Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gry wojenne

Dzisiaj reżyser John Badham pracuje przy produkcjach telewizyjnych. Ale w latach 80. był bardzo rozchwytywanym filmowcem, realizującym hit za hitem. Tylko, że o niewiele z nich się pamięta. Na pewno taką produkcją była przełomowa „Gorączka sobotniej nocy” z 1977 roku (o niej innym razem) oraz powstałe sześć lat później „Gry wojenne”.

gry wojenne2

Zaczyna się niby spokojnie, gdzie dochodzi do zmiany warty w jakimś punkcie wojskowym. I pojawia się alarm o zagrożeniu atakiem nuklearnym. Trzeba przekręcić klucze i odpalić pociski, ale jeden z oficerów waha się. Czas ucieka i ostatecznie nie decyduje się na przekręcenie klucza. Później okazuje się, że to był tylko test, zaliczony jedynie przez 22% oficerów. Dlatego dochodzi do wyłączenia ludzi z łańcucha decyzyjnego, całkowicie zdając się na komputer zwany WOPR-em. Wszystko pewnie działałoby w porządku, gdyby nie pewien chłopak. David to licealista, mający kompletną fiksację na punkcie gier komputerowych. Chcąc zdobyć dostęp do nowych gier, włamuje się do komputera… WOPR. Myśląc, że znalazł gry, odpala „Globalną wojnę termonuklearną”. I to doprowadza, że wojskowi są przekonani o planowanym ataku Sowietów na USA. Oj, niedobrze.

gry wojenne1

Najbardziej zadziwiające jest to, że – mimo osadzenia akcji w czasach współczesnych twórcom – koncepcja wydaje się niebezpiecznie aktualna. Możliwość włamania do komputera, zbytnia ufność technologii oraz zderzenie mentalności wojskowej z naukową – mieszanka ta może doprowadzić do zagłady. Reżyser z jednej strony serwuje prostą opowieść o (przyspieszonym) dojrzewaniu do odpowiedzialności, gdzie nastolatkowie (tutaj akurat uzdolniony haker) w zasadzie robią, co chcą. I to właśnie nasza dwójka bohaterów (David i jego koleżanka Jenny) podejmuje najrozsądniejsze decyzje.

gry wojenne3

Z drugiej jednak jest to thriller, gdzie jest wojsko, technologia w postaci dużego komputera oraz potencjalny koniec świata w tle. Jak przekonać osoby decyzyjne do zachowania rozsądku? Czy można nauczyć komputer odpuszczenia walki i pokazanie jej bezsensu? Czy należy tylko i wyłącznie opierać się na obrazkach komputera? Niby jest to rozrywkowy film, a pytania zadaje bardzo poważne. I nie wywołuje to żadnego zgrzytu, co nie jest takie proste do osiągnięcia.

Czuć ducha epoki i dzisiaj niektóre „włamania” mogą wydawać się zabawne niż poważne. Ale nie umniejsza to „Grom wojennym”. Film nadal trzyma w napięciu, jest świetnie zagrany i potrafi zmusić do myślenia. Więcej niż tylko zgrabne kino rozrywkowe z lat 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miniaturzystka

Amsterdam, druga połowa wieku XVII. Do miasta przybywa młoda, angielska dziewczyna – Petronella. Pochodzi z podupadającego rodu, więc aby ratować sytuację finansową musi ożenić się z bardzo dzianym gościem. Trafiło na kupca Johannesa Brandta, który mieszka razem z bogobojną siostrą oraz służbą. Po paru dniach kobiecie udaje się zaadaptować do nowego otoczenia, zaś mąż w prezencie daje jej… miniaturę domu. Nella zaczyna korzystać z usług miniaturzystki, by zamówić przedmioty do domku. Ale z pierwszą przesyłką pojawiają się rzeczy, których nie było w zamówieniu, zaś w domostwie zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

miniaturzystka1

Jak BBC bierze się za serial kostiumowy, na pewno będzie wyglądać co najmniej interesująco. Zwłaszcza, że dzieło nakręcił hiszpański reżyser Guillem Morales. A mimo tylko trzech odcinków, dzieje się tutaj bardzo dużo i każdy tutaj skrywa jakieś tajemnice. Od męża (to akurat jest łatwe do rozgryzienia) przez siostrę aż po służących. Więc odkrycie wszystkich tajemnic oraz odnalezienie się w zupełnie innym świecie, gdzie liczą się pozory, religijna hipokryzja i prywatne interesy. Jeszcze większe zamieszanie wywołuje tajemnicza miniaturzystka – blondwłosa kobieta, nosząca cały czas kaptur i pojawiająca się szybko, by z tą samą prędkością zniknąć. Zaś te dodatkowe przedmioty w małym domku wywołują pewien niepokój. Potęguje się on w momencie, gdy te przedmioty/osoby zaczynają pojawiać się w domu. No i kartki z wiadomościami w każdym pakunku – czyżby ktoś tu miał jakieś nadprzyrodzone moce? A może chodzi o coś zupełnie innego?

miniaturzystka2

„Miniaturzystka” na pewno jest serialem o silnym zabarwieniu feministycznym, bo skupia się na kobiecych bohaterkach. Bardzo przekonująco wypada przemiana Nelly (zjawiskowa Anya Taylor-Joy) z naiwnej i dziewczęco naiwnej w pewną siebie, twardą kobietę przejmującą dowodzenie. Jednak największe wrażenie robi tutaj Marin w fenomenalnej kreacji Romony Galai. Wydaje się być prawdziwą panią domu, jest wręcz oschła i bardzo bogobojna, ale też niepozbawiona sprytu, niemal do samego końca skrywająca swoje tajemnice. Mężczyźni wydają się być w zasadzie tłem dla naszych bohaterek (poza solidnym Alexem Hasselem jako Johannesem), nie mający zbyt wiele do roboty.

miniaturzystka4

Co ewidentnie zachwyca w serialu, to warstwa wizualna, niemal przypominająca malarskie obrazy. Tak samo imponująca scenografia, mimo ograniczonej przestrzeni, wygląda zbyt dobrze, żeby ją zignorować. O pięknych kostiumach nawet nie wspominam, przez co niemal wszedłem do epoki. Tak samo twórcy dobrze radzą sobie z budowaniem atmosfery tajemnicy i odkrywaniu kolejnych sekretów, kłamstw, niedopowiedzeń.

miniaturzystka3

Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że czegoś mi w tym serialu zabrakło – jakiegoś mocnego uderzenia czy satysfakcjonującego w pełni finału. Nie zmienia to faktu, że „Miniaturzystka” jest serialem powyżej przeciętnej i utrzymującej poziom produkcji BBC.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W obronie syna

Apple Tv+ w Polsce nie jest – na razie – jakoś strasznie popularną platformą streamingową. Być może wynika to z młodego jej wieku (premierę miała 1 listopada 2019) i/lub niezbyt szerokiej kampanii marketingowej. Nie oznacza to jednak, że nie ma tam niczego wartego uwagi. Czy to wykupione przez nią filmy jak „Greyhound” i „WolfWalkers”, czy już powoli przebijające się seriale. Tyle w kwestii platformy, więc skupmy się na tytule.

Akcja mini-serialu stworzonego przez scenarzystę Marka Bombacka (nowa trylogia Planety Małp) oraz reżysera Mortena Tylduma („Gra tajemnic”, „Kumple”, „Odpowiednik”) toczy się na przedmieściach Bostonu. Tutaj mieszka asystent prokuratora generalnego Andrew Barber razem z żoną i 14-letnim synem, Jacobem. Można powiedzieć, że życie traktuje ich łagodnie. Wszystko jednak powoli zaczyna rozsypywać, kiedy w pobliskim lesie zostaje znalezione ciało 14-letniego chłopca. Kolejne dowody wskazują na to, że za zbrodnię może odpowiadać Jacob. Barber zostaje odsunięty od sprawy, lecz nie powstrzymuje go to przed szukaniem sprawcy na własną rękę.

Całą tę historię poznajemy, kiedy mężczyzna staje przed wielką ławą przysięgłych. Dlaczego? Na odpowiedź trzeba czekać do ostatniego odcinka, ale po drodze wydarzy się bardzo dużo. Jeśli jednak spodziewacie się historii, skupionej na dochodzeniu, przesłuchiwaniu świadków i odkrywaniu kolejnych dowodów – to nie jest ten adres. Tyldum z Bombackiem skupiają się na rodzinie oraz tego, jak próbuje sobie radzić z oskarżeniami. To jak oboje z rodziców inaczej zaczynają patrzeć na swoje dziecko. Ojciec (wyciszony i zaskakujący Chris Evans) jest w stanie zrobić dla niego wiele, niemal bezkrytycznie broni go. Z kolei matka (bardzo wyrazista Michelle Dockery) od początku ma wątpliwości i zaczyna sobie przypominać pewne wydarzenia. A sam Jacob (rewelacyjny Jaeden Martell) nie jest chłopakiem, budzącym sympatię – sprawia wrażenie obojętnego, troszkę wywyższającego się i nieodpowiedzialnego (wchodzenie online, choć nie powinien). Ale czy to oznacza, że zabił? Oto jest pytanie.

Twórcy zgrabnie balansują między obyczajowym dramatem, thrillerem i dramatem sądowym. Zacząłem poznawać kolejne tajemnice (zwłaszcza z przeszłości Andy’ego) oraz reakcje na kolejne informacje jak podczas sceny procesu w odcinku przedostatnim. Swoje robią też social media, dzięki którym łatwiej jest rzucać plotki i oskarżać. Ale jest też tu poruszona jedna kwestia – czy skłonność do przemocy i zabijania może być dziedziczona? Jest ten wątek na pewno lepiej poruszony niż w „Historii przemocy” Cronenberga, a wszystko dzięki postaci granej przez J.K. Simmonsa. Nie mogę więcej zdradzić, bo im więcej powiem, tym mniej frajdy będzie z oglądania. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie ostatni odcinek. Wyjaśnienie jednej wolty nie dało mi wiele satysfakcji, ale to co później już tak. A że nie poznajemy odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytanie – wielu może to irytować, ale prawda jest taka, że… nie o to tu chodzi. Tylko o radzenie sobie z cieniem wątpliwości, że nigdy nie będziemy znali odpowiedzi na nurtujące pytania.

W zasadzie trudno się do czegoś przyczepić – może poza bardzo spokojnym tempem i zbytnim skupieniem na wątku obyczajowym. Ale takie było założenie i udało się je osiągnąć. A czy Jacob był mordercą czy nie i czy warto było go chronić? Ostatnia scena może dać pewną odpowiedź, lecz nie musi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Big Bang

Kolejne dzieło Kondratiuka i kolejny film telewizyjny, który wprawił mnie w zadziwienie. Skromna produkcja toczy się w domu jednego z wiejskich gospodarzy. Trwa noc, ciemności otaczają wszystko. Wszystko zmienia pojawienie się Janka, kuzyna gospodarzy Wrońskich z porażającą wiadomością: nad polem gospodarzy wylądowało UFO. Czy aby na pewno? Może Janek podchmielony i ma majaki? Nie, bo coś rzeczywiście świeci na polu. Mężczyzna wyrusza do sołtysa, by razem się naradzić, co zrobić i jak przywitać gości.

Wszystko ogranicza się do domu Wrońskich, więc osoby spodziewające się pełnego efektów specjalnych SF nic mają tu czego szukać. Można odnieść wrażenie jakby się oglądało spektakl teatralny. Masa dialogów, kamera niemal skupiona na twarzach postaci (czasem wręcz zasłaniają cały ekran), bardzo ograniczona przestrzeń. Wszystko jest tak naprawdę tylko pretekstem do nocnych rozmów z alkoholem w tle. O czym? Trudno ubrać to wszystko w jedno zdanie, ale spróbujmy: o pierwszym kontakcie, kto ma z nimi rozmawiać aż w końcu dochodzi do kwestii filozoficznych. Innymi słowy jest to Polaków portret własny. Poza gospodarzami i ich krewnym bierze w tym wszystkim udział naukowiec, właścicielka sklepu, sąsiad (jako jedyny widzi z bliska statek zwany jajcem) oraz – uważany za najmądrzejszego mieszkańca – pastuch. I to doprowadza do bliższego przyjrzenia się każdemu z bohaterów, którzy mają swoje przywary, pewne kompleksy oraz tajemnice. Jak każdy z nas. I jak się w tym wszystkim zachować.

Realizacyjnie też widać poziom telewizyjny: bardzo ciasny obraz, rozmyte kolory, klimat spotęgowany przez „przemielone” dźwięki od Eugeniusza Rudnika. I początkowo może się wydawać to zabawne, dialogi pełne gwary, zabawne powiedzonka. Jednak im dalej w las, tym więcej bardzo wnikliwych obserwacji i wręcz brutalnych stwierdzeń. Pod tym względem wybija się monolog o ludzkości w wykonaniu Romana Kłosowskiego (pastuch Kazimierz) zakończony ironicznym stwierdzeń, że „mamy czym pochwalić się kosmitom – Hiroshima, Oświęcim, Nagasaki”. Cała obsada tu błyszczy, bo tu mamy zarąbiste towarzystwo: Ludwik Benoit, Zofia Merle, Janusz Gajos, Zdzisław Kozień, Franciszek Pieczka, Roman Kłosowski i Iga Cembrzyńska. A wszystko jest zakończone w najbardziej nieobliczalny, zaskakujący sposób.

„Big Bang” mnie wzięło z zaskoczenia i takiego pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską nie było. Niby śmiesznie, ale przerażająco poważnie, gorzko, wręcz strasznie. Nie przeszkadza ani skromny budżet i brak kosmitów. Wybuchło z hukiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wniebowzięci

Andrzej Kondratiuk dla mnie jest tak naprawdę niezbyt znanym filmowcem. Innymi słowy, styczność z jego kinem w moim przypadku była praktycznie zerowa. W końcu przychodzi moment zapoznania się z dziełami tego reżysera. Padło na telewizyjnych „Wniebowziętych” z duetem Zdzisław Maklakiewicz/Jan Himilsbach w rolach głównych.

Panowie już wcześniej tworzyli wyrazisty duet przy „Rejsie”, więc nic dziwnego, iż później parę razy łączono tych aktorów razem. Panowie tym razem grają dojrzałych facetów po przejściach, którzy w zasadzie nie osiągnęli nic. Ale pewnego dnia los się do nich uśmiecha i wygrywają pieniądze w totolotku. Co z nią zrobią? Mają bardzo proste marzenia – chcą pierwszy raz polecieć samolotem. Tak bardzo im się spodobał ten lot, że na jednej podróży samolotem się to nie skończy.

W sumie to tyle, bo fabuły jako takiej ten film nie ma. Kondratiuk rzuca bohaterów w kolejne podróże i eskapady, dając im pewną namiastkę szczęścia. Czy aby jednak na pewno? Miałem wrażenie jakbym oglądał dokument, gdzie kamera łapie fragmenty z życia. Nieważne, czy mówimy o pierwszej kontroli celnej, zapoznaniu dwóch dziewczyn w Rzeszowie, spędzonej nocy w hotelu. Nie brakuje tutaj humoru, jednak nie zmienia on dość cierpkiego czy wręcz melancholijnego klimatu.

Pod tym wszystkim Kondratiuk pokazuje poczucie straconego czasu czy zmarnowanego życia. Że nie osiągnęło się nic – bo rodziny nie ma, z pracą też nie za dobrze. To co wtedy pozostaje? Wydaje się, że odpowiedzią jest przyjaźń. I to wsparcie panów granych przez Maklakiewicza oraz Himilsbacha staje się największą wartością. Czuć tą relację niemal od razu, nie trzeba do tego żadnych słów, by w to uwierzyć. I jak na dość krótki czas trwania, „Wniebowzięci” są zaskakująco bogaci treściowo. Jak macie wolne trzy kwadranse, macie propozycję.

8/10

Radosław Ostrowski

Spis cudzołożnic

Kraków – serce polskiej inteligencji, gdzie toczy się akcja debiutu reżyserskiego Jerzego Stuhra. Nakręcony w 1994 roku „Spis cudzołożnic” oparty jest na powieści Jerzego Pilcha i jest skromną produkcją telewizyjną. Wszystko skupia się wokół Gustawa (w tej roli sam Stuhr) – wykładowca akademicki, protestant z wyznania, który dostaje zadanie od dziekana. Oprowadzenie szwedzkiego kolegi o fachu przez Kraków. Cudzoziemca nie interesuje jednak poznawania zabytków i historii miasta, lecz dwie rzeczy: alkohol oraz kobiece towarzystwo.

spis cudzoloznic1

Niby można wziąć jakąś panienkę z ulicy, sex shopu czy innego burdelu. Gustaw jest jednak bardziej sentymentalny i trzyma notes z numerami telefonów – tytułowy spis cudzołożnic. Tylko, czy nie jest już trochę za późno na takie spotkanie po latach? Jak mawiał filozof starożytny – drugi raz nie można wejść do tej samej rzeczy. Ta nocna eskapada po Krakowie staje się pretekstem. I nie chodzi tylko o dyskusję na polu intelektualnym w kwestii relacji damsko-męskich czy jak sobie poradzić z kochankiem. Nie chodzi nawet o picie w knajpach, ale po prostu wspomnienia. Pierwsze miłości, fascynacje erotyczne, pierwsze klęski i zderzenie z rzeczywistością – wszystko polane alkoholem oraz bardzo melancholijnym klimatem.

spis cudzoloznic2

Stuhr pokazuje swojego bohatera jako zagubionego safandułę z pokolenia ’68 – jeszcze pamiętającego ostatnie, brutalnie działania systemu. Są one wspominane, lecz będące tylko tłem. Wszystko to okraszone miejscami zaskakującymi dialogami (wręcz monologami), mogącymi czasem sprawiać wrażenie bełkotu. Jednak parę momentów zapada mocno w pamięć jak sytuacja z „Posępną Okularnicą” czy próba dojścia do jednej z kobiet przez jej męża-psychiatrę. Zrobione jest to bardzo porządnie – zdjęcia Adamka budują specyficzny klimat, Stuhr w roli głównej radzi sobie bardzo dobrze, a panie nawet w drobnych rolach (m.in. Dorota Pomykała, Anna Radwan, Stanisława Celińska czy Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) zapadają w pamięć.

spis cudzoloznic3

„Spis cudzołożnic” pozostaje w cieniu kolejnych, bardziej dojrzałych prób reżyserskich Stuhra. Niemniej debiut jest zbyt ciekawy, by go zignorować, choć nie wszyscy go zrozumieją. Może jak będę starszy o 20-30 lat będzie bardziej ze mną rezonował.

6/10

Radosław Ostrowski

Konopielka

Witold Leszczyński drugi raz – po „Żywocie Mateusza” – wraca na wieś. Znowu wszystko wydaje się w formie ascetyczne, proste, ale wyrafinowane w formie. Jednak tutaj nie skupiamy się na dwóch osobach, lecz na całej wiosce podlaskiej. Taplary się nazywa i tam mieszka Kaziuk z żoną, syna oraz świeżo urodzoną córką. Wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, tworząc jedną wspólnotę, opierając się na silnej tradycji. Z dala od szeroko rozumianej cywilizacji, pełnej zgnilizny i zepsucia. Spokój jednak ma to do siebie, że nie jest dany raz na zawsze i do wsi pojawia się postęp. A mówiąc dokładnie w postaci delegatów – potrafiącego trafić do ludzi wójta, stawiającego na przymus modernizacji urzędnika oraz pani nauczycielki. Ta ostatnia zostaje na wsi w celu edukowania i zostaje przydzielona na kwaterę… Kaziukowi.

konopielka1

Chyba już wiecie w jakim kierunku to zmierza. Zderzenie szeroko rozumianej tradycji z nowoczesnością, gdzie wynik wydaje się oczywisty do przewidzenia. Leszczyński jednak nie idzie tutaj na łatwiznę, pokazują prosty i oczywisty podział. Że skoro wieś zacofana, to musi być prymitywna. Ale czy oznacza, że jest zła? Może i nie są piśmienni, czasem zbyt dosłownie biorą wypowiadana do nich słowa, zaś ich wiara oraz przywiązanie do tradycji jest bardzo silne. Nawet jeśli te przekonania wydają się brzmieć idiotycznie (że nie ścina się drzewa przy domu, bo to jak zabić członka rodziny czy znajdujący się na górce złoty koń), bo bez nich to co zostaje? O tym opowiada sam dziad, przybywający do wsi: „Oszukaństwo, złodziejstwo, kurestwo”.

konopielka2

Reżyser przygląda się z ciekawością tej konfrontacji. Wszystko z perspektywy Kaziuka (fantastyczny Krzysztof Majchrzak), który jest typowym chłopem: co on powie, jest święte. Czasem bywa porywczy i rzuci obelgą albo uderzy, jednak czuje symbiozę ze swoim małym światem. Na wszystko nieznane i obce podchodzi z wrogością jak w scenie, gdzie rodzina próbuje pierwszy raz jeść z osobnych talerzy i sztućców zamiast jednej miski. Więc jakim cudem dochodzi do przemiany? Jak mawiał klasyk: „Na początku była chuć”, czyli pani Jola przyszła (debiutująca Joanna Sienkiewicz) i zamęt w umyśle Kaziuka sprawiła. Najpierw w snach jako naga kusicielka niczym Ewa z Edenu, aż w końcu to przez fascynację erotyczną mężczyzna łamie dawne tradycje. Najpierw ściga drzewo przy domu – po tym jak pękła gałąź, z której podglądał kobietę – aż w końcu robi niewyobrażalne: zaczyna ścinać żniwa kosą zamiast sierpem. I to doprowadza do tragedii.

konopielka3

Mimo dotykania ważnego tematu, Leszczyński nie boi się sięgać po humor. Głównie za pomocą użytej gwary oraz zderzenia dawnego z nowym. Niby zabawne, lecz ten śmiech zaczyna utykać w gardle, bo odpowiedzi tu jednoznacznie brak. Nawet finałowa scena daje pole do interpretacji. Tak jak cały film, pełen goryczy i pewnego wyczuwalnego fatalizmu. Frapujące kino, ciągle aktualne.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie zostawiaj mnie

Są takie filmy, że nawet tuż po obejrzeniu wyparowują z pamięci. Jakim cudem powstają takie rzeczy? Nie mam pojęcia. Tak samo jak nie wiem po co kręci się takie kino, ale czemu akurat powstają one w naszym kraju. Takie wrażenie przyniósł mi film duetu Grzegorz Lewandowski/Takeshi Nako. Być może zawiodła komunikacja między twórcami z różnych części świata, ale po kolei.

nie zostawiaj mnie1

Bohaterem tego wyrobu filmopodobnego jest niejaki Sid. Młody, zbuntowany chłopak – co widać po jego długich włosach i czarnej bluzie z kapturem. Diluje dragami, za co zostaje wyrzucony ze szkoły i z domu. Trafia pod opiekę kuratora, z którym nawet ma niezłą relację, a w nowej szkole poznaje Roberta. Wydaje się, że wychodzi na prostą – przynajmniej tak o tym mówią. Sytuacja zmienia się, kiedy Robert odbiera sobie życie, zaś kurator trafia do szpitala. No i co dalej?

nie zostawiaj mnie2

Problem z tym filmem jest taki, że scenariusz jest tutaj tak poszatkowany, iż ciężko się tutaj połapać. Narracja jest skokowa, zaś wątki otwierają się i zamykają niczym szufladki, przez co nie wiadomo na czym się skupić. Bo czy na przyjaźni, relacji między dziewczyną nieboszczyka, poznaną jej sublokatorką, szukaniu sensu życia. Czy to może portret współczesnego pokolenia niczym „Sala samobójców”? Tylko, że film Komasy nie był tak nudny i poszatkowany. Wiele rzeczy dzieje się poza ekranem (samobójstwo Roberta), dialogi albo są niewyraźne, albo tak słabe i pretensjonalne, że nawet nastolatek mógłby się wstydzić. Chyba że próbuje swoich sił jako scenarzysta i chce nadać głębi w stylu „moja głębia mnie pogłębia” – tego się nie da cytować.

nie zostawiaj mnie3

Całość wygląda jak na poziomie telenoweli czy innego chłamowatego serialu. Szybkie przeskoki ze sceny na scenę, niby nerwowa kamera oraz bardzo delikatna muzyczka w tle. Jeszcze dodajmy bardzo słabiutkie aktorstwo z twarzami znanymi z bardzo małego ekranu. Poziom jest tak niski, że dno Rowu Mariańskiego nie jest wystarczająco głębokie. Omijać szerokim łukiem większym niż płynąca Wisła.

2/10

Radosław Ostrowski