Można było jednak nad tym popracować.

Także aktorsko jest tu parę ciekawych rzeczy. Gal Gadot pasuje bardzo do tej postaci i znowu to potwierdza. Obecność postaci granej przez Chrisa Pine’a może wydawać się absurdalna, ale cieszy. Próba odnalezienia się Steve’a w nowych czasach daje troszkę okazji do pośmiania się. Całość jednak kradnie dwoje o wiele bardziej wyrazistych antagonistów z bardziej prostymi motywacjami niż rozwalenie świata. Zaskakuje Kristen Wiig jako bardzo wycofana i nieśmiała Barbara, chcąca być silną, przebojową oraz dostrzeganą przez innych kobietą. Szoł jednak kradnie rozbrajający Pedro Pascal. Jego Maxwell Lord to taki Donald Trump, sprawiający wrażenie człowieka sukcesu i luzaka, ale skrywa się za tym żądny sukcesu karierowicz oraz oszust.

„1984” kontynuuje dobrą passę Warnera oraz świata DC. Reżyserska ręka o wiele sprawniej się porusza po wysokobudżetowym kinie, nie gubiąc przy tym postaci. Niemal wszystko podnosi całość na wyższy poziom, przy okazji dorzucając parę potknięć. Niemniej jak Diana walczy do samego końca, za co należy ją szanować.

7/10

Radosław Ostrowski

The Tax Collector

David Ayer to filmowiec, który ostatnio ma mocno pod górkę. Tak mniej więcej od czasu „Legionu samobójców” każdy jego tytuł kończył się rozczarowaniem. Wydawałoby się, że powrót na ulice pełne gangsterów w Los Angeles przywróci reżyserowi moc oraz siłę. Brudny, nieprzyjazny klimat, gdzie kula może pojawić się z każdej strony, a walka o przetrwanie trwa cały czas.

Bohaterami jest dwóch przyjaciół – David i Creeper. Zajmują się pobieraniem procentów z każdego interesu, działając dla przebywającego w więzieniu szefa zwanego Czarodziejem. Creeper bardziej robi tu za twardziela, co wiele przeszedł, wiele widział i wiele zabijał. Współpraca idzie dobrze, nawet bardzo, zaś każdy gang oddaje procent bez problemów. Ale sprawa zaczyna się komplikować z powodu nowego zawodnika, niejakiego Conejo. Mafiozo współpracował z kartelem, a Czarodziej próbował go wcześniej skasować. Teraz on wraca i chce wywrócić cały porządek do góry nogami.

Sam początek jest naprawdę obiecujący. Powoli poznajemy układy panujące na ulicy, szybko pracujących gangsterów oraz silną więź między naszymi bohaterami. Mimo bandyckiej profesji, rodzinne wartości są dla nich silne, co może wywołać pewną konsternację. Problem w tym, że sama historia swoim spokojnym tempem oraz większym skupieniem na wątek obyczajowy traci swój impet. I tej sytuacji nie jest w stanie zmienić ani przemoc (zbyt rzadka i mało szokująca), ani rzucane bluzgi (zbyt częste). Są tylko dwie strzelaniny i są za krótkie, a cała ta walka o przetrwanie oraz władzę okazuje się pusta, efekciarska, nieangażująca. Więcej niby dowiadujemy się w dialogach, jednak nie zawsze się to pokrywa z wydarzeniami na ekranie. Zaś finał nie daje żadnej satysfakcji i przebiega zbyt łatwo. Ayer potrafi zbudować klimat, jednak za bardzo gubi swoich bohaterów.

I bardzo szkoda tutaj aktorów, a szczególnie zaskakującego Shia LaBeoufa jako mocno narwanego, elegancko ubranego Creepera. Facet kradnie każdą sceną samą swoją obecnością, pokazując zupełnie inne oblicze. Ale nawet on nie jest w stanie wznieść całości powyżej przeciętnej. Ayer tutaj tylko udaje twardziela, a podczas konfrontacji ucieka jak tchórz. Takich ludzi nie chcecie znać, ani spłacać jakichkolwiek długów.

5/10

Radosław Ostrowski

Guns Akimbo

Znacie takich ludzi jak Miles – taki szaraczek bez osiągnięć, nienawidzi swojej pracy i jest mocno uzależniony od Internetu. Do tego ciągle kocha swoją byłą dziewczynę, co nie jest dla niej łatwe. Pewnej nocy nasz bohater decyduje się zrobić wielkie głupstwo. Wchodzi na forum internetowe Skizma – takiej gry, gdzie psychole, świrusy i zabijacy walczą ze sobą o przetrwanie. Tam pisze dużo złośliwości oraz chamskich tekstów, podchmielając sobie alkoholem. Kiedy trzeźwieje odkrywa, że ma w dłoniach… przyspawane pistolety i został dołączony do gry. Ma też pokonać najlepszą zawodniczkę czyli Nix w ciągu 24 godzin.

Zrobienie filmu w stylu gry komputerowej wydawało mi się co najmniej szalone i bardzo ryzykowne. Po pierwsze, nie ma tej immersji co gra. Po drugie, taka przeładowana stylistyka z czasem staje się nużąca. To pokazał parę lat wcześniej „Hardcore Henry”. Ale z „Guns Akimbo” jest trochę inaczej. Film Jasona Howdena jest polaną absurdalnym humorem komedią sensacyjną. Trochę klimatem przypomniał mi się „Nerve”, gdzie też była gra wirtualna i ludzkie życie było stawką. Tutaj jednak wszystko jest bardziej przerysowane, absurdalne, niedorzeczne. Fabuła jest pretekstem do pokazania strzelanin oraz zderzenia Milesa z rzeczywistością. Szaraczek znający świat z gier, tutaj musi wyjść ze swojej strefy komfortu, by obudzić w sobie wojownika oraz zacząć żyć. Brzmi głęboko, ale to nie jest poważne kino. Reżyser skupia się na bardzo dynamicznym, efekciarskim wręcz pokazywaniu scen akcji, gdzie dzieją się rzeczy. Kamera wręcz tańczy wokół postaci, kule świszczą ze wszystkich stron, a postacie rzucają czasem sucharkami.

Wszystko polane jeszcze mocno elektroniczną muzyką, która podbija rytm i buduje klimat przypominający grę komputerową. Ale także czuć podskórnie poczucie pewnego zagrożenia, z którego nie można się wyplątać. Nie brakuje tutaj zaskoczeń, przerysowanego antagonisty oraz krzywego spojrzenia na ludzi, którzy uwielbiają oglądać takie rzeczy jak Skizm. Zwykłych szaraczków, prowadzących nudne życie i nie mających odwagi czegoś zmienić. Albo szukających czegoś, co je ubarwi.

A to wszystko nie zadziałoby, gdyby nie dwie fantastyczne kreacje. Pierwszy jest ciągle zadziwiający Daniel Radcliffe, który w roli jest świetny. Początkowo przerażony, zdezorientowany i zagubiony okazuje się całkiem sprytnym facetem, w którym budzi się twardziel. Ale show kradnie Samara Weaving jako Nix i to jest postać silniejsza niż się wydaje. Może i wygląda bardziej jak chłopczyca, fetyszyzująca broń, walcząca bezwzględnie, konsekwentnie, z cynizmem oraz ironią jako wsparcie. Oboje działają jak prawdziwe petardy.

Dawno nie widziałem tak bezwstydnego, szalonego oraz ostrego kina akcji, które jest też zaskakująco przemyślane. I kolejny przykład tego jak nieoczywiste przedsięwzięcia bierze na siebie Radcliffe, który zamierza nas zaskakiwać. Cały czas mu się to udaje.

7/10

Radosław Ostrowski