Kompletnie nieznany

Bob Dylan – jeden z najbardziej rozpoznawalnych muzyków XX wieku. Od folkowego grania na akustycznej gitarze z harmonijką przez rocka aż po zdobycie literackiej Nagrody Nobla. Jednak jego życie prywatne w zasadzie pozostaje tajemnicą, mimo sławy oraz rozpoznawalności. Pewną lukę w tej kwestii próbuje załatać reżyser James Mangold. Jednak o wiele bardziej skupia się na początku działalności.

kompletnie nieznany1

Wszystko zaczyna się w 1961 roku w Nowym Jorku, gdzie przebywa pewien 19-letni chłopak z gitarą (Timothee Chalamet). Młodzik jest wielkim fanem Woody’ego Guthrie (Scoot McNairy) – legendarnego muzyka folkowego, dotkniętego udarem i paraliżem. W końcu dzięki jego przyjacielowi, Pete’owi Seegerowi (Edward Norton) udaje się poznać muzyka oraz zaśpiewać mu utwór. Obaj są pod ogromnym wrażeniem, zaś Pete zaprasza Dylana do siebie, a ten zaczyna się aklimatyzować do Nowego Jorku tego okresu. A także zacząć tworzyć swoje utwory, co zaczyna być zauważane przez środowisko.

kompletnie nieznany2

Reżyser James Mangold idzie trochę inna drogą niż klasyczny biopic, bo o samym Dylanie i jego przeszłości wiemy bardzo niewiele. Bo i sam artysta nie mówi o niej zbyt wiele, zaś wypowiadane przez niego słowa są niejasne. Bardziej dostajemy wgląd na muzyka poprzez jego własne dzieła oraz jaki one wpływ mają na otoczenie (wykonanie „Master of War”). Jakby jego muzyka ma się sama bronić, zaś sam Dylan zostaje – jak tytuł mówi – „kompletnie nieznany”. Poprzez Dylana Mangold portretuje środowisko folkowe lat 60., pragnące się przebić do szerszej widowni, a jednocześnie mocno zakorzenione w przeszłości. Zamiast grać nowe utwory (jak Dylan – choć początkowo nie są nagrywane), więcej jest wydawanych coverów. A im bardziej sławny staje się nasz bohater, tym ciężej sobie z tym radzi. I nie, nie zaczyna brać narkotyków czy robić innych autodestrukcyjnych działań, ale próbuje grać wszystkim na nosie. Dlatego przerywa koncert, bo zamiast grać największe hity, chce pokazać nowe utwory; dlatego w studiu zaczyna brać innych muzyków; wreszcie w 1965 roku podczas Newpork Folk Festival gra na gitarze elektrycznej.

kompletnie nieznany3

Jeszcze to wszystko jest świetnie zagrane. Początkowo ciężko można było sobie wyobrazić Timothee Chalameta w roli głównej, ale jako Dylan wypada o wiele lepiej niż się spodziewano. Imituje głos artysty, także sam śpiewa i gra (jak wszyscy aktorzy), jednak nigdy nie popada w przerysowanie ani parodię. Bywa czasem antypatyczny i zbyt skupiony na sobie, lecz nie można ulec jego urokowi i aurze tajemnicy. Nominacja do Oscara wydaje się być pewna. Równie bogaty jest tutaj drugi plan: od zawsze solidnego Edwarda Nortona (uroczy Pete Seeger) przez wyraziste panie Elle Fanning (aktywistka Sylvie Russo) i Monicę Barbero (Joan Baez) aż po zaskakującego Boyda Holbrooka (kompletnie nie do poznania jako Johnny Cash).

kompletnie nieznany4

Choć początek bywa chaotyczny i nie do końca wiadomo, gdzie to zmierza, to „Kompletnie nieznany” pozostaje wciągającą biografią. Zamiast faktografii i sztampy, Mangold bardziej wsłuchuje się w muzykę Dylana, pokazując jej siłę oraz wpływ na całe społeczeństwo. Niemal impresyjny portret artysty z czasów młodości.

8/10

Radosław Ostrowski

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery, ale nie zdradzam wszystkiego!

Indiana Jones – dla mnie jedna z najlepszych postaci, jakie widziałem w wieku dziecięco-młodzieńczym. Do tego stopnia, że oryginalna trylogia bardzo głęboko siedzi w mym serduchu. Dla mnie opowieść o najsłynniejszym filmowym awanturniku i poszukiwaczu przygód zakończyła się na „Ostatniej krucjacie” i odjazdem ku zachodzącemu słońcu. „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało parę momentów, jednak w ogólnym rozrachunku było rozczarowaniem. Na wieść o części piątej miałem bardzo mieszane odczucia, ale światełkiem w tunelu był reżyser – James Mangold. Jednak nawet to nie dawało gwarancji powodzenia.

Wszystko zaczyna się w roku 1944, kiedy III Rzesza było potęgą na glinianych nogach. Nasz Indiana Jones (cyfrowo odmłodzony – poza głosem – Harrison Ford) zostaje schwytany przez nazistów, którzy szukają bardzo cennego artefaktu. Czyli włócznią, którą wbito w bok Jezusa Chrystusa, co ma dać jej mega moce. Szkopy próbują wyjechać pociągiem razem ze skradzionymi rzeczami z całej Europy, ale Indy i wspierający go Basil Shaw (Toby Jones) wydają się nie mieć szans. Jones nie takie rzeczy jednak robił, a przy okazji wykrada połowę Tarczy Przeznaczenia, rzekomo skonstruowanej przez Archimedesa.

Teraz mamy rok 1969 i dr Jones jest już cieniem samego siebie. Małżeństwo z Marion się rozpadło, syn ruszył na wojnę i nie wrócił, a prowadzone przez niego wykłady na studentach nie robią wrażenia. Nuda, szarzyzna oraz powolne odchodzenie, kiedy zamiast przeszłości ludzie interesują się przyszłością. W końcu rok 1969 to lądowanie na Księżycu, więc kogo obchodzi archeologia? Czyżby czekało go nudne, monotonne, smutne jak pizda życie? Tutaj do gry wkraczają dwa duchy z przeszłości. Pierwszym jest córka jego kumpla, Helena Shaw (Phoebe Waller-Bridge), drugim jest wspierany przez CIA nazistowski naukowiec Jurgen Voller (Mads Mikkelsen). To on miał połowę tarczy Archimedesa, a teraz tworzy rakiety dla NASA. Zgadnijcie, czego oboje mogą chcieć od starego Indiany Jonesa?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest na miejscu i Mangold odrobił lekcję z tworzenia klasycznego kina przygodowego. Sam początek w czasach II wojny światowej zawierał to, co pamiętałem z klimatu klasycznej trylogii. Naziści, Indy próbujący wyplątać się z sytuacji, gdzie pojawia się coraz więcej kłód i kłód, akcja niemal pędząca na złamanie karku, pościgi, a w tle gra muzyka Johna Williamsa. Gdyby to jeszcze nie było nocą, a głos Indy’ego był młodszy, byłoby to idealna historia w starym stylu. Potem wracamy do lat 60. i niby mamy to, co było wcześniej. Czyli kreatywnie sfilmowane sceny akcji, gdzie dzieją się zakręcone rzeczy jak cała ucieczka podczas parady w mieście czy równie skomplikowana jazda uliczkami Tangieru. ALE to wszystko wygląda jakoś tak sztucznie, za bardzo pędzi przed siebie, ze zbyt krótkimi momentami oddechu.

Do tego dla mnie problemem było wiele postaci, które w zasadzie były niepotrzebne (płetwonurek Rennaldo, Salah) albo irytowały (agentka Mason czy wspólnik Heleny, dzieciak Tommy). Sama historia i intryga jest całkiem niezła, z dość „odlotowym” finałem. Finałem, który pokazałby wielkie cojones Mangolda i spółki, gdyby… ktoś ich nie wykastrował, przez dodanie epilogu. Sama historia rodzinna Indy’ego, choć dodaje dramatycznego ciężaru, trochę gryzie się z klimatem kina przygodowego.

Ale by nie psioczyć do końca, parę rzeczy tu wyszło. Ładnie jest to sfilmowane, sam Macguffin interesujący, a intryga potrafi zaangażować. Dla wielu największą obawą była Helena grana przez Phoebe Waller-Bridge i choć początkowo potrafiła być irytująca, to jednak jej wyszczekany charakter cwaniary dodawał trochę biglu, szczególnie w opozycji do Indy’ego. Sam Ford odnajduje się w tej postaci bez problemu, choć nie ma tego szelmowskiego uroku. Mimo 80 lat na karku jeszcze nie zapomniał jak używa się bicza i potrafi być twardy jak Roman Bratny. Tak samo jak świetny antagonista w wykonaniu chyba już etatowego odtwórcy hollywoodzkiego złola, czyli Madsa Mikkelsena. Doktor Voller w jego wykonaniu to opanowany, kalkulujący przeciwnik, wspierany przez swoich ludzi – narwanego Klabera (Boyd Holbrook) oraz przypakowanego Hauke (Olivier Richters).

„Artefakt przeznaczenia” był strasznie nierównym filmem, gdzie niby wszystko na podstawowym poziomie wydaje się na miejscu. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że James Mangold nie do końca udźwignął tą opowieść. Tego twórcę stać na wiele więcej niż dzieło trochę lepsze od „Królestwa Kryształowej Czaszki”, ale nie w każdym aspekcie.

6/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Predator

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. 🙂

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

predator_20181

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

predator_20182

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na lekcjach biologii strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

predator_20183

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Niepokonana Jane

Znowu wyruszamy na Dziki Zachód, chociaż większość akcji toczy się w farmie gdzieś na uboczu. To tutaj przyszło mieszkać niejakiej Jane razem z mężem i córeczką. Problem w tym, że mąż kobiety kiedyś należał do niebezpiecznego gangu, zostawiając po sobie ogromne spustoszenie. Pewnego dnia wraca na koniu z kilkoma ranami postrzałowymi oraz ostrzeżeniem, że Tom Bishop i jego chłopaki się zbliżają. Kobieta prosi o pomoc swojego dawnego partnera, który – dość niechętnie – zgadza się.

niepokonana_jane1

Film ten powstawał w bólach, mimo iż trafił na tzw. Czarną Listę – spis najlepszych scenariuszy czekających na realizację. I kiedy wydawało się, ze wszystko ruszy z kopyta, producenci wyrzucili przed rozpoczęciem zdjęć reżyserkę Lynne Ramsey, a wraz z nią odeszli autor zdjęć Darius Khondji oraz mający zagrać główne role Karen Gillan i Jude Law. Po wielu perturbacjach ostatecznie przed kamerą stanął Gavin O’Connor, zaś w tytułową Jane wcieliła się Natalie Portman. Sam film nie jest stricte westernem, tylko dramatem (nawet melodramatem) z tajemnicą w tle. Reżyser miesza teraźniejszość z retrospekcjami, pokazującymi losy kobiety oraz związanych z nią (w różnym czasie) dwóch mężczyzn. Jeden został jej mężem, drugi był narzeczonym na wojnie i długo jej szukał. Relacje, pełne żalu, pretensji oraz kilku bardzo brudnych ran to najmocniejszy punkt tego kameralnego filmu. Szkoda tylko, że nie zostało to bardziej rozbudowane, z bardziej iskrzącymi momentami.

niepokonana_jane2

Dla mnie sporym problemem była akcja, a właściwie wszystko, co miało w założeniu, nakręcić całą intrygę. Nie brakuje tutaj strzelanin, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżysera realizacja tych scen albo nie interesuje (finałowe oblężenie z paroma wybuchami, które nie zostają pokazane), albo są zrobione w dość klasyczny sposób. Przez co adrenalina miejscami zwyczajnie siada, mimo budującej klimat minimalistycznej muzyki oraz ładnie wyglądającymi zdjęciami. Chociaż sama realizacja wydaje się tylko solidnym rzemiosłem.

niepokonana_jane3

Jedyne, co wypada najbardziej przekonująco to aktorstwo. Początkowo można odnieść wrażenie, że Natalie Portman i western to dziwaczna kombinacja, jednak aktorka bardzo przekonująco pokazuje determinację Jane, jej upór oraz walkę do upadłego, a akcent jest tylko przyjemnym dodatkiem. Troszkę w tle przewija się Noah Emmerich, tworzący dość niejasną postać bandyty, zmieniającego się pod wpływem kobiety. Dla mnie jednak najbardziej interesujący jest Joel Edgerton (także współautor scenariusza), czyli Dan Frost. Bardzo szorstki, skryty, mający wiele pretensji, a jednocześnie jego motywacja wydaje się co najmniej zagadkowa, zaś relacja od wrogości do współczucia pokazana jest bez fałszu. Tylko, ze czarnymi charakterami jest troszkę słabo, bo albo znikają dość szybko (Rodrigo Santoro i Boyd Holbrook), albo są dość przerysowani jak Ewan McGregor, który zakosił wąsy od Toma Sellecka.

Mimo, ze Jane na ekranie w ogóle jest dość niepokonana, sam film jest dość zachowawczy. To całkiem niezłe kino, nie wykorzystujący swojego potencjału. Gdyby bardziej się skupić na tym trójkącie, lekko podrasować sceny akcji, „Niepokonana Jane” mogłaby mieć swój wyrazisty charakter, który dałaby Lynne Ramsey (mimo, iż nie jestem jej wielkim fanem). Kobiece kino zmasakrowane przez producenta-mężczyznę.

6/10 

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 2

Druga seria zaczyna się w momencie, gdy Escobar jest otoczony przez wojsko w swoim więzieniu. Ale draniowi udaje się uciec, przez co trzeba rozpocząć polowanie od nowa. Murphy i Pena z nowym ambasadorem podejmują się kolejnych kroków, by dorwać Escobara.

narcos21

O ile pierwsza seria pokazywała wielką drogę Escobara na szczyt i potęgę jego rodzącego się imperium, to jej kontynuacja jest zapisem powolnego upadku oraz jego śmierci. Bo poza gliniarzami, do walki wkraczają konkurenci (Cali, Judy Moncado, Los Pepes), którzy też chcą jego głowy. Im dalej w las, tym więcej zdrady, policja coraz bardziej depcze po piętach, a Escobar jeszcze ma wsparcie „swoich” w Medellin. Ale nic nie trwa wiecznie – terror Escobara z wybuchami, strzelaninami oraz bardzo brutalnymi porachunkami zaczyna obracać się przeciwko niemu.

narcos22narcos23

Tutaj twórcy zaczynają inaczej rozkładać akcenty, bardziej pokazując jego życie prywatne. Relacja z żoną jest bardzo silnie zarysowana i to ona na mnie robiła większe wrażenie niż cała ta sensacyjno-kryminalna jatka i polityczne układy. Próby (niemal) do końca nawiązania aktu kapitulacji, mogą wydawać się pewną naiwnością ze strony szefa kartelu, jednak jest w tym próba wyjścia z twarzą. Ale kiedy powraca pułkownik Carillo, to już nie ma zmiłuj. A finał i poczucie takiego fatalizmu, coraz bardziej się nasila, ciągle zadając sobie pytanie: kto? Kto zabije Escobara? Konkurencja? Policja? Mściciele w postaci Los Pepes? I tutaj dochodzi do pewnego paradoksu: choć akcji i strzelania nie brakuje (rzeź na policji czy ucieczka z oblężonej siedziby), to pod koniec jest to mniej dawkowane, ale przez to ma większą siłę rażenia, tak jak finałowe starcie z Escobarem.

narcos24

Ciągle „Narcos” jest zrobione na wysokim poziomie, choć typowych tricków znanych z kina Martina Scorsese (poza narracją z offu) nie jest aż tak dużo. Klimat epoki, zgrabnie wplecione materiały archiwalne, wspomniane są bliżej nakreślone postacie poboczne, co nadal trzyma w napięciu aż do finału, jakiego wszyscy znają. I ten wręcz wyciszony finał jest w pełni satysfakcjonujący, sugerując ciąg dalszy. Różne podchody, bardzo skomplikowane relacje między handlarzami, policją, wywiadem, gdzie każdy chce coś ugrać, ma własne interesy, co musi doprowadzić do zderzeń (CIA-Cali).

narcos25

Nadal siłą napędową pozostaje charyzmatyczny Wagner Moura, który nadal ma w sobie wewnętrzną siłę, charyzmę, nawet w momentach ukrywania się. Te momenty wybuchu jego gniewu czy sytuacje, gdy próbuje znaleźć wyjście z impasu, robią piorunujące wrażenie. Wtedy odzywa się stary, bezwzględny Pablo, chociaż więcej jest tutaj w nim człowieka, walczącego do ostatku sił. Z naszej dwójki tropiących agentów, więcej pokazuje Pedro Pascal, czyli Javier Pena, który coraz bardziej zaczyna iść na niebezpieczny układ z donem Berną, co może narazić całą operację. Z kolei Boyd Holbrook staje się coraz bardziej cyniczny, ale nigdy nie przekracza granicy, nawet mając pewne pobudki (nowy dowódca oddziału specjalnego, sprawiający wrażenie bardziej opanowanego). Więcej ma też do pokazania Paulina Gaitan, czyli Tata – mieszanka dumy, wsparcia, opanowania oraz zdrowego rozsądku, a końcówka należy do niej. Jest tych postaci i ról więcej, ale każda jest godna uwagi.

narcos26

Stało się coś dziwnego – druga seria „Narcos” utrzymała i zachowała poziom oryginału, a to nie zawsze się udaje. Nadal ma w sobie siłę rażenia, chociaż inaczej rozkłada akcenty, pokazując troszkę głębszy portret jednego z największych szefów narkobiznesu. Ale walka o jego krwawy tron się zaczęła i trzeba zneutralizować kolejne zagrożenie. Umarł król, niech żyją królowie!

narcos27

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Morgan

Czym jest tytułowa Morgan? To stworzona przez zespół naukowców sztuczna inteligencja w ciele dziecka. Choć ma zaledwie 5 lat, jest bardzo świadoma i rozwinięta. Jednak dochodzi do pewnego incydentu, czyli Morgan rzuca się na jedną z naukowców. Wtedy korporacja odpowiedzialna za projekt wysyła specjalistkę od zarządzania – Lee Weathers. Co może wyjść z tej konfrontacji?

morgan1

Debiutujący na polu reżyserskim Luke Scott (syn Ridleya Scotta) próbuje wejść w konwencję, w której jego ojciec jest uznawany za klasyka. Początek jest mocny, krwawy i tajemniczy. Jest zagadka, nakręcająca pierwsze 45 minut. Klimat niepokoju potęguje też bardzo oszczędna scenografia. Pokój, gdzie znajduje się Morgan troszkę przypomina „Ex Machinę”, co jest skojarzeniem na plus. Oczami oschłej Lee widzimy interakcję Morgan z resztą ekipy, która traktuje ją jak własne dziecko, przez co są w stanie zachować dystans do sprawy. Kwestia etyczno-moralnych dylematów związanych z „zabawą w Pana Boga” nie wydaje się niczym nowym, jednak ciągle zmusza to do myślenia.

morgan2

I wtedy młody Scott postanowił od momentu „badania” dokonuje kompletnej wolty. Zaczyna się zabawa w polowania, gdzie nasza tytułowa bohaterka niczym legendarny Obcy, morduje wszystko, co staje na drodze. Nie rozumiem sensu działania tej wolty, chociaż wtedy robi się jeszcze bardziej interesująco. Kamera zaczyna przyspieszać, wszelkie bijatyki są dynamicznie zrobione niczym współczesne filmy akcji, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te dwie stylistyki gryzą się ze sobą. Przez co czułem ogromne zmarnowanie potencjału na coś więcej, chociaż technicznie nie mam nic do zarzucenia.

morgan3

Z kolei aktorsko jest bardzo nierówno, a kilkoro członków obsady jak Jennifer Jason Leigh czy jak zawsze solidny Toby Jones nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Najbardziej intryguje Anya Taylor-Joy w roli tytułowej. Ogolona na zero, bardzo skryta i mówiąca pozornie obojętnym głosem, ma w sobie coś niewinnego, z dziecka. Ale przyciśnięte zmienia się w prawdziwe monstrum, co potrafi budzić grozę. Nieźle się sprawdza Kate Mara, choć na początku trudno mi było przekonać się do chłodnej, zdystansowanej korpo-suki. Ale ostatnia scena kompletnie zmienia interpretację tej kobiety. Szoł jednak kradnie Paul Giamatti jako dr Shapiro, mający przeprowadzić test na Morgan, pozwalając sobie na kompletny dystans.

morgan4

„Morgan” miała być rozrywkowym kinem z ambicjami, tylko że Scott nie był do końca pewien w jakim kierunku ma pójść cała historia. Ani jako filozoficzno-etyczny konflikt, ani jako thriller nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Taka bardziej podrasowana „Ex Machina”, tylko czy warta naszego czasu?

6/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 1

Tytułowi narcos to określenie baronów narkotykowych z Kolumbii, zarabiających ogromne majątki na swoich interesach w latach 80. i 90. Jak dochodzili do swoich fortun? Kreatywnością, sprytem, ale też szantażem i zabijaniem. O jednym z nich postanowił opowiedzieć Netflix i to nie o byle leszczu, lecz o samym Pablo Escobarze. Jego losy owiane są tyloma nieprawdopodobnymi zdarzeniami, że wiele z nich można byłoby uznać za wymysł scenarzystów. Gdyby nie fakt, że wszystko naprawdę miało miejsce.

narcos1

Całą historię zaczynamy w momencie organizowania obławy na jednego z sicario (zabójca) zwanego Trucicielem, by następnie cofnąć się do początków. A naszym przewodnikiem po tym świecie będzie agent DEA Steve Murphy (narracja z offu), przydzielony z amerykańskiego Miami, by zająć się Pablo Escobarem. Dlaczego? Gdyż duże ilości kokainy z Kolumbii były przerzucane do USA, a obecny prezydent idzie na wojnę z dilerką. Więc zaczyna się polowanie na dilera.

narcos2

„Narcos” poraża wręcz ogromnym rozmachem, gdzie mamy masę bohaterów, dynamicznych scen akcji (pościgi, strzelaniny, skur****ny) oraz masę perspektyw, osób ścigających Escobara (konkurencja, DEA, wojsko, nieprzekupni policjanci). Wszystko toczy się bardzo powoli, a wszystko zaczyna się od pewnego człowieka z Chile, który tworzy idealną kokainę. Od tego momentu zaczyna się budowanie imperium dla człowieka, który – przynajmniej na początku – ma duże poparcie społeczne, tworząc swój wizerunek szlachetnego człowieka z nizin, walczącego z niesprawiedliwością. A im dalej w las, tym robi się coraz bardziej brutalnie, krwawo (krew leje się czasami tuż przed naszymi oczami) i czasami wyjdziecie ze zdumienia. Bo co powiecie na fakt, że Pablo posiadał największe prywatne zoo, próbował startować w… wyborach parlamentarnych (ambicją było zostanie prezydentem), a kiedy został schwytany, to trafił do więzienia, które sam sobie zbudował, a w środku… kasyno, wóda, boisko do gry w piłkę nożną (miał rozmach, skurczybyk). Czy to mogło się wydarzyć naprawdę?

narcos3

Sam serial jest bardzo rozbudowany, a kiedy wydaje się, ze nad Escobarem zawisną czarne chmury, to jakimś cudem zawsze udaje mu się wyplątać (akcja z atakiem na Sąd Najwyższy, którego celem było spalenie wszystkich akt na swój temat). Ale od połowy serial przestaje brać jeńców i widzimy prawdziwą wojnę Pablo z krajem, gdzie dochodzi do morderstw, ataków bombowych, krwawych egzekucji. Tutaj nikt nie bawi się w półśrodki, a finał tylko podsyca apetyt na więcej.

narcos4

Rozmach rozmachem, ale gdyby nie fantastyczna historia „Narcos” nie oglądałoby się to tak rewelacyjnie. Twórcy garściami czerpią z Martina Scorsese (narracja z offu, stopklatki, wiele pobocznych opowieści, łamana chronologia). Ale i tak największe wrażenie jest rewelacyjny Wagner Moura w roli Escobara. Pozornie taki nie wybijający się misiek z wąsem, noszący dżinsy i luźną podkoszulkę. Ale kiedy zaczyna mówić, czuć mocną charyzmę i coś, co sprawia, że jesteśmy mu posłuszny. Pod tą twarzą kryje się jednak przebiegły, bezwzględny psychopata, który w każdej chwili może eksplodować. Jak przejść obojętnie wobec tej postaci? Fascynuje i parę razy potrafi poruszyć (sceny rodzinne). Cała reszta bohaterów też bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich zadań (Boyd Holbrook, Pedro Pascal czy Maurice Compte), chociaż nie są aż tak mocno rozbudowani przy Escobarze.

narcos5

Od połowy I serii „Narcos” zdecydowanie podkręca atmosferę, a sam serial robi piorunujące wrażenie. Historia Escobara jest tak nieprawdopodobna i fascynująca, że nie ma możliwości odwrócenia wzroku. Już z niecierpliwością będę oglądał kolejne serie, bo nie można sobie odpuścić tego.

narcos6

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Logan: Wolverine

Logan bardziej znany jako Wolverine to najpopularniejszy i najbardziej lubiany ze wszystkich mutantów ze świata X-Men. Ale jednak filmy z serii, w których to on grał główną rolę, były wielkim rozczarowaniem. Dlatego byłem dość sceptycznie nastawiony do „Logana”, tym bardziej, że reżyser James Mangold zaserwował poprzedni film o tym bohaterze „Wolverine”. I jak tym razem wyszło?

logan1

Jest rok 2029. Od dwudziestu lat nie pojawił się na świecie żaden mutant, a ci żyjący ukrywają się przed światem. Logan aka Wolverine pracuje jako szofer limuzyny i opiekuje się cierpiącym na demencję Xavierem, gdzieś na obrzeżach miasta. Jest już zmęczony, stary, siwy i nie regeneruje się tak dobrze jak kiedyś. Ale wbrew sobie zostaje wplątany w kolejną sprawę. Wszystko to z powodu pewnej dziewczynki o imieniu Laura, która jest… mutantem posiadającym moce Logana. Dziewczynkę i jej opiekunkę tropią wojacy z Akila, pod wodzą Pierce’a.

logan2

Już sama treść budzi skojarzenia z „Ludzkimi dziećmi”, ale to zbieg okoliczności. Reżyser postanowił zaryzykować i stworzył nietypową mieszankę post-apokalipsy, westernu, kina drogi i bardzo krwistego kina akcji. Sam początek, gdzie staje do walki z meksykańskimi oprychami, daje prawdziwego kopa. Jest krew, wyrywane kończyny, bluzgi i jest bardziej mrocznie. Mangold z jednej strony nie idzie na kompromisy w pokazywaniu bardzo brutalnych scen akcji (nareszcie, te szpony z adamantium po to były, by posoka leciała intensywnie!!!), z drugiej wiele razy pozwala na wyciszenie i pogłębia psychologię postaci. Ta rotacja nastroju działa tylko na plus, a realizacja jest po prostu przednia. Nieważna, czy mówimy o ucieczce bohaterów z kryjówki (troszkę przypominającej ostatniego „Mad Maxa”), czy scenach utraty kontroli przez Xaviera, gdy kamera dosłownie dostaje padaczki.

logan3

Najważniejsza jest tutaj powoli tworząca się (ze sporymi oporami) relacja cynicznego i zgorzkniałego Logana z Laurą, którą można śmiało nazwać następczynią. Czuć, że iskrzy, chociaż mężczyzna ukrywa to bardzo mocno – woli być samotnikiem prześladowanym przez swoje demony i zmęczony życiem. I to Hugh Jackman wygrywa znakomicie, dając bohaterowi ostatnią szansę na zrobienie czegoś dobrego. Nawet jeśli jest to wbrew sobie. Aktor ma też dwójkę wspaniałych partnerów. Patrick Stewart jako zniedołężniały Xavier budzi z jednej strony żal, z drugiej ciągle to profesor wierzący w dobro, nadal potrafiący korzystać ze swoich mocy (uspokojenie koni na autostradzie), ale prawdziwym odkryciem jest Dafne Keen jako Laura, będąca mieszanką dzikiego zwierza i delikatnej, zagubionej istoty. Kiedy ona wchodzi do akcji, to nie ma przebacz. Także wcielający się w tych złych Boyd Holbrook (wyluzowany Pierce) oraz Richard E. Grant (poważny dr Rice) spełniają swoje zadanie.

„Logan” jest pożegnaniem starej gwardii mutantów ze światem, który zmienił się na gorsze. Mutanty wydają się nikomu niepotrzebne, mające podlegać kontroli ludzi i rodzi się pytanie, co dalej z Laurą oraz jej młodymi kumplami, co muszą przejąć pałeczkę. Jest intensywnie od emocji, ostro i bardzo kameralnie jak na superbohaterski film. Szkoda, że trzeba było czekać 17 lat na film godny tego świetnego mutanta.

8/10

Radosław Ostrowski

Nocny pościg

W Nowym Jorku mieszka Jimmy Conlon – starszy już jegomość, który zabijał dla szefa mafii, Shawna Maguire’a. Ostatnio Jimmy skupia się na piciu alkoholu oraz zaniedbywaniu swojego dorosłego syna, Michaela, z którym nie ma kontaktu (z jego rodzina też). Z kolei syn Shawna, Danny chce pójść w narkobiznes, co jednak nie wychodzi (chciał udziału ojca) i kończy się mordem niedoszłych wspólników. Świadkiem zbrodni był Michael, który ich przywiózł. Danny chce go zabić, jednak Jimmy okazuje się szybszy i ściąga na siebie oraz Michaela gniew Shawna.

nocny_poscig1

Jaume Collet-Serra to koleś z Hiszpanii, który postanowił podbić Hollywood. Początki nie były zbyt dobre (koszmarny „Dom woskowych ciał”), ale odkąd zaczął kręcić sensacje z Liamem Neesonem, rozkręca się. To ich trzeci wspólny film (po „Tożsamości” i „Non-Stop”) i na chwilę obecną wydaje się najlepszym. Pozornie dostajemy to, co zawsze, czyli Liam Neeson pokazujący swoje niezwykłe umiejętności w zabijaniu (akcja w łazience metra), krew, strzały, pościg (tytuł zobowiązuje) oraz dawanie sobie po ryju. Jednak jest kilka różnic. Po pierwsze, reżyser bardziej skupia się na trudnej relacji ojciec-syn, która tylko pozornie wydaje się schematyczna. Syn nienawidzi ojca za pozostawienie i odejście, a zbliżające ich niebezpieczeństwo wcale nie scala ich ze sobą, raczej doprowadza do tymczasowego zawieszenia broni. Po drugie, konsekwentnie stawia się na klimat – akcja toczy się niemal cały czas w nocy, co podkręca atmosferę osaczenia dominującą przez znaczną część filmu i to jest spory plus. I dostajemy jeszcze pełnokrwistych bohaterów, którzy nie są wcale tacy zero-jedynkowi, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

nocny_poscig2

No i w końcu same sceny akcji, nakręcone porządnie – czytaj: bez szybkich cięć montażowych, niewidocznych ciosów i strzałów. Tak jak być powinno robione, dialogi bez zbędnego pieprzenia (pojawia się troszkę sentymentalizmu, ale zostaje to ładnie ograne) i wciąga ta opowieść do samego końca. Mroczny klimat, pełen brudu (kamera robi swoje) potrafi przykuć uwagę na długo.

nocny_poscig3

W końcu także jest to dobrze zagrane. Liam Neeson pozornie wydaje się typową rolą Neesona, czyli jest Niezniszczalnym (chyba bardzo stara się o angaż w nowej części serii Stallone’a) twardzielem, dla którego honor i więzy krwi są sprawą priorytetową, a doświadczenie i umiejętności nadal robią wrażenie. Jak ten facet to robi? Nie mam pojęcia. Jego starego przyjaciela, z którym musi się zmierzyć gra świetny Ed Harris i to on tworzy wyrazistą postać. Shawn to bohater naznaczony tragizmem, a jego racje sprawiają, że zaczynamy mu współczuć (scena spotkania obu panów w barze) – to porusza wszelkie struny. Także Joel Kinnemann jako syn Jimmy’ego radzi sobie dobrze, dzięki czemu relacja ojciec-syn jest przekonujący. Sprawniejsze oko dostrzeże także takich aktorów jak Bruce McGill (Pat, ochroniarz Shawna) czy Nick Nolte (wuj Eddie).

Pozornie wydaje się to przyzwoitym dramatem z elementami rasowej sensacji, ale reżyser trzyma rękę na pulsie i z tak ogranych schematów oraz klisz tworzy wyraziste oraz dobre kino. Wydawałoby się, że Neeson powinien odpuścić sobie granie twardych herosów, ale tutaj pozytywnie zaskakuje. Jedna z miłych niespodzianek roku 2015.

7/10

Radosław Ostrowski