Śmietanka towarzyska

Bobby jest młodym Żydem z Bronksu, który jest niepoprawnym romantykiem. Marzy o miłości i bogactwie, więc przenosi się do Los Angeles i liczy na fuchę u swojego wujka, producenta filmowego. Powoli zaczyna nawiązywać kontakty, odnajdując się w tym świecie. Towarzyszy mu wyznaczona przez wuja sekretarka, Vonnie, w której się zakochuje. Ona jednak (o czym nasz Bobby nie wie) ma romans z wujem bohatera.

cafe_society2

Jeśli w tle słyszysz jazzową muzykę oraz oszczędną czołówkę, to wiesz, że oglądasz Woody’ego Allena. Ten melancholijny nowojorczyk, mieszający powagę, refleksję i błyskotliwy humor w zasadzie opowiada historię taką jak zawsze, ale nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Śmietanka” pozornie wydaje się zbiorem charakterystycznych elementów stylu reżysera: jazzowa muzyka w tle, skomplikowane układy miłosne oraz refleksje nad nieprzewidywalnością ludzkiego życia. Materiału jest tu tyle, że można było zrobić kilka filmów i każdy z nich byłby ciekawy. Nie ważne czy byłby to elegancki melodramat, satyra na środowisko filmowe pełne blichtru oraz pustki czy gangsterską działalność brata Bobby’ego, Bena. Wszystko jest podana tak jak zawsze: lekko, dowcipnie i ze stylem. Mimo wtórności, nadal to wszystko ma urok, a osadzenie opowieści w realiach lat 30. dodaje pewnego szyku. Plusem jest przepiękna stron wizualna, pokazująca wręcz bajkowo tamten czas. Zarówno zdjęcia (tym razem odpowiadał za nie legendarny Vittorio Storaro), jak i scenografia z kostiumami wyglądają wprost oszałamiająco. Zarówno biuro Sterna, dawne posiadłości czy nocny klub robią dobre wrażenie i nie ma żadnych zgrzytów czy przesytu.

cafe_society1

Allen nadal potrafi trafić puentą i zgrabnie poprowadzić nawet przewidywalną historię (nawet Allen jako narrator nie gryzie). Jedno się nie zmieniło: ciągle ma rękę do aktorów, którzy nie zawodzą i tutaj. Główną rolę dostał tym razem Jesse Eisenberg i bardzo dobrze odnalazł się w roli romantycznego, uroczego młodzieńca (scena z prostytutką – perełka), wiarygodnie pokazując jego przemianę w pewnego siebie człowieka interesu. Także Steve Carell w roli wujka Phila trzyma fason. Pozornie człowiek sukcesu, ale jest w nim coś melancholijnego, pewien smutek, niespełnienie. Drugi plan jednak kradnie dla siebie Corey Stoll jako obrotny, chociaż bezwzględny Ben, powiązany z półświatkiem. A skoro Allen i miłość, to muszą pojawić się kobiety. Przyznam się od razu, że jestem kompletnie zaskoczony obecnością Kristen Stewart, która nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie. Vonnie w jej wykonaniu to prosta, sympatyczna dziewczyna, początkowo marząca o sławie, a aktorka gra po prostu świetnie. Ale nawet ona wypada blado przy zjawiskowej Blake Lively (Veronica), kradnącej ekran samą obecnością.

cafe_society3

Woody Allen w „Śmietance towarzyskiej” nie odkrywa Ameryki i tworzy dokładnie to, czego się po nim spodziewamy: słodko-gorzką historię o tym, ze życie to komedia pisana przez sadystycznego dramaturga. Mimo wchodzenia do tej samej rzeki, seans jest bardzo przyjemny, lekki, a jednocześnie bardzo refleksyjny. Kto potrafi tak mieszać pozornie nie pasujące do siebie elementy?

cafe_society4

7/10 

Radosław Ostrowski

Wiek Adaline

Na początku XX wieku urodziła się Adaline Bowman – pozornie zwykła kobieta, jakich wiele. Jednak jej spokojne życie, podczas którego wyszła za mąż, urodziła córkę i została wdową, zmieniło się  wydaje się typową kobietą. Jednak w wieku 28 lat dochodzi do dziwnego wypadku – w skutek wczesnych opadów śniegu, Adaline wypada z drogi prosto do wody. Wydawałoby się, że umrze, lecz wtedy trafia ją piorun, nie tylko przywracając ją do życia, ale też cofając proces starzenia. Brzmi świetnie? Niezupełnie, gdyż nieśmiertelność zmusza kobietę do ukrywania się, zmieniania tożsamości. I pewnie szłoby to tak gładko przez te sto lat, gdyby nie pojawił się pewien mężczyzna.

adeline1

Brzmi jak banalne i nudne romansidło? I tak, i nie. Reżyser Lee Toland Krieger z jednej strony próbuje opowiedzieć jedną z tysiąca opowieści o niespełnionej miłości. Uczuciu skazanym na zagładę z powodu otrzymania wiecznego życia – jak wiadomo, ona będzie musiała znieść ból związany z ciągłymi odejściami swoich partnerów z tego świata. I jak żyć po czymś takim? Jest on także pretekstem do prób refleksji nad przemijaniem (jego brakiem), samotnością i życiem w ciągłym ukryciu. Adaline nie tylko z tego powodu nie może związać się z jakimkolwiek mężczyzną, to jeszcze nie uczestniczy w życiu swojej córki, która teraz wygląda jak jej babcia. I właśnie te fragmenty, tak jak wspomnienia z przeszłości naszej bohaterki były dla mnie najciekawsze. Przyznaje jednak, że i sam wątek romansowy oglądało się nieźle – reżyser starał się uniknąć pójścia w sentymentalizm (nie zawsze to się udawało), dzięki sprawnie napisanym dialogom, stylowym zdjęciom oraz prześlicznym kostiumom oraz scenografii (fragmenty z przeszłości).

adeline2

To bajka, ale przyjemna dla oka i także dla ucha. W tle leci ładna muzyka (także fajne i skoczne piosenki), jednak ciągle miałem wrażenie, że punkt wyjścia dawał szansę na coś większego i ciekawszego. A że można było tak zrobić, pokazał to kultowy już „Nieśmiertelny” z Christopherem Lambertem. To mogło być tłem zarówno dla refleksji na temat wieku minionego. Dodatkowo jeszcze pojawiał się narrator, który wprawiał we mnie irytację, a każdą z epok potraktowano trochę po macoszemu.

adeline3

Twórcy jednak mają jeden mocny atut, który wyróżnia ten film od tysiąca innych. Jest to zjawiskowa Blake Lively, która nie tylko wygląda przepięknie, ale też jest całkowicie naturalna i wiarygodna w tym wcieleniu – kobiety samotnej, ciągle uciekającej, jak ognia bojącej się zranienia. Dzięki niej tak miło spędziłem czas, a każdy gest i spojrzenie miało ogromną siłę rażenia. Poza nią wybijały się też role Ellen Burstyn (córka Adaline, Flemming) oraz równie czarujący Harrison Ford (William Jones), którego postać odgrywa kluczową rolę.

adeline4

Powiedzmy sobie to wprost – „Wiek Adaline” to klasyczny do bólu melodramat, który bywa czasem słodki i ładnie wygląda (te zdjęcia są na więcej niż solidnym poziomie), ale ogląda się bez bólu i poczucia straconego czasu. Przyzwoity film, który powinno oglądać się parami i jeśli jest się niepoprawnym romantykiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Savages: ponad bezprawiem

Ben i Chon są młodymi chłopakami, którzy zajmują się sprzedawaniem narkotyków. Poza tym balują, imprezują i mają tą samą dziewczynę, Ophelię. Dostają propozycję współpracy z meksykańskim kartelem, ale się nie zgadzają.  Więc kartel pod wodzą Eleny decyduje się porwać dziewczynę, w ten sposób zmuszając ich do lojalności…

Oliver Stone ostatnio nie miał zbyt dobrej passy, od czasów „Męskiej gry” każdy film spotykał się z chłodniejszym przyjęciem („Aleksander”, „W.” czy „Wall Street II”). Tym razem postanowił przenieść na ekran powieść Dona Winslowa. Choć sama fabuła nie jest zbyt zaskakująca, to jednak jest opowiedziana w taki sposób, że aż chce się oglądać. Kamera albo skupia się na pięknych plenerach Kalifornii, albo zaczyna skupiać się na detalach jak w rasowym kryminale. Tempo zmienia się jak w kalejdoskopie, nie brakuje brutalnych scen (tortury zakończone podpaleniem ciała) bez chodzenia na kompromisy, obecność narratorki (niezbyt lotnej Ophelii) – dzięki takim zabiegom Stone bawi się konwencją, niepozbawionej przerysowania. A zakończenie wielu może zaskoczyć.

savages_400x400

Od strony aktorskiej najciekawszy jest zdecydowanie drugi plan, bo główni bohaterowie są średnio ciekawi. Wcielający się w nich Taylor Kitsch (narwany i bardziej walczący Chon) oraz Aaron Taylor-Johnson (spokojniejszy i bardziej myślący Ben) radzą sobie poprawnie, zaś Blake Lively w roli O to młoda, puściutka dziewczyna marząca o wielkiej przygodzie, która ma ładnie wyglądać przed kamerą. Jak już wspomniałem ciekawszy jest drugi plan, na którym bryluje Benicio Del Toro jako bezwzględny i obrzydliwy Lado. Również Salma Hayek w roli szefowej kartelu jest dość ciekawie zarysowana jako ostro walcząca o przetrwanie szefowa mafii, która czasem potrafi być ludzka, ale rzadko. Nie można nie wspomnieć Johna Travolty grającego skorumpowanego agenta DEA, który odgrywa dość kluczową rolę i wypada naprawdę przyzwoicie.

savages2_400x400

Stone może nie kręci filmów tak mocnych jak „Pluton” czy „Urodzony 4 lipca”, niemniej wraca jednak do dobrej formy. Bezkompromisowe, dobre kino sensacyjne w niezłym stylu. Czekam na więcej, Mr Stone.

7/10

Radosław Ostrowski