Prawdziwa historia króla skandali

Naprawdę nazywał się Geoffrey Quinn i już w latach 50. zaczął budować swoje wielkie imperium już jako Paul Reynolds – król Soho. Swoje finansowe bogactwo zbudował na erotyce – golizna w klubach, czasopismach przyniosła mu bogactwo. Jednak mimo sławy, pieniędzy i znajomości, jego życie prywatne było mocno poplątane, zaś punktem wyjścia do przybliżenia tej postaci była śmierć jego ukochanej córki Debbie.

krol_skandali1

Próbę stworzenia jego biografii podjął się Michael Winterbottom – nieszablonowy filmowiec, który nie jest zbyt popularny w Polsce. Problem jednak z „Prawdziwą historią…” jest to, że to bardzo konwencjonalna i wręcz szablonowa historia wielkiego sukcesu (zawodowego) i jeszcze większego upadku (prywatnego). Jeśli chodzi o warstwę obyczajową, to owszem – jest sporo nagości i trochę seksu, ale jeśli liczycie na pornografię, to pomyliliście drzwi. To jest bardzo eleganckie, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi. A życie prywatne? Niewierny mąż, hedonista, narkoman i kochanek, niedbający o swoje dzieci – poza Debbie, która jest oczkiem w głowie i naznaczona jest na jego następczynię. Jednak wszystko to musi się skończyć źle. Jedno trzeba jednak przyznać reżyserowi, że wie jak to pokazać. Zarówno zdjęcia, które budują klimat epoki (lata 50. są czarno-białe, lata 70. – bardziej kolorowe, a lata już 90. – stonowane), jak i scenografia (wygląd mieszkania Paula) naprawdę robią wrażenie, a montaż scen robienia zdjęć do okładki czasopism – nieprawdopodobna robota.

krol_skandali2

Drugim mocnym elementem tego średniaka jest fantastyczny Steve Coogan. Z jednej strony to nałogowy hedonista, nie pozbawiony uroku. Ale jedyną rzeczą jaką mu wychodziło to robienie pieniędzy i jest dość nieprzyjemnym facetem. I te sprzeczności są bardzo mocno puentowane przez aktora. Poza nim jest naprawdę tabun pań, z którego najbardziej wybijają się Anna Friel (żona Paula), Tarsim Egerton (kochanka Fiona) oraz Imogen Poots (mocno uzależniona od narkotyków Debbie), które tworzą wyraziste postacie.

krol_skandali3

Nie oszukujmy się, nowy film Winterbottoma jest co najwyżej średniakiem. Nieźle zrobionym, z wybijającym się Cooganem, ale pozbawionym czegoś zaskakującego.

6/10

Radosław Ostrowski

Papusza

Cyganie w kinie pojawiają się raz na jakiś czas. A w polskim kinie to już w ogóle ewenement, bo robią zazwyczaj za tło. Sytuację ta postanowili zmienić państwo Krauze, który przedstawiać w zasadzie nie potrzeba. Takie filmy jak „Dług”, „Mój Nikifor” czy „Plac Zbawiciela” mówią same za siebie.

Tym razem postanowili opowiedzieć historię Bronisławy Wajs zwanej Papuszą – była ona cygańską poetką. Pierwszą kobieta, która spisała w formie wierszy losy Cyganów. Ona od początku swojego życia była inna. Jako jedyna nauczyła się czytać i pisać. Mało kto by o niej wiedział, gdyby do taboru nie dołączył Jerzy Ficowski – poeta, który ukrywał się przed aresztowaniem. To on przekonał Papusze do pisania i wydał jej wiersze (razem z Julianem Tuwimem). W zamian za to została wyklęta przez swoich braci i siostry.

papusza1

Z jednej strony mamy biografię kobiety, dla której dar okazał się klątwą, z drugiej jest to hołd złożony Cyganom i ich kulturze, która miała odejść w zapomnienie. A to wszystko przez władze ludową, która postanowiła osiedlić Cyganów z taborów. Więc tabory, ich muzyka i kultura tak głęboko skrywa przed obcymi musiały zniknąć. Nieufność wobec gadźjo (tak Cyganie mówią na obcych) była silniejsza, zaś każde przekazanie informacji o nich było traktowane jak zdrada. Trudno przejść wobec czegoś takiego obojętnie. W dodatku wszystko to jest mocno poszatkowane chronologicznie, bardzo dopieszczone wizualnie (mimo ze zdjęcia są statyczne i czarno-białe) z piękną muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza (fragmenty poematu „Harfy Papuszy”). Ale mimo tej realizacyjnej maestrii, film mnie w paru miejscach poważnie znużył. Skróciłbym go o parę(naście) minut, mimo że zrobił on na mnie pozytywne wrażenie.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono bardzo subtelne i czasem nie łatwe do wychwycenia. Jowita Budnik jest bardzo oszczędna, choć to ona jest główną bohaterką – pełną sprzeczności. Wykształcona i wyzwolona, ale jednocześnie żyła razem z taborem. Nie kochała swojego męża, ale nie podważała jego autorytetu czy władzy. Zaś odrzucenie od pobratymców doprowadza ja do obłędu, niszczy ją. Dwaj partnerujący jej panowie są bardziej niejednoznaczni. Jej mąż Dionizy (wyborny Zbigniew Waleryś) to świetny muzyk, ale też mitoman i pijak. Kocha ją i gardzi jednocześnie. No i trzeci wierzchołek tego trójkąta, czyli Ficowski (nietypowa rola Antoniego Pawlickiego), który mimo sympatii Cyganów i opanowaniu ich języka, pozostanie dla nich obcym. I to on najbardziej „skorzystał” na znajomości z Papuszą, tylko czy cena nie była za wysoka? Ta relacja miedzy tą trójką utrzymana jest na bardzo delikatnych ruchach i spojrzeniach.

papusza2

Mimo pewnych dłużyzn, „Papusza” pozostaje dla mnie kawałkiem naprawdę dobrego i bardzo ciekawego kina. Cyganie w końcu są rzadkością na naszym ekranie.

7/10

Radosław Ostrowski

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Teraz zadam wam pytanie z kategorii głupich: wiecie kto to jest Lech Wałęsa? Taki facet z wąsami, co obalił komunę. Sam. Znaczy z ludźmi. Stworzył „Solidarność”. A jednocześnie był agentem SB. Jak twierdzą co poniektórzy. Jeśli spodziewacie się pełnej prawdy o życiu tego człowieka w nowym filmie Andrzeja Wajdy, możecie się rozczarować.

Punktem wyjścia dla tej historii jest wywiad Lecha z włoską dziennikarką Orianą Fallaci przed wprowadzeniem stanu wojennego. I dalej mamy dość uproszczoną historię Polski od grudnia 1970 aż do dokonania transformacji w 1989, pokazaną już po wywiadzie. Wszystko jest na miejscu: skok przez płot, „nie chcem, ale muszem”, sierpniowe wypadki, stan wojenny, Danuśka odbierająca Nobla. Widzimy jak powstaje mit bohatera i rewolucjonisty, który staje na czele wielkiego ruchu narodowego. Ale jest to bardzo mocno robione pod linijkę, w sposób grzeczny i jednoznacznie mówiąc: Wałęsa był bohaterem narodowym, a że podpisał papierek na współpracę z SB – zrobił to pod presją. Sytuacje ratuje tutaj humor przemycany przez Janusza Głowackiego (w większości są to „niesamowite” refleksje Lecha), dzięki któremu dobrze się ogląda ten film.

walesa1

Mam dziwne wrażenie, że biografia Wałęsy została skierowana dla osób spoza Polski, by mogły poznać (w dość dużym skrócie) współczesną historię Polski i to zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Poza surowymi zdjęciami oraz solidną realizacją (montaż, scenografia i kostiumy) warto zwrócić uwagę na muzykę, gdyż w tle wydarzeń słyszymy przeboje m.in. Tilt, Brygady Kryzys czy KSU, idealnie wpasowane do sytuacji na ekranie.

walesa2

Jeśli chodzi o obsadę, „Wałęsa” to tak naprawdę teatr jednego aktora – Roberta Więckiewicza, który praktycznie skopiował zachowanie i sposób bycia Wałęsy w skali jeden do jednego. Wszystko się tu zgadza: od sposobu mówienia przez wygląd aż do stroju. Nie miałem żadnych wątpliwości, że widzę Lecha. A kim on jest? Nie od razu, ale jednak staje się charyzmatycznym przywódcą z jajami (rozmowa z głodującymi KOR-owcami – bezbłędna), który trochę ryzykuje swoje życie prywatne, bo nie zawsze się udaje to zgrać. A jednocześnie to szczery facet, który podejmuje się bardzo trudne zadanie prowadzenia ludzi, a nie jest to łatwe. Jest w nim coś z superherosa, ale to chyba trochę na wyrost. Cała reszta obsady robi tutaj za tło – nadal nie przekonałem się do Agnieszki Grochowskiej (Danuśka, która jest zredukowana do roli Matki Polki, choć potrafi opieprzyć ubeków i dziennikarzy), Zbigniew Zamachowski i Cezary Kosiński jako ubecy są naprawdę dobrzy, ale pojawiają się bardzo krótko, a pozostali robią tutaj epizody.

walesa3

Cóż, „Wałęsa” z jednej strony to laurka i hołd (wręcz poddańczy), z drugiej to całkiem niezła komedia (każda wypowiedź Wałęsy – chyba przez sposób mówienia – wprawiał mnie w śmiech, nic nie poradzę). Potencjał był na wiele, wiele więcej jednak. I co z tym fantem zrobić? To film, który sami po prostu musicie ocenić i zweryfikować.

Radosław Ostrowski

Ratując pana Banksa

Filmów o filmach powstawało multum i zapewne jeszcze wiele powstanie. Jednak ta opowieść dotyczy jednej z najpopularniejszych (chyba, bo nie wiem jak to teraz wygląda) adaptacji zrobionej przez Walta Disneya. A wszystko zaczęło się w roku 1961 roku, gdy do Los Angeles przybyła Pamela L. Travers, autorka „Mary Poppins”. Disney 20 lat wcześniej złożył obietnicę swoim dzieciom, że przeniesie na ekran tą powieść, ale nawet on nie wiedział, że będzie miał mocno pod górkę.

banks1

Próbuje o tym opowiedzieć nakręcony przez – nomem omen – wytwórnię Disneya film niejakiego Johna Lee Hancocka. Całkiem niezły reżyser (filmy „Debiutant”, „Alamo” i „Wielki Mike”) oraz nie gorszy scenarzysta (on odpowiada za „Doskonały świat” Eastwooda) miał dość ciekawy patent i udało mu się konsekwentnie poprowadzić historię pani Travers. Pozornie jest to o próbach realizacji filmu, gdzie autorka bardzo krytycznie i ostro podchodzi do pracy, wręcz nie kryje swojego oburzenia i poczucia profanacji. Ale to nie wzięło się znikąd i nie jest przyczyną dość wysokie ego autorki. Drugi wątek tej historii (przeplatający się z pierwszym) to historia z życia Travers, gdy była małą dziewczynką i jej relacji z ojcem. To właśnie wydarzenia z przeszłości były inspiracją dla stworzenia „Mary Poppins”. Ta część nie pozbawiona jest elementów prawdziwej magii – piękne plenery Australii, zgrabna realizacja i sposób filmowania przypomina trochę baśń, potęgowaną przez muzykę Thomasa Newmana. Jest radość i szczęście, ale nie zabrakło też bezwzględności losu i rozczarowania. Pozornie te dwa światy powinny zgrzytać, nie pasując do siebie. Ale okazuje się, że powstała z tego spójna i naprawdę dająca do myślenia fabuła. Więcej nie chcę wam zdradzić, bo sami powinniście zobaczyć co z tego wyszło, ale nie brakuje tutaj humoru (ironiczne docinki na linii Disney-Travers), refleksji i siły imaginacji, która pozwala znieść naprawdę wiele.

banks2

Jednak największą siła jest aktorstwo i to z naprawdę wysokiej półki. Cały ten film zawłaszczyła sobie (nie bójmy się tego zwrotu) wspaniała – z braku lepszego słowa – Emma Thompson. Pozornie jest tak jak zawsze – zdystansowana, flegmatyczna Angielka. Ale tak naprawdę to kobieta, która nie potrafi wyzwolić się z przeszłości, która mocno ją naznaczyła i widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Tom Hanks jako Walt Disney to również kawał mocnej roli. Pozornie to pragmatyczny przedsiębiorca, bezwzględnie dążący do celu. Tak naprawdę to takie duże dziecko, pełne energii. Wydaje się, że między tą dwójką nie dojdzie do porozumienia, ale łączy ich więcej niż się wydaje. Drugi plan, choć pełen ciekawych postaci, zawłaszczyło sobie dwóch jegomości. Pierwszy to Colin Farrell, tutaj grający ojca Pameli Travers. Z jednej strony to nie radzący sobie z rzeczywistością pijak, jednak dla swojej córki pozostaje idealnym ojcem, który „wszczepia” jej wielką siłę wyobraźni. Drugi dżentelmen to niezawodny Paul Giamatti, który jako szofer Ralph pozornie wydaje się mało wyrazistym tłem, ale to tylko pozory (scena na trawniku – naprawdę piękna).

banks3

„Ratując pana Banksa” to film, który teoretycznie nie miał prawa się udać, a jednak wyszła z tego naprawdę interesująca opowieść. Dla mnie było trochę za mało o realizacji samego filmu, jednak efekt jest zaskakująco udany. Aż nabrała mnie ochota na „Mary Poppins”, ale to temat na inną okazję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Piąta władza

Jak wymyślił Monteskiusz, władza dzieli się na trzy części: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ale nieoficjalnie wytworzyła się władza czwarta, czyli media, czego francuski myśliciel nie przewidział. Nawet współcześni dziennikarze nie byli w stanie przewidzieć, że powstanie piąta władza, która spróbuje zniszczyć wszystkie poprzednie. Tak narodziło się WikiLeaks, a wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy niemiecki informatyk Daniel Berg poznał Juliana Assange’a.

piata_wladza1

I o tym próbuje opowiedzieć najnowszy film Billa Condona („Kinsey”, „Dreamgirls” czy finał Sagi „Zmierzch”), który jest pewną mieszanką. Z jednej strony mamy biografię, która skupia się na blondwłosym przywódcy ruchu ujawniającego tajne dokumenty, pokazujące nadużycia władzy. Jednak pokazanie gościa z laptopem w ręku, który tylko przyciska klawiszami, było mało atrakcyjne dla filmu, więc pojawiają się elementy thrillera – spotkania z informatorami, obserwacje przez CIA, polowanie i potajemne rozmowy. To uatrakcyjnia historię, przenosząc ją z miasta do miasta (od Niemiec przez Islandię) i nadając odrobinę szybsze tempo. Punktem przełomowym jest dotarcie do dzienników wojskowych USA oraz korespondencji dyplomatycznej, nie tylko dla filmu, ale i głównych bohaterów, co doprowadza do rozłamu między nimi. Nie dość, że jest to naprawdę sprawnie zrealizowane (choć parę razy kamery drży, a napięcie od połowy tylko rośnie, potęgowane przez elektroniczną muzykę Cartera Burwella), ogląda się to z dużym zainteresowaniem, nawet znając rozwój wypadków. I to była dla mnie spora niespodzianka, bo tak się chyba rodzi historia.

piata_wladza2

W dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. W szczególności wyróżnia się Benedict Cumberbatch w roli Assange’a. Ten blondyn w jego interpretacji na początku sprawia wrażenie charyzmatycznego przywódcy, który wierzy w słuszność swoich działań (anonimowość informatorów i przekazywanie informacji bez edycji). Ale potem staje się manipulatorem i oszustem, posuwającym się do wszystkiego, skrywającym niejedną tajemnicę. Przeciwieństwem jest Daniel Berg, w równie przekonującym wykonaniu Daniela Bruhla – stonowany, rozsądny i zafascynowany swoim kolegą. Ale tylko do czasu. Poza tym duetem, drugi plan jest dość bogaty – od niezawodnych Stanleya Tucci (James Boswell) i Davida Thewlisa (dziennikarz Nick Davies) przez dawno nie widzianą Laurę Linney (dyplomatka Sarah Shaw) i Carice van Houten (Brigitta, współpracowniczka Assange’a).

piata_wladza3

Sam Assange uznał „Piątą władzę” za propagandę. Jednak zakończenie daje wiele do myślenia i stawia pytanie: co tak naprawdę wiemy o Assange’u i WikiLeaks? No właśnie. Ale może być początkiem poszukiwania prawdy o całej tej sprawie.

7/10

Radosław Ostrowski

Witaj w klubie

HIV – wirus, który spaskudził życie wielu osobom i robi to nadal. Ale w 1985 roku to był naprawdę wredny drań. Uważany za chorobę pedziów i narkomanów, dzisiaj większość zarażonych to heteroseksualni. Jednym z takich zarażonych był elektryk Ron Woodroof, który dorabiał sobie biorąc udział w rodeo i robiąc różne interesy. Desperacko próbuje brać wszelkie dostępne leki, czyli AZT. Przedłużył sobie trochę życie, ale organizm mocno to przeżył. W Meksyku trafia na byłego lekarza, który pomógł mu poskładać się do kupy. I Ron wtedy wpada na pomysł założenia klubu kupców, w którym sprzedawałby lekarstwa chorym na AIDS, zaś jego wspólnikiem jest transwestyta Rayon.

klub1

Reżyser Jean-Marc Valeee pokazuje temat pozornie już wyświechtany przez kino, czyli walka z chorobą śmiertelną. Wówczas czymś takim było AIDS, ale zderzmy chorego na AIDS, wsadźmy go w środowisko kowbojów (czyli męskim i samczym wręcz) i zobaczmy co z tego wyjdzie. Żeby mu jeszcze bardziej utrudnić życie, niech zawalczy z koncernami farmaceutycznymi i agencja zajmująca się zatwierdzaniem leków – to będziemy mieli piękną opowieść o tolerancji i walce z samym sobą. Reżyser z niesamowitą precyzją odtwarza realia epoki oraz ówczesną mentalność („pedalska krew” – homofobia), zaś praca kamery i świetny montaż tworzą naprawdę solidne i bardzo interesujące kino, które może i bazuje na kliszach, jednak ogląda się naprawdę dobrze.

Spora w tym także zasługa aktorów. To, że Matthew McConaughey w ostatnich latach nieprawdopodobnie zaskakuje swoimi rolami oraz wyborami (od przełomowego „Zabójczego Joe”) jest bardzo przyjemne, ale tutaj wspina się wręcz na wyżyny swoich umiejętności. Kim jest w jego wykonaniu Woodrof? Na początku to taki cwaniaczek, który jest strasznie wychudzony, dużo pije i jest jurny, ale jest homofobem. Swój spryt wykorzystuje do zdobycia leków (choć początkowo robi to, by zbić forsę) i nie godzi się po prostu, by czekać na śmierć w szpitalnym łóżku. To po prostu człowiek czynu, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych (m.in. przemyt leków jako ksiądz z Meksyku czy załatwienie interferonu w Japonii – prawie jak Polak). Chyba będzie Oscar dla Matthew. Drugim mocnym zaskoczeniem jest Jared Leto. Wokalista popularnego zespołu 30 Seconds to Mars jako transwestyta Ray zaskakuje, nie tylko wyglądem. Potrafi być uroczy i wredny, ale nigdy nie popada w przerysowanie, a nawet wzrusza (rozmowa z ojcem). Tych dwóch panów trzyma ten film na swoich barkach. Z postaci drugoplanowych najbardziej zapada w pamięć Jennifer Garner (dr Eva – bardzo sympatyczna lekarka, która staje się sprzymierzeńcem Rona).

klub2

Dobry i bardzo interesujący film, który nie jest tylko laurką dla Woodroofa, ale to kawał mięsistego kina. Może i jest ono skrojone pod Oscary, jednak nie należy tego traktować jako wady.

7/10

Radosław Ostrowski

Phil Spector

Każdy szanujący się meloman zna nazwisko Phila Spectora – producenta muzyki, który wymyślił słynna ścianę dźwięku. Jednak ten człowiek miał swoją ciemną stronę, gdyż w 2003 roku został oskarżony o morderstwo aktorki Lany Clarkson, która spędziła u niego noc w jego rezydencji.

phil_spector1

Tak samo każdy kinoman zna nazwisko Davida Mameta – inteligentnego scenarzysty, który sporadycznie zajmował się też reżyserią. O tej mrocznej sprawie postanowił opowiedzieć. Już na samym początku dostajemy wiadomość, że nie jest to stricte film oparty na faktach, tylko fikcja artystyczna. Wszystko skupia się tutaj na działaniach obrony, w szczególności Lindy Baden, która została przydzielona do tej sprawy. Widzimy przygotowania, wstępne przesłuchanie, testy balistyczne, ale samego procesu już nie. Wtedy cała historia się urywa. Jest to ciąg rozmów i dialogów (bardzo sprawnie napisanych) pokazujących Spectora z kilku różnych stron. Ale jednocześnie udało się reżyserowi pokazać pewna sytuację, gdy nie było jeszcze procesu, ale wyrok już zapadł i stawia pytanie o cenę sławy, jak bardzo mogą sławni się posunąć.

Bardzo opanowanego mistrza muzyki, który bywa narwany i porywczy (podczas próby zespołu strzela z pistoletu) i na pewno jest zapatrzony w siebie. I to wszystko bardzo dobrze pokazuje Al Pacino, który wraca do dobrej formy.

phil_spector2

To samo można powiedzieć o Helen Mirren, która poradziła sobie jako schorowana prawniczka, która podejmuje się obrony Spectora, choć nie jest to łatwe. Jest bardzo opanowana, sięga po różne metody, ale czy to wszystko wystarczy?

Mamet zrobił całkiem niezłe kino, choć dla mnie trochę zbyt teatralne i zachowawcze. Aktorstwo w tym przypadku nie wystarczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Zniewolony

Był kiedyś tacy czas, ze u kraju potocznie zwanym Ju Es Ej, było niewolnictwo. Polegało to na tym, że „czarnucha” zmuszano do pracy w wielkich majątkach ziemskich, gdzie musieli robić wszystko, co im każą. Inaczej zabiją ich. Taki los spotkał Salomona Northropa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: był wolnym człowiekiem, ale został porwany i sprzedany jako niewolnik. Jak to możliwe? Wystarczy go upić.

zniewolony1

Ta prawdziwa historia Salomona posłużyła Steve’owi McQueenowi do stworzenia filmu „Zniewolony”, pokazującego jego 12-letnią niewolę. Pełna okrucieństwa, brutalności oraz grozy, jakiej nie chcielibyście poznać. Tylko ze reżyser nie pokazuje niczego nowego w tym temacie serwując nam dość oczywistą i banalna prawdę – niewolnictwo było i jest złem. Ale tyle już było filmów o tej tematyce (m.in. „Kolor purpury” czy ostatnio „Django” Tarantino, który mocno rozprawił się z tą tematyką), jednak trudno odmówić McQueenowi rzetelności w realizacji, sporej dawki realizmu (ale umówmy się – baty od plantatorów to nic w porównaniu z tym, co robił Hitler i spółka w Europie) oraz subtelnego rozłożenia akcentów (choć nie brakuje tutaj brutalnych) bez specjalnego moralizowania. Wiele scen budowanych jest na kontrastach, jak choćby piwnica z więzionym bohaterem obok Białego Domu czy wiszący Salomon na sznurze, a w tle niewolnicy normalnie zajmują się swoimi sprawami. Tylko, że tak jak mówię – to wszystko jest zaledwie poprawnie i nie pokazuje kompletnie nic nowego (poza sporymi kompleksami Amerykanów na punkcie swojej historii – tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić tyle nominacji do Oscara).

zniewolony3

Częściowo sytuację ratują aktorzy, którym udaje się wnieść w życie swoim bohaterom. Najbardziej przykuwa tutaj uwagę nie Salomon, tylko plantator Edwin Epps, grany przez świetnego Michaela Fassbendera. Ten gościu to zło – z jednej strony bardzo ostro traktuje swoich niewolników, z drugiej to hipokryta udający głęboko wierzącego i mający romans z jedna z niewolnic. A wracając do Salomona, to Chiwetel Eljofor wcielający się w tą postać wypada więcej niż przyzwoicie. Ten wykształcony człowiek, który by wytrzymać niewolę, musi ukrywać swoje umiejętności (poza gra na skrzypcach), a wszystkie jego rozterki pokazane są w bardzo subtelny sposób. Nie można też nie wspomnieć o małym epizodzie Brada Pitta (także współproducenta filmu) czy drobnych rolach Paula Dano (Tibeats), Paula Giamattiego (sprzedawca niewolników Freeman) czy Benedicta Cumberbatha (pan Ford).

zniewolony2

Jest to bardzo amerykański film, bo inne nie zdobywają najważniejszych nagród. Ale mimo to jest to naprawdę solidna robota, choć liczyłem na odrobinę więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kamerdyner

Cecil Gaines jest młodym, czarnoskórym chłopakiem pracującym na plantacji. Po śmierci ojca i pracy w domu jako służący, ucieka z plantacji jako dorosły i szuka zatrudnienia. W końcu dokonuje kradzieży w ciastkarni, co doprowadza do… zatrudnienia jako lokaj w hotelu, aż w końcu dostaje propozycję pracy kamerdynera w… Białym Domu.

kamerdyner2

Amerykanie uwielbiają opowiadać o swojej historii i robią to w większości za pomocą prostoty, braku rozliczenia, co wywołuje odrobinę mdłości. I w ten nurt wpisywały się „Służące”, a także obraz Lee Danielsa. Twórca „Hej, skarbie” czy „Pokusy” dotyka spraw rasizmu, próbując sięgnąć rozmachem „Forresta Gumpa” (zaczynamy w latach 20., a kończymy w 2008 roku). Tylko że film Zemeckisa bardziej angażował i wciągał, pokazując obie strony Ameryki. Reżyser próbował pójść tą sama drogą – z jednej strony widzimy pracę Cecila jako kamerdynera (to głównie anegdotyczny wątek, gdzie prezydentów widzimy raptem w paru scenach), z drugiej widzimy walkę o prawa obywatelskie dla czarnoskórych. Niby jest to pokazane w sposób prosty i nieskomplikowany, a jednocześnie bez dosadności, nie zapominając o „ciemnej stronie” (Ku Klux Klan, Czarne Pantery, segregacja rasowa). Dla mnie jednak jest to mało angażujące, bardzo sentymentalne (ta muzyka w tle) i zbyt nijakie. Dlatego tak dobrze sprzedał się w USA.

kamerdyner1

Jednak „Kamerdyner” ma jeden, a nawet dwa mocne atuty – znakomite role Foresta Whitakera i Oprah Winfrey. Cecil w wykonaniu Whitakera jest facetem, który próbuje przetrwać w świecie, gdzie czarni tylko mieszkają, nie mając nic. Dlatego tak bardzo dba o swoja pracę, jest wręcz pedantyczny, co doprowadza do zaniedbań w domu i spięć z synem, który woli siłowe rozwiązania. Z kolei Oprah zaskakuje jako żona Cecila. Próbująca pogodzić zwaśnione strony, czuje się samotna i zaczyna zaglądać do kieliszka. Oboje są bardzo naturalni i ciągną ten film, który zaczyna przechodzić w zapis kluczowych dat.

kamerdyner3

Daniels mnie tym razem rozczarował, choć wcześniej nie zawodził. To typowy film ku pokrzepieniu serc, który zrozumieją i poczują tylko Amerykanie. Albo mający krewnych, którzy byli niewolnikami w USA.

6/10

Radosław Ostrowski

Wyścig

Formuła 1 w naszym kraju stała się popularna odkąd uczestniczył w niej Robert Kubica. Choć już nie bierze w niej udziału, wyścigi nadal cieszą się spora oglądalnością. Ten elitarny sport motoryzacyjny miał swoje legendy jak Jackie Stewart, Ayrton Senna, Alain Prost czy Michael Schumacher. Ale w sezonie 1976 liczyło się tylko dwóch kierowców: Brytyjczyk James Hunt i Austriak Niki Lauda. O tej rywalizacji i walce opowiada film „Wyścig”.

wyscig1

Cała opowieść zaczyna się w sierpniu 1976 roku podczas wyścigu GP Niemiec, a potem cofamy się aż do roku 1970, gdzie główni antagoniści rywalizowali między sobą w Formule 3. Ale reżyser skupia się przede wszystkim na sezonie 1976, gdzie szala zwycięstwa przechylała się a to w stronę Hunta, a to Laudy. Ron Howard bardzo dokładnie i wnikliwie pokazuje starcie dwóch silnych osobowości, których różniło wszystko poza talentem i szybkością. Nie ma tu prostego, czarno-białego podziału, a portrety psychologiczne bohaterów są naprawdę wnikliwe, w czym pomaga naprawdę znakomity scenariusz Petera Morgana. W dodatku bardzo wiarygodnie odtworzono realia lat 70. (kostiumy, scenografia, wygląd bolidów – tak samo wiernie dokonał tego Howard w filmie „Frost/Nixon”, ale także praca kamery) – czasów dobrej zabawy, ale i bardzo niebezpiecznego sportu. Wtedy bolidy były bardzo niebezpieczne, a śmierć w trakcie wyścigu zdarzała się dość często (nie to, co teraz), jednak żądza adrenaliny i rywalizacji pozostała taka sama. Zaś sceny wyścigów (niewiele ich, ale i nie one są tak naprawdę najważniejsze) wyglądają po prostu rewelacyjnie zaczynając od pracy kamery (mocno stonowana kolorystyka, przywiązanie do detali) przez intensywny montaż aż po DŹWIĘK silników, które brzmią jak muzyka. To jest tak zgrane, ze ta adrenalina zaczęła się mi udzielać.

wyscig2

To wszystko nie byłoby w połowie nawet tak dobre, gdyby nie aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie. Niespodzianką okazał się Chris Hemsworth (znany głównie z roli Thora, która mu dała przydomek „Człowiek Młot”), który bardzo sugestywnie gra człowieka balansującego na krawędzi, odważnie ryzykującego i przede wszystkim czerpiącego z życia garściami (alkohol, kobiety). Jest bezczelny, ma niewyparzoną gębę, ale nie zawsze radzi sobie z presją (scena, gdy na konferencji prasowej pod stołem nerwowo bawi się zapalniczką). Ale kompletnym objawieniem okazał się kapitalny Daniel Bruhl. Lauda jest przeciwieństwem imprezowego Hunta – bardziej wyciszony, chłodno myślący, konsekwentnie dążący do celu (mimo tragicznego wypadku Lauda wraca na tor po zaledwie sześciu tygodniach), ale jednocześnie zarozumiały i nie nawiązujący dobrych relacji z innymi. Facet kradnie ten film i tworzy prawdopodobnie rolę swojego życia. Obaj bohaterowie, choć nie przepadają za sobą, zaczynają się szanować, a nawet przyjaźnią się (to pod koniec). W dodatku mają równie interesujące partnerki (wyrozumiała Olivia Wilde oraz mądra Alexandra Maria Lara), zaś drugi plan w zasadzie robi tu tylko za tło.

wyscig3

Początkowo „Wyścig” miał nakręcić Paul Greengrass, zaś Ron Howard był zainteresowany „Kapitanem Phillipsem”. Na szczęście, panowie pozamieniali się miejscami. I moim zdaniem dobrze się stało, bo Ron Howard nakręcił swoje opus magnum. Nie tylko dla miłośników sportu i wyścigów.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski