Mroczne wody

Czy wiecie, co to jest PFOA albo C-8? Pewnie ten skrót nic nie mówi? A może teflon? Już chyba bliżej, bo z tego robi się m.in. patelnie, buty czy farbę. Mało kto jednak wiedział, że ten związek nie tylko jest nie do zniszczenia, ale może też człowieka zabić. I nie tylko człowieka, ale każdy żywy organizm po kontakcie ze sobą. jedną z film, które ukrywały ten fakt była korporacja DuPont. Oni jednak posunęli się o krok i ten zabójczy związek umieszczał w jeziorze, rzekach, niszcząc środowisko oraz trując tysiące nieświadomych niczego ludzi. O sprawie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie pewien uparty farmer, który stracił całe stado krów. Zdecydował się skontaktować z prawnikiem Robertem Billotem, który – początkowo niechętnie – przygląda się sprawie bliżej. Jest rok 1998.

mroczne wody1

Film zaangażowane społecznie nie są zbyt popularne i nie zarabiają kupy kasy. Jednak Todd Haynes postanowił zaryzykować, wykorzystując prawdziwą historię walki z potężną korporacją. I otrzymaliśmy krzyżówkę „Spotlight”, „Zodiaka” oraz „Adwokata”. Innymi słowy, jest dochodzenie, walka z korporacją pełna kruczków prawnych, śledczy (tutaj prawnik) z kompletną obsesją sprawy oraz bardzo wolne działanie systemu. Reżyser bardzo dokładnie przygląda się całej tej sprawie, której szczegóły mogą zjeżyć włos na głowie. Jeszcze bardziej przeraża fakt pewnego rodzaju bezsilności, bo wielka firma nie zamierza się poddać. Mając bardzo duże fundusze, może zrobić wiele rzeczy w celu opóźnienia sprawy: zawalenie dokumentami, powołanie zespołu naukowego, by przed procesem ustalić dopuszczalne normy zatrucia. I mimo dość wolnego tempa, potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować.

mroczne wody2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj klimat. Wszystko jest w stonowanych kolorach, wydaje się bardzo melancholijne. Zupełnie jakby nadzieja coraz bardziej słabła, zaś szansę na wygraną z roku na rok maleją. Nadal wrażenie robią sceny pokazujące jakie konsekwencje w życiu prywatnym. Bo ciężko jest wytrzymać z człowiekiem, który poza sprawą wydaje się kompletnie nieobecny. I to wszystko jest w stanie działać, nawet w pozornie nudnych momentach. Niby to widzieliśmy wcześniej, ale Haynes potrafi wciągnąć, zaangażować oraz zmusić do myślenia.

mroczne wody3

No i jak to jest zagrane. Absolutnie znakomity jest Mark Ruffalo jako Billot, tworząc bardzo wyciszonego, ale zdeterminowanego adwokata. Może sprawia wrażenie grającego na jednej minie, jednak nie dajcie się zwieść. W tych oczach i tikach widać o wiele więcej niż się wydaje, zwłaszcza w chwilach bezsilności. Na drugim planie też jest świetnie, nawet drobne role są bardzo wyraziste. Ale skoro ma się takich aktorów jak Bill Pulman (Harry Dietzler), Bill Camp (Wilbur Tennant) czy bardzo zaskakująca Anne Hathaway (pani Billot). Największą niespodzianką dla mnie okazał się dawno nie widziany Tim Robbins jako szef. Niby drobna rola, ale potrafi zawłaszczyć każdą scenę i nadal potrafi pokazać siłę.

Smutnym faktem jest to, że film przeszedł praktycznie bez echa, zaś u nas w ogóle nie miał dystrybucji. Haynes pokazuje, iż nawet w gatunku thrillera prawniczego potrafi stworzyć coś bardzo wyrazistego. Mimo spokojnego tempa, potrafi walnąć obuchem w łeb i zmusi do zastanowienia.

8/10

Radosław Ostrowski

Alicja po drugiej stronie lustra

Pamiętacie Alicję, która trafiła do Krainy Czarów i pokonała Żabrołaka? Minęło od tego wiele lat, a Alicja pozostaje bardzo niezależną kobietą, która sama sobie jest sterem, żaglem i okrętem. Jednak okoliczności zmuszają ją do trudnej decyzji, by sprzedać okręt i zachować swój dom. Wtedy udaje się jej uciec lustrem do Krainy Czarów, gdzie Szalony Kapelusznik powoli umiera. Prosi Alicję o pomoc, by znaleźć jego rodzinę. Ale do wykonania tego zadania trzeba wykraść Chronosferę od Czasu.

alicja21

Powiem szczerze, że nie czekałem na ten sequel i wydawał się tylko stratą czasu, skokiem na czasu oraz odcinaniem kuponów. Jednak reżyser James Bobin dokonuje cudu, bo zrobił kontynuację lepszą od oryginału. Zanim zaczniecie ględzić, że wygaduje bzdury i twórcy idą szlakiem Tima Burtona (czyli tworzenia wariacji na temat niż adaptacji jako takiej), muszę przyznać, że ta fabuła zwyczajnie wciąga. Alicja z jednej strony próbuje dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy (niczym Tom Cruise w serii „M:I”), ale zaczyna się także uczyć, że pewnych rzeczy, choćbyśmy nie wiem jak próbowali i kombinowali nie da się zmienić. Co ma się stać, stanie się. Dlatego z Czasem (w jakiejkolwiek postaci by nie był) nie warto się kłócić, tylko pogodzić.

alicja22

Same podróże w czasie wyglądają niczym wyprawa przez morze wspomnień, a poszukiwania pomagają bliżej poznać nie tylko historię Kapelusznika, ale także Białej Królowej (Mirada) i jej siostry Czerwonej Królowej (Leżbieta), która doprowadziła do poróżnienia oraz zemsty. To jest jedno z największych zaskoczeń. Także sam wygląd Krainy Czarów nadal imponuje baśniowością oraz rozmachem. Choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten świat został wygenerowany komputerowo niż jest rezultatem scenografów (przynajmniej na początku), to jednak wsiąkłem w ten świat bardziej niż w poprzedniej części. Pięknie wygląda zwłaszcza mroczna, mechaniczna siedziba Pana Czasu.

alicja23

Wracają dawni znajomi, choć niemal wszyscy (poza Czerwoną Królową i Szalonym Kapelusznikiem) są zepchnięci do niemal epizodów, co troszkę mnie boli. Oni czynili poprzednią część odrobinkę przyjemną. Johnny Depp nie drażni aż tak mocno, mimo kilogramów charakteryzacji oraz bardzo piskliwego głosu. Fason dzielnie trzyma Mia Wasikowska, nadal czyniąc Alicję bardzo charakterną dziewuchą. Ale film kradnie Sacha Baron Cohen, czyli Czas – wnosi nie tylko sporo humoru (zarówno słownego, jak i slapstickowego), a także pokazuje jak wielką ma na sobie odpowiedzialność. To jedna z bardziej nieoczywistych rzeczy w tym filmie, tak jak Helena Bohnam Carter.

Drugie spotkanie z Alicją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Historia bardziej wciąga, jest bardziej dopracowane i zachwyca nie tylko stroną wizualną. Ale potrafi przypomnieć dość banalną kwestie, że rodzina i życie mamy tylko jedno. Nie zmarnujmy go.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Interstellar

Gdzieś w niedalekiej przyszłości, nasza planeta znajdzie się na krawędzi katastrofy. Anomalie pogodowe, epidemie niszczące nasze jedzenie, brak wojska i porządku – za kilkanaście lat ludzie umrą z powodu krztuszenia się. Jednak po cichu NASA opracowała plan podróży kosmicznej do jednej z planet, gdzie moglibyśmy potencjalnie żyć. Szansa powodzenia jednak są niewielkie, a szefem całej ekspedycji zostaje Cooper – były inżynier i astronauta, obecnie farmer, który przypadkowo odkrywa siedzibę NASA.

interstellar1

Powiem to wprost – jestem fanem Christophera Nolana, co już może doprowadzić do braku obiektywizmu w moim osądzie. Ekspozycja przez pierwsze 40 minut, może wydawać się niemal idiotyczna, gdyż przez przypadkowe odkrycie rolnik zostaje szefem misji. Po drodze będzie jeszcze kilka mniejszych lub większych bzdur, ale wiadomo o SF, że jest to wizja fantastyczna, całkowicie wykreowana przez reżysera opowiadająca o tym, co może się wydarzyć. Jednak tym razem zamiast czysto komercyjnej produkcji, Nolan próbuje być bardzo ambitny i mierzy wysoko, bo próbuje opowiedzieć o niszczeniu naszej planety, sile miłości wobec córki oraz podboju kosmosu za pomocą czasoprzestrzennego tunelu. Przez prawie 3 godziny, reżyser mocno inspiruje się Stanleyem Kubrickiem i Stevenem Spielbergiem, co tłumaczy zarówno niesamowite wizualne wrażenia oraz motyw relacji Coopera ze zbuntowaną córką Murph, która ciężko znosi rozstanie z ojcem. Ten ostatni wątek sprawia wrażenie ważniejszego niż przebieg całej misji, troszkę balansując na granicy banału.

interstellar2

Niesamowity klimat potęgują tutaj znakomite zdjęcia. Wally’ego Pfistera zastąpił Hoyte van Hoytema, którego powinniście kojarzyć dzięki takim filmom jak „Fighter”, „Szpieg” czy „Ona”. Największe wrażenie robią tutaj wszelkie sceny pokazujące kosmos – jego siłę, bezkres oraz piękno. Przelot przez tunel czy wejście do czarnej dziury – te ujęcia i sceny pozostaną w pamięci na długo. Mam nadzieję, że van Hoytema pozostanie nowym operatorem Nolana. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie niezwykła muzyka Hansa Zimmera z potężnymi organami. Ta mieszanka działa silnie na wszelkie zmysły. Także dźwięk, a zwłaszcza cisza w kosmosie jest piorunująca (bo jak wiemy, w próżni dźwięk się nie rozchodzi).

interstellar3

A co mi się nie podobało? Nolan troszkę za długo rozkręca całą opowieść, próbując skupić się na bohaterach, ich lękach oraz wątpliwościach, a także ich egoizmie, bezwzględności i samolubstwie. Same rozważania na statku czy próba naukowa rozwiązania problemu grawitacyjnego mogą wydawać się nudne, ale dłużyzny ten wydają się być kluczowe. Niektóre dialogi też niebezpiecznie skręcają w stronę banału czy kiczu, na szczęście wszystko jest trzymane pod kontrolą, co nie przeszkadza nawet w zakończeniu.

interstellar4

O ile sam film jest nierówny, to do jego poziomu dopasowali się też aktorzy – grają troszkę nierówno i nie wszyscy trzymają ten sam poziom. Spory wywoływali grający główne role Matthew McConaughey oraz Anne Hathaway. O ile ten pierwszy naprawdę dobrze poradził sobie z rolą człowieka niedopasowanego do swojego świata – odkrywcy, pełnego sprytu i determinacji, o tyle aktorka jako córka profesora Branda (niezawodny Michael Caine) radzi sobie zaledwie nieźle, gdyż jej emocjonalny chłód (przez większość czasu) mocno przeszkadzał. Świetnie sobie za to poradził Matt Damon jako dr Mann, który zajmował się badaniem jednej z planet. Bardzo mocno pokazywał do czego może doprowadzić samotność na obcej planecie – i nie są to pozytywne cechy. Również należało pochwalić robota TARS (głos Billa Irwina sprawdza się bardzo dobrze) i trzymającą poziom Jessicę Chastain (dorosła Murph).

Można powiedzieć o „Interstellar”, że na bezrybiu i tak ryba wśród SF. Nolan częściowo może rozczarować, jednak wiele scen oraz przed wszystkim ostatnie 45 minut to czysta poezja warsztatowa. Z jednej strony bardzo krytyczne podchodzi do ludzkości, ale zawsze zachowuje pewną nadzieję wobec nas. Wiem, że ten film mocno podzieli wszystkich, którzy widzieli. Dla mnie to jednak dobry film.

7/10

Radosław Ostrowski