Fargo – seria 1

Miasteczko Bemidji, stan Minnesota, rok 2006. Właśnie tam mieszka niejaki Lester Nygaard – zwykły sprzedawca ubezpieczeń, taki typowy nikt. Żona nim pomiata, nie znosi swojej pracy i nikt go nie szanuje. Drobna bójka miedzy nim a Samem Hessem umieszcza naszego bohatera w szpitalu, gdzie poznaje tajemniczego Lorne Malvo, który postanawia zabić Hessa. To zdarzenie i zabicie przez Lestera swojej żony wywołują spiralę zdarzeń, która może skończyć się tylko w krwawy i brutalny sposób.

fargo3

Przenoszenie kinowych fabuł na mały ekran nie jest niczym nowym. Po „Bates Motel” („Psychoza”) i „Hannibalu” (seria filmów o dr Lecterze), tym razem przyszła pora na „Fargo” braci Coen. Twórcy kinowego oryginału sa producentami serialu stworzonego przez Noah Hawleya. Inny czas, inni (ale podobni) bohaterowie, ale śnieg taki sam. Oraz poczucie humoru też. Znów mamy zbrodnię, tym razem przypadkową, niebezpiecznego psychopatę, który jest w stanie zrobić wszystko i parę wątków pobocznych, które później odegrają istotną rolę oraz parę odniesień do filmu. Wreszcie poznamy odpowiedź na pytanie, co się stało z walizką pełną kasy zakopaną przez Carla Showaltera. Intryga powoli się rozwija, Malvo dokonuje spustoszenia, a wszędzie gdzie się pojawia, leje się krew. Nie brakuje tutaj absurdalnego humoru (przypowieść o facecie, który oddał wszystko i siebie, by naprawić świat czy deszcz… ryb), krwawej jatki i zła – zaraźliwego, nieogarniętego, wspieranego przez głupotę i lenistwo.

fargo1

Technicznie jest to świetna robota, pachnąca Coenami po całości – od muzyki przez świetne dialogi po montaż i zdjęcia. Wszystko to ma swój powolny rytm, ale kiedy dochodzi do gwałtownej sytuacji, nagle napięcie rośnie, choć realizm i groteska idą sobie ręka w rękę. A zdarzyć się tu może praktycznie wszystko, a finał, w którym pozornie siły dobra wygrały nad złem jest tylko pokazem, że ostatecznie wygrywa… codzienność. Jednak kilka scen jest genialnych (Lorne mordujący cała mafię z Fargo… sam czy strzelanina w windzie).

fargo2

A całość jest tutaj także fantastycznie zagrana. Pozornie bohaterem jest Lester grany przez niezawodnego Martina Freemana. Na początku to niepozorny, wystraszony i zakompleksiony facet, który jednak powoli zaczyna zmieniać się. Na gorsze. Staje się bezwzględnym i obłudnym draniem, który nie zawaha się wrobić swojego brata oraz nabiera większej pewności siebie. Ale można być pewnym, że prędzej czy później dosięgnie go kara. Serialowym odpowiednikiem ciężarnej Marge jest tutaj Molly Solverson (świetna Allison Tolman), która jest dociekliwa, pewna siebie i uparcie zbierająca dowody, ale jej szef, niejaki Bill Olson (Bob Odenkerk, czyli Saul Goodman) to tępy i naiwny idiota. Molly jest przy tym bardzo ciepłą osóbką. Z innych postaci warto zwrócić uwagę na Gusa Grimly’ego (ciapowaty Colin Hanks) oraz duet morderców Wrench/Numbers, czyli głuchoniemy i jego tłumacz (Adam Goldberg i Russell Harland).

fargo4

Osobny akapit należy się jednemu facetowi, czyli Lorne Malvo. Psychopatów było na ekranie wielu, ale żaden nie miał takiej charyzmy jak Billy Bob Thornton. Kim jest ten facet? Do końca nie wiemy, poza tym, ze rozwiązuje problemy i pakuje innych w tarapaty. Jeśli trzeba wykryć szantażystę, to dlaczego samemu nie szantażować? Z każdej sytuacji potrafi wyjść cało i potrafi przejrzeć przeciwnika w mgnieniu oka. Ta postać trochę mi kojarzyła się z Antonem Chigurchem z „To nie jest kraj dla starych ludzi” (na poły realna, na poły demoniczna, wręcz nadludzka). Tylko ta fryzura jakaś taka słaba.

fargo5

Serial pojawił się znikąd, niewielu w niego wierzyło (ja na pewno nie wierzyłem), a okazał się (obok „Detektywa”) najciekawsza premierą tego sezonu i tego roku. Jak to słusznie stwierdził: „najlepsza produkcja braci Coen nie nakręcona przez braci Coen”. Chyba skończy się na jednej serii, bo to spójna i zwarta historia była.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kłopoty z Harrym

Małe miasteczko Vermont gdzieś w czasie jesieni. Właśnie tam pojawia się Harry, a dokładniej jego zwłoki. Najpierw przez małego Arniego i jego matkę Jennifer Rogers, potem kapitana Wilesa, wreszcie malarza Sama Marlowe’a. Przynajmniej dwie osoby z tego grona będą czuły się odpowiedzialne za śmierć Harry’ego, co wywoła pewne komplikacje w dość spokojnym miasteczku.

harry_klopoty1

Hitchcock i komedia? Brzmi to dziwnie, ale była już jedna udana próba („Pan i pani Smith”), jednak tym razem mamy zwłoki w roli głównej oraz tajemnicę jego zgonu (naprawdę zaskakującą). Dialogi niepozbawione humoru (odrobinkę czarnego), intryga pozornie prosta komplikuje się, zaś relacje między bohaterami są w dużej części spowodowane… przez truposza. Inaczej nie zeszliby ku sobie malarz i wdowa po zmarłym, a były kapitan marynarki nie zdobył serca pani Gravely, prawda? Realizacyjnie jest naprawdę dobrze (pięknie wygląda miasteczko jesienią, w dodatku te liście), okraszone delikatną i raczej skoczną (jak na takie okoliczności) muzyką Bernarda Herrmanna (to był początek współpracy tych panów), tworząc naprawdę bardzo przyjemną i lekką rozrywkę, będącą odskocznią od kryminałów i szpiegowskich intryg.

harry_klopoty3

W dodatku całość jest naprawdę dobrze zagrana. Najbardziej błyszczą tutaj John Forsythe (malarz Sam Marlowe – inteligentny, pomysłowy facet) oraz zaczynająca swoją karierę Shirley MacLaine (urocza Jennifer Rogers). Ten zgrabny duet wspiera dwoje starszych aktorów – Edmund Gwenn (trochę ciapowaty kapitan Wiles) oraz Mildred Nadwick (elegancka pani Gravely), którzy też radzą sobie bardzo dobrze.

 

harry_klopoty2

Czarna komedia zawsze jest w cenie, a Hitchowi udało się wprowadzić odrobinę zamieszania i humoru. Zgrabne, eleganckie i dowcipne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Taka piękna katastrofa

Cała opowieść zaczyna się w domu Emmy i Pete’a, gdzie odbywa się „brunch par”. Wśród gości jest tez Tracy, która przychodzi z nowym chłopakiem Glennem. Od akceptacji otoczenia zależy, czy będą dalej ze sobą spotykać. Przyjazną atmosferę przerywa wieść o tym, że gospodarze się rozstają. Jednak to będzie najmniejszy problem w porównaniu z tym, że w mieście doszło do ataku biologicznego.

katastrofa3

Film Todda Bergera zaczyna się jak typowa komedia, jednak im dalej, tym zabawniej. Przynajmniej na pewno absurdalnie, zaś dialogi naprawdę rozbawiają. Nie ma tu pierdnięć czy innych kloacznych żartów, a tytułowa katastrofa staje się pretekstem do refleksji na temat związków międzyludzkich, a dokładnie między kobietą a mężczyzną. Zdrady, brak emocji, seksualne obsesje – to jest główny temat, zaś wnikliwości obserwacji nie powstydziłby się sam Woody Allen. Choć całość dzieje się w jednym  miejscu (dom), to jednak nie ma się wrażenia teatralności, głównie z powodu przenoszenia akcji z pomieszczeń i przeskoków z postaci na postać. Nie brakuje dowcipnych dialogów, zaś ośmioro bohaterów to galeria dość różnych bohaterów, a ich charaktery też potrafią rozbroić (zrobienie ecstasy przez nauczycielkę chemii). Wszystko to też okraszone muzyką klasyczną (m.in. „Bolero” Ravela czy uwertura w „roku 1812” Czajkowskiego) oraz solidnymi zdjęciami i montażem.

katastrofa2

Jednak najważniejsi są tu aktorzy, którzy bardzo precyzyjnie pokazują niuanse swoich postaci, ale nigdy nie ośmieszają ich. Najbardziej znani z całej obsady są Julia Stiles (Tracy, która ma pecha do chłopaków), David Cross (Glenn, historyk i… maniak religijny) i America Herrara (Hedy, chemiczka). Dorównuje im jeszcze Jeff Grace (postrzelony Shane, mający popkulturowe obsesje) oraz pojawiający się na chwilę sam reżyser (sąsiad Hal). Reszta obsady też spisała się bardzo dobrze i dzięki nim seans był bardzo ciekawy.

katastrofa1

Było już wiele prób pokazania końca świata na wesoło, ale ta jest nie tylko zabawna, ale też poruszająca i bardzo kameralna. Jednak jeśli potrzebujecie testu przepony, to tytuł ten jest odpowiedni.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Frankenweenie

W małej mieścinie zwanej New Holland mieszka Victor Frankenstein, młody, samotny chłopiec, który kocha naukę, horrory i nie ma kumpli. Z jednym wyjątkiem – psa Sparky’ego, do którego jest mocno przywiązany i spędzają ze sobą masę czasu. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy, bo w trakcie meczu baseballa, pies goniąc za piłką wpada prosto pod koła samochodu. I od tej pory, życie Victora przestało mieć jakikolwiek sens. Jednak chłopak postanawia zrealizować bardzo ryzykowny pomysł – wskrzesić pieska. Nawet on nie jest w stanie przewidzieć komplikacji.

frankenweenie1

Był taki czas, że Tim Burton poza swoim bardzo wyrazistym stylem, miał wyobraźnię, której wielu mogłoby pozazdrościć, a dorównać mógł tylko Terry Gilliam. Ale ostatnie lata były dość średnie i ten film też nie zapowiadał się najlepiej, bo to miał być remake filmu Burtona z 1984 roku (czytaj odgrzewanie kotleta). Jednak ubranie tego w czarno-biały film animowany dało pewną nadzieję, która jednak została spełniona. Od samego początku widać, że jest to film Burtona – ekscentryczny odmieniec w roli głównej, inspiracja horrorami klasy B (film ze Sparky’m w 3D) oraz kiczem („Godzilla” w miasteczku), zaś cała powieść poza byciem wariacją na temat „Frankensteina” jest opowieścią o żałobie i nie godzeniu sobie ze stratą najbliższej osoby, zaś animacja i wygląd bohaterów przypomina rewelacyjną „Gnijącą pannę młodą” (duże oczy, długie postury „patyczaka”). Także scenografia (New Holland z przypominającą Hollywood napis oraz idealnych mieszkań z ogródkiem) oraz muzyka Danny’ego Elfmana jest na wysokim poziomie i co najważniejsze, nie brakuje tu emocji. Gdyby nie lekko przesłodzone zakończenie, to byłby jeszcze lepszy film.

frankenweenie2

Za to naprawdę należy pochwalić voice-acting (film widziałem z polskimi napisami, więc nie znam jakości naszego dubbingu), choć nie ma tu stale współpracujących z Burtonem Johnny’ego Deppa oraz Heleny Bohnam Carter. Zamiast nich mamy bardzo młodego Charliego Tahana (świetny Victor), bardzo błyszczących Catherine O’Harę (matka Victora/wuefistka/dziewczyna z kotkiem) i Martina Shorta (ojciec Victora/burmistrz), jednak największe brawa należą się Martinowi Landau (nauczyciel Rzykrusky – pasjonata).

Dawno Burton nie był w tak wybornej formie i mam małą nadzieję, że następne filmy będą utrzymane na tym poziomie.

8/10

Radosław Ostrowski

Ted

Wszystko zaczęło się w pamiętnym roku 1985. Mały chłopiec o imieniu John, będący samotnym outsiderem w święta dostaje pluszowego misia. Poprosił też, żeby miś przemówił, ale tak naprawdę nie jak zabawka. I tak też się stało, od tej pory John i Ted byli najlepszymi kumplami. Ale teraz John ma 35 lat, jest dużym chłopcem i od 4 lat ma dziewczynę Lori, który niezbyt toleruje obecność pluszaka. I nasz John będzie musiał dokonać wyboru…

ted_400x400

Na pierwszy rzut oka komedia Setha MacFarlaine’a wpisuje się w nurt opowieści o dojrzewaniu,  w której główny bohater przestaje się zachowywać jak nastolatek i musi zmierzyć się z rzeczywistością, jak w komediach Judda Apatowa czy Todda Phillipsa. Ale MacFarlane – twórca serialu „Family Guy” – nie jest do końca przekonany, że dorosłość i dojrzewanie to dobre rozwiązanie. W porównaniu z imprezami, w których alkohol i narkotyki idą w ilościach hurtowych, dorosłość jest po prostu nudna. Może nie balować non stop, ale raz na jakiś czas absolutnie tak. Jeśli zaś chodzi o poczucie humoru, osoby znające „Family Guy” wiedzą, czego można się spodziewać. Humor bywa ostry i dosadny (seks i wszystko dookoła), ale nie brakuje nawiązań do popkultury (Flash Gordon), wzruszeń, a nawet grozy (porwanie Teda przez obleśnego tatusia) oraz kompletnego braku poprawności politycznej (jaja z Żydów, czarnych, Meksykanów, inwalidów, celebrytów).  I ta mieszanka jest jak najbardziej trafiona, choć humor nie jest dla każdego.

ted2_400x400

Także od strony aktorskiej film prezentuje się więcej niż przyzwoicie. Show kradnie zdecydowanie Seth MacFarlane podkładający głos pod Teda – wiecznie niedojrzałego misia kochającego sex, drugs and more sex. Serwuje on najlepsze dialogi, jego animacja jest bardzo dobra, a jednocześnie jest taki uroczy – to świetna mieszanka wybuchowa. Partnerujący mu Mark Wahlberg zaskakująco dobrze wybronił się jako niedojrzały facet, który próbuje dojrzeć, ale mu nie wychodzi. Obaj z Tedem tworzą świetny duet, którego nie było od dość dawna. Jeśli dodamy to tego apetyczną Milę Kunis, to będziemy mieli koktajl Mołotowa. Ale drugi plan też jest bogaty: że wspomnę tutaj Patricka Washburna (Guy – kolega z pracy Johna), Giovanniego Ribisi (obrzydliwy Donny) oraz epizody Sama J. Jonesa, wokalistki Nory Jones oraz Patricka Stewarta jako narratora – efekt będzie kozacki.

Wywrotowa komedia, która jest jajcarska i idąca po bandzie, że aż śmieszna i jednocześnie poważna. Takiego misia to nie było dawno w kinie, więc powinniście poznać go koniecznie. Gotowi??

7/10

Radosław Ostrowski