Mission: Impossible – Ghost Protocol

Seria Mission Impossible miała swoje wzloty i upadki. Jedynka była klasycznym thrillerem szpiegowskim w eleganckim stylu, przypominając kino z lat 60. Mocno rozczarowała dwójka, będąca absolutnym przeciętnym akcyjniakiem, pozbawionym napięcia oraz zaangażowania. Sytuację próbowała ratować trójka, niejako wracając do korzeni. Ale na następną cześć trzeba było czekać aż na pięć lat. Tym razem za kamerą stanął Brad Bird, który najbardziej znany był z animacji Pixara. Czy „Ghost Protocol” był w stanie podołać oczekiwaniom?

mission impossible 4-1

Sam początek to więzienie w Moskwie, gdzie znajduje się… Ethan Hunt. Dlaczego tam trafił? Co tam robił? Na razie nie jest to istotne, a najważniejsze jest wyciągnięcie superagenta przez komórkę IMF. Cała akcja kończy się sukcesem, ale następne zadanie jest o wiele poważniejsze: zostały skradzione kody nuklearne przez terrorystę o pseudonimie Kobalt. By znaleźć informacje na jego temat, ekipa w składzie: Hunt, Benji (teraz przeszkolony na agenta terenowego) oraz agentka June Carter musi zinfiltrować Kreml. Problem w tym, że cała akcja kończy się wysadzenie budynku, zaś IMF zostaje o to obwinione. Ekipa, do której dołącza analityk William Brandt zostaje odcięta od centrali i by powstrzymać Kobalta, jest zdana tylko na siebie.

mission impossible 4-2

Reżyser decyduje się niejako wywrócić całą konwencję cyklu do góry nogami, gdzie niemal wszystko wykonywał agent Hunt/Tom Cruise, zaś reszta ekipy stanowiła tylko drobny dodatek (może poza Benjim w trójce). Tutaj znacznie większy nacisk pozostaje na interakcję między ekipą, która musi się zgrać ze sobą. Dodatkowo ich największym przeciwnikiem nie jest – wbrew pozorom – terrorysta, chcący wysadzić kawałek świata z bomby jądrowej. Tutaj wrogiem jest ciągle tykający czas oraz technologia, który niemal cały czas lubi się psuć. A to maszynka do robienia masek odmawia posłuszeństwa, rękawica do przyklejania się dostaje kociokwiku, a nawet automat z zadaniem, mający dokonać autodestrukcji nie odpala się. To jeszcze bardziej podkręca napięcie i powoduje, że film ogląda się z jeszcze większym zaparciem. Także sceny akcji wyglądają naprawdę widowiskowo: od „spacerku” po najwyższym budynku świata (by włamać się do ich komputerów) przez pościg podczas burzy piaskowej aż po finałową konfrontację, gdzie każdy członek ekipy ma swoje zadanie.

mission impossible 4-3

Jedynym problemem jest tak naprawdę nijaki antagonista z nieciekawą motywacją. I nawet angaż Michaela Nyqvista nie był w stanie tego uratować. Ale to jedyny słaby punkt obsadowy. Cruise jest typowym Cruisem, jednak bardziej wyciszonym, bez momentów, gdzie puszczają mu nerwy. Tutaj jest troszkę bardziej mentorem, starającym się zachować porządek w grupie. Simon Pegg także się sprawdza i ma szansę wykazać się w scenach akcji. Dla mnie jednak największym wzmocnieniem są Paula Patton oraz Jeremy Renner, których postacie mają swoją (dość mroczną) przeszłość oraz motywacje, tworząc bardzo silne wsparcie dla ekipy.

mission impossible 4-4

I powiem szczerze, że dla mnie „Ghost Protocol” jest najlepszą częścią cyklu, która wywraca całą dotychczasową formułę do góry nogami. Sama intryga nadal jest pretekstowa dla tego typu kina, jednak realizacja jest pierwszorzędna. No i jest większy nacisk na relację, przez co zamiast „Tom Cruise ratuje świat” mamy „Tom Cruise z kolegami ratuje świat”. Niby drobiazg, ale zmienia wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Iniemamocni

Ktoś może zapytać, czy nadal jest miejsce dla superbohaterów? I nie chodzi mi o trzaskane wręcz taśmowo filmy od Marvela, ale w ogóle. Kiedyś ci goście ratowali świat, pomagali wyciągać koty z drzew czy wspierali policję w swoich akcjach. Wszystko jednak zmieniła biurokracja oraz procesy przeciw superbohaterom, którzy muszą się ukrywać i nie eksponować swoje moce. Taki los spotkał Boba Parra aka pana Iniemamocnego oraz jego żony Elastyny, a także ich dzieci. Zduszony, znudzony szarym życiem Bob nie potrafi się do końca w tym odnaleźć. Więc kiedy dostaje propozycję od tajemniczego zleceniodawcy, zgadza się wziąć udział.

iniemamocni11

Jak wiadomo, ze pojawia się Pixar, to musi być ogromny hit (przynajmniej komercyjny), choćby zamysł wydawał się karkołomny. Realizacji podjął się Brad Bird, wcześniej odpowiedzialny za „Stalowego giganta”. Niby jest to klasyczne kino akcji, gdzie obdarzenie nieprzeciętnymi mocami osoby robią to, co zawsze. Jednak koncepcja posiadana własnej rodziny posiadającej megamoce (elastyczność ciała, niewidzialność, wielka siła, niezwykła szybkość), która nie może się publicznie zaprezentować bardzo odświeża tą konwencję. I to rozdarcie między byciem sobą (superheros), a ukrywaniem się jako szary człowiek (pracownik ubezpieczeń) jest rozegrane bez cienia fałszu, przez co było łatwo mi się identyfikować z Iniemamocnym.

iniemamocni12

Sama intryga jest poprowadzona bardzo solidnie, gdzie nie brakuje kilku niespodzianek oraz zabawy konwencją (monologi łotra, opisującego swój plan, przygotowanie strojów czy problem z pelerynami), co dodaje pewnej lekkości. Ale nie jest to stricte komediowe dzieło, więc żartów jest troszkę malutko. Jednak same sceny akcji, wzięte z kina superhero czy filmów szpiegowskich, są zrobione bardzo dobrze, podkręcając tempo oraz odpowiednio podbijając stawkę. Zarówno akcje na wyspie, jak i finałowa potyczka z robotem, nadal robią wrażenie. Może i bywa troszkę przewidywalne, niemniej przyjemnie się bawiłem.

iniemamocni13

No i polski dubbing, który podtrzymuje wysoki poziom. Klasę potwierdza Piotr Fronczewski jako pan Iniemamocny, znakomicie oddając zarówno zaangażowanie podczas czynów, jak i klincz między tym, co było a rutyną dnia codziennego. W kontraście do niego jest Dorota Segda (Elastyna), będąca bardziej skłonna dostosować się do nowych warunków, jednocześnie tracąc swój zadziorny charakter. Ale pod wpływem pewnych wydarzeń, wraca do dawnego oblicza. Równie łotr z głosem Piotra Adamczyka (Bobby/Syndrome) pasuje bardzo dobrze, nie przekraczając granicy przerysowania. Ale szoł kradnie niejaka Edna, czyli projektantka strojów (niby niziutka, ale wyrazista) z głosem… Kory.

Zanim pójdziecie do kina na nowych „Iniemamocnych”, przypomnijcie sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Mimo prawie 15 lat na karku, superbohaterska rodzinka trzyma się mocno, trzyma za kark, siejąc ogromne spustoszenie. Czy teraz dadzą sobie radę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kraina jutra

Wyobraźcie sobie świat niezwykły, pełen magii oraz tak rozwiniętej technologii, w której wszystko jest możliwe. Zamieszkują go wynalazcy, naukowcy, wizjonerzy, a dobro człowieka jest najcenniejszą wartością. Taka jest Kraina Jutra, gdzie mieszkał niejaki Frank Walker. Mieszkał, bo został wygnany przez rządzącego okolicą Davida Nixa. Ale Frank musi wrócić, a to z powodu pewnej młodej dziewczyny – Casey Newton, które może odmienić świat.

kraina_jutra1

Brad Bird był mistrzem animacji, na czym poznał się Pixar. Jednak reżyser doszedł do wniosku, że animacja to za mało i 4 lata temu zadebiutował w fabule. „Mission: Impossible 4” było wielką niespodzianką i najlepszą częścią serii. Tutaj nie jest aż tak fajnie. Sama historia jest bardzo pogmatwana (zwłaszcza początek, gdzie mamy retrospekcję z życia Franka, by trafić do zbuntowanej Casey. Dziewczyna przypadkowo dostaje znaczek, pozwalający zobaczyć tytułową Krainę Jutra. Widzi ja tylko ona i znajduje się ona w świecie równoległym do naszego. Ale im dalej w las, tym bardziej logika szwankuje. Dlaczego tak działa ten znaczek? Czemu Casey została zwerbowana? I o co tak naprawdę tu chodzi? No i gdzie te 200 milionów baksów, które wydano? Nie wiadomo. Jest kilka widowiskowych ujęć (ucieczka z domu Franka czy lot z rakiety znajdującej się w… wieży Eiffla – wtf?), porywająca muzyka Michaela Giacchino, wyrastającego na następcę Johna Williamsa i nie brakuje akcji, jednak to wszystko zamotane, zaplątane i większość rzeczy trzeba przyjmować na wiarę. Sam wygład Krainy (przynajmniej na początku) jest imponujący, jednak pod koniec to jest zaledwie hangar podniszczony, a finał rozczarowuje.

kraina_jutra2

Bird próbował tak bardzo zaspokoić młodszych i starszych odbiorców, że wyszedł z tego misz masz. I ani George Clooney (dobry jak zwykle) ani Hugh Laurie (zmarnowano charyzmę tego aktora) nie są w stanie tego uratować. Dodatkowo jeszcze dostajemy koszmarny polski dubbing (pomysł, by Clooney i Laurie mówili głosami Żmijewskiego i Frycza jest słaby).

kraina_jutra3

Gdyby nie to mógłby być nawet dobry film, a wyszło zaledwie niezłe widowisko.

6/10

Radosław Ostrowski