Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.
Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.
Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.
I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.
Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.
6,5/10
Radosław Ostrowski













