Przekładaniec

Andrzeja Wajdę przedstawiać nie trzeba, tak samo jak jego filmów. Zrobionych na wielki temat, z rozmachem oraz aktorami, którzy błyszczeli. Ale w 1968 roku reżyser zrobił coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Po pierwsze, nakręcił krótki film dla telewizji. Po drugie, była to adaptacja opowiadania Stanisława Lema. Po trzecie, była to komedia w oparach groteski, co było dość ryzykowne i nietypowe dla reżysera „Popiołów”.

Sama historia wydaje się prosta, dzieje się w roku 2000 i skupiona na Ryszardzie Foxie. Mężczyzna jest kierowcą rajdowym, jeżdżącym ze swoim bratem jako pilotem. Niestety, podczas ostatniego wyścigu zginął brat, a część jego organów przeszła na Ryszarda. I z tego powodu firma ubezpieczeniowa nie chce wypłacić całego odszkodowania, tylko jego część. Sprawę dostaje adwokat i trafia na wiele problemów., bo nasz rajdowiec przechodzi kolejne wypadki. Przez to dostaje narządy innych ludzi i jest go coraz mniej.

Całość jest bardzo krótka i ograniczona do kilku miejsc (szpital, biuro adwokata, siedziba firmy ubezpieczeniowej oraz gabinet psychoanalityka), zaś skromny budżet nie pozwalał na szaleństwo czy fajerwerki. Wszystko skupia się na dialogach, gdzie prawnik zostaje zderzony z absurdalną sytuacją przekraczającą granice logiki oraz zdrowego rozsądku. Wszystko przez przeszczepy, które komplikują sprawy prawne, a nawet tożsamościowe. Bo Fox z kolejnymi operacjami coraz mniej jest obecny, a ciało niejako „przejmuje” zachowania i pamięć osób, których organy zostały wszczepione. Innymi słowy, ciało może i jest Foxa, ale wnętrze to mieszanka narządów innych osób (i nie tylko osób) robiona w zasadzie z tego, co jest pod ręką. To doprowadza do wielu absurdalnych sytuacji jak choćby pojawienie się duchownego z głosem… kobiety czy opowieści o wypadku autobusowym gdzie przed operacją było 18 osób, a po operacji… 19.  Na pierwszy rzut oka brzmi to śmiesznie, ale jednocześnie Wajda (razem z Lemem) stawia pytanie: co w takim razie określa naszą tożsamość? I czy ze zmianą wnętrza nadal pozostajemy sobą? Czy stajemy się tytułowym przekładańcem, hybrydą sklejoną z różnych części, gdzie nas jest już coraz mniej i mniej? I to pytanie sprawia, że „Przekładaniec” może frapować.

Choć budżet był niewielki, reżyserowi udało się zebrać na tyle pewną ekipę, że wyciągnięto z tego więcej. Wrażenie robi scenografia (szczególnie sterylny szpital czy przeładowany przedmiotami gabinet psychoanalityka), jazzowa muzyka Andrzeja Markowskiego oraz lekko futurystyczne kostiumy. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Bogumił Kobiela w roli Foxa, który z każda wizytą jest kimś innym, choć ciało pozostaje takie samo. i ta metamorfoza robi nadal piorunujące wrażenie, serwując wiele zabawnych sytuacji. Równie wyrazistą kreację tworzy Ryszard Filipski jako coraz bardziej zagubiony w całej sytuacji adwokat oraz kilka drobnych epizodów, z których najbardziej zaskakujący należy do Jerzego Zelnika wcielającego się w doktora Burtona.

Im bardziej myślę o „Przekładańcu”, tym bardziej jestem zaskoczony filmem Wajdy. Krótki czas działa tutaj na korzyść, tak jak polany groteską humor oraz sprawna realizacja. Zapomniana perła polskiego kina SF.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z żelaza

Sierpień 1980 roku był bardzo gorącym miesiącem. I chodziło tylko o temperaturę powietrza, ale wręcz polityczną temperaturę, zwłaszcza w Polsce. Wybuchły strajki w wielu zakładach pracy, zaś symbolem stała się Stocznia Gdańska im. Lenina. Tam też zostaje wysłany bohater filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” – dziennikarz Winkel z Warszawy. Zadanie dostaje od samego szefa Radiokomitetu: ma stworzyć reportaż, który ma skompromitować jednego z liderów strajku, Macieja Tomczyka.

czlowiek z zelaza2

„Człowiek z żelaza” nie jest – jakby można było sugerować się tłumaczeniem na angielski – polską adaptacją „Iron Mana”. To kontynuacja nakręconego wiele lat wcześniej „Człowieka z marmuru”, który był ostrym aktem oskarżenia na system komunistyczny oraz szansą na rozliczenie z czasem stalinowskim. Ten film powstał niejako na społeczne zamówienie. Krąży taka fama, że jak Wajda odwiedzał stocznię gdańską (pod pretekstem nadzoru nad filmem telewizyjnym) robotników poprosili twórcę, by nakręcił o nich film i zaproponowali tytuł. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski był wtedy poza krajem, ale udało się Wajdzie przekonać go do napisania fabuły. Jednocześnie wykorzystano wszelkie dostępne materiały zarówno z telewizji, jak i od świadków wydarzeń. To bardzo pomogło w odtworzeniu tych historycznych momentów. Zaś sama realizacja przebiegła w ekspresowym tempie: zdjęcia zaczęły się w styczniu, a sam film miał premierę na MFF w Cannes (27 maja 1981), do polskich kin trafił pod koniec lipca.

czlowiek z zelaza1

Dziwię się, że ten film w ogóle udało się zrealizować. Czy oznacza to, że jest to film warty uwagi? I tak, i nie. Konstrukcyjnie jest to powtórka z „Człowieka z marmuru”, czyli mamy dziennikarskie śledztwo, tylko że w innym otoczeniu. Winkel spotyka się zarówno ze swoimi znajomymi (Dzidek), kontaktami z UB, jak i kluczowymi postaciami z życia Maćka (pani Hulewicz, Agnieszka). Czyli przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością. I nawet wtórność byłbym w stanie przełknąć, jednak problemem poważnym był dla mnie balans między prywatną a polityczną perspektywą. W pierwowzorze cała polityczna warstwa stanowiła tylko dla losów bohaterów. Tutaj jest odwrotnie: to polityka wychyla się na pierwszy plan, przez co postacie sprawiają wrażenie marionetek. Są ledwie zarysowane, stając się niejako schematami czy kliszami: partyjni aparatczycy i UB-cy (Badecki, Wirski, zastępca szefa Radiokominternu) kontra wierzący w przełom idealiści-strajkujący – przekonani o swojej słuszności. Brakuje tutaj jakichś mocnych odcieni szarości.

czlowiek z zelaza3

Także realizacyjnie można się przyczepić do wielu rzeczy: montaż jest miejscami niechlujny, zdjęcia bardzo nierówne, a kilka wątków wydaje się uciętych. Zupełnie jakby brakowało czasu. I ja rozumiem pośpiech, ale dla mnie ten film sporo traci. Nawet miejscami mocne dialogi nie były w stanie całkowicie tego zrekompensować. Film jest bardziej wyciszony, kameralny, co jeszcze bardziej zaskakuje.

czlowiek z zelaza4

Ze starej obsady wracają główni bohaterowie, czyli Jerzy Radziwiłowicz oraz Krystyna Janda. Ona wydaje się być bardziej wyciszona, zepchnięta niejako do roli wsparcia, pozbawiona zadziorności. Dojrzała kobieta, kradnąca jedną sceną cały film. Z kolei Tomczyk miał (przynajmniej tak ja to odbieram) ewoluować z narwanego chłopaka do dojrzałego lidera, ale wydaje się być zbyt nijaki. Najciekawszy jest tutaj sam Winkel grany przez znakomitego Mariana Opanię i to on (razem z Bogusławem Lindą) podnosi całość na wyższy poziom. Cyniczny, złamany przez życie alkoholik, który zbyt wiele widział, by poczuć entuzjazm strajkujących, a do tego ma delirium (zakaz sprzedaży alkoholu). Ale jego przemiana jest pokazana bez fałszu, o co było bardzo ciężko.

Ciężko mi ten film jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest kroniką ważnego okresu historycznego, ale z drugiej nie wywołuje on aż tak wielkiego zaangażowania jak poprzednik. Wtórny, niepozbawiony dłużyzn, lecz także ma kilka świetnych dialogów, dobrych ról oraz niezapomnianych scen (fragmenty z grudnia ’70 czy rozmowa z Agnieszką).

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z marmuru

Czerwiec 1976, czas strajku robotników w Radomiu i Ursusie. Ale tego tutaj nie zobaczycie, bo bohaterka jest Agnieszka. To młoda dziewczyna, próbująca nakręcić swój film dyplomowy, tylko że temat jest dość zaskakujący jak na ten wiek. Chce ustalić losy przodownika pracy – Mateusza Birkuta, którego historia urywa się w roku 1951. Kroniki, dokumenty – wszystko wyparowało. Zostali jeszcze ludzie, tylko czy uda się z nich wyciągnąć informacje?

czlowiek z marmuru3

Jeden z tych filmów Andrzeja Wajdy uważany za najważniejszy. Choć scenariusz powstał już w 1962 roku, nie było zgody na realizację. Próba rozliczenia z czasami stalinizmu była bardzo trudnym tematem, a wiele filmów próbujących opowiedzieć o tym (m.in. „Życie raz jeszcze” Morgensterna) trafiało na półki na wiele, wiele lat. Dopiero wsparcie udzielone przez ministra kultury Józefa Tejchmy spowodowało, że film udało się zrealizować, zaś mimo negatywnych recenzji (bo tylko takie zostały dopuszczone do druku przez cenzurę), obejrzało go ponad 2,5 miliona widzów. Z czego wynika fenomen tego dzieła?

czlowiek z marmuru1

Sama konstrukcja przypomina reportaż, gdzie mamy rozmowy z postaciami i wszystko przeplatane retrospekcjami oraz materiałami archiwalnymi. Ale w tej dziś klasycznej formie oraz konstrukcji tkwi największa siła tego filmu. Reżyserowi udaje się zrekonstruować czasy, kiedy do władza popierała oraz wspierała ruch robotniczy, wznosząc ich przedstawicieli na piedestał. Byli obecni wszędzie – na zjazdach partii, galeriach sztuki, byli pierwszymi celebrytami swoich czasów. Pod jednym warunkiem, że szli zgodnie z drogą oraz doktryną partii. Jak zaczniesz chcieć czegoś więcej, np. lepszych warunków pracy czy wstawisz się za kolegą oskarżonym o szpiegostwo, wtedy zostaniesz przeżuty, strawiony i wypluty. Wtedy zostaniesz wymazanym z pamięci, stając się kompletnie nikim.

czlowiek z marmuru5

Powolne odkrywanie kolejnych tajemnic przypomina oglądanie kryminału. Pojawia się więcej zagadek, postaci z bardzo zmienionymi losami (oskarżony o sabotaż teraz jest dyrektorem Huty Katowice, były ubek zostaje dyrektorem klubu, a początkujący reżyser staje się ważną osobistością). Sprytnym zabiegiem było wplecenie prawdziwych materiałów archiwalnych oraz stylizacja wielu scen na filmy z Kroniki Filmowej. Wajda wykorzystuje to, by zaatakować system pełen przekłamań i oszustw. A co gorsza, pewne zachowania (nie rób tego, nie mów o tym) pokazują pewną zgniliznę systemu, bojącego się pewnych niewygodnych tematów. Zupełnie jakby nie opowiadanie o pewnych rzeczach, miało być zamknięciem sprawy. Tylko, czy aby to na pewno właściwa droga?

czlowiek z marmuru4

Do tego Wajdzie udało się zebrać bardzo mocnych aktorów. Główne role dostali młodzi, dopiero zaczynający swoją drogę i wypadli fenomenalnie. Debiutująca Krystyna Janda (rola mocno inspirowana osobą Agnieszki Osieckiej – mało kto wie, że studiowała reżyserię w łódzkiej Filmówce) tutaj bardzo elektryzuje. Sprawia wrażenie zdeterminowanej, niepokornej, twardo dążącej do celu, nawet za cenę podstępu (włamanie się do Muzeum Sztuki czy próba rozmowy z Michalakiem za pomocą ukrytego mikrofonu). Tu czuć zarówno w bardzo energicznym sposobie wysławiania czy mowie ciała. Równie wyrazisty jest tutaj Jerzy Radziwiłowicz w roli zaginionego Birkuta. Początkowo sprawia wrażenie prostego człowieka ze wsi, ale z czasem staje się coraz bardziej niezłomnym monolitem. Uparty, nieustępliwy, nie potrafiący się do końca dostosować do nowych czasów oraz założeń partyjnych. Na jego losach widać jak system traktuje ludzi myślących inaczej. Na drugim planie nie brakuje masy wyrazistych kreacji ze świetnym Tadeuszem Łomnickim (reżyser Burski, będący typem karierowicza) oraz Michałem Tarkowskim (Wincenty Witek – przyjaciel Birkuta) na czele. A wartych uwagi epizodów jest tutaj więcej, ale polecam je samemu odkryć.

czlowiek z marmuru2

„Człowiek z marmuru” uważany jest za odpalający nurt kina moralnego niepokoju. Wajda tutaj dokonuje wręcz bezpardonowego ataku na system w sposób absolutnie bezkompromisowy. Mimo lat, nadal pozostaje ostrym kawałkiem kina, przypominając jeden z mrocznych fragmentów naszej przeszłości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski

Samson

Filmów o wojnie powstawało i nadal powstaje dużo. Bo taki temat można przedstawić na wiele sposobów: od rekonstrukcji działań żołnierzy przez sceny batalistyczne aż po psychologiczne portrety ludzi, będących mimowolnymi świadkami tych wydarzeń. I tą ścieżkę w 1961 roku wybrał Andrzej Wajda realizując „Samsona”. Film oparty na powieści Kazimierza Brandysa, której bohaterem jest Jakub – młody Żyd, który przed wojną trafia do więzienia za zabójstwo. To były czasy, kiedy Żydów traktowano jako gorszych, mieli swoje osobne ławki, a ponoszący się ONR pokazywał swoją wielką miłość do tego narodu. Ale potem wybucha wojna, przynosząca osobom pochodzenie semickiego getto oraz nikłą szansę przetrwania. Ale dzięki zbiegowi okoliczności udaje się bohaterowi uciec i to staje się dla niego największą udręką, wyrzutem sumienia. W końcu Żydzi mają wpisane cierpienie w swoim DNA, prawda?

samson1

Wajda jest tutaj zaskakująco oszczędny, bardziej spokojny, bardzo kameralny, wręcz teatralny w formie. „Samson” jest dramatem człowieka, który nie ma absolutnie żadnego wpływu na swoje życie, a jego jedyną winą było urodzenie się jako Żyd. Trudno tutaj mówić o intrydze, bo to klasyczny snuj z bohaterem przechodzącym z miejsca do miejsca, gdzie każdy – wbrew jego woli – próbuje mu pomóc. A on chce umrzeć, tak jak pozostali z jego narodu, bo nie miał innego wyboru, bo inaczej nie umie funkcjonować. Kolejne osoby, w szczególności kobiety (Lucyna oraz siostrzenica Maliny) są nim zauroczone tak bardzo, że nie chcą bez niego żyć, dopuszczają się nawet kłamstw wobec rzeczywistości.

samson2

Mimo dobrej realizacji – świetne, czarno-białe zdjęcia, solidna scenografia oraz kilku mocnych scen (chowanie zmarłych, widok zniszczonego getta z ofiarami czy rozmowa ze zmarłymi) „Samson” działa miejscami bardzo usypiająco. Niemal brakuje napięcia, poczucia zagrożenia, chociaż doceniam fakt uniknięcia patosu czy przeładowania symbolami, jednak brakuje tutaj jakiegoś zaangażowania, by ruszyły mnie losy Jakuba (porządny Serge Marlin, mówiący głosem Władysława Kowalskiego). Chociaż aktorzy robią, co mogą (najbardziej Alina Janowska oraz Elżbieta Kępińska), to jednak nie byłem w stanie wejść w ich skórę oraz ich zrozumieć.

samson3

Nie dziwię się, że o „Samsonie” pamięta niewielu kinomanów, zaś sam Wajda nie był do końca zadowolony. Dotyka kwestii Holocaustu i antysemityzmu, jednak brakuje w tym wszystkim zaangażowania, pazura, a sam temat wydaje się spłaszczony.

6/10 

Radosław Ostrowski

Pierścionek z orłem w koronie

Rok 1944. Kiedy wybucha powstanie, dowódcą jednego z plutonów pozostaje młody chłopak Marcin. Z całego plutonu przeżyła ledwie garstka chłopaków, a po upadku rozkazuje ocalonym zdjąć mundury i w cywilu opuścić miasto. Dowódca jest ranny, a jego dziewczynę Wisię zabierają własowcy. Po powrocie do zdrowie kontaktuje się z nim były dowódca, major Steinert. Chce przekonać Marcina do członkostwa w organizacji NIE, ale odmawia. Nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem AL – Tadeuszem Śliwą z PPR.

pierscionek1

Andrzej Wajda tym filmem wraca do tematyki świata powojennej Polski. „Pierścionek” zaczyna się od mocnego uderzenia i krótkich scen z Powstania Warszawskiego. Widzimy beznadziejną walkę z Niemcami oraz coraz bardziej gasnący zapał do walki. A jednocześnie zaczynamy obserwować zagubienie młodych ludzi i całego środowiska AK, próbującego się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Świecie zdominowanym przez komunistów, gdzie dawni bohaterowie są uważani za wrogów ojczyzny, zaufanie jest towarem deficytowym i nie wiadomo, kto tak naprawdę jest kim. Kłamstwo i podstęp stało się elementem prowadzenia gry – gdzie Historia śmieje się z naszego poczucia obowiązku oraz mechanizmów, na które nie mamy żadnego wpływu. Reżyser z jednej strony pokazuje naiwność oficerów AK, którzy – z różnych powodów – są przywiązani do wydawałoby się bezsensownych wartości, przekonani o gwarancjach Zachodu, ale też pokazuje bezsensowność jakiejkolwiek decyzji. Czy pozostaniesz po swojej stronie czy spróbujesz pójść na pakt z diabłem (współpracę z Sowietami), zawsze poniesiesz klęskę.

pierscionek2

Cała intryga jest tutaj mocno zawikłana – współpraca Marcina z tajemniczym porucznikiem Kosiorem, wywóz żołnierzy AK na Syberię, wreszcie próby dotarcia do dowództwa podziemia. Wajda bardzo gorzko pokazuje ten beznadziejny czas. Ale to wszystko wydaje się jednocześnie bardzo teatralne – w scenach dominują dwie, trzy postacie, wszystko oparte jest na sporej ilości dialogów, czasami wręcz przeładowany. Nie brakuje scen zbiorowych jak wywiezienie AK-owców z peronu kolejowego, ale nie ma ich zbyt wiele. Wajda wydaje się troszkę wycofany i miejscami zwyczajnie nudzi, spowalnia, a dla osób nieznających historii Polski wyda się zbyt nieczytelny.

pierscionek3

„Pierścionek” za to może pochwalić się świetną obsadą, która wyciska soki. Bardzo dobrze radzi sobie debiutujący wówczas Rafał Królikowski. Marcin w jego wykonaniu to zagubiony, zgorzkniały człowiek, który stracił wiarę w swoich dowódców. Próbuje się odnaleźć i na własną rękę zrozumieć działania nowej władzy, jednak każda próba kończy się klęską. Całość bezczelnie kradnie rewelacyjny Cezary Pazura jako porucznik Kosior. Pozornie wydaje się troszkę dowcipnym, balansującym między powagą a zgrywą, wojskowym. Ale tak naprawdę to bardzo bezwzględny i zabójczo skuteczny ubek, bardzo łatwo rozgryzający swoich rozmówców (scena „przesłuchania” Marcina, w którym pozbawia go złudzeń wobec pomocy Zachodu), przez co jest strasznie nieprzewidywalny. Równie świetny jest Mirosław Baka (Tadeusz Śliwa), który magnetyzuje swoimi kwestiami.

pierscionek4

„Pierścionek” dla Wajdy jest próbą rozliczenia się zarówno z mitem Armii Krajowej, jak i polemizuje z samym sobą. Stąd obecność sceny z „Popiołu i diamentu” (tej z płonącymi kieliszkami), gdzie też podejmowane były kwestie nowego świata w latach 1944-45. Jednak tamten film miał większą siłę rażenia, ale film z 1992 roku miał kilka mocnych scen.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Powidoki

Nikt się nie spodziewał, że „Powidoki” będą ostatnim filmem Andrzeja Wajdy. Reżyser, uważany za osobę numer jeden w polskim kinie, postanowił opowiedzieć o Władysławie Strzemińskim – jednym z twórców sztuki awangardowej, postacią barwną i intrygującą. Tylko, że Wajda postanawia się skupić na ostatnich latach malarza.

powidoki1

Strzemińskiego poznajemy na początku, gdy prowadzi wykład plenerowy. Sam malarz rozstał się ze swoją żoną, rzeźbiarkę Katarzynę Kobro. Studenci go uwielbiają, szanują, podziwiają. Traktują go jak mistrza, ale jest rok 1949 i ówczesna władza żąda podporządkowania sztuki wobec wymogów realizmu socrealistycznego. Strzemiński odrzuca socrealizm i przez to staje się wrogiem publicznym nr 1. Reżyser mocno idealizuje swojego bohatera jako człowieka, będącego przeciwnikiem socrealizmu i będącego wiernym samym sobie. Sama realizacja i sposób konstrukcji jest bardzo klasyczny, wręcz staroświecki. Jest tu wiele scen wykładów, informacje o bohaterze poznajemy w dialogach, a wszystko idzie w jednym kierunku. Albo podporządkowanie i ślepe posłuszeństwo, albo zapomnienie i śmierć. Niekoniecznie fizyczna (minister kultury mówiący, że Strzemińskiego „należy wyrzucić pod tramwaj”), bo człowieka można zniszczyć i zabić na wiele, wiele sposobów: pozbawiając godności, możliwości pracy (nieważna legitymacja, niszczenie obrazów).

powidoki2

Wtedy reżyser potrafi uderzyć czasami niepokoju, mroku i czasów terroru. Na tym polu „Powidoki” sprawdzają się dobrze. Czuć zaszczucie bohatera, robi się coraz mroczniej, mieszkanie coraz bardziej puste, a ludzie się odsuwają (może poza Julianem Przybosiem). Absurd tych czasów potrafi wybrzmieć, nawet nieobecność Katarzyny Kobro (tego wątku brakuje najbardziej) daje większy portret Strzemińskiego jako ojca – słabego ojca, skupionego tylko na sobie i sztuce. Szkoda tylko, że tych scen jest tak mało, bo siła rażenia byłaby dużo większa.

powidoki3

Jedna rzecz jeszcze Wajdzie wyszła: Bogusław Linda w roli Strzemińskiego. Aktor kojarzony głównie z rolami twardzieli i macho, tutaj bardzo skupiony, wręcz wyciszony. Nawet ta deklaratywność dialogów (wykłady) jest wybroniona, dając pełny portret artysty „wyklętego”. Reszta postaci jest tylko tłem dla niego, zrobiona według szablonów: politycznych skurwysynów (Szymon Bobrowski jako minister kultury i Andrzej Konopka jako personalny), zapatrzonych studentów (tutaj, o dziwo wybija się Zofia Wichłacz jako „zakochana” Hania) oraz córkę, będącą wspomnieniem po zmarłej żonie (najsłabsza z obsady Bronka Zamachowska).

powidoki4

„Powidoki” to dziwny film, w którym Wajda wypowiada się w kwestii relacji sztuka-władza, co dzisiaj wydaje się dziwnie aktualne. Na tym polu reżyser wygrywa, dając sporo ognia. Jako portret Strzemińskiego wydaje się niekompletny, troszkę wybielony, pozbawiony pazura. Troszkę nieudane pożegnanie mistrza z kinem.

6/10

Radosław Ostrowski

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Teraz zadam wam pytanie z kategorii głupich: wiecie kto to jest Lech Wałęsa? Taki facet z wąsami, co obalił komunę. Sam. Znaczy z ludźmi. Stworzył „Solidarność”. A jednocześnie był agentem SB. Jak twierdzą co poniektórzy. Jeśli spodziewacie się pełnej prawdy o życiu tego człowieka w nowym filmie Andrzeja Wajdy, możecie się rozczarować.

Punktem wyjścia dla tej historii jest wywiad Lecha z włoską dziennikarką Orianą Fallaci przed wprowadzeniem stanu wojennego. I dalej mamy dość uproszczoną historię Polski od grudnia 1970 aż do dokonania transformacji w 1989, pokazaną już po wywiadzie. Wszystko jest na miejscu: skok przez płot, „nie chcem, ale muszem”, sierpniowe wypadki, stan wojenny, Danuśka odbierająca Nobla. Widzimy jak powstaje mit bohatera i rewolucjonisty, który staje na czele wielkiego ruchu narodowego. Ale jest to bardzo mocno robione pod linijkę, w sposób grzeczny i jednoznacznie mówiąc: Wałęsa był bohaterem narodowym, a że podpisał papierek na współpracę z SB – zrobił to pod presją. Sytuacje ratuje tutaj humor przemycany przez Janusza Głowackiego (w większości są to „niesamowite” refleksje Lecha), dzięki któremu dobrze się ogląda ten film.

walesa1

Mam dziwne wrażenie, że biografia Wałęsy została skierowana dla osób spoza Polski, by mogły poznać (w dość dużym skrócie) współczesną historię Polski i to zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Poza surowymi zdjęciami oraz solidną realizacją (montaż, scenografia i kostiumy) warto zwrócić uwagę na muzykę, gdyż w tle wydarzeń słyszymy przeboje m.in. Tilt, Brygady Kryzys czy KSU, idealnie wpasowane do sytuacji na ekranie.

walesa2

Jeśli chodzi o obsadę, „Wałęsa” to tak naprawdę teatr jednego aktora – Roberta Więckiewicza, który praktycznie skopiował zachowanie i sposób bycia Wałęsy w skali jeden do jednego. Wszystko się tu zgadza: od sposobu mówienia przez wygląd aż do stroju. Nie miałem żadnych wątpliwości, że widzę Lecha. A kim on jest? Nie od razu, ale jednak staje się charyzmatycznym przywódcą z jajami (rozmowa z głodującymi KOR-owcami – bezbłędna), który trochę ryzykuje swoje życie prywatne, bo nie zawsze się udaje to zgrać. A jednocześnie to szczery facet, który podejmuje się bardzo trudne zadanie prowadzenia ludzi, a nie jest to łatwe. Jest w nim coś z superherosa, ale to chyba trochę na wyrost. Cała reszta obsady robi tutaj za tło – nadal nie przekonałem się do Agnieszki Grochowskiej (Danuśka, która jest zredukowana do roli Matki Polki, choć potrafi opieprzyć ubeków i dziennikarzy), Zbigniew Zamachowski i Cezary Kosiński jako ubecy są naprawdę dobrzy, ale pojawiają się bardzo krótko, a pozostali robią tutaj epizody.

walesa3

Cóż, „Wałęsa” z jednej strony to laurka i hołd (wręcz poddańczy), z drugiej to całkiem niezła komedia (każda wypowiedź Wałęsy – chyba przez sposób mówienia – wprawiał mnie w śmiech, nic nie poradzę). Potencjał był na wiele, wiele więcej jednak. I co z tym fantem zrobić? To film, który sami po prostu musicie ocenić i zweryfikować.

Radosław Ostrowski