Najlepszy

Kiedy poznajemy Jerzego Górskiego, jest końcówka lat 70. Kiedyś był naprawdę zdolnym sportowcem, ale potem pojawiły się narkotyki. Kumple, dziewczyna (córka komendanta MO), kumple, meliny, ucieczki przed milicją. Zszedł on na samo dno, ciąża, śmierć przyjaciela, wreszcie nieudane samobójstwo. Czy w ogóle jest szansa wyjścia na prostą?

najlepszy1

Ostatnio coraz bardziej widoczny jest trend realizacji biografii obsadzonych w realiach PRL-u. Po „Bogach” i „Sztuce kochania” tym razem przyszła kolej na „Najlepszego”. Tym razem historia opowiedziana przez Łukasza Palkowskiego, tym razem przedstawia losy człowieka, o którym mało kto słyszał (przynajmniej przed filmem). Jest to mieszanka dramatu, kina sportowego oraz odrobinę komedii. I jak zawsze udało się wiernie odtworzyć realia epoki – wrażenie robi scenografia, ze szczególnym wskazaniem na melinę oraz ośrodek Monaru. Surowa faktura, meble, sprzęt szpitalny czy kostiumy tworzą klimat tamtego okresu, bez wywoływania zgrzytu. Dialogi też są zrozumiałe i niepozbawione błysku, a gdy dodamy świetną, rockową muzykę Bartosza Chajdeckiego, to wszelkie zmysły są zaspokojone. „Najlepszy” trzyma w napięciu, mimo sięgania po sprawdzone klisze kina sportowego (szybki montaż a’la „Rocky”, trener będący mentorem czy nowa kobieta wspierająca bohatera), co nie jest wcale takie proste. Na pewno pomaga w tym wiele humoru (pierwsze próby pływania pod okiem trenera czy nauka tanga – perełki) oraz pewna ręka reżysera.

najlepszy3

Żeby nie było tak słodko, to są dwie mocne łyżki dziegciu. Po pierwsze, czuć pewną skrótowość i uproszczenia w historii. Głównie podczas scen odwyku oraz przygotowań, aż chciałoby się wejść głębiej. Drugim problemem (chociaż nie dla mnie) mogą być sceny „rozmów” bohatera z samym sobą przed lustrem, pokazujące jego mroczną stronę. Dla wielu takie sceny mogą być zbyt dosłowne i łopatologiczne (chociaż w finale potrafi to zbudować suspens), chociaż nie każdemu będą one przeszkadzały.

najlepszy2

Jednak to wszystko jest kapitalnie zagrane. Do wielkiej formy wraca Jakub Gierszał, który ostatnio pogubił się lekko, ale tutaj jest wręcz znakomity, przechodząc bardzo dużo zarówno fizycznie (sceny sportowe oraz „głodu”), jak i psychicznie. Zagubienie, gniew, poczucie bezsensu, determinacja, wreszcie walka. To wszystko jest przedstawione przez aktora bezbłędnie, przez co chciałem kibicować Górskiemu. Ale za to drugi plan jest wręcz gwiazdorski (jak na hollywoodzkie kino przystało). Na mnie największe wrażenie zrobił niezawodny Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu, przyszły trener), świetny Janusz Gajos (Marek Kotański, scena rozmowy w samochodzie – klasa), opanowany Szymon Piotr Warszawski (Paweł, kierownik ośrodka) oraz w drobnym epizodzie Mateusz Kościukiewicz (kumpel Andrzej) i Mirosław Haniszewski (instruktor tańca). Muszę też wspomnieć debiutującą Kamilę Kamińska jako pielęgniarkę Ewę – nie tylko wyglądającą naturalnie i uroczo, ale też odgrywającą kluczową rolę w całości.

najlepszy4

Powiedzmy sobie to od razu: „Najlepszy” to nie jest najlepszy polski film, jaki widziałem w tym roku. To jest przykład dobrego, miejscami nawet bardzo dobrego kina, przeszczepiającego hollywoodzki styl na nasze podwórko. Palkowski wyrasta na rzemieślnika z wysokiej półki i powiem tylko jedno: chcę więcej takiego kina na poziomie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Kryptonim HHhH

Pamiętacie taki film „Operacja Anthropoid”? Wydawałoby się, że już wszystko opowiedziano o zamachu na Reinharda Heydricha – protektora Czech i Moraw. Fanatyczny wyznawca nazizmu, wcześniej oficer marynarki wojennej wydalony za romans. Tym razem tą historię postanowili opowiedzieć spece z Hollywood, więc należało spodziewać się najgorszego.

hhhh1

Cedric Jimenez postanowił cała historię opowieść dwutorowo. Pierwsza część to historia Heydricha, z kolei druga część to przygotowanie do zamachu z perspektywy zamachowców. Sam pomysł na ten sposób opowieści wydawał się fantastyczny, gdzie rozbicie perspektywy dawało spory potencjał na wciągającą opowieść. Niestety, wszystko jest zrobione tutaj bardzo płytko. Historia Heydricha jest zbiorem przypadkowo rzuconych scenek, które (na siłę) można jakoś powiązać w pewną całość. Mamy wyrzucenie z marynarki i sąd wojskowy, by po paru minutach przenieść się na farmę Himmlera, który proponuje Heydrichowi kierowanie nową komórką wywiadowczą. A następna scena to likwidacja komórki komunistycznej, szantaż na generale, wreszcie atak na Polskę. Skaczemy z wątków na wątek niczym z kwiatka na kwiatek, a najciekawsze (czyli prywatne życie Heydricha oraz jego drogi ku ideologii) zostaje tylko liźnięte. Na szczęście Heydrich nie jest traktowany jako komiksowy, przerysowany czarny charakter, ale brakuje jakiegoś głębszego portretu psychologicznego.

hhhh2

Taki sam mam problem ze scenami przygotowań do zamachu. Po pierwsze dlatego, że widziałem wspomnianą wcześniej „Operację Anthropoid”, skupioną tylko na tym wątku (świetnie poprowadzony i trzymający w napięciu). Sprawiło to, że ten wątek wydawał mi się bardzo skrótowy, a zamachowców (Kubis i Gabcik) też potraktowano tylko jako papierowy schemat – młodzi patrioci, ale też normalni chłopcy z marzeniami. Scena zamachu i tuż po nie potrafiły mnie już utrzymać w napięciu.

hhhh3

Sytuację (poza naprawdę ładnymi zdjęciami oraz sugestywną muzyką) próbują ratować aktorzy. I dobrze wywiązują się ze swoich zadań. Pochwalić trzeba przede wszystkim Jasona Clarke’a w roli Heydricha, czyli mieszanka opanowana i czułości z bezwzględnym posłuszeństwem wobec ideologii. Co czasem doprowadza do krótkiego spięcia z żona (solidna Rosamond Pike), ale to zostaje tylko w jednej scenie. Reszta aktorów po prostu jest, chociaż może Mia Wasikowska jako ukrywająca jednego z zamachowców kobieta oraz kompletnie zaskakujący Stephen Graham w roli Himmlera zapadają w pamięć

hhhh4

Wszystko tutaj wydaje się takie mechaniczne, pozbawione emocji i zaangażowania. Przez co „Kryptonim HHhH” jest kompletnie nieangażujący, nudny oraz nieciekawy. Kolejny przykład zmarnowanego potencjału świetnego tematu.

5/10

Radosław Ostrowski

Dalida. Skazana na miłość

Ta urodzona w Egipcie włoska piosenkarka w latach 60. podbiła najpierw Francję, by później skupić uwagę we Włoszech, a następnie cały świat ze Stanami Zjednoczonymi. Ale życie Yolandy Gigliotti było pełne wielkich wzlotów i jeszcze większych upadków. A jak to wyglądało? Jej losy postanowiła przedstawić francuska reżyser Lisa Azuelos.

dalida1

Sam początek jest mocny, gdzie najpierw widzimy kobietę jak czesze swoje włosy i następnie cofamy się do roku 1967 roku na lotnisko. I widzimy tą samą kobietę rozmawiającą z bratem i siostrą. Czeka na samolot, rodzeństwo wychodzi, a ona zamiast na samolot wsiada do taksówki i jedzie do hotelu. Potem widzimy jak jedzie karetka pogotowia – nieudana próba samobójcza. Kobietą jest Dalida, a to zdarzenie jest punktem zwrotnym. Najpierw poznajemy początki kariery oraz moment, który doprowadził piosenkarkę do samobójstwa, by poznać kolejne losy aż do samego końca.

dalida2

Reżyserka miesza chronologię, a kluczem do historii Dalidy uczyniła jej piosenki: od radości i zauroczenia aż do smutku, samotności i poczuciu przygnębienia. Jednocześnie obserwujemy jej kolejne związki z mężczyznami, którzy lgną do niej jak ćma do światła. Tylko, że te relacje doprowadzają do dramatów, tragedii oraz śmierci, wiszącej nad nią. Kolejne rozczarowania w życiu osobistym nie są w stanie zrekompensować sukcesy artystyczne. Wszystko to, mimo pewnej skrótowości, jest pokazane bardzo sugestywnie. Pomaga w tym szybki montaż (zbiór fotografii, fragmenty wywiadów) oraz świetnie dobrane piosenki, idealnie korespondujące z wydarzeniami ekranowymi (największe wrażenie zrobiła zbitka scen koncertu z modlitwą w kościele i… aborcją). A kilka razy to naprawdę potrafi chwycić za gardło jak fantastyczne przygotowania do trasy w USA (choreografia niemal jak z tras Madonny, tylko wcześniej), śmierć kochanka po strzale czy finał. Do tego trudno nie docenić scenografii oraz kostiumów.

dalida3

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalna Sveva Alvati w roli tytułowej. Nie tylko wygląda przepięknie (jak pierwowzór), ale też tkwi w tym pewien złamany charakter, poczucie niższości i ciągłe poszukiwanie partnera. Kiedy wchodzi na scenę, to ma ogromny magnetyzm i nie można oderwać od niej wzroku (jej stroje dopełniają jej charakter). Nie da się przejść obojętnie wobec tej aktorki i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś zobaczę. Pozostali aktorzy są mocni i wyraziści, chociaż niektórzy mają ze sobą tylko kilka minut.

dalida4

Pozornie „Dalida” to typowa filmowa biografia, ale jednocześnie jest to hołd dla artystki. Polskie tłumaczenie tytułu nigdy nie było tak adekwatne i potrafi mocno zagrać na emocjach. Ale też potrafił przybliżyć tą postać i to jest spory plus.

7/10

Radosław Ostrowski

Gwiazdy

Ostatnio w naszym kraju widoczny jest trend tworzenia biografii ludzi osadzone w czasach PRL-u, jak „Bogowie” czy „Sztuka kochania”, co jest pozytywnym zjawiskiem. Teraz do tego grona postanowił dołączyć Jan Kidawa-Błoński i tym razem przedstawić (bardzo luźno) losy Jana Banasia – piłkarza Górnika Zabrze, co miał i chciał zagrać w Mundialu AD 1974. Punktem wyjścia jest przesłuchanie Banasia przez niemiecką polizei w sprawie ranienia człowieka nożem na stadionie podczas meczu Polska-RFN. Podczas niego Banaś opowiada swoją historię, pokazując jak mocno połamane były jego losy.

gwiazdy1

Od tej pory reżyser próbuje lawirować między melodramatem, filmem o przyjaźni, dramatem obyczajowym i kinem sportowym. Wątków jest wiele, ale pozornie twórcy skupiają się na dwóch: trójkącie między Jankiem, przyjacielem Ginterem i Marleną oraz próbach kariery sportowej. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie zostaje w pełni wykorzystane i przedstawione mocno po łebkach. Jakby tego było mało to uczucie między naszym protagonistą a miejscową pięknością trzeba przyjąć na wiarę. Chemii brak, emocji też, a na samo wspomnienie imienia Marlena robiło mi się słabo.

gwiazdy2

A jak sceny sportowe? Jest ich parę, nawet jest trening a’la „Rocky”, tylko że jest tego bardzo, bardzo malutko i skrótowo. Bardziej tutaj widać, co robią piłkarze po meczu (impreza, kobity i gorzała w ilościach hurtowych), a sama gra jest ograniczona albo do umieszczenia archiwalnych kadrów lub krótkich sekwencji z kluczowych momentów. Musimy przyjąć na słowo, że Banaś jest utalentowanym piłkarzem, bo tego nie widać. Wszystko jakieś takie płaskie i trzeba przyjąć na wiarę. Plusem zdecydowanie jest warstwa wizualna, wiernie odtwarzająca realia epoki (lata 60. i 70.), z pełną detali scenografią. To wygląda ładnie i trudno się do tego przyczepić.

gwiazdy3

Aktorsko jest bardzo nierówno. Dla wielu problemem może być Mateusz Kościukiewicz, który wciela się w Banasia. Moim zdaniem jest całkiem ok, ale problemem jest jego narracja z offu, która jest po prostu zbędna i dopowiada to, co później pojawia się na ekranie. Lepiej prezentuje się za to Sebastian Fabijański jako Ginter, gdyż ma więcej materiału i ta relacja między bohaterami od przyjaźni do wrogości jest wygrana. Największą wpadką była dla mnie Marlena, czyli Karolina Szymczak, która tak naprawdę nie ma nic do grania, mówi bardzo mało i ma się tylko pokazać (ew. pokazać ciało). Znacznie bardziej zapadają w pamięć role drugiego planu, z niezawodną Magdą Cielecką jako matką Janka czy Erykiem Lubosem jako ojcem Karoliny, dodając troszkę kolorów.

gwiazdy4

Mam dziwne wrażenie, że Kidawie-Błońskiemu wyszedł tylko jeden film – „Różyczka” i to chyba przez przypadek („Skazanego na bluesa” nie widziałem). I „Gwiazdy” potwierdzają tą tezę, bo jest to przeciętny tytuł, nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału. Niewiele się dowiedziałem o samym Banasiu, a jego losy były mi obojętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Kiedy w tytule filmu pada słowo miłość, kochanie czy seks, już mamy pewne przypuszczenia o czym to może być – komedia romantyczna, melodramat, erotyk. A kiedy jeszcze jest historia, to już wszystko staje się jasne – to będzie biografia. A kim była Michalina Wisłocka? Kobietą, która jako pierwsza w kraju zaczęła mówić o tym, o czym każdy chciał, ale się bał zapytać (i chyba niektórzy nadal się boją). Tak, zgadliście, chodzi o seks. Rzecz, która – mam wrażenie – nadal jest tematem tabu, budzącym wstyd oraz skrępowanie.

sztuka_kochania1

Ale po kolei. O jej życiorysie, przeplatanym z próbą wydania pierwszej książki o życiu seksualnym Polaków próbuje opowiedzieć Maria Sadowska. Zanim zaczniecie się rzucać, czemu piosenkarka jazzowa bierze się za kino, uprzedzę, że pani reżyser ukończyła też łódzką filmówkę i jest to druga fabuła (lepsza od poprzedniego „Dnia kobiet”). „Sztuka kochania” nie powstałaby, gdyby nie ogromny sukces „Bogów”, czyli przykładu przeszczepienia amerykańskich szablonów biografii na polskie podwórko. I tutaj jest podobnie, bo udaje się odtworzyć nie tylko fakturę epoki (od okupacji do lat 70.: pięknie wyglądające stroje, muzyka w tle, scenografia i rekwizyty – no nie ma się tu czego przyczepić), ale przede wszystkim mentalność tej epoki. Epoki, w której sprawy intymne (dokładniej kobiet z przyjemnością) są niewygodne zarówno dla partyjnej władzy, jak i Kościoła (rozmowy z urzędnikami, jak i biskupem – trafne w punkt).

sztuka_kochania2

Jednocześnie zaczynamy poznawać losy bohaterki (dość barwne, skandalizujące – życie w trójkącie, kolejni partnerzy, pobyt w Lubniewicach), a jednocześnie widzimy walkę o publikację „Sztuki kochania”, wziętą jakby z konwencji heist movie. Ciągle problemy (bo ilustracje, bo słowo, bo się „pierdolą tam”, próba skonfiskowania tekstu), ciągła walka, nieugięty charakter Wisłockiej budził mój podziw. Wszystko jest podkręcone do granic możliwości, sceny erotyczne nie są zrealizowane po to, by szokować czy doprowadzić widza do stanu podniecenia, ale jest to zrobione ze smakiem (wszelkie skojarzenia z „Masters of Sex” w pełni uzasadnione).

sztuka_kochania3

I jeszcze jak to jest świetnie zagrane. Nie da się nie zauważyć Magdaleny Boczarskiej, która jako Wisłocka trzyma fason. Jej ewolucja od młodej, troszkę pogubionej dziewczyny do twardo stąpającej, doświadczonej oraz pewnej siebie kobiety jest przedstawiona bez cienia fałszu, sztuczności czy zakłamania. Ale tak naprawdę całość skradł zaskakujący Eryk Lubos jako niemal idealny mężczyzna i kochanek, chociaż nie sprawia tego wrażenia. I ta chemia między nim a nią jest siłą napędową środkowej części filmu. Poza nimi jeszcze warto wspomnieć o trzymających fason duecie Jakubik/Mecwaldowski (urzędnicy Wydziału Kultury), wyjątkowo dobrym Piotrze Adamczyku (Staszek Wisłocki), jak i o Jaśminie Polak (redaktorka Teresa, walcząca o publikację).

sztuka_kochania4

„Sztuka kochania” to ciekawa mieszanka dramatu, komedii, filmu obyczajowego oraz wręcz heist movie (walka o publikację) pokazując, jak ciężko jest walczyć o przedstawienie czegoś tak naturalnego dla życia każdego człowieka jak seks. Bo przecież wiemy, co, kiedy i jak, prawda? A jeśli nie, to poczytajcie „Sztukę kochania” albo zobaczcie film pod względem edukacyjnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia rodzina

Nazwisko Beksiński w naszym kraju jest jednym z bardziej rozpoznawalnych w świecie kultury. Zdzisław był malarzem, pokazującym dość mroczne wizje świata z trupami, apokalipsą, końcem świata. Tomasz z kolei to dziennikarz radiowej Trójki, autor tłumaczeń list dialogowych do filmów (m.in. Monty Python, seria o agencie 007 czy „Czas Apokalipsy”), felietonista i koneser muzyki. Dziwić może fakt, że dopiero niedawno postanowiono opowiedzieć o tych barwnych bohaterach. Podjął się tego debiutant Jan P. Matuszyński.

ostatnia_rodzina1

Cała historia zaczyna się w roku 1977, kiedy rodzina Beksińskich przenosi się z Sanoka do Warszawy. Zdzisław z żoną, matką i teściową w jednym domu, Tomek w mieszkaniu naprzeciwko bloku. Powoli zaczynamy obserwować jak poszczególni członkowie rodziny zaczynają odchodzić z tego świata. Śmierć niejako tańczy nad całą rodziną i powoli zaczynamy obserwować kolejne zdarzenia. Próby samobójcze Tomka, jego praca w radiu, relacje z kobietami, z drugiej malowanie Zdzisława, kontakty z marszandem Piotrem Dmochowskim. Spory kawałek czasu, ale to wszystko tak naprawdę skupia się na dniu powszechnym tej nietypowej familii. Reżyser niczym dokumentalista, odtwarza kolejne fakty (katastrofa lotnicza, którą przeżył Tomek – świetnie zrealizowana, „Wywiad z wampirem”, fragment wywiadu Zdzisława dla „Pegaza”), tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia pokazania tej historii po łebkach. Bo jak w dwie godziny upchnąć ponad 25 lat z życia Beksińskich? Wszystko rozgrywa się w dość ograniczonej przestrzeni, wiernie zrekonstruowanym (scenografia i kostiumy robią gigantyczne wrażenie).

ostatnia_rodzina2

Najbardziej na tym wszystkim cierpi postać Tomka – mocno przerysowana, nadekspresyjna. O jego pracy mają mówić krótkie scenki (fragmenty audycji, wejście jako DJ na imprezie, tłumaczenie i lektor na żywo), ale tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele. Tutaj przedstawiony jest jako nerwowy, impulsywny człowiek, który nie potrafił się odnaleźć w życiu (fantastyczna scena rozmowy z matką, która próbuje być terapeutą). Także jego relacje z kobietami są bardzo, bardzo płytkie, jakby wciśnięte na siłę. Za mało widać tej pasji dla muzyki i kina, czegoś tutaj zabrakło, chociaż Dawid Ogrodnik stara się jak może, wiernie oddaje gesty, sposób poruszania się czy mówienia. Ale wyszła tutaj (przynajmniej dla mnie) karykatura.

ostatnia_rodzina3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Pierwszy, jest wręcz wycofany, niemal pozbawiony emocji, bardzo wycofany. Zawsze z aparatem i kamerą pod ręką, przez co trudno polubić tą postać od razu. Z kolei Konieczna jako Zofia jest tutaj jedyną „normalną” postacią w tym całym świecie. Ona jako jedyna trzyma tych dwóch bohaterów przy sobie, chociaż bywa czasami bezradna wobec tych dwóch skrajności (mocna scena „rozpierdolenia kuchni”, którą Zdzisław tylko filmuje, a Zofia próbuje to ogarnąć). Z nią jestem w stanie się identyfikować.

ostatnia_rodzina4

„Ostatnia rodzina” dla mnie jest filmem, który będzie początkiem do bliższego poznania rodziny Beksińskich. Wiele rzeczy zostaje przemilczanych, zagadkowych (taśma Tomka, która potem zostaje zniszczona przez Zdzisława), a postacie mogą wydawać się niekompletne. Troszkę zabrakło mi rzetelności w faktografii, co jest winą szczątkowego scenariusza. Niemniej debiut Matuszyńskiego intryguje i potrafi sprowokować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Powidoki

Nikt się nie spodziewał, że „Powidoki” będą ostatnim filmem Andrzeja Wajdy. Reżyser, uważany za osobę numer jeden w polskim kinie, postanowił opowiedzieć o Władysławie Strzemińskim – jednym z twórców sztuki awangardowej, postacią barwną i intrygującą. Tylko, że Wajda postanawia się skupić na ostatnich latach malarza.

powidoki1

Strzemińskiego poznajemy na początku, gdy prowadzi wykład plenerowy. Sam malarz rozstał się ze swoją żoną, rzeźbiarkę Katarzynę Kobro. Studenci go uwielbiają, szanują, podziwiają. Traktują go jak mistrza, ale jest rok 1949 i ówczesna władza żąda podporządkowania sztuki wobec wymogów realizmu socrealistycznego. Strzemiński odrzuca socrealizm i przez to staje się wrogiem publicznym nr 1. Reżyser mocno idealizuje swojego bohatera jako człowieka, będącego przeciwnikiem socrealizmu i będącego wiernym samym sobie. Sama realizacja i sposób konstrukcji jest bardzo klasyczny, wręcz staroświecki. Jest tu wiele scen wykładów, informacje o bohaterze poznajemy w dialogach, a wszystko idzie w jednym kierunku. Albo podporządkowanie i ślepe posłuszeństwo, albo zapomnienie i śmierć. Niekoniecznie fizyczna (minister kultury mówiący, że Strzemińskiego „należy wyrzucić pod tramwaj”), bo człowieka można zniszczyć i zabić na wiele, wiele sposobów: pozbawiając godności, możliwości pracy (nieważna legitymacja, niszczenie obrazów).

powidoki2

Wtedy reżyser potrafi uderzyć czasami niepokoju, mroku i czasów terroru. Na tym polu „Powidoki” sprawdzają się dobrze. Czuć zaszczucie bohatera, robi się coraz mroczniej, mieszkanie coraz bardziej puste, a ludzie się odsuwają (może poza Julianem Przybosiem). Absurd tych czasów potrafi wybrzmieć, nawet nieobecność Katarzyny Kobro (tego wątku brakuje najbardziej) daje większy portret Strzemińskiego jako ojca – słabego ojca, skupionego tylko na sobie i sztuce. Szkoda tylko, że tych scen jest tak mało, bo siła rażenia byłaby dużo większa.

powidoki3

Jedna rzecz jeszcze Wajdzie wyszła: Bogusław Linda w roli Strzemińskiego. Aktor kojarzony głównie z rolami twardzieli i macho, tutaj bardzo skupiony, wręcz wyciszony. Nawet ta deklaratywność dialogów (wykłady) jest wybroniona, dając pełny portret artysty „wyklętego”. Reszta postaci jest tylko tłem dla niego, zrobiona według szablonów: politycznych skurwysynów (Szymon Bobrowski jako minister kultury i Andrzej Konopka jako personalny), zapatrzonych studentów (tutaj, o dziwo wybija się Zofia Wichłacz jako „zakochana” Hania) oraz córkę, będącą wspomnieniem po zmarłej żonie (najsłabsza z obsady Bronka Zamachowska).

powidoki4

„Powidoki” to dziwny film, w którym Wajda wypowiada się w kwestii relacji sztuka-władza, co dzisiaj wydaje się dziwnie aktualne. Na tym polu reżyser wygrywa, dając sporo ognia. Jako portret Strzemińskiego wydaje się niekompletny, troszkę wybielony, pozbawiony pazura. Troszkę nieudane pożegnanie mistrza z kinem.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaćma

Julia Brygisterowa to jedna z najbardziej zagadkowych postaci okresu PRL. Bezwzględna prokurator czasów stalinowskich, zajmująca się inwigilacją Kościoła, pod koniec swojego życia nawróciła się ku Bogu i zmarła jako żarliwa katoliczka. Postać pełna sprzeczności, która zasługuje na bliższe poznanie. „Zaćma” to próba poznania tej niejednoznacznej bohaterki.

zama1

Punktem wyjścia dla opowieści jest spotkanie „Krwawej Luny” (tak nazywano Brygisterową ze względu na swoje okrucieństwo) z prymasem Wyszyńskim. Miejscem spotkanie był Zakład dla Niewidomych w Laskach, prowadzony przez zakonnice. Kobieta, będąca już teraz osobą prywatną, nie ma takich wpływów i znajomości. Sama jest poddana inwigilacji (narracja z offu), traktowana przez księży tak, jak swoich więźniów podczas przesłuchania, tylko bez stosowania tortur. Tylko, że Bugajski nie jest w stanie wejść głębiej i brakuje zwyczajnie odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego Brygisterowa chce się nawrócić? Czy to wynika z próby przewartościowania, strachu przed oskarżeniami o przeszłość czy dawno skrytymi wyrzutami sumienia? Czyli co było przyczyną zmiany?

zama2

Reżyser idzie niebezpiecznie w stronę banału i kiczu. W retrospekcjach kobieta przedstawiana jest jako ta zła, brutalna i bezwzględna. Jakby to była adaptacja jakiegoś komiksu – skrajnie przerysowana, niepoważna, z nachalną symboliką (Ewangelia wg Mateusza, więzień przypominający Chrystusa i pojawiający się w Kościele jako ukrzyżowany). Dlatego tak trudno mi było uwierzyć w tą przemianę, jak i samą bohaterkę. Nie pomagają w tym też dialogi, bardzo mechaniczne, czasami skrajnie urzędowe, a rozmowa Julii z prymasem ogranicza się do rzucania nazwiskami filozofów oraz banałów o wierze, winie, karze, dokupieniu. I do tego ta sakralna muzyka w tle – chyba bardziej się nie da.

zama3

Tak naprawdę całość przed porażką ratuje strona wizualna. Piękne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, ze świetnym oświetleniem potrafią zbudować klimat epoki. Także wręcz surowa scenografia może się podobać. Ale aktorsko wybijają się dwie role: Maria Mamona jako Brygisterowa oraz Janusz Gajos w roli niewidomego księdza, mającego do pogadania z kobietą. Aktorka bardzo sugestywnie pokazuje zagubienie bohaterki, która się miota, wręcz wypiera się swojej przeszłości, a największe wrażenie robi podczas rozmowy ze szpiclem, gdzie odzywa się jej dawny charakter. Gajos z kolei skrywa pewną tajemnicę i jego rozmowy z panią prokurator mają wiele iskier.

zama4

Bugajski chyba podczas kręcenia „Zaćmy” dostał chwilowego oślepienia, bo film jest sporym rozczarowaniem. Historia mogąca wywołać dyskusję na temat nieobliczalnego charakteru człowieka, staje się banalnym dyskursem na temat wiary i przeszłości. Potencjał zmarnowany po całości.

5/10

Radosław Ostrowski

Amok

O sprawie Krystiana Bali każdy słyszał bardziej lub mniej. Pisarz, który został oskarżony o morderstwo, a materiałem dowodowym była tylko i wyłącznie jego powieść „Amok”. Mężczyzna został skazany na 25 lat i przyniosła autorowi upragniony rozgłos. W końcu musieli zainteresować się nią filmowcy, co stało się zadaniem dla Kasi Adamik.

amok1

Samo śledztwo nie jest tutaj najważniejsze, choć wszystko zaczyna się od znalezienia ciała. Pierwsze minuty mówią o Bali więcej niż się, a reżyserka ciągle podpuszcza. Krwawa scena morderstwa (na widok odcinanych nożem piersi odwróciłem wzrok) okazuje się tylko wytworem wyobraźni. Takich onirycznych fragmentów będzie coraz całość, budując coraz bardziej mroczny klimat. Podobnie robi to świdrująca uszy muzyka elektroniczna, niemal żywcem wzięta z ostatnich filmów Davida Finchera oraz bardzo stonowane, wręcz bazująca na oświetleniu zdjęcia, niemal wyprane z kolorów. Dla twórców kluczem jest psychologiczna rozgrywka między Krystianem Balą a prowadzącym śledztwo inspektorem Sokolskim. Praktycznie do samego końca nie wiemy, czy Bala naprawdę jest mordercą czy tylko facetem mającym obsesję na punkcie przemocy. Wiadomo, na czym mu naprawdę zależy: rozgłos, sława, pieniądze, uznanie. Śledczy próbuje pisarza złamać w bardziej subtelny sposób, prosząc go o pomoc w sprawie (troszkę przypominało to telewizyjnego „Hanibala”, gdzie też główni antagoniści „obwąchiwali się”) i rodzi się pytanie, kto kogo pierwszy oszuka, rozgryzie i wyprowadzi w pole.

amok2

Jednocześnie Adamik pokazuje coś w rodzaju degeneracji człowieka, który swoimi grafomańskimi tekstami zdobywa rozgłos i sławę (mocno pokazują sceny, gdy Bala jako gwiazda odwiedza media, ma spotkania z czytelnikami). Silnie widać pewną fascynację złem, zepsuciem, zbrodnią – zawsze tak było, ale tutaj ma to w sobie dużą siłę. Autorka próbuję pogłębić psychologiczne portrety przeciwników, chociaż początkowo można odnieść wrażenie stosowania klisz. Ale to zupełnie nie przeszkadza. Problemem dla mnie były sceny z byłą żoną Bali, które niby miały pokazać jak dokonania męża oddziałują na nią, ale to tylko wybijało mnie z rytmu.

amok3

Adamik, poza kilkoma wstawkami z surrealistyczną otoczką, mocno trzyma się faktów i świetnie aktorów. Pozytywnie zaskakuje Mateusz Kościukiewicz, który ostatnimi laty marnował swój potencjał. Wycofanie bohatera, troszkę nerwowe spojrzenia i czasami bełkotliwe wypowiedzi tworzą dziwaczną mieszankę, budzącą fascynację. Ale jeszcze lepszy jest Łukasz Simlat w roli zmęczonego życiem inspektora, prześladowanego przez swoje demony. Obydwu panów zaczyna łączyć obsesja na punkcie morderstwa, tylko motywy działań są kompletnie różne. Na drugim planie wspiera duet Mirosław Haniszewski (policjant Marek), a źródłem irytacji staje się Zofia Wichłacz jako Zofia Bala (samym sposobem mówienia potrafiła zdenerwować).

amok4

„Amok” trafnie opisuje głównego bohatera, co chciałby być kimś wielkim, a okazuje się pustym postmodernistycznym zbiorem cytatów, czerpiących z tego i owego twórcy. Jest mroczne, ambitnie i z dużą dawką tajemnicy, jednocześnie świadome konwencji noir. Bardziej czuć obecność Lyncha, ale potrafi to wszystko wciągnąć.

7/10

Radosław Ostrowski