24 Hour Party People

Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

24h1

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

24h2

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.

Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

24h3

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Sid i Nancy

Muzyka punkowa odmieniła świat. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a za najważniejszą kapelę uznawany jest brytyjski Sex Pistols, zaś obok Johnny’ego Rottena ikoną tego stylu stał się basista Sid Vicious. Ten kontrowersyjny muzyka pamiętany był też dzięki związkowi z Nancy Spungen, który skończył się w dość tragicznych okolicznościach. O tym opowiada film Alexa Coxa z 1986 roku.

sid_i_nancy1

To dość luźna biografia basisty, który nie umiał grać, śpiewać też nie za bardzo, jednak stał się ikoną epoki buntowników, co nie oferowali nic w zamian poza chaosem. Sam film jest jak bohaterowie – brudny, ohydny, ale też bardzo realistyczny i brutalny. Można ten film podzielić na dwie części: pierwsza to czas Sida z zespołem Sex Pistols, pełen koncertów, dzikiej energii i szaleństwa. Druga to relacja z Nancy – Amerykanką, która jest zapatrzona w Sida. I tak powstaje miłosny trójkąt – on, ona i narkotyki, które pociągają ich dwoje na dno, niszczą ich związek, wprowadzając nienawiść, wrogość, przemoc i całą tą resztę. Ale od razu uprzedzam – nie jest to film mitologizujący czy pokazujący w przychylnym świetle to środowisko. Sid w brawurowej interpretacji Gary’ego Oldmana jest zapatrzonym w siebie narcyzem, przekonanym o swojej wyższości i nie liczącym się z niczyim zdaniem. Dalej widzimy jego rozstanie z zespołem, uzależnienie i destrukcyjna siłę toksycznej miłości – no hope, no future. Choć głębiej temat uzależnienia pokazano, m.in. w „Requiem dla snu”, o jednak Cox potrafi poruszyć i zmusić do myślenia. W dodatku całość okraszona jest naprawdę fajną muzyką.

sid_i_nancy2

O Oldmanie już wspomniałem, za to partnerująca mu Chloe Webb radzi sobie naprawdę nieźle, oddając zagubienie, uzależnienie i jej beznadziejne położenie. To ona wpędza bohatera w nałóg – jest jak bluszcz, który niszczy wszystko dookoła.

Mimo wszystkich wad, zrobiło mi się żal tych ludzi. I dlatego trzeba zobaczyć ten trochę zapomniany tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

W.E. Królewski romans

Wally Wintrop jest młodą kobietą zafascynowaną losami Wallis Simpson. Zbiera ona wszelkie pamiątki na temat Wallis, zauważając pewne podobieństwa między nią a sobą. Zwłaszcza że jej małżeństwo (pozornie szczęśliwe i bogate) nie jest udane. Intensywnie chodzi na wystawę poświęconej Wallis i Edwardowi, gdzie przykuwa uwagę rosyjskiego ochroniarza.

w.e.

Zawsze, gdy za kręcenie filmu bierze się osoba spoza środowiska filmowego, wywołuje to spore emocje i pytanie: po co to jest właściwie robione? Dla zwiększenia sławy, popularności, pokazania, że też potrafię? A może jest to czwarty, rzadko rozważany wariant pt. Jestem artystą i mam w tej formie coś do powiedzenia? Więc dlaczego Madonna – znana piosenkarka, niezbyt dobra aktorka, posiadająca pieniędzy jak lodu na biegunie północnym, w ogóle bierze się za reżyserowanie? Nie mam pojęcia. Jednego zaś nie mogę odmówić – warstwa audio-wizualna jest najmocniejszym atutem tego filmu, zaś przeplatanie wątków Wally i Wallis uatrakcyjnia ten film. Spowolnienia, kolorystyka, a jednocześnie realia lat 30-tych, gdzie za złamanie pewnych reguł groziło wykluczenie – to naprawdę robi wrażenie. A jeśli do tego dodamy muzykę nie tylko Abla Korzeniowskiego, to już jest miód. Ale mimo to czułem się lekko rozczarowany. Dlaczego? Nie czułem tego wszystkiego i oglądałem ten film z kompletną obojętnością. Nie jest to jednak winą aktorów, bo ci zrobili tyle, ile mogli (ze szczególnym wskazaniem na Abbie Cornish i Andreę Risenborough w rolach Wally i Wallis), dialogi też niezłe, scenariusz poprawny. To w czym problem? Żebym to ja wiedział.

w.e.1

Reżyserka mierzyła wysoko i spadła z konia. Niemniej jedno jest pewne – ogląda się to całkiem nieźle, nie ma dłużyzn czy nudy. Gdyby jeszcze to było angażujące kino.

6/10

Radosław Ostrowski

42 – Prawdziwa historia amerykańskiej legendy

Rok 1945. Po zakończeniu II wojny światowej wróciło wielu zawodowych zawodników baseballa. Jednym z nich był Jack Robinson – czarnoskóry zawodnik z Czarnej Ligi (grali tylko czarni). Właśnie on dostaje szansę gry z białymi zawodnikami w Brooklyn Dodgers, dzięki działaniu prezesa klubu Brancha Rickeya.

42_1

Baseball jest narodowym sportem Amerykanów, więc nic dziwnego, że filmy o tej tematyce bardzo rzadko trafiają do naszych kin. Los ten spotkał też film Briana Helgelanda (scenarzysta „Tajemnic Los Angeles” i „Rzeki tajemnic”, który także próbuje swoich sił jako reżyser), który jest takim filmem ku pokrzepieniu serc i historią o przełamywaniu barier rasistowskich, bo jak wiadomo wtedy obowiązywała segregacja. Nigdzie czarni i biali nie mogli spotykać się razem, mieli oddzielne toalety, nie wpuszczano ich do restauracji itp. Takich opowieści w Stanach było tysiące, zmieniało się miejsce (marynarka, koszykówka), ale reszta pozostawała bez zmian. Owszem, muszę przyznać, że sceny meczy baseballa wyglądały dynamicznie i interesująco, niemniej nie zabrakło tutaj typowego amerykańskiego podejścia (melodramatyzowania, podniosłości i lekkiego patosu), co mocno pogrzebało ten film, który ogląda się nieźle, ale w pamięci nie zostanie na długo.

42_2

Od strony aktorskiej też jest na przyzwoitym poziomie. Najbardziej przykuwa uwagę Harrison Ford. Rickey z jednej strony to głęboko wierzący człowiek, z drugiej pasjonata baseballa, który chce go uatrakcyjnić wprowadzając czarnoskórego zawodnika do I ligi. Od razu wzbudza sympatię, a kolejne sceny tylko to potwierdzają. Niezły też jest grający główną rolę Chadwick Bosemann. Jack, który dotychczas walczył z zaczepkami i rasizmem, musiał pokornie znieść zniewagi i nietolerancje, co nie było łatwe.

„42” nie jest filmem zaskakującym, oryginalnym czy wciągającym. To kawał niezłego kina, które może i nie jest do końca udane, ale czas nie jest do końca stracony.

6/10

Radosław Ostrowski

Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Kundun – życie Dalaj Lamy

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, czym był i jest Tybet. Kręcenie filmów o tym kraju, jest bardzo ryzykowne i grozi zakazem przyjazdu do Chin, które mają własną wersję historii. W 1997 roku powstały równolegle dwa filmy o Tybecie z Dalajlamą w tle – „Siedem lat w Tybecie” Jeana-Jacquesa Annauda i „Kundun” Martina Scorsese, o którym opowiem wam więcej.

kundun1

Film jest niczym innym jak biografią Dalajlamy XIV od odnalezienia przez mnicha i uznania jako kolejnego wcielenia Buddy aż do ucieczki do Indii, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego. Film imponuje zarówno rozmachem jak i realizacją. Udało się twórcom odtworzyć świat, który zniknął bezpowrotnie. Świat pozbawiony przemocy, głębokiej wiary i zwyczajnej dobroci, pełen kolorów i zwyczajów (pogrzeb ojca, wyrocznia, zwoływanie rządu), ale kiedy w Chinach władzę przejęli Chińczycy, Tybet zmienił się nie do poznania, co najbardziej pokazują sceny wizyt Lamy w Chinach oraz relacje jego najbliższych współpracowników, a także sceny wizji Dalajlamy, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością (genialnie zmontowane). Całość jeszcze jest okraszona genialnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza ujęcia plenerów i rysunków) oraz bardzo klimatyczną muzyką Philipa Glassa, dopełniając opowieści o bezsilności jednostki wobec Historii – bezwzględnej i ślepej.

kundun2

Aktorstwo w tym filmie jest fantastyczne, tym bardziej zaskakuje, że wszystkie role zagrali naturszczycy. Nie będę tu wymieniał nazwisk, bo wszyscy nie zawiedli, ale i tak najważniejszą postacią jest Dalajlama, który wierny ideom Buddy, stara się powstrzymać to, co nieuniknione. Naprawdę polubiłem tego człowieka.

Scorsese znów zaskakuje i nakręcił ostatni film, który był powszechnie uznany za arcydzieło. Potem podobno miał zejść w dół, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Hemingway i Gellhorn

Biografie mają to do siebie, że powinny pokazywać niezwykłych ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu. Na pewno kimś takim był Ernest Hemingway – pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, uważany za najbardziej męskiego faceta. Jednak tak naprawdę ten film nie skupia się na jego dorobku, ale na jego relacji z Marthą Gellhorn – początkującą dziennikarką, która zresztą opowiada całą historię. Oboje poznali się w barze w latach 30. i potem ruszyli do Hiszpanii, w której trwała wojna domowa.

hemingway1

Reżyser Philip Kaufman nakręcił dla telewizji HBO wręcz epicki film (dwie i pół godziny), w którym materiały archiwalne przeplatają się z filmowanymi wydarzeniami (taśma czarno-biała wtedy przechodzi na kolorową i odwrotnie) – nie brakuje scen batalistycznych, pokazania okrucieństwa wojny i to na wielu obszarach (Hiszpania, Finlandia, Chiny, Niemcy), a jednocześnie pokazał też starcie dwóch osobowości, z których jedno było zależne od drugiej i gdzie fascynacja została zastąpiona wojną wewnętrzną i zazdrością. A wszystko to zrobione w sposób naprawdę wnikliwy, z bogatym drugim planem oraz bardzo sprawnie opowiedziane. Robi to naprawdę wielkie wrażenie.

hemingway2

Jednak tak naprawdę ten film nie byłby jeszcze tak bardzo udany, gdyby nie znakomita gra aktorska. Na pierwszym planie błyszczą Clive Owen i Nicole Kidman. On jest przede wszystkim macho, który bez alkoholu i adrenaliny nie jest w stanie żyć, ale jednocześnie jest egoistą, skupiający uwagę na sobie. Ona z młodej i naiwnej idealistki zmienia się w silną osobowość, nie pozostającą obojętną na losy świata. Te dwie postacie przykuwają uwagę najbardziej, choć drugi plan jest tutaj tak przebogaty, że nie jestem w stanie wszystkich wymienić. Mi najbardziej w pamięci zapadli David Strathairn (John Dos Passos – przyjaciel), Tony Shalhoub (śliski Kolcow), Santiago Cabrera (fotograf Robert Capa) oraz epizody Roberta Duvalla (generał Własow) i perkusisty Metalliki Larsa Ulricha (reżyser Ivens).

hemingway3

HBO po raz kolejny pokazało klasę, tworząc znakomity film dla telewizji, który jest pasjonujący i wciągający jak diabli. Chyba nie muszę mówić, że powinniście go obejrzeć?

8/10

Radosław Ostrowski

Michael Collins

Przez 700 lat Irlandia była podporządkowana Wielkiej Brytanii. Ale w 1916 roku po nieudanym powstaniu, rząd zostaje aresztowany i jednemu człowiekowi udaje się zwiać – odpowiedzialnemu za wywiad Michaelowi Collinsowi. Ten człowiek zorganizował tajny związek, którego celem była walka z Brytyjczykami zwana IRA. Jednak kiedy zostaje zawarty pokój, to wtedy rozpętuje się piekło. I o tym opowiada film Neila Jordana, który obok Jima Sheridana jest najbardziej znanym irlandzkim reżyserem.

Ale jeśli ktoś z was spodziewa się suchych faktów i wierności historycznej, to będzie bardzo rozczarowany. To bardzo romantyczna laurka, aczkolwiek nie zabrakło tutaj surowości i realizmu w przedstawieniu tła – wojny, gdzie obowiązują twarde reguły i prawo silniejszego. Brytyjczycy są brutalni i nie wahają strzelać do cywilów (scena na stadionie). Mimo tego, cała ta historia jest opowiedziana w bardzo przekonujący sposób i pozwala skupić się na wydarzeniach – walce z okupantem i wojnie domowej, gdzie dochodzi do walk zwolenników i przeciwników traktatu. Najgorsze jest to, że obie strony mają swoje racje i dawni sojusznicy walczą ze sobą. Bohaterowie są wyraziści, sceny akcji i walk zrobione z precyzją i bez żadnych ozdobników, co jest zasługą zarówno świetnych zdjęć Chrisa Mengesa oraz montażu. Jordan czasami ubarwia historię, ale ogląda się to znakomicie (choć wątek miłosny wydaje się odrobinę zbędny). Przez pierwszą połowę mamy walkę i akcje niemal z kina sensacyjnego (walki, egzekucje, działania wywiadowcze), potem mamy wyciszenie i politykę, aż w końcu powrót do walki – bratobójczej, bezsensownej i brutalnej.

collins1

W dodatku całość jest bardzo przekonująco zagrana. Reżyser skupia się na Collinsie, którego fantastycznie zagrał inny znany Irlandzyk, Liam Neeson. Dzięki niemu widzimy Collinsa zarówno jako silnego, charyzmatycznego przywódcę, specjalistę od rozróby i walki, a jednocześnie udaje się pokazać w nim człowieka, który potem chce utrzymać pokój i wierzy, że jeszcze można potem zawalczyć i uzyskać więcej. Jego późniejszymi antagonistami są prezydent de Valera oraz dawny kumpel Harry Bolland (obaj świetnie zagrani przez Alana Rickmana i Aidana Quinna), z którymi łączyła bardzo silna przyjaźń i obaj stali się wrogami. Całkiem nieźle wypadała Julia Roberta (Kitty, ukochana Harry’ego), za to na drugim planie najbardziej wybija się Stephen Rea w roli Ned Broya – podwójnego agenta działającego dla wywiadu i Collinsa oraz Ian Hart jako Joe.

collins2

Mimo pewnego podkoloryzowania film Jordana jest bardzo dobrym kinem, które angażuje i przedstawia bardzo ciekawą historię, która angażuje, wciąga i skłania do myślenia. Naprawdę znakomite kino z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Jesteś Bogiem

Polskie filmy traktowane są bardzo krytycznie, wręcz z wrogością. Ale ten film miał jeszcze gorzej od poprzednich, bo mierzył się z legendą i to nie byle jaką. Film Leszka Dawida opowiada o hip-hopowym składzie Paktofonika, który pod koniec XX wieku okazał się jednym z najważniejszych składów grających rap w Polsce, a to wszystko przez jedną płytę i jeden kawałek.

bog1

Sama historia wydaje się jedną z wielu biografii jakich do tej pory nakręcono. Klamrą spajająca całą historię jest ostatni koncert Paktofoniki w katowickim Spodku już po śmierci Magika. Cofamy się potem piec lat wstecz i poznajemy historię o tym jak powstał hip-hop. Pozornie wydaje się to ciągiem niepowiązanych ze sobą scen, ale dzięki nim trochę bliżej poznajemy skład, ze wskazaniem na Magika oraz jego psychikę. Wszystko to oczywiście w rytm hip-hopowej muzy, z bardzo surowymi i realistycznymi zdjęciami, przy okazji pokazując szarą rzeczywistość Polski końca wieku – szarą, brudną, z nie do końca uczciwymi ludźmi. To wszystko ogląda się z dużym zaangażowaniem, jest świetnie zrealizowane i opowiedziane.

bog2

Ale najtrudniejsze zadanie mieli aktorzy grający główne role, ale oni się wybronili. Świetnie poradził sobie Marcin Kowalczyk pokazując Magika jako outsidera, zagubionego i wrażliwego faceta, który ma świetną nawijkę, ale w życiu prywatnym nie idzie mu zbyt dobrze, miewa koszmary.  Partnerujący mu Dawid Ogrodnik i Tomasz Schuhardt (Rahim i Fokus) dorównują mu kroku, zaś w scenach wymagających nawijania są bezbłędni (zwłaszcza Schuhardt). Poza tą dwójką moją uwagę skupił Arkadiusz Jakubik (Gustaw – wydawca płyty, który pomagał im i wspierał), zaś pojawiający się w epizodzie Marcin Dorociński był ciekawy.

Autentyczna i udana polska produkcja filmowa – coś takiego zdarza się bardzo rzadko, ale się zdarza. Tu wszystko jest na miejscu i bardzo silnie angażuje, nie tylko dla fanów hip-hopu.

8/10

Radosław Ostrowski

W drodze

Rok 1947. Młody pisarz Sal Paradise poznaje włóczęgę Deana Harrisona i zaprzyjaźniają się ze sobą. Razem z wyzwoloną dziewczyną Marylou wyruszają w drogę. Dokąd? Wszędzie, buntując się przeciwko rzeczywistości, a tak naprawdę szukając swojego miejsca.

w_drodze1

Adaptacji autobiograficznej powieści Jacka Kerouaca próbowało podjąć się wielu, ale udało się to wreszcie Brazylijczykowi Walterowi Sallesowi. Jednak efekt trochę rozczarowuje, bo film ten jest ciągiem zdarzeń i wędrówek bohaterów, które tak naprawdę prowadzą donikąd – rozmowy, seks, marihuana. Z jednej strony udaje się odtworzyć realia przełomu lat 40. i 50., gdzie młodzi ludzie buntowali się przeciwko porządkowi, prowadzili dość luźne życie osobiste i rozmawiali o dość głębokich sprawach. Ale problem polega na tym, że ta opowieść kompletnie nudzi i nie przyciąga uwagi, choć bohaterowie wydają się ciekawi (bohema artystyczna). Czegoś tutaj w tym zabrakło.

w_drodze2

Zagrane jest to całkiem przyzwoicie. Zarówno Sam Riley jak i Garrett Hudlund poradzili sobie w rolach Sala (alter ego Kerouaca) i Deana (wieczny dzieciak, który nie chce dorosnąć). Zaskoczeniem była dla mnie Kirsten Stewart (Marylou – atrakcyjna, pełna seksapilu), a w epizodach nie zabrakło m.in. Steve’a Buscemi (sprzedawca), Amy Adams (Jane), Kirsten Dunst (Camille), ale i tak wśród nich zabłysnął najbardziej Viggo Mortensen (Old Bull – mentor grupy wzorowany na Williamie Borroughsie).

Cóż, ten film jest wyzwaniem, choć niewiele się różni od innych filmów drogi poza realiami. Dlatego ta produkcja nie wydała mi się zbyt atrakcyjna. Trochę szkoda, ale jest na co popatrzeć.

5/10

Radosław Ostrowski