Vera Cruz

Po zakończeniu wojny secesyjnej wielu byłych wojskowych oraz awanturników szukało nowego zajęcia. Czymś takim stał się udział w wojnie domowej w Meksyku. Bez względu na to, czy po stronie buntowników kierowanych przez Juareza czy wojsk cesarza Maksymiliana. Tak też jest z dwoma pozornie sprzecznymi bohaterami. Joe Erin to drobny cwaniak i awanturnik, prowadzący swoją bandę. Ben Trane to były pułkownik armii Południa, szukający okazji do zarobku. Mimo dość trudnych początków znajomości (zakup konia oraz niemal tragiczny pościg przed lansjerami cesarza), panowie łączą siły i dostają zadanie dostarczenia powozu z hrabiną Duvarre. Tylko, że konwój przewozi coś jeszcze cenniejszego – 3 miliony dolarów, za które cesarz chce kupić broń oraz najemników.

vera cruz1

Pozornie fabuła filmu Roberta Aldricha wydaje się czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy klasycznym westernem. Pozornie mamy walkę dwóch stron konfliktu, gdzie zostają wplątani dwaj bohaterowie. I to zderzenie dwóch postaw jest wręcz esencją tego filmu. Sama historia wydaje się prościutka, jednak reżyser robi wszystko, by uatrakcyjnić oraz komplikować całą intrygę. Nasi bohaterowie mają kolejne przeszkody do pokonania, a po drodze tworzą jakieś koalicje, podchody oraz podstępy. A przypominam, że jest to film z 1954 roku, kiedy jeszcze nie było spaghetti westernów. A wszystko okraszone jest ciętymi dialogami, pulsującą akcją oraz zaskakująco dynamiczny montaż.

vera cruz2

Ale realizacyjnie można się przyczepić do drobnej rzeczy – mianowicie zdjęć. I nie chodzi o to, że są brzydkie czy niechlujne. Film wykorzystywał technologii SuperScore. Polegała ona na tym, żeby tanim kosztem wyciągnąć z taśmy 35 mm obraz panoramiczny. Problemem jednak jest to, że po wywołaniu obraz był ziarnisty, nieostry i zgaszonymi kolorami. I to niestety widać nadal. Same strzelaniny są poprowadzone naprawdę dobrze, w czym pomaga montaż. Jest też trzymający w napięciu finałowy pojedynek. Oczywiście, że jeden na jeden.

vera cruz3

Ale najmocniejszym punktem jest tutaj skontrastowany duet Burt Lancaster/Gary Cooper. Ten pierwszy w czarnym stroju to cwaniak z szerokim uśmiechem oraz sprytem w oczach. Problem w tym, że jest skupiony na sobie, nieufny oraz ma szybkie ręce. Z kolei drugi jest elegancko ubranym dżentelmenem oraz manierami, ale jest tak samo sprytny, opanowany i nieufny. Docinki między tym duetem podnoszą całość na o wiele wyższy poziom. Choć drugi plan jest bardzo solidny (najbardziej wybija się lekko fircykowaty Cesar Romero w roli markiza de Labordere oraz pociągająca Sara Montiel jako złodziejka Nina), to dwaj protagoniści najbardziej zapadają w pamięć.

Muszę przyznać, że western Aldricha pozostaje kawałkiem przyjemnej rozrywki. Jednocześnie próbuje przełamać klasyczne motywy (podział między dobrem a złem zanika), co czyni całość odporniejszym na czas. Troszkę zapomniane, ale godne uwagi dzieło.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lista Adriana Messengera

Adrian Messenger jest bardzo uznanym i cenionym pisarzem brytyjskim. Pewnego dnia przed wyjazdem do USA prosi swojego przyjaciela, emerytowanego generała MI5 o sprawdzenie ludzi z listy. Wieczorem samolot, którym leci pisarz zostaje wysadzony w powietrze. Jedynym ocalałym jest francuski weteran ruchu oporu, Raoul Le Berg. Generał Gethryn postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w czym pomaga mu Francuz i okazuje się, że wszyscy z listy Messengera zginęli w dziwnych wypadkach.

adrian messenger1

John Huston sięgnął po utwór Philipa MacDonalda, tworząc coś w stylu mistrza Alfreda Hitchcocka (suspens, zagadka) oraz książek Agathy Christie (brytyjskie wyższe sfery). Film oparty jest na tajemnicy, która bardzo oszczędnie jest odkrywana przez naszego „detektywa”. Gethryn w wykonaniu George’a C. Scotta mógłby spokojnie być uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, wykorzystując dedukcję oraz zdolność szybkich kojarzeń. Sama realizacja przypomina staroświecki, elegancki kryminał, gdzie zbrodnie są pokazywane niejako poza ekranem, zaś antagonista jest ciągle o krok przed naszymi bohaterami. Do tego osadzenie w środowisku brytyjskiej arystokracji dodaje pewnego specyficznego klimatu.

adrian messenger2

I jest jeszcze jeden istotny myk, który sprawia, że film zostaje w pamięci: gościnne cameo wielkich gwiazd (m.in. Robert Mitchum, Frank Sinatra czy Burt Lancaster), które zostały tak ucharakteryzowane, iż nie ma możliwości ich rozpoznać od razu (dopiero w finale zostają zdjęte maski). Wyjątkiem od tej reguły jest Kirk Douglas, który jest tutaj głównym antagonistą, zaś jego zdolności kamuflażu są pokazane niemal od pierwszej sceny. Dla wielu może pewnym problemem być wyjaśnienie całej intrygi oraz motywacja naszego złola, która brzmi dość niepoważnie. Jakby wymagała ona zbyt dużo wysiłku do osiągnięcia swojego celu, ale można na to przymknąć oko. Tak samo na drobny portrecik arystokracji, która ciągle urządza polowania na lisa oraz gra w karty. Można się czepić drobnych niedoróbek (przywiązane linki do aktorów widoczne przy zbliżeniach podczas polowania na lisa), jednak zarówno zdjęcia, jak i scenografia czy jazzująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha z szybkim motywem fortepianowym są wysokiej jakości.

adrian messenger3

Huston dobrze się bawi w układanie całej intrygi, w czym pomaga mu obsada. Wspomniani już Scott i Douglas po prostu błyszczą, choć ten pierwszy wydaje się mieć o wiele więcej do roboty. Kirk nadal ma w sobie sporo uroku, który tutaj dodaje mu odrobinę demonicznego charakteru, pasując do przebiegłości jego postaci. Poza tym duetem warto wspomnieć o czarującej Danie Wynter (lady Bruttenholm) oraz Jacques Roux (pomagający w śledztwie Le Berg), dodając animuszu do całości.

adrian messenger4

„Lista” to jeden z lżejszych filmów w karierze Hustona, który nadal potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Mimo pewnej staroświeckości, a może dzięki niej, potrafi dostarczyć masę frajdy, jakiej rzadko się dzisiaj dostaje. Elegancka zabawa w tajemnicę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Nie do przebaczenia

Jesteśmy gdzieś na Dzikim Zachodzie, gdzie przebywa rodzina ranczerów Zacharych. Najstarszy syn Ben jest niejako głową rodziny po tym, jak ojciec zginął przez Indian i razem z sąsiadami prowadzi spółkę. Poza Benem jest jeszcze matka, dwóch braci oraz śliczna Rachel, która ma troszkę ciemniejszą karnację. Jednak te dobre relacje zostają popsute przez nieprzyjaznego Abe’a Kelseya, znającego dość mroczną tajemnicę.

nie_do_przebaczenia2

John Huston znowu wraca do westernu i próbuje opowiedzieć opowieść z rasizmem w tle. Jest powoli skrywana tajemnica rodzinna, która doprowadza do spięć między sąsiadami oraz Indianami. Problem jednak w tym, że ambicje reżysera zostały zderzone z wizją producentów, pragnących sukcesu komercyjnego. I niestety, te spięcia są bardzo widoczne, bo reżyser chce przyłożyć oraz pokazać siłę (negatywną) głęboko zakorzenionego rasizmu. Widmo rodzinnej tajemnicy powinno ciążyć oraz doprowadzić do większych konfliktów, co widać najmocniej na przykładzie Casha – brata nienawidzącego Indian. Gdyby mógł, to by ich chętnie wymordował, zaś sama myśl, iż jego siostra mogła być czerwonoskóra, doprowadza do szału. Tak samo zachowują się wspólnicy (rodzina Rawlinsów), jakby te kilka lat znajomości oraz przyjaźni nie miały żadnego znaczenia, były nic nie warte. Rozumiem, że mogło tu chodzi o pokazanie siły głęboko zakorzenionej nienawiści, tylko że brzmi to po prostu niedorzecznie.

nie_do_przebaczenia1

Tak samo portretowanie Indian jako tych złych, chociaż punkt wyjścia mógł być pole do dyskusji na temat przynależności rasowej. No bo Rachel na pierwszy rzut oka nie różni się od innych „białych” ludzi (może poza ciemniejszą karnacją, ale nie aż tak mocną) i jest wychowywana przez rodzinę jak swoja. Tu mogło być duże pole do pokazania pewnego wewnętrznego konfliktu kobiety. Ale ten wątek zostaje pogrzebany i stępiony, zaś jej przemiana (finałowa scena oblężenia) oraz niejako potwierdzenie swojej tożsamości to po prostu jakiś kiepski dowcip. A wszystko kończy się wręcz ostrą rzezią oraz zabijaniem Indian, bo jednak rodzina to rodzina i te więzy są silniejsze niż cokolwiek innego.

nie_do_przebaczenia3

Nawet aktorstwo jest tu dość nierówne. Ryzykownym pomysłem było obsadzenie Audrey Hepburn jako Rachel. Z jednej strony rozumiem ten chwyt: nazwisko miało skupić uwagę, a jednocześnie jej wygląd ma budzić jak najmniej podejrzeń w sprawie jej prawdziwego pochodzenia. Problem jednak w tym, że ten chwyt nie działa, zaś jej występ wydaje się średni. O wiele lepiej prezentuje się twardy niczym czołg Burt Lancaster, który ciągnie ten film na barkach aż do samego końca. Tak samo wyrazista jest legendarna Lillian Gish jako matka skrywająca tajemnicę oraz Joseph Wiseman w roli Kelseya.

„Nie do przebaczenia” miało spory potencjał na mocne, ostre kino piętnujące rasizm oraz nienawiść do innych. Ale po drodze Hustonowi stępiono pazury, dodano dość niekonsekwentny scenariusz i nierówne aktorstwo. Ciężko strawna mieszanka i jeden z najsłabszych filmów Amerykanina.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Weekend Ostermana

Punkt wyjścia wydaje się być prosty: co byście zrobili, gdyby wasi najbliżsi przyjaciele okazali się zdrajcami? Przychodzą do was ludzie z tajnych służb i proszą o pomoc. Taką propozycję właśnie dostał John Tanner – dziennikarz, specjalizujący się w demaskowaniu działań rządowych. Agent CIA, Lawrence Fassett, przekazuje rozmowy, z których wynika, iż jego najbliżsi przyjaciele są tajnymi agentami pracującymi dla tajemniczej organizacji Omega. Kumple (Osterman, Tremayne, Cardone) mają przyjechać na weekend, jak zawsze, jednak tym razem będzie inaczej.

weekend_ostermana1

Sam Peckinpah w trakcie realizacji tego filmu był już na końcu swojej drogi zwanej życiem. Od czasu „Konwoju” nie nakręcił niczego, a zdrowie jest mocno podniszczone przez alkohol oraz narkotyki. W końcu dostał propozycję przeniesienia na ekran powieści Roberta Ludluma. Jest to klasyczny szpiegowski thriller, w którym akcja toczy się bardzo spokojnie i bez fajerwerków. Wręcz jest za spokojnie, bo rozkręca się dość powolnie, wręcz w żółwim tempie. Bardzo powoli odkrywamy kolejne elementy układanki, gdzie nie do końca wiadomo, kto jest kim, kto ma jakie motywy działania. Komu bardziej zaufać, rządowi (i jego reprezentantom) czy może jednak swoim przyjaciołom? Zdrada, niedopowiedzenia, zmontowane materiały, manipulacja, atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, by ostatecznie odkryć prawdę. Tylko, że ani tej atmosfery, ani napięcia wynikającego z nieufności nie byłem w stanie poczuć.

weekend_ostermana2

Niby mamy tutaj kilka interesujących scen („prognoza pogody” czy znalezienie głowy psa w lodówce), ale samo wyjaśnienie intrygi wydawało mi się dziurawe, wręcz niedorzeczne. Bo w skrócie chodzi o wykorzystanie dziennikarza przez agenta do… zemsty na swoim szefie. Wszystkie materiały i dokumenty okazują się sfabrykowane, zmanipulowane. To, jak wykorzystywane są media, jest dla mnie najciekawszym wątkiem „Weekendu…”. Szkoda tylko, że ta intryga wydaje się zagmatwana oraz kompletnie nieprzekonująca.

Że jest to Peckinpah, najbardziej widać w scenach akcji z bardzo charakterystycznym dla niego wykorzystywaniem slow-motion oraz równoległego montażu. Problem jednak w tym, że nie zawsze to działa. Podczas sceny porwania rodziny Tannera oraz jego pościgowi, realizacja jest bardzo chaotyczna (powoli opadający glina na motorze, rozbity pojazd są ważniejsze niż dwa główne wozy), choć wyjątkiem jest finałowa konfrontacja w domu, gdzie dochodzi do strzelaniny (aczkolwiek tu też nie wszystko jest czytelne).

weekend_ostermana3

Udało się zebrać dość utalentowaną obsadę, jednak nie zostaje w pełni wykorzystana. Najbardziej błyszczą tutaj dwie kreacje, czyli Rutger Hauer oraz John Hurt. Pierwszy wciela się w dziennikarza Tannera, którego dociekliwość robi wielkie wrażenie. Jednocześnie widać w jego oczach rozchwianie oraz konflikt, pełne sprzecznych emocji. Z kolei Hurt w roli agenta Fassetta do samego końca zachowuje spokój i opanowanie, chociaż jego przeszłość pokazuje pewien tragizm tej postaci. Poza nimi są tutaj m.in. Dennis Hopper (Richard Tremayne), Burt Lancaster (Maxwell Denworth) czy Craig T. Nelson (Bernie Osterman), których obecność wywołuje czasem frajdę.

„Weekend Ostermana” miał się okazać pożegnaniem Peckinpaha z X Muzą i nie spełniła oczekiwań związanych z wielkim powrotem mistrza. Historia kompletnie nie wciąga, aktorzy zazwyczaj nie mają zbyt wiele do roboty, a realizacja wręcz miejscami odrzuca. Broni się jedynie przekaz o manipulacyjnej roli mediów, które są bronią obosieczną. Ale to za mało, by uznać film za udany.

5/10

Radosław Ostrowski

Wyspa doktora Moreau

Zabawy w Boga zawsze są niebezpieczne, ale podobno bez takich rzeczy, nauka by się nie rozwinęła. O tym już ostrzegał uważany za jednego z prekursorów literatury SF, Herbert George Wells w głośnej powieści „Wyspa doktora Moreau”. Powieść był trzykrotnie przenoszona na ekran kinowy, chociaż najbardziej pamięta się nieudany paździerz od Johna Frankenheimera z Marlonem Brando w roli głównej. Zamiast tego przypomnę zapomnianą ekranizację sprzed 40 lat.

wyspa_dr_moreau1

Jest początek XX wieku, gdzieś na oceanie dochodzi do rozbicia statku. Dwóch mężczyzn przez wiele, wiele dni płynie kompletnie na pustkowiu. Aż wreszcie trafiają na pięknie wyglądającą wyspę, ale przeżył tylko jeden rozbitek – Andrew Braddock. Zmęczenie oraz głód doprowadził do wyczerpania. Kiedy się budzi jest w łóżku i poznaje tajemniczego dr Moreau – eleganckiego, opanowanego dżentelmena, który przeprowadza bardzo zaskakujące badania.

wyspa_dr_moreau2

I muszę przyznać, że reżyser Don Taylor bardzo sprawnie prowadzi całą opowieść, stopniowo odkrywając kolejne elementy układanki. Sam Moreau sprawia wrażenie takiego stoika, którego nie jest w stanie nic wywrócić z równowagi. Jednak jego pytania o człowieka podczas kolacji, powinny dać do myślenia. Gdy w końcu poznajemy jego badania, wtedy można naprawdę zacząć się bać i dostrzec wielkie szaleństwo. Próba uczynienia ze zwierząt ludzi, tworzenie praw, niebezpieczna zabawa genetyczna – to miało wywołać przerażenie, a lokalizacja w zamkniętej wyspie otoczonej dżunglą, jeszcze bardziej potęguje poczucie zaszczucia oraz alienacji.

wyspa_dr_moreau3

Wszystko toczy się bardzo powoli, co może działać bardzo usypiająco, w czym nawet nie pomaga mocno wybijająca się muzyka. Także zdjęcia robią dobre wrażenie, przez co nieźle wytrzymuje próbę czasu. Wszystko jednak kończy się brutalnie i krwawo, czyli tak jak oczekiwałem. Wiadomo było, ze takie eksperymenty muszą skończyć się porażką, a pytania o bycie człowiekiem, bycie twórcą nadal mają siłę. Jedyne, co zdradzę wrażenie, to charakteryzacja, która mocno się zestarzała. Także poczucie grozy powoli zaczyna opadać aż do finału.

wyspa_dr_moreau4

Co się broni poza solidną realizacją? Dobre aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na świetnego Burta Lancastera w roli tytułowej. Moreau z jednej strony fascynuje i wydaje się opanowany, ale tak naprawdę kryje się w nim bezwzględny tyran oraz większe monstrum niż wszystkie te zmieszane Zwierzoludzie. W kontraście do niego jest Michael York jako ten bardziej ludzki, zagubiony Braddock. I obaj panowie dają wiele z siebie.

Choć nie jest to dzieło pozbawione wad, „Wyspa doktora Moreau” jest przykładem solidnej adaptacji, lekko nadgryzionej zębem czasu. Może nie będzie mocno straszył, ale zadaje wiele poważnych pytań etycznych oraz dotyczących człowieczeństwa. Więc nadal jest siła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wiek XX

Akcja tego epickiego fresku zaczyna się w roku 1901, gdzie na wsi żyły dwa rody – panów (Berlinghieri) i chłopów (Dalco). Otóż w obydwu tych rodzinach, tego samego dnia rodzą się chłopcy, Alfredo i Olmo. Jako dzieci zaczynają spędzać ze sobą wiele czasu, jednak jako dorośli ludzie muszą wejść w narzucone im role społeczne – Pana i chłopa.

wiek_XX_1

Bernardo Bertolucci bardzo zaskakuje, gdyż tym razem zrobił film historyczny z niespotykanym w swoim dorobku rozmachem, przedstawiając pierwszą połowę XX wieku we Włoszech. Opowiada to z perspektywy klas społecznych oraz ich konfrontacji – arystokratów, ziemian i bogatych (Panów), co posiadają ogromne połacie ziemi, zajmując się rozrywką, sztuką czy nic nie robieniem oraz chłopów, pracujących dla dobrobytu swoich Panów. Po drodze dostajemy różne perturbacje – miłość, seks, zdrada, ucieczka, zbrodnia, I wojna światowa, kryzys gospodarczy, władza faszystowska, II wojna światowa. Historia wchodzi w życie naszych bohaterów z buciorami, nie pytając się o nic, wypluwając wszystkich dookoła. Mimo tego, że film trwa 5 godzin i jest rozbita na dwie części, historia wciąga, angażując do samego finału, jakim spotyka każdego człowieka.

wiek_XX_2

Reżyser bardzo wnikliwie obserwuje rzeczywistość, w czym pomaga mu kamera Vittorio Storaro. Z jednej strony jest to bardzo plastyczna, z pięknymi plenerami, ale z drugiej strony bardzo precyzyjnie odtwarza realia epoki. Znajomość realiów wynika ze wspomnień samego reżysera, który spędził swoją młodość na wsi. Dlatego skupiony jest na detalach, które dla wielu mogą one zszokować – wyjmowanie wnętrzności ze świni, bezpardonowy seks czy atak za pomocą… końskiego łajna, prosto z – domyślcie się. To naturalistyczne podejście działa tutaj na plus, chociaż co wrażliwszych może odstraszyć.

wiek_XX_3

Dzięki takim drobiazgów film staje się portretem czasów odchodzących w zapomnienie, na co ma wpływ zarówno postęp techniczny, jak i konfrontacja klasowa. I jeśli coś może drażnić w tym film, to pewna stronniczość Bertolucciego. Niby opowieść dotyczy dwóch klas, ale tak naprawdę reżyser opowiada się tylko po jednej stronie – chłopów i socjalizmu. Mimo tego, „Wiek XX” ogląda się znakomicie, nie przynudza i ma jedyny w swoim rodzaju klimat.

wiek_XX_4

Ten ambitny projekt epoki, nie udałby się, gdyby Bertolucci precyzyjnie nie zrealizował swojej wizji, ale też dzięki zaproszonym aktorom, którzy mówią tylko po włosku. A że niektórzy robią to nieswoim głosem, to już inna kwestia. Klasę potwierdza Robert De Niro, nie schodzący poniżej swojego poziomu jako pan Alfredo, próbujący zmierzyć się ze swoimi czasami, ale popełniający wady całej klasy społecznej – egoizmu, skupianiu się na przyjemnościach oraz trudnej relacji z poznaną żona Adą (kapitalna Dominique Sanda). Znacznie lepszy jest Gerard Depardieu w roli chłoporobotnika Olmo – upartego, twardego, charyzmatycznego wyznawcę socjalizmu, który pozostaje do końca człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko nośnikiem idei. Ale w pamięci najbardziej utkwił groźny Donald Sutherland. Już wtedy Kanadyjczyk miał wszelkie predyspozycje do grania psychopatów. Jego Attila – faszysta, chcący samemu zostać Panem to odrażający typ, symbolizujący władzę Mussoliniego, tzn. bezwzględną, zwyrodniałą i krwawą, nie liczącą się z nikim oraz niczym.

wiek_XX_5

Trudno odmówić Bertolucciemu ambicji oraz rozmachu, by stworzyć taki historyczny fresk – fresk ludu. Po prostu wielkie kino i – na chwilę obecną – najlepszy film Włocha.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Stąd do wieczności

Rok 1941, Hawaje. Jeszcze Amerykanie nie uczestniczą w wojnie. Do jednostki zgłasza się szeregowy Robert Prewitt. Mężczyzna kiedyś był dobrym bokserem i dowódca jednostki chce go zmusić do udziału w turnieju bokserskim. Mężczyzna się nie zgadza i dlatego jest szykanowany przez resztę kompanii.

wiecznosc2

Fred Zinnemann najbardziej znany jest głównie dzięki westernowi „W samo południe” czy thrillerowi „Dzień szakala”, jednak adaptacja powieści Jamesa Jonesa przyniosła mu rozgłos i sławę. Tutaj jednak mamy mieszankę melodramatu, dramat i filmu wojennego (choć sama wojna pojawia się dopiero pod koniec). To też pierwsza produkcja dość negatywnie pokazująca wojsko – miejsce, gdzie niepokornych próbuje się złamać na kilka sposób – kary, dyżury poza kolejnością, prace w kuchni, rzadkie wydawanie przepustek. „Tu nie liczy się jednostka. To jest gra zespołowa. Jednak nawet w tym świecie obowiązuje dyscyplina, regulamin, a nawet coś, co można nazwać przyjaźnią. A jeśli pojawi się kobieta? Cóż, wtedy robi się trudniej, a miejsca na miłość po prostu nie ma, jest z góry skazana na przegraną. Naprawdę gorzki film, ale mimo upływu lat nadal poruszający. Realizacja robi wrażenie, od pracy kamery, wyrazistych bohaterów przez trochę melodramatyczną muzykę aż po bardzo dobre dialogi. Wyszedł z tego elegancki, ale gorzki film.

wiecznosc1

W dodatku całość zagrana jest na naprawdę wysokim poziomie. Montgomery Clift jako niepokorny szeregowy jest po prostu znakomity. Ten facet próbuje być wierny swoim zasadom, co nie podoba się jego kolegom oraz dowódcy. Silny charakter, który mimo wszystkiego jest lojalny wobec armii. Drugą taką silną postacią jest sierżant Warden (świetny Burt Lancaster), który tak naprawdę trzyma wszystko w garści i sprawia wrażenie obojętnego faceta, nie pozwala sobie na emocje i gardzi oficerami. Ale kiedy wplątuje się w romans z żoną dowódcy, wszystko się komplikuje. No i trzeci do pary, czyli szeregowy Maggio (Frank Sinatra) – dowcipny, lekko szarmancki luzak jako jedyny wspierający Previtta. Wnosi on odrobinkę humoru, choć cierpkiego. No i jeszcze są dwie panie: Deborah Kerr (znudzona Karen Holmes) oraz Donna Reed (Alma „Lorene” Burke – marząca o wyrwaniu się dziewczyna z klubu) – obie piękne i pełnokrwiste.

Zinnemann pozostał w formie, tworząc jeden z najbardziej poruszających filmów w historii kina. Bardzo życiowe to dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski