Przypadek

Sam początek jest intrygujący: mamy krzyczącego mężczyznę w samolocie oraz zbliżenie na otwarte usta. Następnie jest kilka pozornie nie powiązanych scenek z życia bohatera: narodziny, nauka pisania, pożegnanie przyjaciela w 1968 r., wreszcie wizyta u umierającego ojca oraz czas studiów medycznych. Ojciec przed śmiercią mówi mu trzy słowa: nic nie musisz, a potem bohater (Witek Długosz) decyduje się wziąć urlop dziekański, by przemyśleć co dalej. Punktem przełomowym jest próba dobiegnięcia do odjeżdżającego pociągu. Od tej chwili będziemy mieli trzy rozwidlenia oraz możliwe scenariusze.

przypadek1

Ten film Kieślowskiego wydaje się być zwieńczeniem nurtu kina moralnego niepokoju zanim stało się parodią samego siebie. Reżyser pokazywał też końcówkę lat 70. zwieńczoną powstaniem Solidarności, a premiera filmu miała nastąpić w grudniu 1981 roku. Ale wprowadzono stan wojenny, cenzura parę rzeczy wycięła, a i tak film trafił na półkę (wyrok: 6 lat). Stopniowo zaczynamy poznawać trzy ścieżki naszego bohatera, które wydają się bardzo różne w zależności do tego czy zdąży wskoczyć do pociągu czy nie. W pierwszej Witek poznaje starego komunistę i dzięki niemu poznaje działacza partyjnego, wstępuje do PZPR oraz spotyka swoją pierwszą miłość. W drugiej wpada na sokistę i zostaje skazany na prace społeczne. Tam poznaje opozycjonistę i zaczyna działać w konspirze kierowanej przez księdza, a także trafia na przyjaciela z 1968 r. oraz jego siostrę. Trzecia ścieżka to powrót na studia, małżeństwo oraz praca jako lekarz. Niby one różnią się szczegółami, ale tak naprawdę jest to ciągle ten sam człowiek. Początkowo zagubiony, zaczyna odnajdywać sens dzięki ludziom i podąża tą ścieżką do końca (do chwili zwątpienia lub… śmierci).

przypadek3

Kieślowski jest bardzo skupiony na szczegółach, lubi długie kadry i raczej nie bawi się formą. Ścieżki te nie przeplatają się ze sobą, tylko przechodzą jedna po drugiej zaczynając się niemal tak samo. Ale za każdym razem moment pościgu z muzyką Kilara w tle chwyta za serce. Ale każda z postaci (nawet nie zbyt często obecna na ekranie) jest bardzo wyraziście zarysowana. Nie ważne czy to komunista-kombatant, jego aktywny kolega Adam czy pierwsza miłość. Dialogi – choć dla wielu mogą być długie – nie wywoływały we mnie znudzenia, a tylko przybliżały bohaterów. Czy to w dramatycznych momentach jak interwencja w ośrodku dla narkomanów czy bardziej kameralnych rozmowach. Niejako przy okazji i między słowami zadaje pytanie o rolę przypadku w naszym życiu. Oraz ile tak naprawdę zależy od nas, a na co nie mamy wpływu.

Dzięki rekonstrukcji cyfrowej „Przypadek” wygląda i brzmi znakomicie. Co równie ważne, przywrócono niemal wszystkie sceny wycięte przez cenzurę. Nie ma tego zbyt wiele i nie zmienia sensu filmu, ale i tak dobrze, że są jak występ Jacka Kaczmarskiego podczas „latającego uniwersytetu”. Nie ma też poważnych problemów z dźwiękiem i oglądałem to wręcz zahipnotyzowany.

przypadek2

Jeszcze bardziej byłem zdumiony grą Bogusława Lindy w roli głównej. Nawet nie chodzi o to, że nie przeklina, nie nosi spluwy i nie jest twardzielem. To zagubiony młody człowiek, który po prostu szuka swojego miejsca na ziemi. W zależności od spotkanych osób jego droga wydaje się inna, ale jest wiele cech wspólnych. Nie będę się jednak dokładniej wypowiadał, lecz tutaj aktor jest bardzo naturalny, szczery i zaskakuje, niemal dominując całkowicie. A drugi plan jest tu przebogaty: od zawsze trzymających wysoki poziom Tadeusza Łomnickiego (Werner) i Zbigniewa Zapasiewicza (Adam) przez solidnego Adama Ferencego (ksiądz Stefan) po drobny epizod Jerzego Stuhra (działacz partyjny). Jeśli chodzi o panie dla mnie najlepiej wypadła Marzena Trybała (Werka), tworząc bardzo niespełniony związek z Witkiem i czułem tutaj najwięcej chemii między tą dwójką.

„Przypadek” bardzo zaskoczył mnie tym, ile ma w sobie energii i stawia pytania bez dawania odpowiedzi. Bo od czego tak naprawdę zależy, co się wydarzy w naszym życiu: tylko od nas samych, Boga czy przypadku? Sami spróbujcie odpowiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabić Sekala

Nigdy nie należy zakładać, że już się widziało wszystko, bo ciągle pojawiają się niespodzianki. Taką sprawił w 1998 roku czeski reżyser Vladimir Michalek. Jego „Zabić Sekala” pokazało mi zupełnie inne oblicze kina naszych południowych sąsiadów. Zamiast rubasznego, refleksyjnego spojrzenia na świat z kufelkiem piwa jest poważny, mroczny dramat. Ale po kolei.

Jesteśmy gdzieś na czeskiej wsi podczas II wojny światowej. Trafia tam zbieg kowal Jura, będący ewangelikiem. Miejscowość jest terroryzowana przez lokalnego bandytę, Sekala. Nieślubny syn jednego z bogatych gospodarzy po latach upokorzeń wystawia im rachunek. Powoli zaczyna przejmować majątki, donosi Niemcom i silną ręką trzyma całą wieś. Starsi gospodarze chcą rozwiązać problem, ale już mają swoje lata i sił już brak. Decydują się na morderstwo, lecz sami nie chcą zrobić, tylko wynająć człowieka. Rada zmusza do tego Jurę, grożąc wydaniem Niemcom najbliższych.

zabic sekala2

Już sama zapowiada, że to będzie inne kino niż znajome klimaty z Czech. Reżyser opowiada ten moralitet w konwencji westernu, gdzie wojna – jak i sami Niemcy – wydają się nieobecni, gdzieś kompletnie daleko. Nie ma tu reprezentacji władzy (poza starostą), choć tak naprawdę władze sprawuje tu Sekal. Niby spodziewamy się konfrontacji dwóch „obcych” (Sekala i Jury), jednak reżyser bardziej przygląda się społeczności. Pełnej hipokryzji, nietolerancji wobec innych, udających ludzi głębokiej wiary, lecz pełnych pychy, perfidii i pogardy. Sekal niejako jest „dzieckiem” swojego otoczenia, który powstał na obraz i podobieństwo mieszkańców. Jest wobec nich równie bezwzględny i okrutny, co jeszcze bardziej potrafi przerazić. Tutaj nie ma postaci jednoznacznie pozytywnej, przez co trudno się z kimkolwiek identyfikować.

zabic sekala1

Kontrast jest silniejszy, gdy zwrócimy uwagę na zdjęcia. Pełne nasyconych kolorów, mających też spore znaczenie symboliczne. Czerwień, czerń, biel, złoto – wygląda to niesamowicie, ale to tylko potęguje hipokryzję mieszkańców, wywyższających się od innych, z Bogiem tylko na ustach. Powolna narracja pozwala wejść w ten brudny, nieprzyjemny świat, choć wygląda zupełnie inaczej. Wszystko to potęgują bardzo mocne dialogi oraz gorzkie zakończenie.

zabic sekala3

Równie świetne jest tutaj aktorstwo, a zaskakujący jest fakt, że główne role grają… Polacy. Ale muszę przyznać, że zarówno Bogusław Linda, jak i Olaf Lubaszenko są świetni w tych rolach. Pierwszy jest bardzo twardy i pewny siebie, nie mający nic do stracenia. Był traktowany jak potwór, więc stał się potworem, choć ma pewną niebezpieczną tajemnicą. Jeszcze bardziej zaskakujący jest Lubaszenko – bardzo stonowany, wyciszony, trzymający dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Ale wbrew swojej woli zostaje wplątany w konflikt, choć jest traktowany z tą samą wrogością jak Sekal. Czescy aktorzy też wypadają bardzo dobrze, mimo tego, że w polskiej wersji zostali zdubbingowani. A z tego grona najbardziej wybija się Jiri Bartoszka jako ksiądz, którego tak naprawdę nikt nie szanuje.

Takiego filmu po Czechach się nie spodziewałem. „Zabić Sekala” można było traktować jako próbę rozliczenia się z okresu wojennego, kiedy Czesi bardziej współpracowali z Niemcami. Ale Michalek szerzej przygląda się małomiasteczkowej hipokryzji, tchórzostwu oraz relatywizmu moralnego. Niesamowicie mocne, brutalne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Mercedes

Rok 1942, okupowana przez Niemców Warszawa. Tutaj zostaje zamordowana żona pewnego znanego i cenionego adwokata, Karola Holzera. Nic nie zostało skradzione, a potencjalny świadek/sprawca, czyli gosposia znika bez śladu. Śledztwo prowadzi oficer granatowej policji, nadkomisarz Rafał Król, który jest także członkiem AK. Nieoczekiwanie do sprawy włącza się radca kryminalny Enrst Kluge, a dochodzenie prowadzi do dość niebezpiecznych torów. Przynajmniej tak założyli sobie twórcy.

czarny mercedes1

Janusz Majewski to jeden z weteranów kina, który także posiada talent literacki. „Czarny Mercedes” to adaptacja jego własnej powieści kryminalnej, bardzo ciepło odebranej przez czytelników. Przeniesienie tego dzieła na ekran kinowy wydawało się kwestią czasu. Sama koncepcja była bardzo interesująca: morderstwo w czasach okupacji dawało spore pole do popisu. Bo czego tu nie ma: ukrywanie Żydów, znajdujące się w getcie ekskluzywne lokale dla bogaczy, ukrywający swój homoseksualizm oficer SS, konspiracja, tłumione namiętności oraz ukrywane tajemnice. Problem jednak w tym, że reżyserowi – w co bardzo ciężko mi było uwierzyć – nie udaje się ani zaangażować, ani wciągnąć w swoją opowieść. Wątki są bardzo szybko urywane i wraca się do nich w sposób absolutnie chaotyczny (kwestia chłopaka ofiary, który próbuje do niej dotrzeć i próbuje na własną rękę dopaść sprawcę czy nielegalna działalność mecenasa) albo prowadzą donikąd (wizyta w Cafe Muza). To drugie jeszcze samo w sobie nie jest złe, bo niejako o to w kryminale chodzi. Jednak pojawia się tutaj kilka scen, które sprawiają wrażenie zapychaczy (Aneta stojąca nago przed lustrem, relacja Maxa z przyjacielem Egonem czy wątek konspiracji) i można było z nich spokojnie zrezygnować.

czarny mercedes2

Jeszcze większym problemem była realizacja, która jest bardzo nierówna. Z jednej strony starano się zachować klimat lat 40., co widać w scenografii (szyldy na sklepach) czy kostiumach. Z drugiej większości akcji toczy się w przyciemnionych pokojach, gdzie widać głównie twarze oraz sylwetki postaci. Przez co całość sprawia wrażenie produkcji telewizyjnej i z o wiele mniejszym budżetem niż jest naprawdę. O napięciu też można w sumie zapomnieć, bo historia jest bardzo przewidywalna i szybko odkryłem kto stoi za tym wszystkim. Te niby momenty montażowych cięć przed istotnym wydarzeniem wcale nie pomagają tego zatuszować.

czarny mercedes3

Aktorsko też nie za bardzo jest pole do popisu, bo postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, brzmią sztucznie i sprawiają wrażenie kukiełek pozbawionych jakiegokolwiek charakteru. Choć aktorzy starają się jak mogą, rzadko komu udaje się wypaść wiarygodnie. Z całej obsady najlepiej wypada drobny epizod Andrzeja Seweryna w roli hrabiego-erotomana. Postać ta dodaje odrobinę humoru i jest najbardziej kolorowa w tym całym towarzystwie. Solidnie jeszcze prezentuje się Andrzej Zieliński w roli Króla – ma w sobie coś, co pasowałoby do roli klasycznego, doświadczonego detektywa. Za to Bogusław Linda jako jego niemiecki kolega z pracy wypada dość dziwacznie. I nie chodzi o małą obecność na ekranie, ale podczas jego dialogów w języku niemieckim słychać, że mówi nie swoim głosem. Ta podmiana wypada sztucznie i przyprawia o wielki ból uszu. Jeszcze można zawiesić oko na Marii Dęskiej (Krystyna/Aneta), która jest magnetyzująca, ale to za mało.

czarny mercedes4

Niestety, ale Majewski przenosząc na ekran swoją powieść rozczarował okrutne. Tak barwny i bogaty świat nie udało się ożywić na taśmie, zaś intryga kompletnie nie angażuje oraz pozbawiona jest napięcia. Jeśli chcecie wejść w ten świat, zdecydowanie lepiej zostać z powieścią.

4/10

Radosław Ostrowski

Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z żelaza

Sierpień 1980 roku był bardzo gorącym miesiącem. I chodziło tylko o temperaturę powietrza, ale wręcz polityczną temperaturę, zwłaszcza w Polsce. Wybuchły strajki w wielu zakładach pracy, zaś symbolem stała się Stocznia Gdańska im. Lenina. Tam też zostaje wysłany bohater filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” – dziennikarz Winkel z Warszawy. Zadanie dostaje od samego szefa Radiokomitetu: ma stworzyć reportaż, który ma skompromitować jednego z liderów strajku, Macieja Tomczyka.

czlowiek z zelaza2

„Człowiek z żelaza” nie jest – jakby można było sugerować się tłumaczeniem na angielski – polską adaptacją „Iron Mana”. To kontynuacja nakręconego wiele lat wcześniej „Człowieka z marmuru”, który był ostrym aktem oskarżenia na system komunistyczny oraz szansą na rozliczenie z czasem stalinowskim. Ten film powstał niejako na społeczne zamówienie. Krąży taka fama, że jak Wajda odwiedzał stocznię gdańską (pod pretekstem nadzoru nad filmem telewizyjnym) robotników poprosili twórcę, by nakręcił o nich film i zaproponowali tytuł. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski był wtedy poza krajem, ale udało się Wajdzie przekonać go do napisania fabuły. Jednocześnie wykorzystano wszelkie dostępne materiały zarówno z telewizji, jak i od świadków wydarzeń. To bardzo pomogło w odtworzeniu tych historycznych momentów. Zaś sama realizacja przebiegła w ekspresowym tempie: zdjęcia zaczęły się w styczniu, a sam film miał premierę na MFF w Cannes (27 maja 1981), do polskich kin trafił pod koniec lipca.

czlowiek z zelaza1

Dziwię się, że ten film w ogóle udało się zrealizować. Czy oznacza to, że jest to film warty uwagi? I tak, i nie. Konstrukcyjnie jest to powtórka z „Człowieka z marmuru”, czyli mamy dziennikarskie śledztwo, tylko że w innym otoczeniu. Winkel spotyka się zarówno ze swoimi znajomymi (Dzidek), kontaktami z UB, jak i kluczowymi postaciami z życia Maćka (pani Hulewicz, Agnieszka). Czyli przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością. I nawet wtórność byłbym w stanie przełknąć, jednak problemem poważnym był dla mnie balans między prywatną a polityczną perspektywą. W pierwowzorze cała polityczna warstwa stanowiła tylko dla losów bohaterów. Tutaj jest odwrotnie: to polityka wychyla się na pierwszy plan, przez co postacie sprawiają wrażenie marionetek. Są ledwie zarysowane, stając się niejako schematami czy kliszami: partyjni aparatczycy i UB-cy (Badecki, Wirski, zastępca szefa Radiokominternu) kontra wierzący w przełom idealiści-strajkujący – przekonani o swojej słuszności. Brakuje tutaj jakichś mocnych odcieni szarości.

czlowiek z zelaza3

Także realizacyjnie można się przyczepić do wielu rzeczy: montaż jest miejscami niechlujny, zdjęcia bardzo nierówne, a kilka wątków wydaje się uciętych. Zupełnie jakby brakowało czasu. I ja rozumiem pośpiech, ale dla mnie ten film sporo traci. Nawet miejscami mocne dialogi nie były w stanie całkowicie tego zrekompensować. Film jest bardziej wyciszony, kameralny, co jeszcze bardziej zaskakuje.

czlowiek z zelaza4

Ze starej obsady wracają główni bohaterowie, czyli Jerzy Radziwiłowicz oraz Krystyna Janda. Ona wydaje się być bardziej wyciszona, zepchnięta niejako do roli wsparcia, pozbawiona zadziorności. Dojrzała kobieta, kradnąca jedną sceną cały film. Z kolei Tomczyk miał (przynajmniej tak ja to odbieram) ewoluować z narwanego chłopaka do dojrzałego lidera, ale wydaje się być zbyt nijaki. Najciekawszy jest tutaj sam Winkel grany przez znakomitego Mariana Opanię i to on (razem z Bogusławem Lindą) podnosi całość na wyższy poziom. Cyniczny, złamany przez życie alkoholik, który zbyt wiele widział, by poczuć entuzjazm strajkujących, a do tego ma delirium (zakaz sprzedaży alkoholu). Ale jego przemiana jest pokazana bez fałszu, o co było bardzo ciężko.

Ciężko mi ten film jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest kroniką ważnego okresu historycznego, ale z drugiej nie wywołuje on aż tak wielkiego zaangażowania jak poprzednik. Wtórny, niepozbawiony dłużyzn, lecz także ma kilka świetnych dialogów, dobrych ról oraz niezapomnianych scen (fragmenty z grudnia ’70 czy rozmowa z Agnieszką).

7/10

Radosław Ostrowski

Zabij mnie glino

Znamy ten schemat nie od dziś: policjant ściga przestępcę. Groźnego i niebezpiecznego, który już raz uciekł. W którymś momencie pojedynek między nimi ma charakter osobisty. Jeden z nich nie przeżyje tego. Nie, to nie jest „Gorączka” Michaela Manna, ale produkcja z naszego podwórka. Ciężko to sobie wyobrazić? Ale dla debiutującego reżysera Jacka Bromskiego nie było rzeczy niemożliwych.

Schemat znamy, to poznajmy szczegóły. Przestępcą jest Jerzy Malik – inteligentny, ale i bezwzględny złodziej, którego wystawił szef podczas roboty. Ten ucieka do swojej żony, gdzie zgarnia go kapitan Popczyk. Malik zaczyna planować zemstę zarówno na gliniarzu, jak i byłym szefie, Stawskim. Udaje mu się uciec z więzienia, dzięki poznanemu w pierdlu Sewerynowi. Mężczyzna planuje zabicie Popczyka w jego mieszkaniu, ale cała akcja kończy się śmiercią kobiety i jej kochanka. I to tylko zaostrza sprawę.

zabij mnie glino1

Na pierwszy rzut oka, sama historia wydaje się być dość ograna, ale Bromski jest cwany. Dlaczego? bo trudno tak naprawdę osadzić miejsce akcji tego filmu. Niby to Polska Ludowa, a wygląda jakbyśmy byli w jakimś kraju bliżej Europy Zachodniej. Skąd to przypuszczenie? Reżyser kompletnie ubarwia ówczesną rzeczywistość. Komisariaty (przynajmniej wnętrza) wyglądają jak z amerykańskich metropolii: szklane pomieszczenia, nowoczesny sprzęt (ta ciężarówka z kamerami) i jedzenie z McDonalda. Którego jeszcze wtedy nie było. Ani razu nie pada słowo milicja, w telewizji są trzy kanały (zamiast dwóch), wszyscy jeżdżą zagranicznymi samochodami. Dopiero w finale pokazano polskie blokowisko, gdzie dochodzi do ostatecznej konfrontacji.

zabij mnie glino2

Nawet bandyci tutaj wyglądają jak wzięci z europejskiego kina. Zawsze elegancko ubrani, otoczeni drogimi przedmiotami, pięknymi kobietami. Ale są równie niebezpieczni, gdy się nadepnie im na odcisk. No i nie brakuje wyrazistych epizodów, dodających realizmu: fałszerz, paser, prostytutki. Wszystko to, choć wzięte w cudzysłów, czyni ten film odporniejszym na ząb czasu.

zabij mnie glino3

Sama intryga jest poprowadzona bardzo pewnie i zgrabnie. Poza polowaniem, Bromski wykorzystuje wiele znany elementów z gatunku: planowany skok na wagon pocztowy, informatorzy, bijatyka w barze. Wszystko to zrealizowano sprawnie, zaś historia wciąga do ostatniej sekundy. Nie brakuje tu zarówno rozładowującego napięcia humoru, ciętych dialogów oraz odpowiednio budującej klimat muzyki (syntezatorowo-rockowo, ale godnie się starzeje). Jedynym poważnym problemem był dla mnie odgłos z wystrzeliwanej broni, który psuje efekt. Nadal wrażenie robi praca kamery oraz dynamiczny montaż, a także bardzo dobrze napisany scenariusz.

zabij mnie glino4

To wszystko by nie podziałało, gdyby nie świetnie dobrana obsada. Malika zagrał Bogusław Linda i była to dla niego rola przełomowa. Aktor znany głównie z ról w kinie moralnego niepokoju, tutaj po raz pierwszy gra twardziela. Może i gra czarny charakter, nie jest jednak demoniczny. Opanowany, tajemniczy, inteligentny, ale ma w sobie coś z dzikiego zwierzęcia. Gdy poczucie się zagrożony, atakuje, zaś zdrady nie wybacza. Wprawka przed popisami u Pasikowskiego. Po drugiej stronie jest Piotr Machalica jako Popczyk. Zmęczony życiem, nie potrafiący się dogadać z żoną pracoholik, dla którego robota to jedyna rzecz, jaką umie. Do tego zamknięty w sobie, wycofany, podczas śledztwa zaczyna grać naprawdę ostro. Bliżej mu do komisarza Halskiego niż porucznika Borewicza, co jest sporym zaskoczeniem. Na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, co zazwyczaj bywa problemem. Najbardziej wybija się trzech panów: rozgadany i dowcipny inspektor Jachimowski (brawurowa kreacja Andrzeja Grabarczyka), niezbyt rozgarnięty Seweryn (zaskakujący Zbigniew Zamachowski), będący na utrzymaniu prostytutki oraz bardzo śliski Donald (mocny Marek Barbasiewicz), planujący oszukać swojego szefa. Jest jeszcze Anna Romantowska, czyli Dorota – kobieta zakochująca się w Maliku, widząca w nim jaśniejszą stronę. Nawet jeśli miejscami wydaje się zbyt ekspresyjna, nie popada w parodię czy szarżę.

zabij mnie glino5

Dla wielu „Zabij mnie glino” to najlepszy film w dorobku Jacka Bromskiego. Reżyser później próbował iść w stronę kina sensacyjnego („To ja, złodziej” czy „Anatomia zła”), ale nie zbliżył się nawet do poziomu debiutu. Mimo lat nadal trzyma w napięciu i ogląda się więcej niż dobrze. A Warszawa wygląda bardziej europejsko niż kiedykolwiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Ach, śpij kochanie

Kraków, rok 1955. W dziwnych okolicznościach zaczynają znikać ludzie, jakby ich w ogóle nie istniało. Milicja jest bezradna, a śledztwo prowadzone przez porucznika Karskiego, tkwi w martwym punkcie. Ale w końcu pojawia się trop – Władysław Mazurkiewicz, bardzo szanowany obywatel, który posiada bardzo dużą ilość pieniędzy, co w ówczesnym czasie jest co najmniej zastanawiające. Tylko, że ten osobnik ma koneksje i znajomości, przez co dorwanie go będzie bardzo trudne.

ach_spij_kochanie1

Polski kryminał ma się całkiem nieźle, co pokazały takie filmy jak „Jestem mordercą”, „Czerwony pająk” czy dość kontrowersyjny „Amok”. Tym razem swoją cegiełkę postanowił dorzucić Krzysztof Lang, reżyser „Prowokatora”. Opierając się na prawdziwej historii, tym razem postanowił odwrócić konwencję. Od samego początku wiemy, kto zabija, a naszym bohaterem staje się prowadzący śledztwo Karski. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co film „Ach, śpij kochanie” sprawia wrażenie nie do końca wykorzystującego swój potencjał. Z jednej strony reżyser dość przekonująco odtwarza realia epoki, gdzie władza wie wszystko o wszystkich, doprowadzając do „zniknięć” czy „ucieczek” osób uznanych za niewygodne. Z drugiej, jeśli chcesz się postawić, to oni znajdą sposób na złamanie czy przestawienie na swoją stronę. Samo śledztwo toczy się dość spokojnie, dialogi są całkiem niezłe, a same zbrodnie są brutalne i krwawe.

ach_spij_kochanie2

Ale gdzieś w połowie, Lang zmienia tory i pokazuje próby złamania Karskiego przez swoich przełożonych, co wywraca całość do góry nogami. Potem dochodzi do dziwnej relacji morderca-śledczy, gdzie mamy fascynację oraz próbę zdobycia zaufania Mazurkiewicza, serwując po drodze wiele retrospekcji. Całość jest mocno stylizowana na czarny kryminał, gdzie mamy z jednej strony panów w kapeluszach, chropowatą kolorystykę oraz dużą ilość czerni. Nawet muzyka Michała Lorenca buduje poczucie niepokoju oraz lęku.

ach_spij_kochanie3

Aktorsko jest całkiem nieźle. Uwagę próbuje skupić Andrzej Chyra, wcielający się w Mazurkiewicza, ale jego postać pozostaje tajemnicą: czy to bon vivant i cwaniak próbujący wygodnie żyć, czy też (jak twierdzą nasi) był współpracownikiem UB, pomagającym „znikać” pewnym niewygodnym osobom? Nie jest on zbyt mocno zarysowany, ani pogłębiony psychologicznie, co jest dla mnie największą bolączką. Po drugiej stronie mamy Tomasz Schuchardta jako idealistycznego śledczego, będącego ostatni sprawiedliwym w tym paskudnym, skurwiałym świecie i radzi sobie całkiem nieźle. Ale dla mnie film kradnie Arkadiusz Jakubik (sierżant Pajek), ze swoim zmęczonym spojrzeniem oraz złamanym charakterem. Boli mnie za to niewykorzystanie kilku aktorów na dalszym planie, nie dając zbyt wiele materiału – Katarzyny Warnke (była żona Mazurkiewicza), Bogusława Lindy (pułkownik Olszowy) czy Karoliny Gruszki (kelnerka Anna). Ogromna szkoda.

ach_spij_kochanie4

W najlepszym wypadku kryminał Langa jest zmarnowanym potencjałem na pełnokrwisty, wyrazisty kryminał, pokazujący bardzo brudne, brutalne czasy stalinowskiego PRL-u. Jest mrocznie i niepokojąco, ale satysfakcji nie ma zbyt wiele, a nieliczny mogą zasnąć w trakcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Powidoki

Nikt się nie spodziewał, że „Powidoki” będą ostatnim filmem Andrzeja Wajdy. Reżyser, uważany za osobę numer jeden w polskim kinie, postanowił opowiedzieć o Władysławie Strzemińskim – jednym z twórców sztuki awangardowej, postacią barwną i intrygującą. Tylko, że Wajda postanawia się skupić na ostatnich latach malarza.

powidoki1

Strzemińskiego poznajemy na początku, gdy prowadzi wykład plenerowy. Sam malarz rozstał się ze swoją żoną, rzeźbiarkę Katarzynę Kobro. Studenci go uwielbiają, szanują, podziwiają. Traktują go jak mistrza, ale jest rok 1949 i ówczesna władza żąda podporządkowania sztuki wobec wymogów realizmu socrealistycznego. Strzemiński odrzuca socrealizm i przez to staje się wrogiem publicznym nr 1. Reżyser mocno idealizuje swojego bohatera jako człowieka, będącego przeciwnikiem socrealizmu i będącego wiernym samym sobie. Sama realizacja i sposób konstrukcji jest bardzo klasyczny, wręcz staroświecki. Jest tu wiele scen wykładów, informacje o bohaterze poznajemy w dialogach, a wszystko idzie w jednym kierunku. Albo podporządkowanie i ślepe posłuszeństwo, albo zapomnienie i śmierć. Niekoniecznie fizyczna (minister kultury mówiący, że Strzemińskiego „należy wyrzucić pod tramwaj”), bo człowieka można zniszczyć i zabić na wiele, wiele sposobów: pozbawiając godności, możliwości pracy (nieważna legitymacja, niszczenie obrazów).

powidoki2

Wtedy reżyser potrafi uderzyć czasami niepokoju, mroku i czasów terroru. Na tym polu „Powidoki” sprawdzają się dobrze. Czuć zaszczucie bohatera, robi się coraz mroczniej, mieszkanie coraz bardziej puste, a ludzie się odsuwają (może poza Julianem Przybosiem). Absurd tych czasów potrafi wybrzmieć, nawet nieobecność Katarzyny Kobro (tego wątku brakuje najbardziej) daje większy portret Strzemińskiego jako ojca – słabego ojca, skupionego tylko na sobie i sztuce. Szkoda tylko, że tych scen jest tak mało, bo siła rażenia byłaby dużo większa.

powidoki3

Jedna rzecz jeszcze Wajdzie wyszła: Bogusław Linda w roli Strzemińskiego. Aktor kojarzony głównie z rolami twardzieli i macho, tutaj bardzo skupiony, wręcz wyciszony. Nawet ta deklaratywność dialogów (wykłady) jest wybroniona, dając pełny portret artysty „wyklętego”. Reszta postaci jest tylko tłem dla niego, zrobiona według szablonów: politycznych skurwysynów (Szymon Bobrowski jako minister kultury i Andrzej Konopka jako personalny), zapatrzonych studentów (tutaj, o dziwo wybija się Zofia Wichłacz jako „zakochana” Hania) oraz córkę, będącą wspomnieniem po zmarłej żonie (najsłabsza z obsady Bronka Zamachowska).

powidoki4

„Powidoki” to dziwny film, w którym Wajda wypowiada się w kwestii relacji sztuka-władza, co dzisiaj wydaje się dziwnie aktualne. Na tym polu reżyser wygrywa, dając sporo ognia. Jako portret Strzemińskiego wydaje się niekompletny, troszkę wybielony, pozbawiony pazura. Troszkę nieudane pożegnanie mistrza z kinem.

6/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Nowe porządki

Pamiętacie taki film „Pitbull”? Zrealizowany w 2004 roku debiut Patryka Vegi był jedną z największych niespodzianek tamtego roku i prawdziwą petardą, gdzie bardzo realistycznie przedstawiono pracę policjantów z wydziału zabójstw, bez widowiskowości, patosu, z dużą dawką żargonu. Ale to było ponad 10 lat temu i do tego czasu Vega zniszczył swoją reputację, stawiając na żenujące żarty oraz efekciarską rozpierduchę. Co teraz dzieje się w „Pitbullu”?

pitbull_21

Zamiast Despero pojawia się policjant z Majami, a dokładnie z Warszawy. Majami zajmował się dilerami i zostaje przeniesiony na Mokotów, by łapać drobne płotki. W okolicy zaczyna się kręcić nowy bandzior o ksywie Babcia, co zamierza przejąć władze na dzielnicy i wprowadzić dobrą zmianę. Zaczyna się od zastraszania sklepikarzy, a kończy na obcinaniu paluchów. Z Majami idzie do wsparcia Gebels, więc nie będzie miękkiej gry. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, bo jest on bardzo szczątkowy jak diabli. Podobnie było w poprzedniej części, jednak tam miałem wrażenie, że było to silniej podbudowane oraz przekonująco. Tutaj poziom jest tak nierówny, że to jest ścinka zrobiona pod serial telewizyjny (który zapewne powstanie lub już powstał). Z jednej strony jest krwawa i brutalna rąbanka, gdzie mamy odcinane paluchy, strzelanie, atak na burdel czy starcia kiboli. Z drugiej jest sporo dość prostackiego humoru (nowy heros siłowni, czyli Strachu), bezsensownej przemocy (zabójstwo dokonane przez nieletniego brata bandziora) i masy pobocznych wątków, które spychają cały główny wątek na dalszy plan, kompletnie wywołując dezorganizację i taki burdel, że głowa mała.

pitbull_22

Przewija się wiele starych znajomych jak naczelnik Barszczyk (i nadal jest takim samym chujem jak przedtem) czy znany z serialu Igor (szkoda, że tylko epizod, niemniej cieszy), ale i tak wszystko skupia się na starciu Majami z Babcią. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wejście Babci na siłkę, wizyta gangstera u uzdrowicielki czy podpalenie żywcem jednego oprycha. Także jest kilka fajnych kadrów z pomocą drona czy ataku na dom publiczny, gdzie to ładnie zagrano światłem. Ale po co w takim razie takie sytuacje jak z byłym strażnikiem miejskim pobitym przez dawnych kochanków czy zadyma kiboli? Za nic to wszystko nie chce się skleić, a cały realizm trafia szlag.

pitbull_23

Sytuację częściowo próbują obronić aktorzy i kilku z nim się udaje. Nie zawodzi Andrzej Grabowski jako zgorzkniały i zmęczony życiem Gebels (za mało go było). Także nowy narybek, czyli Piotr Stramowski daje radę jako nieprzekupny, twardziel z irokezem na głowie (jakim cudem taki koleś mógł zostać tajniakiem? A chuj z tym). I każdy chciałby mieć taką rzeźbę. Ale tak naprawdę wierzyłem tylko jednej postaci, czyli zbójowi Babci. Jeśli myśleliście, że Bogusław Linda zapomniał jak być prawdziwym twardzielem, to od razu strzelcie sobie w łeb, zanim on wam to zrobi. Aktor nadal ma mocne grepsy, twardy kręgosłup i nie patyczkuje się z nikim, a jego motywacja jest najbardziej wiarygodna. Powrót jak najbardziej udany. I nie sposób zapomnieć Tomasza Oświecińskiego (tępy dres „Strachu” – tak pomyłka imion czy akcja z butami, autentycznie śmieszą) oraz rozbrajającą Maję Ostaszewską jak pustą, tępą pindę z komarem na tyłku.

pitbull_24

Jako całość „Nowe porządki” zawodzą, są zbyt efekciarskie i starają się na siłę szokować brutalnością, bluzgami oraz rąbanką wszelkiej maści. Nawet jeśli pojawiają się pewne zalety, to nie są w stanie przebić powyżej poziomu przeciętności. Do tamtego „PitBulla” nie ma nawet prawa startu. Bezczelny skok na kasę.

5/10

Radosław Ostrowski