Jak pies z kotem

Filmy oparte na faktach zawsze są trudne do oceny. Zwłaszcza, jeśli dotyka wydarzeń z życia reżysera opowiadającego swoją historię. Taka sprawa dotyczy najnowszego filmu Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”, gdzie mamy trudną relację między braćmi, którzy nie utrzymują ze sobą kontaktu. Wszystko się zmienia, gdy starszy brat (Andrzej) dostaje udaru – prawa półkula mózgu jest martwa, jest sparaliżowany. Wtedy Janusz, wskutek pewnych okoliczności, bierze sprawy w swoje ręce, ściąga brata do domu i próbuje się nim zająć.

jak_pies_z_kotem3

Takie filmy są dość niełatwe w ocenie, bo pokazywane są dość intymne wydarzenia, o jakich wiedzieli nieliczni. Dodatkowo mamy temat choroby, która doprowadza do wielkiego mętliku w głowie, co może dać w zasadzie duże pole do popisu. Reżyser skupia się tutaj przede wszystkim na tej szorstkiej, trudnej miłości braterskiej. O tyle trudniej, że więzi między nimi były bardzo luźne, ale też z powodu dość sporej różnicy charakterów: Andrzej jest dość impulsywny, wręcz cholerykiem skupionym na sobie, zaś Janusz wydaje się być wyciszonym, skupionym stoikiem. Doprowadza to do ciężkiej konfrontacji, gdzie nie brakuje cierpkich, miejscami ostrych słów. Jednak mimo pewnego dość przewidywalnego kierunku, sam film jest szczery, bez stosowania emocjonalnego szantażu, co nie jest wcale takie proste. Niemniej to wszystko działa i trzyma się w ryzach aż do końca.

jak_pies_z_kotem1

Realizacyjnie film bardziej wygląda jak skromna produkcja skierowana dla telewizji. Nie ma tu żadnych wodotrysków, zabawy kolorami czy eksperymentów. Chociaż jest pewien wyjątek od tej reguły, czyli momenty wariackich wizji Andrzeja (psy chodzące po ścianach, widok przepaści nad tarasem), gdzie widzimy jego perspektywę. Pozornie mogą się wydawać zabawne, ale czasami tutaj śmiech tkwi w gardle. I to właśnie zderzenie pokręconej wyobraźni Andrzej z bardziej trzymającym się ziemi Januszem jest największą esencją, choć pozornie rola opiekuna może wydać się drogą przez mękę, prowadzące do zwątpienia, wręcz rozszarpania nerwów. Niemal dla wszystkich.

jak_pies_z_kotem2

Jeśli coś wyróżnia ten film od reszty to fantastyczne trio aktorskie. Po pierwsze, świetny Robert Więckiewicz. Przez większość czasu wydaje się opanowany, wręcz spokojny, ale jak wybucha, poraża, choć nie łatwo go sprowokować. I pozwala sobie na troszkę humoru, co pomaga w zachowaniu równowagi. Jeszcze lepszy jest Olgierd Łukaszewicz jako Andrzej – mimo dość zwichrowanej perspektywy, nadal chcący czerpać z życia garściami, ale też będący niejako więźniem swojego działa i umysłu. Te krótkie momenty świadomości, przeplatane z różnymi odlotami, tworzą prawdziwą petardę. Na tym samym poziomie wchodzi Aleksandra Konieczna jako Iga Cembrzyńska, niemal imitując jeden do jednego pierwowzór. Na początku może wydawać się dość antypatyczna, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać troszkę inne oblicze, co zmusza do weryfikacji naszych przekonań.

„Jak pies z kotem” może nie jest zaskakującym, ale pozostaje emocjonalnym doświadczeniem, skupionym na trudnej relacji rodzeństwa. Trudno wyczuć fałsz, a ręka Kondratiuka do prowadzenia aktorów powoduje, że ten komediodramat zostaje na dłużej.

7/10 

Radosław Ostrowski

Zgoda

Rok 1945, wojna powoli zmierza ku końcowi. Gdzieś na Śląsku Urząd Bezpieczeństwa na terenie dawnego obozu pomocniczego (tytułowa Zgoda w Świętochłowicach) dla Auschwitz, powstaje obóz pracy dla zdrajców narodu (Niemców, Ślązaków, sprzedajnych Polaków oraz osób niewygodnych dla władzy). Tutaj trafiają dawni przyjaciele sprzed wojny: Erwin (więzień) oraz Franek (strażnik), a ich motywacją jest miłość do kobiety, także przebywającej w obozie (Anna).

zgoda1

Debiutujący reżyser Maciej Sobieszczański postanowił opowiedzieć historię kompletnie nieznaną oraz bardzo niewygodną dla nas. Akcja znajduje się w takim momencie zawieszenia między starym porządkiem, który jeszcze nie minął, a brutalnie wchodzącym nowym rozdziałem. Już na sam początek dostajemy starą fotografię naszych bohaterów, co narzuca nam pewną relację między nimi. Ale opowieść poznajemy z perspektywy Franka, który chce pracować w obozie, by uwolnić swoją ukochaną. Ale to nie będzie takie proste zadanie. Historia tego trójkąta jest dość ograna i w zasadzie łatwo można przewidzieć ciąg dalszy. Ciekawsze było jednak dla mnie tło, czyli czas, gdy zwycięzcy (Polacy) postanawiają się zemścić na Niemcach. Bo zabili ojca, męża, przyjaciela, narzeczoną, bo są źli. A fakt, że komendant jest Żydem, jeszcze bardziej podsyca tą nienawiść. Dawna przyjaźń staje się balastem, a liczy się tylko i wyłącznie przetrwanie lub upodlenie drugiej strony. Tylko, że to całe tło jest ledwo liźnięte, a reżyser próbuje skupić się na tym miłosnym trójkącie.

zgoda2

Przeżyłbym to, gdyby nie jeden istotny szkopuł: o samych bohaterach nie wiemy zbyt wiele. Nie są zbyt mocno zarysowani, a jest psychologiczne portrety nie do końca przekonują. Surowa forma (śladowe dialogi, długie kadry oraz kamera wręcz przyklejona do bohaterów) bardzo przeszkadza wejść w ten świat, choć jest kilka sugestywnych scen jak nocne upokorzenie Niemców z okazji zakończenia wojny (padnij, powstań na golasa). I to buduje bardzo mroczny, niepokojący klimat. Z drugiej strony scenariusz ma bardzo luźną konstrukcję składającą się ze scenek, niekoniecznie mających ciąg przyczynowo-skutkowy. Przez co „Zgoda” (pora paroma momentami) większość czasu mnie nużyła.

zgoda3

Nawet aktorzy nie są w stanie wycisnąć wiele ze swoich postaci, by uczynić je pełnokrwistymi bohaterami. Problem sprawia nasz główny bohater Franek (nieznany Julian Świeżewski), czyli młody, naiwny chłopak, próbujący uwolnić swoją miłość, a jego przemiana z ofiary w kata jest zbyt gwałtowna, za szybka i nie kupuję tego. Pozostałe czubki tego trójkąta (Zofia Wichłacz oraz Jakub Gierszał) dają sobie radę, ale materiału do grania nie mają zbyt wiele – brakuje głębszego poznania tych bohaterów, przez co trudno nawiązać emocjonalną więź. Z drugiego planu bardziej wybija się Danuta Stenka (matka Franka) oraz Wojciech Zieliński (komendant), ale to za mało.

„Zgoda” mogła być mocnym, trzymającym za gardło dramatem o miłości w czasach wręcz Apokalipsy. Ale cała para poszła w gwizdek – szczątkowy scenariusz oraz słabo zarysowane postacie nie pozwalają się zagłębić jak mocno i zaangażować się tak, jak chcieliby tego twórcy.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Królewicz Olch

Kuba Czekaj – żaden inny polski reżyser w ostatnim czasie tak mnie nie wkurzył i byłem jednym z niewielu, których debiut „Baby Bump” odrzucił swoją treścią. Niemniej muszę przyznać, że wizualnie wyglądał świetnie. Tylko, co z tego? Niemniej wiedziałem, czego należało się spodziewać po „Królewiczu Olchu”. Czy jest lepszy, znowu podzieli widownię, a może reżyser przekona swoich hejterów?

krolewicz_olch1

Bohaterem tego dzieła jest młody chłopak o wielkim umyśle intelektualnym, ze wskazaniem na fizykę. Ma 14 lat i jest wychowany, przepraszam, tresowany przez swoją matkę, a ojca nikt nie widział. Mamuśka wykorzystuje chłopca i jego geniusz do udziału w różnych konkursach, dających sporą bonifikatę finansową, przez co czuje się lekki dziwadłem. Jednocześnie pracuje nad pewnym projektem.

krolewicz_olch2

Sama fabuła jest dość pretekstowa, a jej celem jest… no właśnie. Wszystko jest tutaj strasznie pogmatwane, a reżyser rzuca nas na głęboką wodę, nie dając żadnych wskazówek ani poszlak. A czego tutaj nie ma: komputer odmierzający koniec świata, teoria światów równoległych, brak akceptacji rówieśników, majaki mieszające się z rzeczywistością, kompleks Edypa, tajemnicze drzewo, tworzenie hologramów no i wpleciony w to wszystko „Król olch” Goethego (i jego muzyczna wersja od Schuberta). A wszystko jest oprawione w formę jakiejś alegorii czy metafory, której znaczenie potrafią rozszyfrować jedynie nieliczni. Miasto jest kompletnie anonimowe, będące mieszanką polskiego, angielskiego i niemieckiego (było to w „Baby bump”), a scenariusz wydaje się jedynie ciągiem scenek, gdzie samemu trzeba rozgryźć sens. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Czekaj tak się zakochał w swoim dziele, że nie potrafił wcisnąć w odpowiednim momencie hamulca i została przekroczona granica między artystycznym bełkotem a czymś podniosłym, pełnym ambicji.

krolewicz_olch3

Po obejrzeniu na pewno poczujecie wielki zamęt w głowie. Próba rozgryzienia wszystkich scen, gestów, znaczeń czy rzucanych kwestii pozbawionych (dla mnie) jakiegokolwiek sensu. Rzadko bohaterowie ze sobie rozmawiają, zaś ciągle rzucane fragmenty poematu sprawiają złudne wrażenie spójności. Nawet finał, gdzie dochodzi do zderzenia obydwu światów (gdzie każdy głos ma taki „szum” ekranowy) wprawia w totalną konsternację i sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Nawet aktorzy nie mają specjalnie co grać, bo te postacie są tylko i wyłącznie figurami, pozbawionymi głębszych cech charakteru oraz wiarygodnej psychologii.

krolewicz_olch4

Film oparty tylko na samej tajemnicy może przykuć uwagę. Nadal wygląda to fantastycznie, tylko czy poza mocną sferą audio-wizualną jest coś więcej? Drugie dno, trzecie, czwarte? A może samo dno? Mnie, znowu, Czekaj odstraszył. Trochę szkoda, bo ma on w sobie ogromny potencjał, tylko że albo jest to pretensjonalny bełkot, albo ja jestem zwyczajnie za głupi na takie kino.

3/10

Radosław Ostrowski

Na granicy

Góry – znacie inną przestrzeń, która budziłaby taki majestat i lęk? To właśnie tutaj wyrusza ojciec z dwoma dzieciakami. Mateusz był pogranicznikiem, jednak po śmierci żony zrobił sobie wolne i teraz powraca. Myśli, by wrócić do służby, dlatego z dwoma dojrzewającymi chłopakami – Jankiem oraz Tomkiem, wyruszają w góry do dawnej strażnicy. Tam też trafia tajemniczy nieznajomy podczas śnieżycy. Jest posiniaczony, we krwi i w plecaku nosi pistolet. Ojciec wyrusza, by ustalić co się dzieje, a chłopaki zostają same.

na_granicy2

Debiutant próbuje zrobić jedynie porządny thriller, bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej. Wybrał odpowiedni plener, czyli bieszczadzkie lasy oraz góry. Jest burza śnieżna, strażnica jest  w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a w radiu leci tylko Radio Maryja („ci to mają wszędzie zasięg”) i kompletna izolacja. Poczucie bezsilności jest tutaj bardzo konsekwentnie budowane, dzięki znakomitym zdjęciom Łukasza Żala. Góry i lasy wyglądają po prostu niesamowicie w tym zielonym filtrze, ale jest też sporo mroku. Miejsce odcięte od świata, strach i powolne wchodzenie młodych chłopaków w dorosły świat. I muszę przyznać, że robi to klimat, a od połowy atmosfera gęstnieje, wywołując ciarki, niepokój oraz kibicowanie za wszystkich. Każdy ruch, każdy trzask mocno archaicznej radiostacji, każdy dźwięk podkręca całość, a muzyka niemal wzięta z horroru tylko czyni całość bardziej intensywną.

na_granicy1

W połowie jednak zaczyna robić się troszkę schematycznie, powoli odkrywając elementy układanki związanych z nieznajomym Konradem. Jednak nawet to, co dostajemy to zaledwie wycinek, nie dający pełnej odpowiedzi na pytanie: jakim człowiekiem jest naprawdę ten mężczyzna? Świat staje się brutalniejszy, a kto jest kim i kto z kim trzyma może wywołać dezorientację. A im bliżej końca, tym bardziej reżyser sięga po oczywiste chwyty: pogoń Konrada za jednym z chłopców w mroku czy finałowa konfrontacja, ale mimo tej wady i tak się to ogląda z przyjemnością.

na_granicy3

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest to film Marcina Dorocińskiego. Jego Konrad to trudna do oceny postać: z jednej strony rzucający mięchem, obrzydliwie wyglądający i zdolny do najgorszego okrucieństwa, z drugiej jak wszyscy tutaj, chce przetrwać i nie boi się sięgnąć po najmocniejsze argumenty. Jednocześnie jest w nim coś nieoczywistego i wrażenie, że ten facet w innych okolicznościach byłby fajnym i miłym gościem. Mocna i bardzo wyrazista postać, która zostanie w pamięci na długo. Partnerujący mu Andrzej Chyra (Mateusz), jak i Andrzej Grabowski (Lech) trzymają solidny poziom, ale zostają daleko w tyle. Nieźle radzą sobie młodzi chłopcy (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), wchodzący w dorosłe życie, zbudowani na zasadzie kontrastu, chociaż trudno ich polubić.

na_granicy4

„Na granicy” klimatem przypomina troszkę kino skandynawskie, idące w czysto gatunkowe tropy, ale jednocześnie próbuje dać widzom do pomyślenia. Dawno nie widziałem na naszym podwórku tak mrocznego filmu na naszym podwórku. Jest napięcie, tajemnica, brutalna inicjacja – i to wszystko zrobione przez debiutanta. Szacun.

7/10

Radosław Ostrowski

Joanna

Polski film można poznać po kilku czynnikach. Jednak ostatnio kilka z nich zostało konsekwentnie wytępionych (słaba jakość zdjęć i dźwięku), jednak tematyka pozostała w zasadzie stała. Wiadomo, musi być albo o wojnie (że tak strasznie cierpieliśmy) albo że życie u nas jest do dupy, bez względu na to kto rządzi. O podobnej tematyce opowiada ostatni film Feliksa Falka „Joanna”.

Tytułowa bohaterka jest samotną kobietą mieszkającą w Krakowie i czekającą na powrót męża. A wokół trwa wojna, jest rok mniej więcej 1943. Pracuje jako kelnerka w kawiarni i przypadkiem po łapance, znajduje w kościele mała dziewczynkę, która jest prawdopodobnie Żydówką, a imię jej Róża. Jej matkę zabrano podczas obławy. Kobieta podejmuje się trudnego zadania i bez pracy, próbuje pomóc dziewczynce przetrwać. Ale nie może o tym powiedzieć nikomu – ani rodzinie, ani sąsiadom, a tym bardziej Niemcom, którzy szukają Żydów.

joanna2

Z „Joanną” mam spory problem i nie chodzi mi o wałkowanie tego samego tematu, co zawsze (czy warto być przyzwoitym w czasie wojny, gdzie panuje strach?). Nie chodzi tez nawet o kwestię realizacyjne czy technicznie, bo tutaj naprawdę nie ma się czego przyczepić (zwłaszcza pochwalić należy zdjęcia Piotra Śliskowskiego). Cały numer polega na tym, że film pozostawił mnie w stanie kompletnego zobojętnienia, a nawet można przewidzieć jakie będą następne ruchy postaci (szlachetna i pomocna Polska, urocza Żydówka i także dobry Niemiec), bo one są aż nadto czytelne. Nic mnie nie ruszyło, ani ofiarność głównej bohaterki, ani tym bardziej cena tej ofiary – ostracyzm od rodziny, sąsiadów, oskarżenia o kolaborację. To wszystko po prostu spłynęło po mnie jak po kaczce i prawdę mówiąc nie dowiedziałem się niczego nowego, a także emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. I nie pomaga tutaj nawet całkiem przyzwoite aktorstwo z Urszulą Grabowską na czele.

joanna1

Papier z tego filmu leci strumieniami, a mimo poczucia realizmu wszystko jest takie sztuczne, nudne i fałszywe. Tym bardziej dziwi, że nie jest to robota początkującego reżysera, tylko bardzo doświadczanego i nagradzanego. Coś tu jest nie tak.

5/10

Radosław Ostrowski