Jestem mordercą

Był kiedyś taki czas, że krążyli po okolicy seryjni mordercy. O Karolu Kocie opowiadał antykryminał „Czerwony pająk”. A teraz pojawia się historia innego niebezpiecznego człowieka – „wampira z Zagłębia”, który w latach 70. terroryzował Śląsk, mordując 12 kobiet. Schwytano podejrzanego, niejakiego Zdzisława Marchwickiego, który został skazany na karę śmierci. Już o tej historii powstał film („Anna i wampir” z 1981 roku), ale teraz sprawę postanowił pokazać Maciej Pieprzyca – zdolny i coraz ciekawszy reżyser ze Śląska.

jestem_morderc1

Bohaterem tego filmu jest młody śledczy, porucznik Janusz Jasiński, dla którego może być to punkt zwrotny w całej karierze. Gliniarz dość niechętnie przyjmuje sprawę, wiedząc, że pakuje się w prawdziwą kabałę. Kobiety są znowu mordowane, a poszlak praktycznie nie ma. Sprawa jednak zostaje przyspieszona, gdyż jedną z ofiar zostaje siostrzenica samego I sekretarza partii. Kolejne, wręcz desperackie próby schwytania (ogłoszenie nagrody i lejące się niczym morze donosy, wykorzystanie komputera czy próba schwytania na wabia zakończona śmiercią kolejnej ofiary) nie dają żadnego efektu. Ale przynajmniej pojawia się podejrzany – niejaki Wiesław Kalicki. Zostaje on schwytany, a Jasiński zostaje bohaterem i pupilem władzy.

jestem_morderc2

Pozornie film Pieprzycy jest kryminałem retro, gdzie bardzo wiernie odtworzono PRL lat 70. Scenografia i kostiumy jest imponująca – te knajpy, pokoje milicyjne, przepych ludzi władzy (kolorowy telewizor, wypasione samochody), lejąca się gęsto wódka i dym spod papierosa. Jednak sama kryminalna intryga jest tylko pretekstem dla pokazania kompletnej zgnilizny oraz aktem oskarżenia dla systemu, gdzie nie można pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. I kiedy wydaje się, że dochodzenie jest skończone, nagle zaczynają pojawiać się wątpliwości, ale co zrobić? Iść po trupach do celu (kariera, sława, sukces) czy zostać zgnojonym, rozniesionym w pył, ale z czystym sumieniem. Dodatkowo jeszcze otrzymuje rozgrywkę między Kalickim a Jasińskim, który chce złamać podejrzanego i zmusić go do złamania, zmuszenia zeznań. Atmosfera coraz bardziej gęstnieje, stawia się tutaj na psychologię bohatera, a widz nie jest tutaj traktowany jak kretyn mający wszystko podane na tacy. Dodatkowo klimat podkręca psychodeliczno-jazzowa muzyka, podbita rwanym montażem niczym z filmów Smarzowskiego.

jestem_morderc3

Jedyne, co mi psuje frajdę z oglądania to zakończenie, w zasadzie nie wnoszące niczego nowego, niczym w „Czerwonym pająku”. Za to jest tutaj bardzo wyraziste aktorstwo, ze wskazaniem na mało znanego Mirosława Haniszewskiego. Jasiński w jego wykonaniu to typowy produkt swojej epoki: na początku sprawia wrażenie niedoświadczonego chłopaczka, który zmienia się w bezwzględnego oportunisty, grzejącego się w blasku sławy. Po drugiej stronie jest tajemniczy Arkadiusz Jakubik jako Kalicki – skryty, małomówny i strasznie brodaty, a tajemnicza relacja między tą dwójką intryguje. Na ile to była próba złamania go, a na ile rodziła się sympatia – nie wiadomo. Drugi plan z kolei jest bardzo bogaty – kompletnie zaskakuje Piotr Adamczyk jako pozornie jowialny major Kępski, będący bezwzględnym skurczybykiem, zapada w pamięć Agata Kulesza wcielająca się w żonę podejrzanego (i ta śląska godka), wreszcie Magdalena Popławska, czyli żona Jasińskiego, coraz bardziej od niego oddalająca.

jestem_morderc4

„Jestem mordercą” to przykład nieoczywistego połączenia kryminału, dramatu psychologicznego oraz krytycznego spojrzenia na okres PRL-u. Co najciekawsze, nie jest to tak nieczytelne, by widownia zza granicy nie byłaby w stanie tego zrozumieć. W końcu seryjni mordercy działają w każdym ustroju.

8/10

Radosław Ostrowski

Ziarno prawdy

Trylogia o prokuratorze Teodorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to idealnie skrojony materiał na film, gdzie nie brakuje skomplikowanego dochodzenia, wyrazistych postaci, ironicznego humoru oraz trafnej diagnozy społecznej. Wiedział już o tym Jacek Bromski, który – w dość nieudolny sposób – przeniósł na ekran pierwszą część, czyli „Uwikłanie”. Reżyser wtedy uznał, że jest mądrzejszy i pozmieniał wszystko – od rozwiązania i intrygi, po miejsce akcji i płeć głównego bohatera. Jak można było tak świetną książkę przenieść w tak beznadziejny sposób? Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć. Dlatego gdy pojawiły się wieści o planach ekranizacji „Ziarna prawdy”, miałem pewne nadzieje, ale i spore obawy.

Tym razem prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony na zadupie, czyli do Sandomierza. Nie jest to jednak tak pięknie wyglądające miasto jak w „Ojcu Mateuszu”. Zamiast spokoju, ciepła oraz wyciszenia, mamy trupa, znalezionego na ulicy. Ofiarą jest Elżbieta Budnik – działaczka społeczna, żona niezbyt lubianego Grzegorza Budnika. Przy śledztwie prokuratorowi pomaga koleżanka z pracy – Basia Sobieraj oraz stary policyjny wyga Leon Wilczur.

ziarno_prawdy1

Lankosz w przeciwieństwie do Bromskiego, ogląda współczesne kryminały i mocno się na nich wzoruje. Najbardziej widoczne jest podobieństwo do Davida Finchera – od czołówki przez stronę wizualną, pełną mroku i półmroku aż po elektroniczną muzykę. Sandomierz pokazany jest tutaj jako miasto tajemnic, nierozliczonej oraz skomplikowanej przeszłości, gdzie nienawiść do Żydów, nacjonalizm są iskrą zapalną. Pod tym względem Lankosz (razem z Miłoszewskim, który jest współautorem scenariusza) trafnie diagnozują naszą mentalność. Intryga dość wolno, ale konsekwentnie jest poprowadzona (środek bywa troszkę usypiający), dialogi pełne ironicznego humoru, chociaż rozwiązanie całej łamigłówki nie należy do łatwych i zaskakuje. Problemem może być łatwa dezorientacja z powodu nadmiaru tropów, ale na to już nie poradzę.

ziarno_prawdy2

Reżyser zna materię i zaskakująco dobrze prowadzi aktorów, chociaż nie wszystkich. Trudno było dobrze wybrać aktora do roli prokuratora Szackiego, zwłaszcza że jest to dość niesympatyczna postać. Chłodny profesjonalista, zdystansowany i pewny siebie służbista, dla którego prawo jest świętością, traktujący kobiety dość przedmiotowo – jak wzbudzić sympatię u takiego ponuraka? Robert Więckiewicz dobrze oddaje charakter Szackiego, który dobrze odnajduje się tylko podczas prowadzenia śledztwa i chyba nie zależy mu ani na szacunku, poklasku czy prestiżu, ale na wykonaniu swojego zadania. I to jest oddane przekonująco, ale jak takiemu facetowi kibicować? No nie da się. Znacznie ciekawszy jest Jerzy Trela jako miejscowy gliniarz Wilczur, który służy mu za przewodnika po mieście. Także epizody Arkadiusza Jakubika (kolekcjoner broni białej Janek Wiewiórski), Piotra Głowackiego (wariat) czy Jacka Poniedziałka (profiler Klejnocki) zapadają mocno w pamięć.

ziarno_prawdy3

Tego nie da się powiedzieć o rolach żeńskich. Irytująca Aleksandra Hamkało (Klara, kochanka Szackiego) pojawia się tutaj tylko po to, żeby się rozebrać. Owszem, jest na co popatrzeć, ale kiedy zaczyna mówić, to chce się, żeby jak najszybciej się zamknęła. Z Magdaleną Walach problem jest inny – prokurator Barbara Sobieraj po ścięciu materiału wyjściowego (była kluczową postacią w życiu prywatnym Szackiego), jest tutaj zwyczajnie niepotrzebna i zbędna. I te dwa błędy, psują frajdę z oglądania.

ziarno_prawdy4

Gdybym miał porównywać „Ziarno prawdy” do „Uwikłania” Bromskiego, film Lankosza jest jakieś tysiąc razy lepszy. Ale powiedzmy to sobie wprost – reżyser miał bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę, więc przeskoczenie jej nie było żadnym problemem. Sam film podobał mi się, jednak książka (jak zawsze) była lepsza. Sami zobaczcie (przeczytajcie), bo wyszedł co najmniej przyzwoity kryminał, nawet jeśli jest kalką tego, co najlepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Polskie gówno

Jerzy Bydgoszcz to już niemłody muzyk i frontman działającego mocno w undergroundzie (czytaj: nikt o nim i nich nie słyszał) zespołu Transystory. Miał wydać płytę, ale wytwórnia zbankrutowała i ścigają go wierzyciele. W końcu kiedy przychodzi komornik, Czesław Skandal, wydaje się, że nic dobrego nie będzie. Zamiast ściągnąć kasę, proponuje pomoc w wydaniu płyty i chce dołączyć do zespołu jako menadżer.

polskie_gowno1

Jeśli ktokolwiek chce nakręcić film z gównem w tytule, należy spodziewać się najgorszego. Niby reżyserem jest Grzegorz Jankowski (wcześniej realizował programy telewizyjne), ale tak naprawdę jest to projekt Tymona Tymańskiego (scenariusz, produkcja, muzyka), w którym postanowił zaatakować i ochrzanić nasz rodzimy szołbiznes. Czyli piekiełko, w którym liczy się oglądalność i popularność, którą można zdobyć tylko w jeden sposób – zeszmacając się dla wielkiej kasy, grając w chałturach oraz występując w programach typu. Nie jest to nic nowego ani oryginalnego, w dodatku Tymon serwuje masę bluzgów, prymitywny humor mocno balansujący na granicy smaku (wizyta u niejakiego Romana Blooma i „modły” do boga Szołbiza – strasznie niesmaczne). Jakby tego było realizacja jest mocno chaotyczna – masa ujęć z „cyfry”, mieszające się kadry i nakładający się dźwięk do scen, które dopiero mają się pokazać – to chyba miało podkreślić punk-rockowy, buntowniczy charakter całości, a wk***a bardziej niż kłamstwa polityków.

polskie_gowno2

Broni się tak naprawdę tylko muzyka – czasami ostra i agresywna (punk-rock), a czasami będąca ironicznym komentarzem (musicalowe wstawki Skandala) do scen na ekranie. Ze strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Grzegorz Halama (cwany menago Skandal, co kasę na dziwki i hazard daje) oraz drobny epizod Arkadiusza Jakubika (muzyk Dudek Meissner – jego rozmowa z Bydgoszczem w pokoju zapada w pamięć na długo). Sam Tymon sprawia wrażenie buntownika, co sobie samemu stawia pomnik. Niby jest autentyczny w tym buncie, ale czuć tu mocny fałsz i to nie wkurza.

polskie_gowno3

„Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu” – ten cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera otwiera ten film. Ale niestety, z dużej chmury mały deszcz i nie warto o ten film drzeć szat. Nuda, anarchia i prostactwo, które albo wprawi was w stan zobojętnienia albo wk****i całkowicie. Wasz wybór.

5/10

Radosław Ostrowski

Carte blanche

Kacper jest nauczycielem historii w jednym z liceów w Lublinie. Mieszka razem z matką, a jego przyjacielem jest informatyk Wiktor. Jego dość spokojne życie zmienia się pod wpływem wypadku samochodowego. Matka zginęła, a mężczyźnie pogarszał się wzrok. Wizyta u lekarza rozwiewa wszelkie wątpliwości – genetyczna choroba nieodwracalnie pogarsza stan wzroku, doprowadzając do nieodwracalnej ślepoty. Nauczyciel postanawia ukryć swoją przypadłość, mówiąc o tym tylko przyjacielowi.

carte_blanche1

Filmowcy na całym świecie lubią inspirować się prawdziwymi historiami. Nie inaczej jest w przypadku filmu Jacka Lusińskiego. Pierwowzorem Kacpra jest Maciej Białek – nauczyciel VIII LO w Lublinie, który przez kilka lat ukrywał swoją chorobę. Punkt wyjścia dał spory potencjał i albo mogło powstać kino w rodzaju „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” albo stać się depresyjnym dramatem. Reżyser idzie bardziej pośrodku – nie jest on strasznie depresyjny, choć pokazuje niełatwą drogę radzenia ze swoimi słabościami i niedoskonałościami. Udaje się przemycić odrobinę humoru, trzyma nawet w napięciu (oczekiwanie na moment zdemaskowania) i daje do myślenia. Desperacka próba utrzymania stołka staje się dla bohatera walką z nieuczciwym i brutalnym losem. Na tym polu „Carte blanche” wygrywa, a ujęcia pokazujące coraz bardziej psujący się wzrok (obraz staje się bardziej mglisty) zapadną w pamięć na długo.

carte_blanche3

Swoje też robią dobrze prowadzeni aktorzy z Andrzejem Chyrą i Arkadiuszem Jakubikiem. Ten pierwszy jest charyzmatycznym nauczycielem, mającym świetny kontakt z młodymi. Każda zmiana w jego zdrowiu pokazana jest bardzo subtelnie, delikatnie, a strach miesza się z desperacją. Ten drugi jest lekko jowialnym, ale też twardo stąpającym po ziemi przyjacielem. Relacja miedzy ta dwójką napędza i wnosi lekkość. Jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, to jest tutaj słabo – tutaj wybija się tylko niezawodna Dorota Kolak (surowa, choć nie do końca dyrektorka), Eliza Rycembel (niepokorna uczennica Klara) oraz Wojciech Pszoniak (profesor).

carte_blanche2

Z czym mam największy problem? Nie przekonuje mnie tło, a dokładniej portret szkoły. Tu wszystko niemal jest zbył ugrzecznione, nie ma poważniejszych konfliktów, spięć. Rodzice są tutaj nieobecni. Drugim problemem jest wątek miłosny między Kacprem a koleżanką z pracy (nudna Urszula Grabowska), który sprawia wrażenie wrzuconego na siłę i toczy się schematycznie. Wszystko tutaj (poza bohaterami) jest płytkie i powierzchowne.

„Carte blanche” to sympatyczne i ciepłe kino, które na pewno działa pokrzepiająco. Jednak ja liczyłem na coś więcej, bo potencjał w tej historii był ogromny. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Pogo

Pogo

Wydawałoby się, że Dr Misio – rockowa kapela kierowana przez Arkadiusza Jakubika – będzie jednorazową akcją. Wydali jedną płytę, zagrali koncerty i na tym się to skończy. Błąd. Jednak czuwający muzycznie nad wszystkim Olaf Deriglasoff pomógł i tym razem, czego efektem jest drugi album „Pogo”.

Zamiast prostego grania i darcia ryja, jest znacznie większa dyscyplina oraz różnorodność brzmieniowa. Nadal jest słyszalna gitara elektryczna, jednak tempo jest różnorodne, co słychać w utworze tytułowym, zaczynającym się bardzo delikatnymi klawiszami oraz lekko „country” gitarą, by w refrenie przyśpieszyć w punkowej stylistyce. Ale nie brakuje też krainy łagodności (zwrotki w „Pedagogice”), skrętów w psychodelię („Powstaniec” z mrocznymi dźwiękami gitary i klawiszy czy „Parada”), garażowego brudu (dynamiczna „Sekta” czy „Modlitwa” z wyróżniającymi się klawiszami i basem) czy rapcore’u (mocne „Metro”). Ta mieszanka działa naprawdę dobrze, zaś sam materiał jest bardziej zwarty niż na debiucie, a Jakubik na wokalu sprawdza się świetnie ze swoim brudnym głosem.

Teksty nadal piszą dla nich Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki, zaś tematyka nie uległa zmianie – melancholia, przemijanie, trudna miłość czy mniejsze aluzje do historii Polski, a także ironiczne obserwacje rzeczywistości („Hipster”). Jedynym tekstem nie ich autorstwa jest „Ona wie” Cypriana Kamila Norwida, pachnąca garażem.

Muszę przyznać, że Dr Misio zaczyna wyrastać na nową grupę muzyki alternatywnego rocka. „Pogo” może nie zaskakuje brzmieniem, ale ta energia oraz zwarcie treści działa zdecydowanie na plus. Dla mnie bomba.

8/10

Radosław Ostrowski

Olaf Deriglasoff – XXX

XXX_Olaf_D.

Dzieci Kapitana Klossa, Pudelsi, Homo Twist, Kazik, Apteka, Yugoton – wszystkie te grupy i projekty łączy postać basisty oraz wokalisty Olafa Deriglasoffa. W tym roku muzyk obchodzi 30-lecie pracy artystycznej i z tej okazji wydał dwupłytową kompilację.

Nie jest to do końca typowy Greatest Hits, tylko wszystkie utwory, w których maczał palce Olaf postanowił nagrać od nowa, zmieniając aranżacje i brzmienie plus parę nowych piosenek. Efekt – mieszanka mocnego grania z wyrazistym wokalem Olafa. A niektóre aranżacje mogą doprowadzić w stan szoku i niedowierzania. Przykłady? Chociażby otwierająca całość „Pieśń o bohaterze” bazująca na temacie przewodnim ze „Stawki większej niż życie” (aranżacja smyczkowo-gitarowo-perkusyjna), elektroniczna perkusja i delikatny fortepian w „Szuwarach”, idący w stronę orientu „Kolacyja”, zabarwiona stylizacją na cygański romans „Jesienna deprecha” (te skrzypce!, tylko czemu w tle wałęsają się jakieś kury?), mocno elektroniczne „Maljczyki” (dźwięki niemal fabrycznej produkcji), imitujące hip-hop (jeno z instrumentarium żywym – kosmiczna elektronika m.in.) „Komandor Tarkin”. Co utwór, to zaskoczenie nawet dla fanów i znawców dorobku Olafa. Nie brakuje też garażowego, punkowego brzmienia (premierowy „XXX” oraz „Grzeczny”), lekkiego falstartu (początek „Emeryten Party”), bardzo mrocznego klimatu („Arkadiusz” z przesterowaną gitarą oraz fortepianem w tle czy najdłuższa w zestawie nieco monotonna „Norwegia”), niemal akustycznych melodii (”Danka” i „Falochron”) czy jazzowych wstawek (końcówka „Noży”), nawet tło „Mendy” (w oryginale kłótnia z policjantami) została zmieniona w bajkę.

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, Deriglasoff zaprosił wielu gości. Najbardziej utkwili mi w pamięci Mela Koteluk („Szuwary” zabrzmiały rewelacyjnie) oraz Czesław Mozil („Jesienna deprecha” nie brzmiała już tak samo), ale Olafowi towarzyszyli także m.in. Arkadiusz Jakubik („Ballada o bohaterze”), Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety („Danka”) czy Sidney Polak („Jesień przyszła do miasta”).

Jeśli ktoś robi takie podsumowanie jak Deriglasoff, to trzeba przyznać, że nie można mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. A „Mars napada” to już w ogóle wyszedł nieprawdopodobnie. Koniecznie przesłuchać.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Pod Mocnym Aniołem

Alkohol towarzyszy człowiekowi tak długo, że nawet przestał pamiętać kiedy po raz pierwszy go wypił. Filmowcy tez opowiadali o nałogowcach, bo ci trochę inaczej widzą świat. Narkomani, alkoholicy, hazardziści – ile o nich powstało filmów nie mam pojęcia. Tym razem opowieść o pijaku postanowił pokazać Wojciech Smarzowski, ale tym razem wsparł się powieścią Jerzego Pilcha.

mocny_aniol1

Poznajcie Jerzego – pisarza, który nawet odnosił sukcesy. Kiedy zaczął pić – nikt nie pamięta, bo ten ciąg trwa już od bardzo dawna. Ile razy był na detoksie – nie starczyłoby palców u rąk i nóg, by policzyć. I w zasadzie obserwujemy Jerzego, który obserwuje innych pijaków opowiadających o swoim życiu lub łudzących się jeszcze, że będą mogli się wyplątać z tego. Smarzowski świetnie pokazuje ciąg alkoholowy, za pomocą rwanego montażu, repety, dźwiękowego eksperymentowania czy przeplatania różnych miejsc i osób. Wszystko idzie wobec prostego schematu: chlanie – detoks – wyjście – chlanie – detoks – padaczka  – seks – wóda – detoks – wóda – detoks i tak do usranej śmierci. To zaklęty krąg, z którego są tylko dwa wyjścia: albo zachlejesz się na śmierć albo sam odbierzesz sobie życie. Choć zwiastuny zapowiadały komedię, jest to pełnokrwisty dramat pokazujący ludzi znajdujących się w sytuacji bez wyjścia. Nikt z nich już nie wierzy, że można się z tego wyplątać, a czemu piją? Każdy powód jest dobry (kapitalna scena, gdy przeplatają się „wyznania” pijaków), ponura kolorystyka i depresyjna muzyka, buduje mocno psychodeliczny klimat (może dialogi wydają się trochę zbyt metaforyczne i plastyczne), a zakończenie pozostaje kwestią otwartą (wszedł do knajpy czy nie). Jakby było tego mało, reżyser wrzuca aluzje do swoich poprzednich filmów, co jest pewnym małym plusem.

mocny_aniol2

Obsada nie jest zaskakująca, bo to prawie stała ekipa Smarzowskiego: Arkadiusz Jakubik („Terrorysta”), Marian Dziędziel („Król Cukru”), Jacek Braciak („Kolumb”), Kinga Preis (Mania) czy pojawiający się w epizodach Eryk Lubos (Charles Bukowski) i Adam Woronowicz (On). Jednak filarem tutaj jest Robert Więckiewicz, czyli pijak Jerzy. Inteligentny, choć nie w pełni zdający sobie sprawę z siły nałogu jest naszym przewodnikiem i komentatorem po ośrodku, gdzie rozgrywa się 90% scen. Zawsze zdystansowany i celnie trafiający ze swoimi komentarzami, w końcu zaczyna do niego docierać to, co widzi. Ale czy będzie miał w sobie siłę, by pokonać swój cug?

mocny_aniol3

Ktoś mi kiedyś powiedział, że pijak, by przestać pić musi stracić wszystko. Czy to jednak wystarczy? Tego nie wiem, Smarzowski też nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie zmienia to jednak faktu, że to naprawdę mocny i dobry film. Opinie o wypaleniu się reżysera są odrobinę przesadzone.

7/10

Radosław Ostrowski

Chce się żyć

Niedoskonałość fizyczna, kalectwo (mówiąc prościej człowiek nie do końca sprawny fizycznie, czasem zdeformowany) interesowała i interesuje filmowców od długiego czasu, co potwierdzają takie filmy jak „Moja lewa stopa”, „Człowiek słoń”, „Motyl i skafander” czy ostatnio „Nietykalni” i „Sesje”. Pewne próby wszczepienia opowieści o tego typu bohaterach (niedoskonałych ludziach) próbowano przeszczepić w Polsce, co widać było choćby w „Imagine” (utrata wzroku). Teraz podobnego wysiłku podjął się Maciej Pieprzyca ze swoim głośnym (już) filmem „Chce się żyć”.

mateusz1

Poznajcie Mateusza. Kim on jest? Gdy się pojawia po raz pierwszy, jest chłopcem, który nie ma z nikim żadnego kontaktu. Nie jest w stanie poruszać swoimi kończynami. Innymi słowy – roślina. Taka diagnozę usłyszał od lekarki, a rodzina stara się jak może, żeby był w stanie godnie żyć. Po wielu perturbacjach, Mateusz trafia do ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie. Nie jest łatwo, jednak on się nie poddaje. Wtedy dochodzi do przełomu, a to za sprawą wolontariuszki i pewnej lekarki stosującej dość niekonwencjonalną formę komunikacji.

I już można się spodziewać, że będzie depresyjnie (bo Polska to kraj, w którym wszystko się pier…) albo przesadnie łzawo i melodramatycznie. Jednak reżyser poszedł w stronę „Nietykalnych” czy „Sesji”, czyli próbuje opowiedzieć pozornie prostą, wręcz banalną opowiastkę o walce z niepełnosprawnością, sile ducha nad ciałem, ale bez skręcania w stronę depresyjnego dramatu, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Pomaga przy tym odrobina nienachalnego humoru (próba otworzenia kokosa przez ojca czy ironiczne wypowiedzi samego bohatera z offu), utrzymane w „jasnej” kolorystyce zdjęcia. Może zabrzmi to odrobinę banalnie, ale człowiek – nawet jeśli fizycznie nie jest do końca sprawny (jakkolwiek dziwnie to zabrzmi) – nadal pozostaje człowiekiem. A jak wiadomo, ma też swoje potrzeby (erotyczne też, ale spokojnie – nie ma tu świntuszenia czy chamstwa, choć wypowiedź Mateusza o cyckach – rozbrajająca). Klisze są? Ale mi to nie przeszkadza, a jak kopiować, to najlepsze wzorce, prawda?

mateusz3

Ten film ma także bardzo mocną obsadę, która wyciska z siebie maksimum. O Dawidzie Ogrodniku powiedziano już wszystko, co można było powiedzieć i ze wszystkim tym się zgadzam (jak Lech Wałęsa z  Janem Pawłem II), tak samo debiutujący Kamil Tkacz (obaj grali Mateusza) – mówiąc krótko, fenomenalni. Poza nimi dwoma nie można nie zauważyć świetnego Arkadiusza Jakubika (ojciec Mateusza – „czarodziej” jak o nim mówi) czy Doroty Kolak (matka – oddana, walcząca i kochająca) – takich rodziców chciałoby mieć chyba każde dziecko. Ja jeszcze ze swojej strony dodam obowiązkowo jeszcze trzy panie, które grają dość kluczowe postacie dla fabuły – Annę Kaczmarczyk (Anka – pierwsza dziewczyna Mateusza), Katarzynę Zawadzką (wolontariuszka Magda) i Annę Nehrebecką (pani Jola, nauczycielka języka Blissa) i każda z nich tworzy pełnokrwistą postać.

mateusz2

Jeśli ktoś chwali polski film, to wiedzcie, że coś się dzieje. I piszę ten tekst nie tylko, bo trzeba było napisać, ale dlatego, że ten film po prostu sprawił mi wielką przyjemność. Jestem więcej niż pewny, że jeszcze do niego wrócę. Bo przywrócił mi ten film wiarę, że jeszcze w Polsce da się zrobić coś dobrego. Czego sobie i wam życzę.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Drogówka

Jest grupa siedmiu policjantów, których łączą pieniądze, przyjaźń i imprezy. Grupa ta jest zwarta, bierze łapówki i nie jest do końca taka uczciwa. Wszystko się zmienia w momencie, gdy jeden z nich, sierżant Lisowski zostaje zamordowany. W sprawę zostaje wrobiony sierżant Król, który był mu winien forsę. Ten jednak ucieka i próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę.

drogowka1

Kim jest Wojciech Smarzowski? Chyba nie trzeba go przedstawiać, bo to jeden z najciekawszych polskich reżyserów ostatniej dekady, który w bardzo brutalny sposób pokazuje naszą rzeczywistość, bez słodzenia i lukrowania. „Drogówka” to w zasadzie mieszanka paru gatunków i konwencji. Na początku mamy humorystyczno-ponure scenki ze zwykłego dnia pracy naszych bohaterów, by po 40 minutach pójść w stronę kryminału, gdzie intryga jest bardzo skomplikowana i sięga szczytów władzy. Ale nie jest to stricte film sensacyjny, bo tutaj wiele zdarzeń jest kręconych z telefonów komórkowych (świetnie zmontowanych z pozostałymi scenami), pościgi są mało efektowne i idziemy razem z kamerą. A przy okazji jak zawsze mamy pokazaną rzeczywistość, gdzie nikt nie jest uczciwy (każdy chce dać w łapę – bez względu na pozycję społeczną czy wykształcenie), a przekręty są po prostu wszędzie. Innymi słowy, witamy w polskim piekle, a o happy endzie możecie zapomnieć. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu wtórności, ale pomysłowa realizacja odwraca od tego uwagę.

drogowka2

Druga rzecz wyróżniająca Smarzowskiego od innych to posiadanie stałej grupy aktorów, która przewija się w jego filmach. Tak też jest i tutaj. Główną rolę gra będący w świetnej formie Bartłomiej Topa, tworząc postać sierżanta Króla, który może i nie jest świętym, ale tutaj jest ukazany jako ostatni sprawiedliwy, który musi się czaić i ukrywać. Poza nim są tutaj ci, których nie mogło zabraknąć: Marian Dziędziel (komisarz Gołąb), Eryk Lubos (sierżant Banaś), Robert Wabich (sierżant Hawryluk), Arkadiusz Jakubik (sierżant Petrycki) i Jacek Braciak (posterunkowy Trybus) – wszyscy spisali się bardzo dobrze i trudno się do nich przyczepić, bo stworzyli pełnokrwiste postacie. Jest parę zaskoczeń jak Marcin Dorociński (sierżant Lisowski) i Julia Kijowska (posterunkowa Madecka), którzy wypadają trochę wbrew swojemu wizerunkowi, a także masa epizodów m.in. Andrzeja Grabowskiego (poseł), Lecha Dyblika czy Krzysztofa Kiersznowskiego, którzy dopełniają całości.

drogowka3

Choć „Drogówka” wydaje mi się słabszym filmem od „Róży” nie zmienia ona jednego faktu: Smarzowski jest najlepszym polskim reżyserem, bo poniżej pewnego (bardzo wysokiego) poziomu nie schodzi.

8/10

Radosław Ostrowski

Jesteś Bogiem

Polskie filmy traktowane są bardzo krytycznie, wręcz z wrogością. Ale ten film miał jeszcze gorzej od poprzednich, bo mierzył się z legendą i to nie byle jaką. Film Leszka Dawida opowiada o hip-hopowym składzie Paktofonika, który pod koniec XX wieku okazał się jednym z najważniejszych składów grających rap w Polsce, a to wszystko przez jedną płytę i jeden kawałek.

bog1

Sama historia wydaje się jedną z wielu biografii jakich do tej pory nakręcono. Klamrą spajająca całą historię jest ostatni koncert Paktofoniki w katowickim Spodku już po śmierci Magika. Cofamy się potem piec lat wstecz i poznajemy historię o tym jak powstał hip-hop. Pozornie wydaje się to ciągiem niepowiązanych ze sobą scen, ale dzięki nim trochę bliżej poznajemy skład, ze wskazaniem na Magika oraz jego psychikę. Wszystko to oczywiście w rytm hip-hopowej muzy, z bardzo surowymi i realistycznymi zdjęciami, przy okazji pokazując szarą rzeczywistość Polski końca wieku – szarą, brudną, z nie do końca uczciwymi ludźmi. To wszystko ogląda się z dużym zaangażowaniem, jest świetnie zrealizowane i opowiedziane.

bog2

Ale najtrudniejsze zadanie mieli aktorzy grający główne role, ale oni się wybronili. Świetnie poradził sobie Marcin Kowalczyk pokazując Magika jako outsidera, zagubionego i wrażliwego faceta, który ma świetną nawijkę, ale w życiu prywatnym nie idzie mu zbyt dobrze, miewa koszmary.  Partnerujący mu Dawid Ogrodnik i Tomasz Schuhardt (Rahim i Fokus) dorównują mu kroku, zaś w scenach wymagających nawijania są bezbłędni (zwłaszcza Schuhardt). Poza tą dwójką moją uwagę skupił Arkadiusz Jakubik (Gustaw – wydawca płyty, który pomagał im i wspierał), zaś pojawiający się w epizodzie Marcin Dorociński był ciekawy.

Autentyczna i udana polska produkcja filmowa – coś takiego zdarza się bardzo rzadko, ale się zdarza. Tu wszystko jest na miejscu i bardzo silnie angażuje, nie tylko dla fanów hip-hopu.

8/10

Radosław Ostrowski