Zasada domina

Raz uruchomione kostki domina nie dadzą się zatrzymać i zniszczą wszystko, co napotka na swej drodze – nazywa się to efektem domina. Jedno zdarzenie – pozornie drobne – pociąga następne, uruchamiając niebezpieczny ciąg wydarzeń. O podobnej sytuacji postanowił opowiedzieć weteran kina Stanley Kramer w swoim przedostatnim filmie.

Bohaterem „Zasady domina” jest niejaki Roy Tucker (Gene Hackman) – weteran wojny wietnamskiej, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Zwykły szaraczek, który jest jednym z wielu ze swojego pokolenia. Ale spokojna odsiadka zmienia się, kiedy ma spotkanie z niejakim Taggem (Richard Widmark), a ten proponuje mu pomóc opuścić więzienie. W zamian ma zrobić pewną przysługę. Jaką? Tego dowie się później, pod warunkiem, że się zgodzi. Po drodze odbywa kolejne rozmowy z mężczyzną, a następnie z niejakim Pinem (Edward Albert). W końcu zgadza się, a po ucieczce dostaje konto w banku (200 tysięcy dolców), książeczkę czekową, paszport, nową tożsamość oraz… możliwość spotkania się z żoną (Candice Bergen), której nie widział od czasu procesu.

Lata 70. to był czas szczytu popularność thrillerów politycznych i filmów opartych na teoriach spiskowych czy paranoicznych lękach. Wystarczy wspomnieć „Rozmowę” F.F. Coppoli, „Syndykat zbrodni” Alana Pakuli czy późniejszy „Koziorożec 1” Petera Hyansa. Kramer próbuje wpisać się w ówczesne trendy, gdzie mamy wszechpotężną organizację sterującą w zasadzie wszystkim. Stojącą za politycznymi morderstwami, mającą swoich ludzi wszędzie, co może z jednej strony wywołać silne poczucie paranoi oraz absolutny brak zaufania do kogokolwiek. Ale z drugiej potrafi też odlecieć w takie rewiry, że ciężko to traktować poważnie. Bo skoro to spisku może należeć twój szef, przyjaciel, a nawet… żona, to jaki jest sens walki z nimi? Są oni w stanie przewidzieć każdy ruch, którego nawet ty się nie spodziewałeś.

Problem jednak w tym, że Kramer nie jest w stanie zaangażować, a filmowi brakuje energii. I nawet bym przełknąłbym to, ale nie czuć tu za mocno stawki. Nie ma napięcia, bo skoro może wydarzyć się wszystko, to dlaczego mnie ma to obchodzić? Sytuację troszkę ratuje ostatnie 20 minut (w tym sceny z helikoptera), charyzmatyczny Gene Hackman – ten facet potrafi wszystko sprzedać wszystko – niezły drugi plan oraz odrobinę egzotycznych lokacji. Bo część zdjęć była kręcona w Meksyku. Tylko, że „Zasada domina” strasznie się zestarzała i po latach jest jednym z wielu paranoicznych dreszczowców, gdzie brakuje tej paranoi, tempo jest strasznie ospałe, zaś ognia jest tu tyle, co kot napłakał. Niewykorzystany w pełni potencjał, który traktuje się zbyt poważnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek na szosie

Poznajcie Daniela – to zwykły szaraczek, który pracuje w firmie. W drodze na ważne spotkanie biznesowe wyprzedza starą, zniszczoną ciężarówkę. Kierowca wraka nie odpuszcza i parę razy mija Pontiaca Manna. Drobna „kłótnia” zmienia się w walkę o przetrwanie, gdy ciężarówka celowo puszcza auto Daniela wprost pod auto. Tak zaczyna się koszmar i to najgorszy ze wszystkich.

szosa1

Jak wiadomo każdy reżyser zanim osiągnie swój wielki sukces – nieważne czy artystyczny czy komercyjny – musi od czegoś zaczynać. Pewien amerykański filmowiec zaczął od pracy dla telewizji. Nakręcony przez niego film zrobił tak wielkie wrażenie, że postanowiono rozbudować go i pokazać w kinach, a źródłem była fabuła Richarda Mathiesona, który pisywał głównie dreszczowce. Kim był ten filmowiec? To niejaki Steven Spielnerg, wówczas znany dzięki nakręceniu pilota (drugiego pilota) serialu „Colombo”. Reżyser tutaj bardzo umiejętnie buduje atmosferę osaczenia, a pościgi robią tutaj naprawdę świetne wrażenie, głównie dzięki pracy kamery oraz dynamicznemu montażowi. W dodatku upał i kompletna bezsilność bohatera, którego wszyscy uważają za wariata, jeszcze bardziej podkreśla atmosferę. Dialogów jest tu niewiele, obraz wystarczy za wszystko. I nawet kiedy nie ma ciężarówki (a twarz jej kierowcy pozostaje zagadką), nie ma szansy na odrobinę spokoju (wizyta w barze, gdzie Daniel próbuje rozpoznać wśród gości kierowcę zabójczego wozu), a napięcie trzymane jest tutaj do samego końca.

szosa2

Cała tą opowieść na swoich barkach trzyma wyborny Dennis Weaver. To w zasadzie everyman, który znalazł się w absurdalnej sytuacji i nikt nie jest mu w stanie uwierzyć. Wszyscy go biorą za wariata (genialna scena w barze, gdzie dochodzi do bójki czy z dziećmi i uszkodzonym autobusem), nikt nie chce mu pomóc, a wszelkie próby wyrwania kończą się porażką. Poukładane życie wywraca się do góry nogami, zmuszając go do walki niczym w dżungli. Od dumy, przez pychę po strach – to wszystko maluje się na twarzy Weavera. Czy mu się to uda? Kibicujemy mu do samego końca w tej nierównej walce.

Już tym filmem widać, że rodzi się nowy talent w kinie. Następne filmy miały tylko potwierdzić umiejętności mistrza, jednak o tym opowiem jeszcze wiele razy.

8/10

Radosław Ostrowski

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Allan jest nieśmiałym, neurotycznym krytykiem filmowym. Kocha „Casablankę”, chciałby być jak Humphrey Bogart, a żona od niego odeszła. Jego najbliżsi przyjaciele – Linda i Dick – próbują mu pomóc znaleźć partnerkę, choć efekty są tragikomiczne. Tak naprawdę Allanowi podoba się Linda, ale czy jest szansa na to, że coś z tego wyjdzie?

Woody Allen bardzo rzadko pozwala na kręcenie swoich scenariuszy przez innych reżyserów. Tutaj zrobił wyjątek, bo adaptacji jego sztuki teatralnej (dla telewizji) dokonał reżyser Herbert Ross, jednak ciągle czuć ducha Allena. Ten film jest z jednej strony hołdem złożonym Bogartowi i „Casablance”, z drugiej mamy już to, co będzie się przewijać w większości filmów Allena: skomplikowane relacje damsko-męskie, neurotyczny bohater, humorystyczne i błyskotliwe dialogi, psychoanalitycy (nieobecni na ekranie) oraz wyraziste postacie drugoplanowe. Jeszcze pojawiają się proste, ale zabawne gagi (zwłaszcza pierwsza randka u niego w domu), jednak nie są one dominujące, a całość okraszona nie głupim morałem oraz cytatem finału „Casablanki”, w której Allan naprawdę zachowuje się jak Bogart, zaś technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić.

sam1

I jeszcze jest to wybornie zagrane. Tutaj Allen po raz wciela się w rolę, która stała się jego znakiem rozpoznawczym – neurotyczny inteligent, który nie radzi sobie w życiu i (przynajmniej) tutaj jest hipohondrykiem. I wierzymy mu, kibicujemy i jest trochę uroczy w tej swojej bezradności. Poza Allenem najistotniejsze są jeszcze 4 postacie, które zostały zagrane bezbłędnie. Najbardziej wyróżnia się Diane Keaton jako neurotyczna Linda – ładna, inteligentna kobieta, z którą Allen tworzy świetny duet. Poza nimi jest jeszcze Tony Roberts (zapracowany i zaniedbujący swoją żonę Dick), Susan Anspach (Nancy, ex-żona Allana) oraz Jerry Lacy (Humphrey Bogart jak z obrazka).

sam2

Jest to najbardziej allenowski film nie wyreżyserowany przez nowojorskiego okularnika, przewyższający wszystko to, co nakręcił na początku swojej kariery Allen.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski