Joy

Znacie pewnie takie osoby, które wydają się niepozornymi szaraczkami, które w decydującym momencie przejmują inicjatywę oraz wyrastają na silne osobowości? Tak właśnie było z Joy Mangano. Gdy była dziecka, miała bardzo bogatą wyobraźnię i tworzyła coraz to nowsze wynalazki. Miała przed sobą wielką przyszłość, ale niestety, włączyły się osoby trzecie. Rozwód rodziców, zamieszkanie z matką oglądającą non stop telewizor, pomaganie ojcu w interesach, nieudany związek z muzykiem, dwójka dzieci do wychowania. Jak to się mówi, życie przytłumiło ją i nie zamierzało puścić. Aż pewnego dnia, postanowiła zaryzykować i stworzyć nowy wynalazek – mop, który sam się ściera. Problem w tym, żeby ktoś chciał tą mała rewolucję kupić.

joy1

Sama historia może wydawać się błahostką, ale reżyser David O. Russell to specjalista od kina interesującego, nawet gdy przedstawia zwykłych szaraczków, dokonujących niezwykłych rzeczy. Tutaj jest to kolejna opowieść o próbie spełnienia amerykańskiego snu. Tylko jak to zrobić, gdy rodzina zwyczajnie cię krytykuje i nie wspiera, prosząc o pomoc niemal we wszystkim. Faktury, rachunki, rury, docinki oraz brak motywacji. Wyjątkiem od tej postawy jest tylko i wyłącznie babcia, która jest narratorką całej opowieści. Jednak Joy ma stawiane kłody pod nogi – zawsze, gdy wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu (stworzenie i zbudowanie mopa czy reklama w telezakupach), to zawsze pojawiają się problemy oraz coraz większe długi (brak zainteresowania, próba kradzieży patentu). A my się zastanawiamy jak z tego da radę nasza Joy się wyplątać?

joy2

Dla mnie pewnym problemem było wplecenie scen snów, gdzie widzimy naszą bohaterkę w świecie przypominającym telenowelę, ale to szybko zostaje porzucone. Stonowane i wyciszone zdjęcia oraz znakomicie wpleciona muzyka (Elvis, Alabama Shakes) w tle nam przygrywa. Plus jeszcze szybki montaż w scenach telewizyjnej reklamy, które wyglądają kapitalnie i rozkręcają całą tą opowiastkę.

joy3

A wszystko trzyma na swoich barkach rewelacyjna Jennifer Lawrence w roli tytułowej. Joy sprawia wrażenie kobiety tak przybitej, że aż zastanawiające jest to jak ona jeszcze to wszystko znosi: ojca i matki, co się nienawidzą, byłego męża mieszkającego w piwnicy. No i jeszcze dzieci, ciągle brakuje pieniędzy, jest słabo. A jednak ma w sobie tyle i siły i determinacji, że niemal w pojedynkę podejmuje walkę o swoją wartość, godność oraz pieniądze. Ta przemiana fascynuje i wypada znakomicie, sprawiając wielką frajdę. Aktorka ma mocne wsparcie u boku niezawodnego Roberta De Niro (Ruby), Edgara Ramireza (Tony) i Isabelli Rossellini (Trudy), jednak najbardziej w pamięć zapada Bradley Cooper. Grany przez niego Neil Walker to prawdziwy wilk interesu, szef potężnej stacji TV oraz właściciel Kmart. Mimo tego budzi sympatię, stając się przyjacielem w interesach.

joy4

„Joy” to kolejny przykład solidnego rzemiosła Russela, pokazującego jak znakomicie prowadzi aktorów. To dzięki nim ta historia świetnie się ogląda, pokazując jak wiele szczęścia i uporu trzeba, by spełniać swoje marzenia. Nie każdy ma w sobie tyle determinacji, ale może warto zaryzykować.

7/10

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski

Zwycięzca

Igrzyska olimpijskie są dla każdego zawodnika szansą na osiągniecie najważniejszego wyróżnienia, o jakim każdy sportowiec tylko marzy. Jednak czasami dochodzi do trudnej sytuacji, gdy sportowa rywalizacja została wykorzystana do celów propagandowych oraz ideologicznych. Tak było podczas pamiętnej olimpiady organizowanej w Berlinie AD 1936, o której opowiada film „Zwycięzca”.

zwycizca1

Ale tak naprawdę reżyser Stephen Hopkins skupia się na jednym z uczestników olimpiady, który zniszczy ideologiczny plan Goebbelsa – czarnoskórym biegaczu Jesse Owensie, który zdobył cztery złote medale olimpijskie. Dyskryminacja nie była dla niego niczym nowym, gdyż w tych czasach czarni byli traktowani z równo pogardą jak Żydzi w Niemczech. Temat ten jednak zostaje ledwo liźnięty przez reżysera. Nie dziwię się, gdyż wszystko w kwestii rasizmu w USA już zostało opowiedziane wiele, wiele filmów temu. Wszystko opowiedziane jest w klasycznej konstrukcji: aklimatyzacja, treningi, relacja z trenerem, drobne miłosne perturbacje, w końcu zwieńczenie – olimpiada. Te fragmenty są solidnie zrealizowane, a ujęcia biegów oraz skoków w dal mają swoją dynamikę.

zwycizca2

Dla mnie jednak – poza budującą się więzią z trenerem Snyderem – najciekawsze wątki dotyczyły propagandowego wykorzystania olimpiady oraz dylematy postaci związanych z tą sytuacją. Amerykański Komitet Olimpijski wahał się czy zbojkotować te igrzyska, a spór prowadzony między Averym Brumdige’m i Jeremiahem Mahoneyem dodają odrobinę atrakcyjności dla tej oczywistej fabuły. Podobnie jest z wątkiem realizacji filmu przez Leni Riefenstahl oraz scen pokazujących to, co naprawdę działo się w Reichu. Hopkins mocno, choć drobnymi scenami, pokazuje jak kończy się kompromis ze złem. Ale też pokazuje, że można być przyzwoitym, mimo tej paranoi propagandowej, co pokazuje postawa lekkoatlety Carla Longa (drobny epizod Davida Krossa, ale zapadający w pamięć). Te małe drobiazgi, wyróżniają „Zwycięzcę” z grona innych filmów sportowych.

zwycizca3

Pod względem aktorskim też jest co najmniej porządnie. O drugim planie sporadycznie wspomniałem, jednak pierwszy plan też jest nienajgorszy. Dobrze sobie poradził Stephen James w roli Owensa, który z jednej strony musi wytrzymać presję swojego otoczenia, z drugiej staje się niejako symbolem walki z nazistami. Poza tym chłopak chce poukładać sobie wszystko w głowie i jednocześnie zawalczyć. Partneruje mu obsadzony wbrew swojemu emploi Jasona Sudeikisa, który w roli trenera Snydera daje z siebie wszystko. Snyder to trener typowy, który walczy ze swoimi demonami (alkohol, zmarnowana szansa na udział w olimpiadzie, brak sukcesów zawodowych), a jednocześnie nie jest tak rasistowski jak reszta otoczenia.

zwycizca4

„Zwycięzca” to przykład solidnego kina sportowego, gdzie niby poszczególne elementy nie błyszczą, ale jako całość wypada interesująco i daje trochę do myślenia. Na pewno kilka faktów i wydarzeń został podkolorowanych lub pozmienianych, ale nie psuje to pozytywnego wrażenia. Niby takich tytułów było wiele, ale i ten pozostaje ciekawym punktem do dyskusji o relacji sport-polityka.

7/10

Radosław Ostrowski

Eddie zwany Orłem

Skoki narciarskie stały się w Polsce strasznie popularne, odkąd pojawił się słynny skoczek z Wisły, co wąsy miał i na imię Adam. Jednak ta dyscyplina sportowa funkcjonowała od dawna, a wielu zawodników stało się legendami – Jens Weissflog, Matti Nykanen, Sven Hannawald. Ale był też jeden wyjątkowy zawodnik, któremu Matka Natura odmówiła talentu, za to dała determinację i wolę walki, nazywał się Michael Edwards, ale w świadomości wszystkich zapamiętany był jako Eddie Orzeł.

eddie_orzel1

Już jako dzieciak chciał być olimpijczykiem, tylko nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej dyscypliny sportowej. Wytrzymanie pod wodą, rzut oszczepem, w końcu jazda na nartach – zawsze się to kończyło kontuzjami (głównie kończyn dolnych) i wyrzuconymi w błoto pieniędzmi. Aż pewnego dnia, gdy miał iść do pracy doznał olśnienia, postanowił zostać skoczkiem narciarskim, mimo kompletnego braku doświadczenia oraz przygotowania. Podczas zgrupowania w Garnisch poznaje niejakiego Bronsona Peary’ego – kierowcę pługu i pijusa, ale kiedyś był to obiecujący amerykański skoczek. Mężczyzna, chcąc mieć święty spokój, staje się trenerem zdeterminowanego Eddie’ego.

eddie_orzel2

Film Dextera Fletchera (aktora znanego z takich produkcji jak „Porachunki” czy „Kompania braci”) postanowił opowiedzieć historię, którą niby dobrze znamy z tysiąca produkcji sportowych: z góry skazaną na przegraną zawodnik bierze udział w wielkim wydarzeniu i wygrywa. Powiedzmy, chociaż wygraną nie będzie tutaj medal olimpijski, ale szacunek innych ludzi. Ponieważ jest to brytyjska produkcja, więc została okraszona wyspiarskim humorem (świetne sceny treningowe, gdy wybicie z progu zostaje porównane do… seksu czy początkowe sceny pokazujące zmagania sportowe Eddie’ego jako dziecka), z kolei sceny samych skoków wyglądają niemal jak transmisja telewizyjna. Mimo znanego kierunku, udało się sprawić, że kibicujemy naszemu bohaterowi, a sceny sportowe trzymają w napięciu. Zarówno pierwszy skok ze skoczni 70 m, jak i finałowy na olimpiadzie z 90 m („Na Dzikim Zachodzie szykowaliby ci trumnę, gdy już byś tam wszedł”) podkręca adrenalinę, chociaż twórcy grają znaczonymi kartami. A jednak film mi się podobał, gdyż przypomina – być może po raz tysięczny – że nigdy, ale to nigdy nie należy się poddawać i walczyć o realizację swoich marzeń, nawet nie mając sojusznika.

eddie_orzel3

Dodatkowo wszystko jest wyreżyserowana pewną rękę, z dowcipnymi dialogami oraz ejtisową w duchu muzyką. Dodatkowo jest to wdzięcznie, naturalnie zagrane. Podoba mi się młody Taron Egerton, który powoli wybija się na nową gwiazdę – po „Kingsman” znowu tworzy świetną postać ambitnego, starającego się udowodnić swoją wartość Orła. Początkowo może sprawiać wrażenie idioty biorącego się za zadanie ponad swoje możliwości, ale upór wywołał we mnie sympatię, a radość po oddaniu skoku (uznane za małpowanie) było autentyczną frajdą. Klasę potwierdził Hugh Jackman w (stereo)typowej roli trenera z tajemnicą, ale też mądrością oraz charyzmą. Chemia między tą dwójką jest mocna, nakręcająca ten film i budząca moje skojarzenia… z „Ed Woodem” Burtona, gdzie też dwóch bohaterów potrzebowało siebie nawzajem, by móc osiągnąć sławę, stając się przyjaciółmi. Drugi plan nie specjalnie wybija się z tłumu, ale zawsze przyjemnie było zobaczyć Jima Broadbenta (komentator BBC) i drobny epizod Christophera Walkena (Warren Sharp).

eddie_orzel4

Pozornie „Eddie zwany Orłem” to kolejna opowieść o walce do realizacji swoich marzeń i schematyczna opowieść od zera do bohatera. Jednak widać, że twórcy włożyli w nią wiele serca, a kilka scen (rozmowa w windzie z Matti Nykenenem) zostanie w pamięci na długo. Tak się robi dobry feel-good movie.

8/10

Radosław Ostrowski

Control

Filmowe biografie zazwyczaj polegają na krótkim odhaczeniu najistotniejszych momentów z życia artysty. Nieważne czy to aktor, reżyser, muzyk czy sportowiec. Choć każdy bohater wydawał się wybitną jednostką, to jednak biografie tych ludzi były do bólu schematyczne. Próbę przełamania tego schematu podjął w 2007 roku debiutujący reżyser Anton Corbijn, a bohaterem stał się Ian Curtis – wokalista zespołu Joy Division.

control1

Kim był Ian Curtis? Gdy go poznajemy, jest nastolatkiem, kochającym muzykę Davida Bowie i mieszka w Manchesterze. Zwykły chłopak, który jak każdy, szuka swojego miejsca. Przełom następuje w 1976, gdy dochodzi do dwóch wydarzeń: poznania Deborah oraz pójście na koncert Sex Pistols. Poza nim było jeszcze trzech chłopaków, tworzących kapelę (Bernard Summer, Peter Hook, Stephen Morris) i szukających wokalisty. Tak rodzi się Joy Division, a Corbijn zaczyna tworzyć portret nadwrażliwego faceta, który nie potrafi się odnaleźć w świecie, tracąc kontrolę nad swoim losem. Rozdarty między nudną pracą w agencji pracy, karierą muzyka, żoną, dzieckiem (ślub odbył się bardzo szybko) a kochanką Aniką. Żeby było jeszcze trudniej szybka popularność Joy Division przeraża go, dochodzi do ataków padaczki.

control2

Film sprawia wrażenie troszkę chaotycznego zbioru scen z życia Curtisa: prywatnego, jak i świetnie sfilmowanych koncertów (aktorzy naprawdę grali i śpiewali piosenki Joy Division – szacun). Można odnieść dziwne wrażenie, że się przyglądamy Ianowi z boku, a każda próba wejścia w umysł tego człowieka daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego Curtis odebrał sobie życie? Jest kilka poszlak, ale jednego decydującego momentu trudno dostrzec. Jakby zbieg okoliczności zdecydował i nawarstwiały się wszystkie problemy. Atmosferę bezsilności i szarzyzny potęgują jeszcze czarno-białe kadry, a w tle grają piosenki macierzystego zespołu Curtisa. Mimo poczucia pewnego chłodu, czuć emocje postaci – ból, samotność i bezradność.

control3

Dodatkowo reżyser postawił wtedy na mało znanych aktorów, z Samem Rileyem na czele. Jego Curtis to pozornie cichy, małomówny facet. Ale kiedy wchodzi na scenę, zmienia się totalnie, jakby weszła w niego kosmiczna energia. Także sceny ataków epilepsji przerażają. Dla mnie jednak cały film skradła Samantha Morton – delikatna, ciepła Deborah, która dźwiga na sobie cały ciężar sytuacji. I w końcu mówi stop, bo kto by nie powiedział w takiej sytuacji. Pozostali aktorzy solidnie stworzyli swoje postaci, a wyróżnić warto Alexandrę Marię Larę (Anika) i Craiga Parkinsona (Tony Wilson, szef Factory).

control4

„Control” to cholernie mocny debiut, świetna wizualnie opowieść o nadwrażliwcu, który nie uniósł roli męża, ojca, frontmana. Z drugiej dzięki temu potrafił stworzyć kilka ponadczasowych przebojów, więc coś za coś, prawda? Trudna diagnoza.

8/10

Radosław Ostrowski

The Walk. Sięgając chmur

Historia Philippe’a Petita stała się głośna dzięki znakomitemu dokumentowi Jamesa Marsha z 2008 roku. Ten francuski linoskoczek w 1974 roku dokonał rzeczy niemożliwej – wszedł na linie między wieżami World Trade Center, świeżo zbudowanymi. Kiedy usłyszałem, że powstanie fabularna historia Petita miałem spore wątpliwości. Nawet angaż Roberta Zemeckisa jako reżysera nie rozwiał moich obaw. Po obejrzeniu stwierdzam: jest dobrze.

the_walk1

Całą historię skoku opowiada sam Petit i robi to naprawdę dobrze. Sam film ma wszystko to, co klasyczny heist movie mieć powinien: plan-przygotowania-realizacja-sukces/porażka. Konwencja ta pasuje do tej historii, a reżyser wiernie odtwarza klimat lat 70. z całą tą wizualną estetyką. A że skok jest dość nietypowy, bo chodzi o przejście na linie (bez zezwolenia i w tajemnicy), to i przygotowania są nieoczywiste. Powoli poznajemy też jak narodził się pomysł, początki kariery Petita (przejście na linie między wieżami Notre Dame, spotkanie Dziadka Rudy’ego – cyrkowca) oraz sam skok. I uwierzcie mi, sceny te trzymają w napięciu, a finałowy spacer – rewelacja, zrealizowana z pietyzmem. Jakim cudem udało się odtworzyć te wieże, nie mam pojęcia, ale osoby za to odpowiedzialne wykonały kawał dobrej roboty. Wszystkie trybiki grają, a jazzowa muzyka Alana Silvestriego nadaje lekkości całemu filmowi.

the_walk2

Żeby jednak nie było słodko jest jeden mały szkopuł – sam Petit. I nie chodzi o grającego go Josepha Gordona-Levitta, który jest tak francuski jak tylko się da. Jednak jego bohater jest dość trudnym do polubienia pasjonatą, dla którego atak na WTC staje się niemal obsesją. Arogancki, pyskaty, krnąbrny, z wielkim ego, ale konsekwentnie idący ku celowi. Dla niego pytanie o to, dlaczego to zrobił, było po prostu płytkie. Nie polubicie tego introwertyka – to mogę wam obiecać. Pozostali aktorzy są po prostu solidni i dają radę, włącznie z Benem Kingsleyem (Dziadek Rudy) i urocza Charlotte Le Bon (Annie).

the_walk3

Jako widowisko „The Walk” spełnia swoje zadanie z nawiązką. Wizualnie dopracowany, z sensownie użytym 3D, chociaż sam Petit zostaje zepchnięty na dalszy plan (ale sam skok opowiadany jest szczegółowo). Ale dobrze się ogląda i cieszy mnie powrót Zemeckisa do żywych aktorów.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z portretu

Kopenhaga, rok 1922. Tam właśnie mieszka małżeństwo Wegener – Gerda i Einar, którzy zajmują się malarstwem. On jest pejzażystą, ona portrecistką. Kiedy jej modelka, baletnica Ulla spóźnia się do pozowania w celu zrobienia portretu, Gerda prosi Einara o zastępstwo z nałożeniem rajstop i sukienki włącznie. Kobieta – dla zabawy – chce, by Einar przyszedł na bal dla artystów przebrany za kobietę jako Lily. Wywoła to poważna lawinę wydarzeń i odkrycia, że Einar zacznie się zachowywać i czuć się jako kobieta.

dziewczyna_z_portretu3

Tom Hooper znany jest jako specjalista od filmów z dużym budżetem i opowiadającym o ważnych sprawach wielkich ludzi. Tym razem zmierzył się z kwestiami tajemniczego Gendera, którym straszy się cała Polskę, odkąd jest ona członkiem Unii Europejskiej. Jest to kwestia niełatwa, wymagająca wyczucia, wrażliwości oraz empatii. Reżyser opowiada tą historię w sposób bardzo delikatny i wyważony, skupiając się na małżonkach oraz próbie oswojenia się z tą nową sytuacją, po części wygrywając to pogubienie, strach, bezradność, wreszcie akceptację. Wątek żony odkrywającej prawdę o orientacji Einara i powolne odkrywanie siebie przez mężczyznę były najciekawszymi elementami tego filmu. Widziałem już tyle tytułów o inności, że „Dziewczyna…” nie robi aż tak wielkiego wrażenia i przeszkadzała mi przewidywalność w jaką stronę idzie cała opowieść. Doceniam rzetelność i elegancki styl wykonania z wiernym przedstawieniem mentalności początku XX wieku, gdzie wiedza o odmiennych orientacjach seksualnych była tajemnicą dopiero odkrywaną przez naukę. Jednak zabrakło jakiejś iskry, która wprawiłaby mnie już nawet nie w zachwyt, ale poczucie dobrze spędzonego czasu.

dziewczyna_z_portretu1

Sytuację tylko po części ratują aktorzy. Zaledwie dobry jest Eddie Redmayne jako Einar/Lily z tym lekko neurotycznym uśmiechem (troszkę zbyt częsty ten uśmiech), a scena przed lustrem czy podglądania dziwki w czymś a’la peep show to małe perełki, które zostaną w pamięci na długo. I muszę przyznać, że Eddie jako kobieta wygląda tak kobieco, iż zastanawia mnie czemu aktor nie dostał nominacji za główną rolę żeńską. Dla mnie jednak w tym filmie błyszczy Alicia Vikander, zgarniając Oscara (czemu to uznano za drugi plan, tego kurde nie wiem) i pokazując, że jeszcze o niej usłyszymy. Aktorce w pełni udaje się stworzyć portret twardo stąpającej, świadomej swojej wartości kobiety, której miłość i oddanie jest po prostu nieopisana oraz bardzo głęboka. A wszystko za pomocą spojrzeń i niedopowiedzeń. Poza tym duetem trudno nie wspomnieć o ciekawym drugim planie z Benem Whishawem na czele.

dziewczyna_z_portretu2

Hooper tym razem zrealizował zaledwie przyzwoite kino, chociaż nie wiadomo co tak naprawdę nie zagrało. Coś ostatnio mam serię niezłych filmów i czekam na coś, co mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostatni cesarz

Jest rok 1950 i jesteśmy na pograniczu chińsko-radzieckim w Mandżurii. Do kraju wracają schwytani jeńcy, którzy mają zostać osądzeni przez nową, komunistyczną władzę i poddani reedukacji zgodnie z obecnie panującą ideologią. Wśród jeńców znajduje się też niejaki Pu Yi – ostatni cesarz Chin, którego losy potoczyły się w zaskakujący i niezwykły sposób.

06-el_ultimo_emperador_1987_1-851x510

Początek lat 80. dla Bernardo Bertolucciego był delikatnie mówiąc niezbyt przyjazny, bo zrealizowane w tym okresie filmy spotkały się z chłodnym odbiorem krytyki jak i publiczności. Tym większym zdumieniem był fakt, że Włoch postanowił wyruszyć do Chin, by zrealizować historię losów ostatniego cesarza tego kraju. Władze, o dziwo, zgodziły się od razu, dając wszelkie dostępne środki i pozwalając Bertolucciemu, jako pierwszemu filmowcowi spoza Chin pokazać Zakazane Miasto.

343298_full

Sam film to epicki fresk, w którym historia Pu Yi zostaje wpleciona w ruch przemian dokonanych w Chinach – Pu zostaje cesarzem w wieku zaledwie 3 lat, jednak tak naprawdę nie miał żadnej kontroli nad tym, co się działo dookoła niego. Skorumpowani eunuchy, dwór nie pozwalający na zmiany, wprowadzenie republiki, wejście do władzy komunistów i wtargnięcie Japończyków, wreszcie sprawowanie rządów w marionetkowym kraju i schwytanie przez Rosjan. Dzieje się tutaj naprawdę wiele, pokazując bezsilność każdej jednostki (nawet tej sprawującej władzę) wobec losów Historii – bezwzględnego i brutalnego gracza, nie liczącego się z nikim i niczym. Wszelkie plany Pu Yi wzięły w łeb – wprowadzenia reform, podążania za Zachodem czy wyjazdu do Oxfordu na studia. Ostatecznie skończył jako zreformowany ogrodnik, pełniąc tą funkcję do śmierci w 1967 roku.

343288_full

Zachwyca rozmach, zwłaszcza na początku filmu, gdy jeszcze widzimy stojące na glinianych nogach cesarstwo.  Przepych scenografii, jak i barwnych kostiumów robi imponujące wrażenie – wydawałoby się, ze ta potęga pozostaje niezmieniona, ale dla Pu Yi dwór jest więzieniem, z którego nie można wyjść. Izolowany od reszty świata (lud nie mógł cesarzowi spojrzeć w oczy, a drzwi do Miasta pilnowali strażnicy), Pu nigdy nie był w stanie osiągnąć tego, co zamierzał, a reżyser – nie wiem czy do końca świadomie – postawił znak równości między czasami cesarstwa a komunistycznym więzieniem, gdzie cesarza traktowano dość łagodnie.

Swoją klasę potwierdził też genialny operator Vittorio Storaro, tworząc wysmakowaną stronę wizualną oraz świetnie współgrającą z wydarzeniami ekranowymi muzykę autorstwa Ryuichiego Sakamoto oraz Davida Byrne’a z zespołu Talking Heads. I te trzy godziny mijają naprawdę szybko (ja oglądałem wersję reżyserską, która trwała prawie 4), ale jednocześnie jest też bardzo przystępny w odbiorze i nie wywołujący dezorientacji film, zaczynający „trylogię orientalną”.

Reżyser skupia pełną uwagę i znakomicie prowadzi aktorów. Kapitalni są odtwórcy Pu Yi (kolejno: Richard Vuu, Tao Wu i John Chen) – władzy bez władzy, do którego po latach dociera jak wiele szkód dokonano za czasów jego rządów i powoli odsuwa się w cień. Świadomość dokonanych zdarzeń zmusza go do gorzkich refleksji. Poza cesarzem, drugą wyrazistą postacią jest nauczyciel cesarza, Reginald Johnston w wykonaniu wspaniałego Petera O’Toole’a, który staje się jego bliskim przyjacielem i otwiera Pu Yi na zachodnie trendy. To Reginald otwiera cesarzowi oczy na to, co dzieje się w jego dworze, próbując pomóc Pu Yi  tym, co dzieje się na zewnątrz. Reszta aktorów (z przepiękną Joan Chn w roli żony cesarza) jest również bardzo przekonująca w swoich rolach, dorównując poziomem odtwórcom głównych ról.

343286_full

Bertolucci tym filmem wraca do swoje najwyższej formy i przy okazji, rozbija bank podczas ceremonii wręczenia Oscarów za rok 1987, zgarniając wszystkie 9 Oscarów, w tym za najlepszy film i reżyserię. Dodatkowo reżyser, być może wbrew sobie przypomina, że Historia jest bezwzględna i wchodzi w życie ludzi z butami, bez pytania o zgodę. I ta refleksja pozostaje w pamięci na długo.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Boski

Kim jest Giullo Andreotti? Siedmiokrotny premier Włoch oraz niekwestionowany lider chadecji (Chrześcijańska Demokracja), który osiągnął niemal władzę absolutną. Jednak kiedy po raz siódmy objął urząd premiera, wszystko się posypało. Korupcja, morderstwa, oskarżenia o powiązania z mafią, doprowadziły do upadku. O tych latach z życia „Boskiego Juliusza” opowiada film Paolo Sorrentino.

boski1

Z tym włoskim reżyserem mam problem. „Wszystkie odloty Cheyenne’a” mnie wynudziły, a „Wielkiego piękna” nie udało mi się obejrzeć do końca, więc byłem bardzo sceptyczny wobec tego filmu. Niby to jest biografia, ale zrobiona w zupełnie inny sposób. Nie jest to klasyczny zbiór faktograficznych wydarzeń, tylko bardziej impresja, próbująca rozgryźć skomplikowaną osobowość Andreottiego, który dla osiągnięcia własnych celów jest w stanie zrobić dosłownie wszystko, ze zleceniem morderstwa włącznie. Jednak nie to jest dla reżysera najważniejsze. Owszem, są tam pokazywane kulisy polityki, rozmowy, narady i dyskusje, ale zawsze najważniejszy jest spokojny, cichy i niepozorny Andreotti.

boski2

Niemal operowa realizacja, gdzie kamera niemal krąży dookoła sceny, powtórki poszczególnych ujęć (tajemnicze i gwałtowne morderstwa), dziwacznie brzmiąca, ale idealnie dopasowana do scen muzyka. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie sekwencje: spowiedź Guillo w konfesjonale oraz zeznania gangsterów obciążające polityka. Tutaj widzimy dwa pozornie sprzeczne oblicza polityka, dla którego władza oraz jej mechanika jest jedynym sensem życia – oddycha nimi jak ryba, ale płaci też za to cenę, zaczyna zawodzić go ciało, prześladuje go zamordowany Aldo Moro. Mało jest tutaj faktografii i szczegółów z życia premiera, przez co mnie troszkę „Boski” znużył, jednak nietypowe podejście doceniam.

boski3

Zwłaszcza, że Sorrentino ma kapitalnego Toni Servillo w roli głównej. Andreotti sprawia wrażenie opanowanego, spokojnego, serdecznego i inteligentnego polityka. Nawet drobne gesty jak przesuwanie sygnetu, ułożenie rąk, garb mówi więcej niż jego kamienna twarz, całkowicie zawłaszczając ekran swoją osobą. Reszta postaci jest tylko tłem dla popisów Servillo. I choćby dla tej niesamowitej kreacji warto sprawdzić ten tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Frankie i Alice

Rok 1973. Frankie jest młodą i atrakcyjna striptizerką, która robi to, co potrafi najlepiej. Jednak zaczynają ją prześladować dziwne rzeczy – nie pamięta, ze kupiła sobie drogą sukienkę, podczas stosunku z facetem zaczęła go bić. Po ostatniej akcji została zwolniona z pracy i aresztowana przez policję, która kieruje ją do szpitala psychiatrycznego. Tam zajmuje się nią dr Oswald, który dostrzega u niej objawy wielorakiej osobowości.

frankie_i_alice1

Brytyjski filmowiec Geoffrey Sax mierzy się z prawdziwą historią Frankie Murduch – kobiety posiadającą w sobie jeszcze dwie osobowości – pewną siebie i mającą mentalność białej Alice oraz skrytej i niedowidzącej Genius. To między innymi przez to, wyniki badań psychologicznych są tak sprzeczne (raz jest inteligentna, raz głupia, innym razem pisze lewą ręką, a kiedy indziej prawą), że lekarz decyduje się nią zająć. I jak w każdej tego typu opowieści, informacje z przeszłości Frankie odkrywane są bardzo stopniowo, żeby nie wszystko odkrywać od początku. Najciekawsze są tutaj sceny, gdy nasza bohaterka dostaje ataków oraz terapia, co jest kwestią świetnego montażu, gdy nakładają się przeszłość z teraźniejszością (m.in. w gabinecie zaczyna padać deszcz). Rozwiązanie wydaje się dość proste, ale jest logiczne oraz potrafi poruszyć.

frankie_i_alice3

Twórcom udaje się przekonująco odtworzyć realia lat 70. i to nie tylko w warstwie muzycznej (soul i funk), ale też w warstwie wizualnej. Stylowe zdjęcia Newtona Thomasa Siegla budują klimat (zwłaszcza ujęcia nocne) i pozwalają wejść w skomplikowaną psychikę kobiety.

frankie_i_alice4

„Frankie i Alice” to tak naprawdę popis dwójki aktorów – Halle Berry i Stellana Skarsgarda. Aktorka podjęła się zadania wcielenia się w trzy postaci – pełną seksapilu Frankie, szorstką i inteligentną Alice oraz niewinną Genius. Trudno odmówić ambicji, a efekt jest naprawdę dobry, co dostrzegli też krytycy, przyznając jej nominację do Złotego Globu. Każda z tych osobowości jest wyraźnie nakreślona i udaje się uniknąć przerysowania i przeszarżowania. Z kolei Szwed wciela się w empatycznego psychiatrę, który może i jest opanowany, ale bardziej przypominał rasowego detektywa, próbującego rozgryźć łamigłówkę. A i metody są (jak na tamte czasy) dość niekonwencjonalne – żadnego faszerowania lekami, nagranie sesji na wideo, co tylko czyni tą postać interesującą.

frankie_i_alice2

„Frankie i Alice” to kino, które ma grać na emocjach, ale unika emocjonalnego szantażu i sztucznego wyciskania łez. Nie jest nic nowego w kwestii skomplikowanych osobowości psychologicznych, ale wciąga i dobrze się ogląda. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, to przyjemne kino.

7/10

Radosław Ostrowski