Tyler Rake: Ocalenie

Tytułowy bohater to bardzo dobrze wyszkolony australijski najemnik. Bez rodziny, żyjący od zlecenia do zlecenia, bez perspektywy i stabilizacji. Teraz dostaje kolejne zadanie, które wydaje się proste: odbicie syna szefa hinduskiego kartelu narkotykowego. Został on porwany przez konkurenta z Bangladeszu, który trzyma w garści lokalne wojsko oraz policję. Łatwo nie będzie.

tyler rake1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić wysokobudżetowy, efektowny film akcji. Nie szczędzą pieniędzy I ściągnęli do pomocy samych braci Russo. Niestety, ograniczyli się do roli producentów (także napisali komiksowy pierwowzór, na podstawie którego powstał ten film), a za kamerą stanął współpracujący z nimi kaskader Sam Hargrave. Po sukcesach “Johna Wicka” i “Atomic Blonde” ten trend nie powinien zaskakiwać, bo kto lepiej kuma kino akcji. Więc powiem to od razu: “Tyler Rake” to klasyczny akcyjniak ze schematyczną fabułą, ale pełen adrenaliny oraz kopa. Koncepcja jest prosta, znana choćby z “Człowieka w ogniu”, czyli jednoosobowa armia z mroczną, traumatyczną przeszłością, musi dojść z punktu A do punktu B. Ale droga nie może być łatwa i prosta, bo przeciwnik ma przewagę liczebną, zna lepiej teren, zaś Tyler jest tylko gościem na tej imprezie. A co będziemy mieli po drodze? Standardowy zestaw, czyli pościgi, krew, bluzgi, mordobicie oraz świszczące w każdym kierunku strzały. Bez żadnych głębszych prób psychologizowania postaci (to akurat wychodzi najsłabiej) czy poważnego spojrzenia na Indie czy Bangladesz.

tyler rake2

Liczy się za to akcja, a ta jest zrealizowana wręcz pierwszorzędnie. Najbardziej pamięta się ponad 10-minutowa scena pościgu oraz strzelaniny zrobiona w jednym ujęciu. Kamera dosłownie pędzi z bohaterami, każdy cios i strzał jest widoczny, czytelny oraz świetnie zrealizowany. Sama choreografia oraz kaskaderka stoi na wysokim poziomie, podnosząc adrenalinę niemal do ściany. I nie ważne czy mówimy o scenie wyciągnięcia chłopaka przez Rake’a z kryjówki, bójki z dawnym znajomym czy finałową strzelaninę na moście. To podnosi całość na troszkę wyższy poziom.

tyler rake3

Jeśli jednak chciałbym się do czegoś przyczepić, to do zbyt płytkiego zarysowania tła. Właściwie poza Rake’m oraz odbijanym przez niego chłopakiem, nikogo nie poznajemy zbyt dobrze. Reszta ekipy najemników (w tym szefowa Nik Khan) pełni role dodatku albo mięsa armatniego, antagoniści wydają się papierowi i nudni, zaś protagonista to “biały zbawca świata” o aparycji Chrisa Hemswortha (świetnie pasującego do tej roli).

Niemniej muszę przyznać, że jako bezpretensjonalna rozpierducha do obejrzenia z kumplami przy piwku “Tyler Rake” sprawdza się bez zarzutu. Pewnie po obejrzeniu od razu zapomnimy (może poza mastershotem), jednak czas przy nim spędzony nie jest stracony. Coś czuję, że będzie ciąg dalszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Źle się dzieje w El Royale

Czym jest tytułowe El Royale? Jest to motel, znajdujący się na granicy Kalifornii i Nevady, gdzie nawet środek hotelu przechodzi przez granicy. Gdy trafiamy do niego, jest już po sezonie, gdzie wszystko jest niemal puste. Poza chłopcem hotelowym nikogo nie ma. Ale właśnie tutaj pojawia się grupa postaci: czarnoskóra wokalistka, sprzedawca odkurzaczy, stary ksiądz oraz hipiska. El Royale ma być jedynie przystankiem w dalszej drodze, ale burza oraz tajemnice związane z bohaterami komplikują sytuację.

el royale1

Drew Goddard już w swoim debiutanckim „Domie w głębi lasu” pokazywał zapędy ku postmodernistycznej zabawie z gatunkami. Nie inaczej jest ze „Źle się dzieje…”, jednak zamiast horroru mamy pulpowy kryminał a’la Tarantino. Inspiracja twórczością „Pulp Fiction” jest czytelna aż nadto: od wykorzystania retrospekcji przez dialogi aż po wykorzystaną muzykę. Całość osadzona jest w latach 70., za czasów prezydenta Nixona, zaś sam hotel wygląda bardzo zjawiskowo. Więcej z fabuły zdradzić nie mogę, bo całość ma tyle wolt, zaskoczeń i niespodzianek, że zdradzenie ich byłoby psuciem satysfakcji z odkrywania kolejnych elementów układanki. Bo nie wszyscy są tym, za kogo się podają, a i sam hotel też ma inne cele niż zaspokajanie potrzeb klientów. Już pierwsza scena sugeruje, że sprawa ma drugie dno, ale po drodze zdarzy się wiele: porwanie, kradzież pieniędzy, sekta, taśma, zawiązywanie koalicji oraz układów.

el royale2

I przez większość czasu, gdy okrywamy kolejne fragmenty z życia bohaterów (mających dwie twarze), reżyser uatrakcyjnia całą historię. Kolejne retrospekcje, wydarzenia ukazane z innej perspektywy, długie ujęcia oraz chwytliwa muzyka z epoki. Problem jednak w tym, że z odkrywaniem kolejnych kart, film zaczyna tracić swoją siłę oraz zainteresowanie. Parę scen można było spokojnie wyciąć (retrospekcja związana z przywódcą sekty), pewne repetycje, zaś kilku rzeczy zacząłem się domyślać po kilku pierwszych minutach i nie wywołały we mnie takiego zaskoczenia. Czuć tutaj granie znaczonymi kartami oraz poczucie deja vu. I nie wszystkie postaci dostają tle czasu, by troszkę bliżej je poznać.

el royale3

Goddardowi udaje się utrzymać napięcie oraz ciągłego oczekiwania na to, jak się to wszystko skończy. I zebrał do tego znakomitych aktorów, choć nie wszyscy są wykorzystani do końca (zwłaszcza Jon Hamm oraz Nick Offerman). Klasę potwierdza Jeff Bridges jako mający objawy demencji duchowny, który jest kimś więcej niż się wydaje. Zaskakuje za to Chris Hemsworth jako pociągający, lecz psychopatyczny Billy Lee. Dla mnie jednak odkryciem była Cynthia Erivo w roli Darlene Sweet – czarnoskórej wokalistki, która z powodu koloru skóry jest traktowany w branży jak śmieć, a jej głos jest zwyczajnie cudowny.

Najnowsze dziecko Goddarda mocno pachnie pulpowymi kryminałami, choć sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Nie mniej jest to intrygujące, sprawnie wykonane kino ze świetną obsadą oraz (przez sporą część) wciągającą fabułą.

7/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry. 

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

W samym sercu morza

Rok 1850. Mały znany pisarz Herman Melville przybywa do Nantuckett, by porozmawiać z Thomasem Nickersonem – ostatnim żyjącym członkiem statku Essex. Za sporą zapłatę chce usłyszeć skrywaną historię tego okrętu oraz tego, jak został (co nie jest oficjalną wersją) zniszczony przez kaszalota. Nickerson początkowo się waha, ale za namową żony zgadza się opowiedzieć prawdziwą historię, a kluczowymi dramatis paersone będą kapitan George Pollard i jego pierwszy oficer Owen Chase. Historia ta posłuży potem pisarzowi do napisania „Moby Dicka”.

w_samym_sercu_morza2

Ron Howard to jeden z najlepszych rzemieślników zza Wielkiej Wody, więc byłem pewny, że zrealizowanie kina marynistycznego nie powinno sprawiać żadnego problemu. Wszak jest tylu spragnionych morskich opowieści, więc zapotrzebowanie nie było problemem. Jednak to, co wydawało się na papierze i w zwiastunie interesujące, tak naprawdę nie zagrało. Zgrabne retrospekcje i powolne odkrywanie tajemnicy intryguje, jednak środkowa część związana z zatonięciem okrętu oraz survivalem wśród pustego morza wywołuje znużenie. Wynika to pośrednio z faktu, że brakuje (poza Pollardem i Chasem) wyrazistych bohaterów, którym można kibicować i przejąć się ich losem. Nawet Nickerson, który jest narratorem całej opowieści, sprawia wrażenie balastu (chodzi o jego młodsze wcielenie).

w_samym_sercu_morza3

Reżyser próbuje grać też na konflikcie między dowódcą a oficerem. Chase jest bardzo doświadczonym marynarzem, jednak ze względu na swoje chłopskie pochodzenie (oraz brak koneksji) nie może dowodzić okrętem, z kolei kapitan Pollard jest zwykłym żółtodziobem ze znajomościami. I na początku rzeczywiście są iskry, jednak z powodu wielkiego, białego zagrożenia panowie muszą zawiesić spór, pojawiający się raptem w 2-3 scenach. Nawet pewne filozoficzne rozważania, co do wydarzeń jako kary za chciwość, zostaje ledwie muśnięte.

w_samym_sercu_morza4

Najciekawiej robi się wtedy, gdy pojawia się tajemnicza biała bestia, zwana kaszalotem. Howard, niczym Spielberg w „Szczękach” stopniowo buduje suspens, nie pokazując monstrum w całej swojej okazałości, przynajmniej na początku. Kaszalot działający z nieposkromioną siłą i niemal ludzką żądzą destrukcji, robi imponujące wrażenie. Można go interpretować jako symbol nieujarzmionej przez człowieka siły natury, jak i starotestamentowego Boga – surowego, brutalnego, karzącego za zaślepienie profitami. To starcie jest znakomicie sfotografowane i zmontowane, prezentując się najciekawiej z całego filmu.

w_samym_sercu_morza1

Z aktorskiej strony najlepiej prezentuje się Chris Hemsworth oraz Benjamin Walker w rolach Chase’a i Pollarda. Obydwaj są dumny, twardzi i mają inne podejście w sprawach marynistycznych, ale obaj dążą do tego samego celu – napełnienia beczek olejem wielorybów. Poza tym duetem najbardziej zapamiętałem Brendana Gleesona jako starsze wcielenie Nickersona, który z bólem opowiada tą mroczną historię. Poza nimi reszta jest mało wyrazista i nie rzucająca się w oczy.

„W samym sercu morza” mogło być jednym z najciekawszych filmów dziejących się na morzach i oceanach, ale tak naprawdę jest zmarnowanym potencjałem, broniącym się tylko pod względem rozmachu oraz inscenizacji związanych z atakami kaszalota. To za mało, by mówić o dobrym filmie, a Howarda zwyczajnie stać na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Haker

W chińskiej elektrowni dochodzi do eksplozji jednego z silników chłodzących, a następnego dnia na giełdzie gwałtownie rosną ceny soi. Policja ustala, że był to atak hakerski. Chińskie służby specjalne, a dokładnie kapitan Chen Dawai proponuje współpracę z amerykańskim wywiadem, który mógłby pomoc. Zostaje zwolniony haker Nicholas Hathaway, który był konstruktorem kodu wykorzystanego przez hakera.

haker1

Michael Mann zawsze był gwarantem dobrego kina sensacyjnego, który łączył względny realizm z widowiskowością. Tutaj niby jest podobnie, ale nie do końca. Z jednej strony intryga jest solidnie i powoli budowana, gdzie karty i kolejne elementy układanki pokazywane stopniowo. Nie brakuje tu realistycznie ukazanych strzelanin, wybuchów i pościgów – akcja przenosi się z jednego miejsca w drugie (od Los Angeles przez Hongkong do Dżakarty). Problem jednak w tym, że postacie są mało interesujące i specjalnie nie interesuje ich los – niemal zbudowane na kliszach i schematach. Hathaway to napakowany mięśniak z genialnym umysłem, agenci ze strony USA i Chin to tylko wsparcie, a siostra kapitana chińskiego wywiadu służy jako element niepotrzebnego wątku miłosnego. Nawet czarny charakter wydaje się mało wyrazisty i ograniczony do robienia złych min. Ale to chyba wynika z czasów, gdzie dominuje przede wszystkim forsa i tylko ona się liczy, a brak ambicji jest w cenie.

haker2

Wizualnie to jest kino Manna. Klimat jest tutaj stawiany za pomocą „brudnych” zdjęć (pojawia się też kamera cyfrowa) oraz zbliżeń na twarze bohaterów. To jednak nie jest w stanie ukryć ani schematycznych klisz ani mielizn scenariusza. Szkoda tak naprawdę aktorów grających w tym filmie, bo była szansa na zbudowanie wyrazistych postaci. Ani Chris Hemsworth (Hathaway), ani partnerujący mu Viola Davis (agentka Carol Barrett) i duet Leehom Wang/Wei Tang nie są w stanie wybronić tych postaci.

haker3

Niestety, ale „Haker” to jednak porażka Manna, który nie jest pozbawiony ambicji (zagrożenia współczesnego świata, gdzie wystarczy komputer do wykonania poważnych szkód), ale kompletnie tego nie widać. Sam styl nie jest w stanie się obronić bez solidnej podstawy, jaką jest scenariusz. Po takim reżyserze należało spodziewać się czegoś więcej.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wyścig

Formuła 1 w naszym kraju stała się popularna odkąd uczestniczył w niej Robert Kubica. Choć już nie bierze w niej udziału, wyścigi nadal cieszą się spora oglądalnością. Ten elitarny sport motoryzacyjny miał swoje legendy jak Jackie Stewart, Ayrton Senna, Alain Prost czy Michael Schumacher. Ale w sezonie 1976 liczyło się tylko dwóch kierowców: Brytyjczyk James Hunt i Austriak Niki Lauda. O tej rywalizacji i walce opowiada film „Wyścig”.

wyscig1

Cała opowieść zaczyna się w sierpniu 1976 roku podczas wyścigu GP Niemiec, a potem cofamy się aż do roku 1970, gdzie główni antagoniści rywalizowali między sobą w Formule 3. Ale reżyser skupia się przede wszystkim na sezonie 1976, gdzie szala zwycięstwa przechylała się a to w stronę Hunta, a to Laudy. Ron Howard bardzo dokładnie i wnikliwie pokazuje starcie dwóch silnych osobowości, których różniło wszystko poza talentem i szybkością. Nie ma tu prostego, czarno-białego podziału, a portrety psychologiczne bohaterów są naprawdę wnikliwe, w czym pomaga naprawdę znakomity scenariusz Petera Morgana. W dodatku bardzo wiarygodnie odtworzono realia lat 70. (kostiumy, scenografia, wygląd bolidów – tak samo wiernie dokonał tego Howard w filmie „Frost/Nixon”, ale także praca kamery) – czasów dobrej zabawy, ale i bardzo niebezpiecznego sportu. Wtedy bolidy były bardzo niebezpieczne, a śmierć w trakcie wyścigu zdarzała się dość często (nie to, co teraz), jednak żądza adrenaliny i rywalizacji pozostała taka sama. Zaś sceny wyścigów (niewiele ich, ale i nie one są tak naprawdę najważniejsze) wyglądają po prostu rewelacyjnie zaczynając od pracy kamery (mocno stonowana kolorystyka, przywiązanie do detali) przez intensywny montaż aż po DŹWIĘK silników, które brzmią jak muzyka. To jest tak zgrane, ze ta adrenalina zaczęła się mi udzielać.

wyscig2

To wszystko nie byłoby w połowie nawet tak dobre, gdyby nie aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie. Niespodzianką okazał się Chris Hemsworth (znany głównie z roli Thora, która mu dała przydomek „Człowiek Młot”), który bardzo sugestywnie gra człowieka balansującego na krawędzi, odważnie ryzykującego i przede wszystkim czerpiącego z życia garściami (alkohol, kobiety). Jest bezczelny, ma niewyparzoną gębę, ale nie zawsze radzi sobie z presją (scena, gdy na konferencji prasowej pod stołem nerwowo bawi się zapalniczką). Ale kompletnym objawieniem okazał się kapitalny Daniel Bruhl. Lauda jest przeciwieństwem imprezowego Hunta – bardziej wyciszony, chłodno myślący, konsekwentnie dążący do celu (mimo tragicznego wypadku Lauda wraca na tor po zaledwie sześciu tygodniach), ale jednocześnie zarozumiały i nie nawiązujący dobrych relacji z innymi. Facet kradnie ten film i tworzy prawdopodobnie rolę swojego życia. Obaj bohaterowie, choć nie przepadają za sobą, zaczynają się szanować, a nawet przyjaźnią się (to pod koniec). W dodatku mają równie interesujące partnerki (wyrozumiała Olivia Wilde oraz mądra Alexandra Maria Lara), zaś drugi plan w zasadzie robi tu tylko za tło.

wyscig3

Początkowo „Wyścig” miał nakręcić Paul Greengrass, zaś Ron Howard był zainteresowany „Kapitanem Phillipsem”. Na szczęście, panowie pozamieniali się miejscami. I moim zdaniem dobrze się stało, bo Ron Howard nakręcił swoje opus magnum. Nie tylko dla miłośników sportu i wyścigów.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski