Sala samobójców. Hejter

„Hejter” niby wydaje się być kontynuacją debiutanckiego filmu Jana Komasy. Problem w tym, że poza jedną postacią nie ma ona nic wspólnego z poprzednikiem. Tutaj bohaterem jest niejaki Tomek Giemza – młody chłopak z małej miejscowości. Studiuje prawo w Warszawie, zaś finansowe wsparcie udziela zaprzyjaźniona rodzina Krasuckich. Tylko, że nasz bohater zostaje wyrzucony ze szkoły za plagiat i ukrywa ten fakt. Przełomem dla niego staje się praca dla firmy zajmującej się czarnym PR-em.

hejter1

Komasa znowu próbuje wejść w świat Internetu oraz nowych technologii, gdzie każdy jest anonimowy. Wracamy do szczucia, mowy nienawiści, by człowieka zniszczyć, osłabić, skompromitować. Czym zajmuje się farma trolli kierowana przez Beatę Santorską (świetna Agata Kulesza). W tych momentach reżyser wali mocno – tutaj wszystkie chwyty są dozwolone. Tworzenie fałszywych kont, manipulowanie informacjami, kłamstwa, trolling, podsłuchy – dla efektu można posunąć się do wszystkiego. A wszystko w świecie podzielonym niejako na dwa obozy – czy mówiąc troszkę kolokwialnie – dwa podzielone plemiona. Nie potrafią się ze sobą dogadać, a granicą jest ich status społeczny i majątkowy. Bogata, inteligencka elita oraz manipulowana przez populistów biedota, która nie osiągnęła nic. I dlatego są podatni na hasła nacjonalistyczno-populistyczne. Być może dla wielu ta rzeczywistość będzie zbyt zero-jedynkowa oraz mocno przerysowana, ale jednocześnie jest to bardzo dziwnie znajome. My w tym mrocznym świecie żyjemy, czy to się komuś podoba czy nie.

hejter2

Ale jednocześnie widzę pewne pęknięcia w tym tytule. Zbiegi okoliczności czy wizja świata nie jest tak poważnym problemem, ile sam główny bohater. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to słabo zagrane, bo Maciej Musiałowski magnetyzuje swoją obecnością, a kamienna twarz czyni z niego tajemnicę. Ale pewne dwie rzeczy troszkę mi przeszkadzały. Po pierwsze, dlaczego po kolacji u Krasuckich zostawia telefon i podsłuchuje ich rozmowę? Czemu to robi? By odkryć ich dwulicowość, jak obgadują go za plecami? To rzutuje na jego charakter, ale wydaje się niedorzeczne. Tak samo jak przemiana Tomka w niebezpiecznego masterminda. Chłopaka przyłapano na plagiacie, a potem zaczyna manipulować ludźmi, przewidywać kilka ruchów do przodu, organizować wydarzenia, a nawet planować zamach. Ale do tego trzeba coś więcej niż tylko przeczytania „Sztuki wojny”, prawda? A może się mylę i to jest takie proste? Mam wątpliwości co do tego.

hejter3

„Hejter”, choć ma swoje wady i uproszczenia, potrafi zaintrygować i uderzyć. Zwłaszcza, gdy dochodzi do brutalnego, wręcz krwawego finału. Wtedy widać do czego może doprowadzić bezpardonowa walka, a sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Mocna rzecz, lepsza od poprzedniej „części”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis – Fogg – pieśniarz Warszawy

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pewnego razu w listopadzie

Warszawa 2013. Państwo Przyłęccy, czyli matka z synem zostali wyrzuceni z domu wskutek decyzji sądu. Obecnie próbują znaleźć swoje lokum zarówno w ośrodkach dla bezdomnych, chatkach na dawnych działkach albo na sqatach. Tylko, ze problem polega na tym, że  nigdzie nie można wprowadzić psa.

listopad1

Dziwny to film Andrzeja Jakimowskiego, który tym razem postanowił pójść w stronę kina bardziej zaangażowanego społecznie. Reżyser rezygnuje z mieszania zwykłego w niezwykły świat, tylko brutalnie zderza rzeczywistość bezdomnych na parę dni przed 11 listopada. Stąd wiele jest ujęć z ręki, bardzo stonowana, wręcz chropowata kolorystyka oraz – co najgorsze – brak spójnej konstrukcji scenariuszowej. Bo sama historia jest prowadzona troszkę bez ładu i składu. Z jednej strony mamy kwestie związane ze znalezieniem lokum, z drugiej próba „pozbycia” się psa, z trzeciej studia Marka (studia prawnicze), gdzie słyszymy teorię funkcjonowania skontrastowaną z praktyką prawa. Do tego jeszcze masa zbędnych wątków pobocznych w postaci: pracy w warsztacie, włamywania się do dawnego mieszkania, skarga na policję. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo, a poszczególne sceny (niektóre mocne jak ta na policji) potrafią czasem uderzyć. Tylko, że niewiele z tego wynika, bo cała historia rozmywa się, pozbawiona jest głębszego zamysłu oraz jakiegokolwiek celu.

listopad2

A żeby jeszcze bardziej zaatakować, zostają wplecione ataki narodowców podczas Marszu Niepodległości, gdzie dochodzi do próby ataku na squat. Jeśli miało to pokazać bezsilność ludzi wykluczonych wobec agresji tzw. „prawdziwych patriotów”, dało to efekt na poziomie publicystycznego artykułu. Niby miało to być drapieżne i ostre, lecz tak naprawdę jest tylko zbędnym balastem i tak gmatwającym całą historię, która nagle się urywa. Dlaczego tak jest?

listopad3

Aktorsko też nie ma tu zbyt wiele do pokazania. Drażni (i to bardzo) Grzegorz Palkowski swoim bardzo sztucznym głosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji, zwłaszcza w scenach bardziej poważnych. Kontrastem dla niego jest wycofana Agata Kulesza (matka), chociaż też nie ma tu zbyt wiele do pokazania – zmęczenie i cierpienie. Za to zaskakuje Jacek Borusiński („Klucznik”), pilnujący drzwi do squatu i zachowując wiarygodność.

„Pewnego razu w listopadzie” chce bardzo być filmem w stylu Kena Loacha, lecz największa wada Jakimowskiego – bardzo luźny scenariusz, oparty na improwizacji nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Kompletnie nie angażuje, pozbawiony jest ciągu przyczynowo-skutkowego, stawiając pytanie po co to wszystko.

3/10

Radosław Ostrowski

Szczęście świata

Rok 1939. Mieszkający w Warszawie dziennikarz Sobański dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z autorem bestsellerowego przewodnika po świecie. Jedynym tropem jest poczta, z której autor odbiera honorarium gdzieś na Śląsku. Bohater wyrusza tam i zamieszkuje w kamienicy, gdzie przebywa jego kochanka – Róża. Poza nią mieszka tam galeria dość intrygujących postaci, która będzie miała decydującą rolę przed najgorszym okresem.

szczcie_wiata1

Michał Rosa jest dla mnie niezbyt znanym reżyserem, tzn. słyszałem o jego filmach niż je widziałem. „Szczęście świata” to nietypowa mieszanka dramatu, komedii i… realizmu magicznego. Całość wygląda bardzo bajkowo, wręcz nierealistycznie, a jednocześnie to wszystko wydaje się prawdopodobne. Sam wątek poszukiwań pisarza zostaje porzucony na rzecz mieszkańców tej kamienicy: botanika hodującego opuncje, portiera z pasją matematyka, Niemkę wychowującą syna i mającą obsesję na punkcie czystości czy pracownika poczty Jana. Film wygląda bardzo plastycznie, pełen silnych barw, jakby żywcem wzięte z filmów Wesa Andersona (bez tej symetryczności kadrów) czy Jean-Pierre’a Jeuneta, tworząc niesamowity klimat czegoś między snem a jawą. Także imponuje praca scenografów, czaruje piękna akordeonowa muzyka. Problem w tym, że sama historia nie porywa i jest mocno podzielona na scenki, w których dochodzi do interakcji mieszkańców z Różą – tym kolorowym ptakiem, wnoszącym coś więcej do ich prostego, banalnego życia. A potem wybucha wojna, kobieta znika i trafiamy do początków lat 50., widząc jak nieobecność tej osoby zostawia pustkę. Tylko, że dochodzi do tego za szybko i nie pozwala wybrzmieć. Nadzieję daje zakończenie, które wyjaśnia główną tajemnicę, ale to troszkę za mało, by uznać całość za świetną.

szczcie_wiata2

Rosa za to świetnie prowadzi aktorów, którzy tworzą bardzo intrygujące postacie. Nie zawodzi ani Krzysztof Stroiński (botanik Tomasz), Agata Kulesza (Gertruda) czy Przemysław Bluszcz (Jan), chociaż ten ostatni nie zostaje w pełni wykorzystany. Ale tak naprawdę liczy się tylko Karolina Gruszka – mieszanka niewinności, delikatności, ale też magnetyzującego erotyzmu. Nie da się przejść obojętnie wobec rudowłosej kobiety, opisującą siebie jako „szczęście świata” i dla niej należy obejrzeć ten film.

szczcie_wiata4

Dzieło Rosy to dziwaczna efemeryda, która z jednej strony uwodzi świetną estetyką i realizacją, lecz scenariuszowo zostawia wiele do życzenia. Do realizmu magicznego znanego choćby z wczesnych filmów Kolskiego brakuje sporo, ale trudno oderwać oczy od takiego pięknego kwiatka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Niewinne

Polska, grudzień 1945. Kraj podnosi się z kolan po wojnie, terrorze i próbuje się odnaleźć w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Koniec wojny nie oznacza wcale stabilizacji oraz spokoju. O tym przekonuje się lekarka z francuskiego oddziału Czerwonego Krzyża – Mathilde Beaulieu. Kiedy przychodzi do niej polska zakonnica z pobliskiego klasztoru, zbywa ją. Jednak siostra nie odpuszcza i lekarka idzie z nią. Okazuje się, że „umierająca kobieta”, o której mówiła zakonnica jest w ciąży. Nie ona jedyna, została zgwałcona przez wyzwolicielską Armię Czerwoną.

niewinne1

Takie filmy jak „Niewinne” bardzo łatwo zepsuć – epatowaniem przemocy, wiarą lub płytkim podejściem do tematu. Jednak francuska reżyserka Anne Fontaine postanowiła całą tą mroczną i przerażającą historię w sposób bardzo delikatny, subtelny, stawiając pytania o wiarę oraz jak żyć po takim wydarzeniu. Jak sobie poradzić z taką traumą i co robić: zostać zakonnicą oraz trwać w czystości (dziwnie to brzmi to wydarzeniach) czy być matką dla swojego dziecka? Klasztor próbuje tuszować sprawę (wyjawienie groziłoby likwidacją, wygnaniem i potępieniem), dlatego trzeba działać w tajemnicy. Wszystko tutaj pokazane jest bez popadania w skrajności, osądzania czy oskarżania. Zderzenie światopoglądowe jest tutaj poprowadzone bardzo delikatnie, co jest bardzo zaskakujące. Wrażenie robi też świetna strona wizualna – z jednej strony mamy surowe ściany klasztoru, z drugiej piękne krajobrazu zimowego lasu. Modlitwy, msze i jednocześnie narodziny, przestrzeganie zasad czystości (mocne sceny badań lekarskich), a dalej jeszcze Ruscy, którzy mogą przyjść znowu (wcześniej trzy razy wzięli swoje według niepisanego prawa zwycięzcy).

niewinne2

Reżyserka bardzo powoli odkrywa tajemnice i trafnie pokazuje ten dziwny czas. Jednocześnie miałem pewien problem ze środkiem filmu, gdzie tak naprawdę mało czasu było poświęconego dla przyszłych matek. Te postacie zostają zepchnięte na dalszy plan, zwracając coraz bardziej uwagę na lekarkę, matkę przełożoną oraz posłusznej jej siostrze Annie. Ich moralne dylematy (zwłaszcza sióstr) stają się najważniejsze, prowokując do pytania: co ja bym zrobił na miejscu tych postaci? Też to intryguje, ale wolałbym więcej czasu poświęcić ciężarnym zakonnicom oraz temu, jak one próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

niewinne3

Jednak mimo troszkę nierównego środka, całość rekompensuje świetne aktorstwo. Główną postacią jest lekarka (śliczna Lou de Laage), dla której życie ludzkie jest najwyższą wartością, próbującą zrozumieć świat zakonu. Ale tak naprawdę film kradną Agata Kulesza i Agata Buzek. Pierwsza jest twardą, mocno trzymającą się swojej wiary, podejmującej trudne wybory i jednocześnie bardzo powściągliwą, z kolei Buzek jest młodą, troszkę wątpiącą kobietę, troszkę zagubioną. Obydwie panie są rewelacyjne, ale szkoda pozostałych aktorek (Eliza Rycembel, Joanna Kulig, Katarzyna Dąbrowska), które zostają zepchnięte na dalszy plan, chociaż to ich postaci są „zapalnikiem” wydarzeń.

niewinne4

Czy „Niewinne” to film kontrowersyjny, obrazoburczy? Nie sądzę – Fontaine bardzo delikatnie, ostrożnie i z wyczuciem przedstawia trudny przypadek, gdzie zderzenie między wiarą i bezwzględną rzeczywistością wystawia na ciężką próbę. Na pewno zmusza do przemyśleń oraz nie daje łatwych odpowiedzi na pytania o Boga, cel i sens. Gdyby bardziej skupiono się na pozostałych zakonnicach, byłaby większa siła rażenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Jestem mordercą

Był kiedyś taki czas, że krążyli po okolicy seryjni mordercy. O Karolu Kocie opowiadał antykryminał „Czerwony pająk”. A teraz pojawia się historia innego niebezpiecznego człowieka – „wampira z Zagłębia”, który w latach 70. terroryzował Śląsk, mordując 12 kobiet. Schwytano podejrzanego, niejakiego Zdzisława Marchwickiego, który został skazany na karę śmierci. Już o tej historii powstał film („Anna i wampir” z 1981 roku), ale teraz sprawę postanowił pokazać Maciej Pieprzyca – zdolny i coraz ciekawszy reżyser ze Śląska.

jestem_morderc1

Bohaterem tego filmu jest młody śledczy, porucznik Janusz Jasiński, dla którego może być to punkt zwrotny w całej karierze. Gliniarz dość niechętnie przyjmuje sprawę, wiedząc, że pakuje się w prawdziwą kabałę. Kobiety są znowu mordowane, a poszlak praktycznie nie ma. Sprawa jednak zostaje przyspieszona, gdyż jedną z ofiar zostaje siostrzenica samego I sekretarza partii. Kolejne, wręcz desperackie próby schwytania (ogłoszenie nagrody i lejące się niczym morze donosy, wykorzystanie komputera czy próba schwytania na wabia zakończona śmiercią kolejnej ofiary) nie dają żadnego efektu. Ale przynajmniej pojawia się podejrzany – niejaki Wiesław Kalicki. Zostaje on schwytany, a Jasiński zostaje bohaterem i pupilem władzy.

jestem_morderc2

Pozornie film Pieprzycy jest kryminałem retro, gdzie bardzo wiernie odtworzono PRL lat 70. Scenografia i kostiumy jest imponująca – te knajpy, pokoje milicyjne, przepych ludzi władzy (kolorowy telewizor, wypasione samochody), lejąca się gęsto wódka i dym spod papierosa. Jednak sama kryminalna intryga jest tylko pretekstem dla pokazania kompletnej zgnilizny oraz aktem oskarżenia dla systemu, gdzie nie można pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. I kiedy wydaje się, że dochodzenie jest skończone, nagle zaczynają pojawiać się wątpliwości, ale co zrobić? Iść po trupach do celu (kariera, sława, sukces) czy zostać zgnojonym, rozniesionym w pył, ale z czystym sumieniem. Dodatkowo jeszcze otrzymuje rozgrywkę między Kalickim a Jasińskim, który chce złamać podejrzanego i zmusić go do złamania, zmuszenia zeznań. Atmosfera coraz bardziej gęstnieje, stawia się tutaj na psychologię bohatera, a widz nie jest tutaj traktowany jak kretyn mający wszystko podane na tacy. Dodatkowo klimat podkręca psychodeliczno-jazzowa muzyka, podbita rwanym montażem niczym z filmów Smarzowskiego.

jestem_morderc3

Jedyne, co mi psuje frajdę z oglądania to zakończenie, w zasadzie nie wnoszące niczego nowego, niczym w „Czerwonym pająku”. Za to jest tutaj bardzo wyraziste aktorstwo, ze wskazaniem na mało znanego Mirosława Haniszewskiego. Jasiński w jego wykonaniu to typowy produkt swojej epoki: na początku sprawia wrażenie niedoświadczonego chłopaczka, który zmienia się w bezwzględnego oportunisty, grzejącego się w blasku sławy. Po drugiej stronie jest tajemniczy Arkadiusz Jakubik jako Kalicki – skryty, małomówny i strasznie brodaty, a tajemnicza relacja między tą dwójką intryguje. Na ile to była próba złamania go, a na ile rodziła się sympatia – nie wiadomo. Drugi plan z kolei jest bardzo bogaty – kompletnie zaskakuje Piotr Adamczyk jako pozornie jowialny major Kępski, będący bezwzględnym skurczybykiem, zapada w pamięć Agata Kulesza wcielająca się w żonę podejrzanego (i ta śląska godka), wreszcie Magdalena Popławska, czyli żona Jasińskiego, coraz bardziej od niego oddalająca.

jestem_morderc4

„Jestem mordercą” to przykład nieoczywistego połączenia kryminału, dramatu psychologicznego oraz krytycznego spojrzenia na okres PRL-u. Co najciekawsze, nie jest to tak nieczytelne, by widownia zza granicy nie byłaby w stanie tego zrozumieć. W końcu seryjni mordercy działają w każdym ustroju.

8/10

Radosław Ostrowski

Moje córki krowy

Marta i Kasia są siostrami, które dzieli wiele – poza rodzicami. Pierwsza jest po rozwodzie, mieszka z córką i gra w popularnym serialu, druga ma męża bez pracy, opiekuje się też rodzicami. Obie kobiety zostają zmuszone, by znowu stanąć obok siebie, a okolicznością jest choroba matki oraz potem ojca.

moje_crki_krowy1

Jak można streścić po krótkim opisie, film Kingi Dębskiej to tzw. kino życiowe, obyczajowe. Czy oznacza to, że będzie nudno i schematycznie? Absolutnie nie. Reżyserka ubiera historię w słodko-gorzkie tony, przypatrując się poszczególnym scenom, mieszając powagę z żartem. Niby wiemy, że z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ale Dębska unika jednoznacznych portretów naszych sióstr. Marta (świetna Agata Kulesza) sprawia wrażenie bardziej opanowanej, twardej, ale jej życie jest niepoukładane (rozwód, kariera, samotność), jest skupiona na sobie, chociaż pogardliwie nazywana jest „córeczką tatusia”, z kolei Kasia (poruszająca Gabriela Muskała) zachowuje się irracjonalnie (wizyta do Częstochowy, „pomoc” szamanki), jakby nie docierało do niej, że finał może być tylko jeden. Dodatkowo lubi wypić, nie dostrzega, że syn sprzedaje narkotyki i manipuluje ojcem, by dysponować jego majątkiem. Jest wiele żalu, pretensji, poczucia niespełnienia, rywalizacji, a w kluczowych momentach solidarność i pogodzenie się z losem.

moje_crki_krowy2

Niby nie dzieje się wiele, ale emocji jest sporo, a co najważniejsze są one odpowiednio dawkowane, przez co nie ma poczucia emocjonalnego szantażu. Dodatkowo wszystko jest przyjemne dla oka i ucha (jazzowa muzyka Bartka Chajdeckiego, płynny montaż, czysty dźwięk i ładne zdjęcia), a aktorski koncert pań wspierają wyborny Marian Dziędziel oraz zaskakujący Marcin Dorociński. Ten pierwszy jako ojciec zmieniający się pod wpływem choroby w niemal prymitywa i prostaka jest niesamowity, a kilka scen (wizyta w szpitalu, odwiedzenie „szczeliny górskiej” czy palenie jointa) to małe perełki, a drugi to nieudacznik bez pracy. Podobny lepszy taki mąż niż żaden, ale nie jestem tego taki pewny.

moje_crki_krowy3

Z jednej strony, „Moje córki krowy” to miejscami gorzki dramat i wyciskacz łez, ale też bywa zabawny oraz lekki. Co najważniejsze, nie wywołuje to zgrzytu, jak było w przypadku „33 scen z życia”. Dębska bardziej panuje nad materią, mimo pewnego zawieszenia w finale. Takiego kina z kobietami w rolach głównych nie było.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pani z przedszkola

Głównym bohaterem jest Krzysztof Myśliwski – pisarz, który ma jeden bardzo, bardzo poważny problem, a mianowicie nie staje mu wiadomy organ. Dlatego idzie do psychiatry, z którym cofa się do źródeł przyczyny zastanej sytuacji. Trafiamy do lat 60., gdy mały Krzyś bał się ludzi i nie chciał iść do przedszkola. Dlatego szedł razem z mamą i wtedy pojawiła się pani Karolina – młoda i atrakcyjna pani przedszkolanka, który wywróci ich życie do góry nogami.

pani_z_przedszkola1

Marcin Krzyształowicz sławę osiągnął znakomitej „Obławie”, ale tym razem postanowił zrobić lżejszy i przyjemniejszy film. „Komedię jakiej nie było” – jak zapowiada dystrybutor. I rzeczywiście, czegoś takiego nie widziałem. Zamiast śmiechu byłem smutny i przygnębiony jak główny bohater, a punkt wyjścia jest żenujący. Dalej jest po prostu nierówno, nie śmiesznie (z dwoma wyjątkami) i po prostu idiotycznie. Miesza się tutaj wszystko – epoki, miejsca, rzeczywistości (pojawia się nawet komiksowa wstawka – pozbawiona sensu), wywołując całkowity mętlik, że tak naprawdę nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, co się dzieje na ekranie. I nic, nie robiło na mnie wrażenia, poza tym jak można spieprzyć tak – wydawałoby się – prostą historię. Nie pomaga tutaj ani dobrze zrobiona scenografia oraz kostiumy, oddająca ducha czasów PRL-u, ani przyzwoite zdjęcia. Jak na komedię jest to zbyt poważne kino, które tak naprawdę pada ofiarą dystrybutora.

pani_z_przedszkola2

Reżysera nie jest w stanie uratować znana i gwiazdorska obsada, ale nie dlatego, ze zadanie ich przerosło, tylko z powodu jakości materiału. Zarówno Agata Kulesza, jak i Adam Woronowicz w rolach rodziców, którzy nadają na różnych falach nie do końca są przekonujący. Drugim irytującym elementem jest narracja z offu – nadęta, intelektualna i sprawiająca wrażenie na siłę lekkiej (głos Cezarego Morawskiego tez robi swoje in minus). Łukasz Simlat ograniczony jest do roli „ciała” swojego bohatera. Częściowo sytuację ratuje brawurowa Krystyna Janda w roli twardej babci, która życie dobrze zna i ma kilka scen. To samo można powiedzieć o Marianie Dziędzielu jako terapeucie, ale na tym plusy się kończą.

„Pani z przedszkola” to niestety, nieudolna i mało zabawny film komediowopodobny. Pewnie wielu widzów zobaczy troszkę więcej niż ja, ale na mnie to nie działa. Kompletna żenada i strata czasu. Oj, nie mam ostatnio dobrej ręki do polskich filmów. I będę musiał coś z tym zrobić, choć na pewno nie będzie to wizyta u terapeuty.

pani_z_przedszkola5

3/10

Radosław Ostrowski