Fenicki układ

Jakie są filmy Wesa Andersona, każdy widzi. Styl wizualny jest bardzo charakterystyczny i rozpoznawalny od pierwszych kadrów, co czyni go jednym z najciekawszych autorów kina. Jednak treściowo jest za każdym razem inaczej, choć najczęściej mamy do czynienia z dysfunkcyjnymi rodzinami. I tak też jest z „Fenickim układem”, mieszanką komedii, filmu szpiegowskiego (to coś nowego) oraz dramatu.

Tym razem jesteśmy w latach 50., zaś bohaterem jest potentat finansowy Zsa Zsa Korda (Benicio Del Toro). Ma masę wrogów, którzy chcą go zabić (lecz są w tym kompletnie nieudolni), sprawia wrażenie bardzo zdecydowanego i chytrego, że nawet rządy chcą go udupić. W sensie zinfiltrować firmę i zabrać całą kasę. Jednak Korda ma plan na potężną inwestycję w Fenicji, która ustawiłaby go oraz jego wspólników na 150 lat. Postanawia wtajemniczyć do swojego planu jedyną córkę, przyszłą zakonnicę Liesl (Mia Threapletone) zamiast jej dziewięciu (!!!) braci. Może dlatego iż są jeszcze bardzo młodzi i niepełnoletni. Dwójce towarzyszy jeszcze nauczyciel, specjalista od owadów, profesor Bjorn Lund (Michael Cera). Jednak od samego początku Kordę prześladuje pech (manipulacja rynkiem) i dość ryzykowne przedsięwzięcie może okazać się katastrofą.

„Fenicki układ” pozornie jest taki sam jak zawsze. Nadal mamy mocne, pastelowe kolory, symetryczne kadry i specyficzną pracę kamery czy bogatą w detale scenografię. Jednak tutaj Anderson nie wali wątkami jak szalony, nie tworzy opowieści w opowieści, tylko w całości skupia się na trójce postaci oraz ich dynamice. A jednocześnie mamy całą tą kombinację związaną z tytułowym układem oraz „Wyrwą”, czyli dołożeniem troszkę piniądzorów do tej inwestycji. Próby negocjacji, gdzie tak naprawdę sporo zależy od szczęścia i zbiegów okoliczności potrafią rozbawić, zaskoczyć, a nawet zadziwić kreatywnością (jak rozwiązanie sporu przez… grę w koszykówkę czy nagłe wkroczenie grupy terrorystycznej). Jednak tak naprawdę mamy zderzenie dwóch światów: religijnej, głęboko wierzącej, idealistycznej Liesl z bezwzględnym, wyrachowanym kapitalistą Kordą. Jeszcze bardziej widać tą konfrontację w czarno-białych, surrealistycznych scenach osadzonych w zaświatach. Więc czy wygra interes czy może więzy rodzinne?

Realizacyjnie jest jak zawsze, ale jednocześnie czuć pewne drobne szczególiki. Nadal mamy tu mocne kolory, imponującą scenografią i kostiumy oraz skupienie na detalach. O zadziwiających rekwizytach w postaci zminiaturyzowanego wykrywacza kłamstw i wersji zdalnego telefonu nie mówiąc. Jednak parę razy kamera bawi się ujęciami (uderzenia z liścia pokazane z oczu czy pogoń za postaciami w finałowej konfrontacji), muzyka pojawia się o wiele rzadziej, zaś humor kilkukrotnie łapie z zaskoczenia.

A wszystko działa dzięki (jak zawsze imponującej) obsadzie, choć najważniejsze jest tutaj trio: Del Toro/Threapletone/Cera. Pierwszy jest absolutnie charyzmatyczny, sprytnie lawirujący między różnymi siłami/potencjalnymi sojusznikami oraz szorstki, wręcz pozbawiony jakichkolwiek emocji (co wynika z dość trudnego życia rodzinnego). Jednak coś powoli zaczyna się w nim zmieniać, choć nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Prawdziwym odkryciem jest Theapletone, czyli głęboko wierząca przyszła zakonnica. Pozornie jest naiwna, mocno oderwana od rzeczywistości, jednak okazuje się być o wiele sprytniejsza niż się wydaje. Ich wspólne wymiany zdań, docinki to dla mnie prawdziwe serce tego filmu. Jednak całość kradnie Michael Cera i jest to dziwne, że dopiero teraz pojawia się w filmach Andersona. Od rozbrajającego akcentu aż po niemal obsesję na punkcie owadów potrafią zaserwować sporą ilość zabawnych dialogów. Jak zawsze mamy na drugim planie masę znajomych twarzy: od Toma Hanksa i Bryana Cranstona przez Mathieu Amalrica aż po Jeffreya Wrighta oraz Benedicta Cumberbatcha z dziwaczną bródką.

„Fenicki układ” nie jest rewolucją czy gruntowną zmianą w plastycznym świecie Wesa Andersona, jednak inaczej rozkłada akcenty, co wnosi o wiele więcej świeżości niż się można było spodziewać. Wracamy do rodzinnej opowieści, która potrafi zaskakująco trzymać w napięciu, oszołomić wizualnie i (w nieoczywistym finale) nawet wzruszyć. Czego takiego u tego reżysera nie czułem od czasu „Grand Budapest Hotel”, pokazując jak wiele mogą zmienić drobiazgi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trucizna

No i została jeszcze ostatnia opowiastka z dorobku Dahla. Tym razem (poniekąd) wracamy do kolonialnych Indii, gdzie poznajemy Timbera Woods (Dev Patel). Mężczyzna wraca do domu, gdzie mieszka ze swoim przyjacielem, Harrym Pope’m (Benedict Cumberbatch). Ten jednak cały czas leży na łóżku z otwartymi oczami, cały spocony i nieruchomy. Dlaczego? Otóż dosłownie między ciałem mężczyzny a pościelą leży… jadowity wąż.

Choć punkt wyjścia wydaje się co najmniej niedorzeczny, to „Trucizna” bardzo dobrze by się sprawdziła jako horror. Bliżej w realizacji jest tutaj do „Zdumiewającej historii Henry’ego Sugara”, gdzie dekoracje lubią się rozkładać (mimo że jesteśmy w jednym budynku), nadal pojawiają się rekwizytorzy, zaś ruch kamery jest o wiele bardziej kreatywny. Jest o wiele więcej więcej zbliżeń, głównie na twarz Cumberbatcha. A to wszystko pomaga w budowaniu napięcia, gdzie czekamy na rozwiązanie tej nerwowej sytuacji. Nawet pojawienie się lekarza (Ben Kingsley) pozornie wydaje się uspokajać całą atmosferę. Ale cały czas coś może pójść nie tak. A wszystko zamyka się w absolutnie zadziwiającym finale. Tutaj nawet kamera dostaje trzęsawki, co bardzo mocno zaskakujące.

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach trio aktorów. Patel mówi z prędkością karabinu maszynowego, cały czas patrząc prosto na kamerę. Nawet w „Henrym Sugarze” nie mówił tak szybko, dodając bardzo wiele dzikiej energii. O wiele bardziej stonowany jest Cumberbatch, który musi grać bardzo oszczędnie (wręcz szeptem), a jednocześnie wyrazić masę (głównie negatywnych) emocji. I nie zawodzi. Tak samo jak trzymający fason Ben Kingley w roli lekarza. Bardzo opanowany, a także władczy, pokazujący go jako kompetentnego fachowca.

Powiem szczerze, że te krótkometrażówki bardzo mocno służą Wesowi Andersonowi. Krótka forma pozwala nabrać nowych barw dla jego charakterystycznego stylu opowiadania, bez poczucia znużenia czy zmęczenia, a także dopasowuje się do różnych gatunków. „Trucizna” tylko to potwierdza.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara

Wes Anderson jest bardzo rozpoznawalnym twórcą filmowym o bardzo wyrazistym stylu. Tym razem jednak ekscentryczny reżyser postanowił zrobić coś nietypowego. Wziął na warsztat cztery opowiadania pisarza Roalda Dahla i zrobił z tego krótkometrażowe filmy. Dla Netflixa, czego raczej nikt się nie spodziewał. Najdłuższą (40 minut) oraz najlepiej ocenianą jest „Zdumiewająca historia Henry’ego Sugara”, która otrzymała nominację do Oscara.

A o co ten cały szum? O pewnego bogatego gnojka z zamożnej rodziny, niejakiego Henry’ego Sugara (Benedict Cumberbatch). Jak każdy szanujący się bogacz myśli tylko o jednym – jak mieć jeszcze więcej pieniądzorów. Dlatego nie posiada rodziny, bo musiałby komuś zaufać i liczyć, że nie obudzi się bez niczego. Oraz posuwa się do jeszcze jednego, czyli hazardu. Nie zawsze uczciwego. Będąc w domu znajomego zauważa pewien krótki zeszyt. Niby nic, ale zawiera historię pewnego Hindusa, co był w stanie widzieć… bez otwartych oczu. To go intryguje i Henry chce to wykorzystać do grania w kasynach.

Anderson niby wizualnie robi to, co zwykle. Tworzy bardzo barwny, przyjemny dla oka świat, z bardzo wyrazistymi kolorami. Ale reżyser pozwala sobie na o wiele większą dawkę umowności. Podkreśla to bardzo umowna scenografia, która zmienia się niczym dekoracja w teatrze. Dosłownie na naszych oczach widzimy zmieniające się otoczenie: z angielskiego domu przez indyjską dżunglę aż po kasyno. Do tego cały czas postacie cały czas łamią czwartą ścianę, zmieniając osobę narratora. Raz jest nim sam autor, Roald Dahl (Ralph Fiennes), raz Sugar, innym razem autor zeszytu dr Chatterjee (Dev Patel), by przejść do człowieka, co widział bez otwierania oczu (Ben Kingsley). Te przeskoki demonstrują zręczność Andersona do zabawy formą, nie wywołując znużenia.

Co prawda opowiadania nie czytałem, jednak nie oprzeć się wrażeniu, że reżyser przeniósł tą historię jeden do jednego. To by tłumaczyło przeskoki między „narratorami”, które są bardzo płynne. Każdy z aktorów odnajduje się w tej historii świetnie, sprzedając każdą linijkę tekstu. Sama historia wciąga, pełna jest specyficznego brytyjskiego humoru i ze świetnymi dialogami, zaś finał jest bardzo przewrotny. Nikt nie spodziewał się do czego może sprawić joga. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Psie pazury

Wydawałoby się, że czasy popularności western ma już za sobą. A jednak w XXI wieku pojawialiśmy się na Dzikim Zachodzie co najmniej kilkanaście razy. Czy to w formie psychologicznego dramatu („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”), skrętu ku akcji („3:10 do Yumy”) albo mieszając go z horrorem („Bone Tomahawk”). W jakim kierunku idzie najnowszy film Jane Campion, zrealizowany po 12 latach przerwy?

psie pazury4

Oparte na powieści Thomasa Savage’a film toczy się na farmie w stanie Montana roku pańskiego 1925. Jest ona prowadzona przez dwóch braci Burbank – Phil i George’a. Obaj są wykształceni i inteligentni, gdzie ten pierwszy przypomina ranczera w starym stylu (szorstki, surowy, niemyjący się), zaś drugi jest spokojniejszy, bardziej elegancki. Życie tej dwójki zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pojawia się ta trzecia. Rose jest właścicielką knajpy i mieszka razem z lekko zniewieściałym synem, Peterem. W tajemnicy przed bratem George bierze z nią ślub, co wywołuje wściekłość. Oboje trafiają do farmy i zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty.

psie pazury1

Sama historia rozbita jest na sześć rozdziałów, gdzie wszystko jest skupione na scenach pozornie niepowiązanych ze sobą sytuacji. Mamy czworo bohaterów, w których każdy jest w mniejszym lub większym stopniu outsiderem. Reżyserka jednak nie daje odpowiedzi na wiele istotnych pytań, co dla wielu widzów będzie bardzo frustrującym doświadczeniem (w czym nie pomagają przeskoki czasowe każdego z rozdziałów). To świadczy o tym, że „Psie pazury” wymagają skupienia oraz zwrócenia uwagi na detale, bo wiele scen dotyka pewnych kwestii, by potem do nich nie wrócić. Zupełnie jakby nie powtarzać tego, co już wiemy.

psie pazury3

Poczucie pułapki i izolacji potęgują absolutnie pięknie sfotografowane plenery. Przyroda jak w wielu klasycznych opowieściach jest jednocześnie imponująca oraz surowa, bezwzględna. Jeszcze ta muzyka Jonny’ego Greenwooda, co tak świdruje uszy i zwiastuje, że coś wisi w powietrzu. Jak to się wszystko skończy? Finał mnie zaskoczył, choć nie od razu połączyłem ze sobą wszystkie kropki. Dlatego tak mnie uderzyło.

psie pazury2

I jak to jest zagrane, w półtonach, czasami drobnych gestach oraz spojrzeniach tak krótkich, że można pewne rzeczy przeoczyć. Największe wrażenie robi Benedict Cumberbatch i nie chodzi mi tylko tutaj o akcent (bo brzmi on cholernie dobrze, zważywszy na pochodzenie aktora), ale pokazanie postaci Phila. Pozornie wydaje się surowym prostakiem w typie macho, rzucającym złośliwości wobec osób z najbliższego otoczenia, przebywający w towarzystwie innych kowbojów niczym prawdziwy mentor. To wszystko jednak okazuje się maską, pod którą ukrywa się inny człowiek, tłumiący swoje prawdziwe uczucia. Reszta obsady też ma swoje momenty (Jesse Plemons, Kirsten Dunst), ale najbardziej interesują jest Kodi Smit-McPhee, czyli Peter. Kolejny outsider w rodzinie ze względu na „niemęskie” zainteresowania oraz „zniewieściałe” zachowanie. Ale może to tylko pozory i jest tam coś więcej, choć nie daje po sobie tego poznać? To sami musicie odkryć.

Dziwaczny to film, na pewno nie łatwy, ale Campion potwierdza swoje umiejętności jako twórczyni portretów ludzi skomplikowanych, wyrzutków i samotników. „Psie pazury” zachwycają wizualnie, choć wielu może wkurzyć zbyt wielka ilość niedopowiedzeń oraz bardzo wolne tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Mauretańczyk

Sama tematyka niemal od razu jest w stanie złapać za serce. I w zasadzie reżyser czy scenarzysta wydają się nie mieć zbyt wiele do roboty. Ale czy aby na pewno? To zbyt duże uprowadzenie, bo bez solidnej fabuły oraz pracy reżysera nawet najlepszy temat można położyć. Czy tak jest z „Mauretańczykiem”, który został pominięty przy oscarowych nominacjach?

mauretanczyk2

Brytyjski reżyser Kevin Macdonald opowiada historię przetrzymywanego w Guantanamo obywatela Mauretanii. Jak się okazuje jego kuzyn był jednym ze współpracowników Osamy bin Ladena. No i sam Mohamadou przez pewien czas szkolił się w Al.-Kaidzie. A że wszystko zaczyna się po 11 września, resztę możecie sobie dopowiedzieć. „Amerykanie oszaleli”. Całą jego historię jednak poznajemy z perspektywy niejakiej Nancy Hollander. Jest ona prawnikiem idącą od wielu dekad na kolizyjnym kursie z rządem oraz wszelkim dokonywanych przez nich nieprawości. I to właśnie ona dostaje sprawę Mauretańczyka, choć nie jest ona łatwa.

mauretanczyk1

Czy jest to dramat sądowy? Nie do końca, to bardziej dreszczowiec opowiadający o tym, o czym niby pamiętamy, ale nie chcemy. Sama narracja toczy się dwu-, a nawet trzytorowo. Po pierwsze, mamy perspektywę mecenas Hollander (fantastyczna Jodie Foster), podejmującej się obrony przebywającego w Guantanamo mężczyzny. Kobieta razem z asystentką (solidna Shailene Woolley) podejmuje walkę o ustalenie prawdy. Dlaczego mężczyzna jest przetrzymywany, czy ktoś mu postawił zarzuty. Druga perspektywa to reprezentujący prokuraturę pułkownik Stuart Couch (zaskakujący Benedict Cumberbatch), który wie równie dużo, co jego oponentka – choć sam nie jest tego w pełni świadomy. Jest zdeterminowany do znalezieniu dowodów, lecz biurokracja mocno mu przeszkadza. Dochodzenie obojga do odkrycia utajnionych dokumentów jest jednym z kluczowych elementów tej tajemnicy.

mauretanczyk4

Ale najmocniejszym i najbardziej chwytające za gardło są wspomnienia samego Mohamadou (rewelacyjny Tahar Rahim), które utrzymane są w formie retrospekcji. Nawet zdjęcia są utrzymanie w innym formacie, jakby ekran się zmniejsza. Ten zabieg ma wywołać klaustrofobię oraz spotęgować poczucie izolacji wobec całego świata. Im dalej w las, tym bardziej przesłuchają stają się nieprzyjemne. Zwłaszcza kiedy do akcji wkracza armia i z jego perspektywy widzimy te wszystkie okrucieństwa w celu złamania go. Po co ta cała Konstytucja i przestrzeganie prawa, skoro można ją w imię strachu oraz żądzy zemsty ją zawiesić, łamać, okrążać dookoła? – pyta reżyser niejako między słowami.

mauretanczyk3

To jest o tyle zaskakujące, że to reżyser brytyjski przygląda się bardzo krytycznie amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Że w imię polowania na czarownice oraz podsycaniem nienawiści próbuje się piętnować czy zastraszać osoby działające w zgodzie z prawem. Pytanie w którym momencie większość ludzi nie ulegnie temu szaleństwu i pociągnie władze do odpowiedzialności. ale to chyba jednak pobożne życzenie, tak samo jak równość wobec prawa i szacunek do niego. Bardzo mocna rzecz oraz przypomnienie, że trzeba pilnować tej granicy.

8/10

Radosław Ostrowski

Szpieg

Rok 1974. Wiecie, co to jest Cyrk? Tak określano w Wielkiej Brytanii wywiad, który jeszcze walczył z największym zagrożeniem dla świata – komunizmem. Jego reprezentantem jest bardzo niebezpieczny szpieg znany jako Karla – nieuchwytny, nieobliczalny, demoniczny. Tak zakamuflowany, że mało kto wierzy w jego istnienie. Oprócz szefa Cyrku znanego jako Kontroler. Rok wcześniej wysłał do Budapesztu jednego ze swoich ludzi, Jima Prideaux na spotkanie z sowieckim generałem. Cel był prosty: zebrać dowody na obecność kreta w samym szczycie wywiadu brytyjskiego. Cała akcja kończy się wpadką oraz śmiercią agenta, co doprowadza do odejścia Kontrolera i jego prawej ręki, George’a Smileya. Ten drugi zostaje zmuszony wrócić z emerytury, a wszystko przez jeden telefon. Wygląda na to, że paranoiczny Kontroler miał rację i gdzieś na szczycie Cyrku przebywa sowiecki agent.

szpieg1

„Druciarza, krawca, żołnierza, szpieg” już raz przeniesiono na ekran (telewizyjny, ale jednak), choć dzisiaj mało kto pamięta o tym mini-serialu. Ale w 2011 roku na dużym ekranie George Smiley powrócił w czym pomógł mu Tomas Alfredson. Ten utalentowany szwedzki reżyser ostatnio jest troszkę w niełasce (wtopa zwana „Pierwszym śniegiem”), ale w swoim pierwszym anglojęzycznym filmie zaskoczył wszystkich. „Szpieg” – dystrybutor uznał, że krótszy tytuł będzie łatwiejszy do zapamiętania – to film w bardzo starym stylu. Spokojnie, nie jest on niemy, czarno-biały, ale fabuła toczy się w tempie dla wielu bardzo powolnym. Pościgów tu nie ma, strzelanin też nie (choć jest parę brutalnych momentów), a jednak opowieść potrafi wciągnąć. Jak to możliwe? Alfredson bardzo dokładnie i konsekwentnie buduje napięcie, opierając się niemal tylko na rozmowach, analizowaniu dokumentów oraz wyciąganiu wniosków. Kto jest zdrajcą, komu można zaufać, co jest prawdą, kłamstwem, a co podstępem i pułapką? To bardzo gorzkie spojrzenie na szpiegowski świat, gdzie jedyną szansą na wyjście z sytuacji jest zaufanie własnemu instynktowi oraz samotność. Dlaczego? Bo związanie się z kimkolwiek (lub czymkolwiek) może zostać wykorzystane przeciwko nim. Smutne jest życie szpiega.

szpieg2

Realizacyjnie film jest po prostu znakomity. Odtworzenie lat 70. na ekranie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Te stroje, fryzury, samochody i maszyneria są bardzo przyjemne dla oka. A stonowana kolorystyka oraz fenomenalne zdjęcia Hoyte van Hoytemy budują klimat tajemnicy. Sama siedziba Cyrku od środka wygląda wręcz futurystycznie (w czym także pomaga faktura oraz paleta barw), skupienie na detalach budzi podziw (scena spotkania w Budapeszcie – jak tutaj pomaga w budowaniu napięcia – majstersztyk!!!) czy absolutnie bezbłędny montaż. To wszystko czyni bardzo atrakcyjną układankę, gdzie widz nie jest prowadzony za rączkę. Z drugiej strony jest to na tyle czytelne, by się nie pogubić. Niemniej trzeba być skupionym w trakcie oglądania, bo raz odwrócić wzrok czy odpiszesz na SMS-a i przeoczysz coś istotnego.

szpieg3

No i do tego absolutnie rewelacyjna obsada tak brytyjska, że już bardziej się nie dało. Smileya gra sam Gary Oldman, co samo w sobie było sporym zaskoczeniem. Aktor znany głównie z grania czarnych charakterów tutaj tworzy najbardziej wycofaną postać w swojej karierze. Bardzo doświadczony, zmęczony szpieg, dopiero w pracy znajduje sens swojego życia. Niby wydaje się pozbawiony emocji i wygląda jak cyborg, ale samą obecnością sprawia wrażenie silnego i to on nadaje ton całej rozmowy. Fascynująca i niesamowita kreacja. Ale obok niego też mamy zarówno starych wyjadaczy (intrygujący Colin Firth, mocny John Hurt i poruszający Mark Strong) oraz kilku wówczas młodych wilczków (absolutnie kradnący film Tom Hardy i opromieniony sukcesem „Sherlocka” Benedict Cumberbatch). Każdy z tej grupy stworzył bardzo wyrazistą postać, pozwalając błyszczeć i dając każdemu czas na zbudowanie złożonej roli. Nawet jeśli wydaje się pozornie nieistotna dla całej układanki.

szpieg4

„Szpieg” to prawdziwa uczta dla fanów filmowych puzzli, chcących stymulować swoje zwoje mózgowe. Kompletne kino dopracowane do najdrobniejszego detalu i za każdym razem wciągającego do swojego brudnego, okrutnego, bezwzględnego świata. Fani książek le Carre poczują się jak w domu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

1917

Podobno jak ktoś był na jednej wojnie, to widział już wszystkie. Zmienia się narzędzia mordu, uzbrojenie i technologia, ale emocje towarzyszące żołnierzom podczas tej odysei pozostają niezmienne. Odwaga, strach, poświęcenie, determinacja, wola walki, tchórzostwo – do wyboru, do koloru. Ale czy można pokazać wojnę w taki sposób, żeby móc ją poczuć?

Jesteśmy 6 kwietnia roku 1917 gdzieś we Francji. Tam stacjonuje wojsko brytyjskie, gdzie wśród żołnierzy przebywają starsi szeregowi Blake i Schofield. Przyjaźnią się ze sobą, ale teraz dostają bardzo trudne zadanie. Muszą się przedrzeć za linię wroga do 2. Dywizji, by wstrzymać rozkaz ataku na oddziały niemieckie. Wykonywany przez nich odwrót ma charakter pozorny i ma wprowadzić wojska brytyjskie kierowane przez pułkownika MacKenziego. Rozkaz nie może zostać wykonany, bo inaczej zginie 1600 żołnierzy. W tym brat Blake’a, noszący stopień porucznika, a czas jest do następnego ranka.

1917-2

Jak można wywnioskować z opisu, fabuła nowego filmu Sama Mendesa jest bardzo prosta. Jak konstrukcja cepa. W zasadzie jest pretekstem do pokazania wojny. Wojny brudnej, okrutnej, pełnej trupów, okopów, brudu, błota, dziur oraz destrukcji. Ludzie giną na niej nagle i niespodziewanie, zaś największym wrogiem nie są obcy żołnierze. Jest nim tutaj nieubłagany czas oraz los, stawiający kolejne przeszkody do pokonania: niepozbawione pułapek bunkier, pozostawione po sobie zniszczone działa, mosty i domostwa. Wróg może pojawić się dosłownie znikąd i pokazać się (w przeciwieństwie do „Dunkierki”, gdzie żołnierze wroga byli nieobecni), przez co napięcie jest podnoszone bardzo gwałtownie. Nie ma też tutaj momentów patosu czy kiczowatych klisz, przez co film nie boli.

1917-1

Ale powiedzmy sobie jedną rzecz: ten film nie byłby taki powalający, gdyby nie FENOMENALNE zdjęcia Rogera Deakinsa. Kamera niemal cały jest przyklejona do bohaterów i wręcz krąży wokół nich. Zupełnie tak, jakbym był w samy środku tego rozgardiaszu. Nieważne, czy mówimy o pasie ziemi niczyjej, opuszczonym bunkrze pełnym szczurów czy kapitalnym momencie przechodzenia przez miasto nocą. A za światło są tylko flary oraz spalony kościół – tutaj adrenalina oraz poczucie zagrożenia jest tak intensywne i trzyma w napięciu jak rasowy thriller. Film rzadko pozwala sobie na chwile oddechu, przez co niemal byłem cały czas na krawędzi fotela.

1917-3

Drugim istotnym zabiegiem było obsadzenie w głównych rolach mało znanych aktorów. I choć tak jak u Nolana, nie wiemy o nich zbyt wiele, to jednak ich los obchodził. Czuć też było tą przyjacielską więź, choć nie pada zbyt wiele dialogów między nimi. George McKay oraz Dean-Charles Chapman poradzili sobie bardzo dobrze z zadaniem, skupiając się na gestach oraz emocjach malujących się na twarzach. Znane twarze pojawiają się tutaj w rolach epizodycznych i nawet tutaj wypadają co najmniej dobrze. Choć z tego grona najbardziej zapadł mi w pamięć Andrew Scott jako porucznik Leslie ze swoim rytuałem poświęcenia.

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć o „1917”, ale dla mnie to było niesamowite przeżycie, które może dostarczyć tylko kino. Bardzo intensywne, mroczne, trzymające w napięciu oraz zapierające dech w piersiach zdjęciami i reżyserią. Tutaj wojna wydaje się czymś namacalnym, lepkim, nieprzyjemnym miejscem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski