Zapętleni

Cała historia dotyczy tego, że Amerykanie i Brytyjczycy chcą doprowadzić do zbrojnej interwencji na Bliskim Wschodzie. Jednak jest jedna osoba, która ma inny pogląd na tą sprawę. Jest to minister ds. rozwoju międzynarodowego, Simon Foster. Podczas wywiadu wypowiada zdanie o nieprzewidywalności wojny. To powoduje, że sytuacja między USA a UK staje się napięta. Wtedy do gry wkracza człowiek premiera, zajmujący się brudną robotą, Malcolm Tucker.

zapetleni1

Armando Ianucciego poznałem podczas oglądania politycznego serialu „Figurantka” oraz gorzkiej „Śmierci Stalina”. Ale obserwacja sceny politycznej w krzywym zwierciadle była obecna u tego twórcy już wcześniej. „Zapętleni” jest kinowym spin-offem politycznego serial „The Thick of It”, gdzie po raz pierwszy pojawił się Tucker. Przeskakuje między kontynentami od rozmowy do rozmowy, od gabinetu do gabinetu przez co można totalnie się pogubić. Jeszcze bardziej dezorientująca jest niemal dokumentalna forma – dużo zbliżeń, kamera ciągle w ruchu, szybki montaż. To wszystko sprawia jakbyśmy trafili w samo oko cyklonu, gdzie sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Jasne, jest to przerysowane, a wiele rzeczy dzieje się poza kamerą. Co jeszcze gorsze nie ma tutaj postaci, o której można powiedzieć, że jest pozytywna. Tutaj wszyscy kłamią, oszukują, ich intencje są ukrywane do końca, a jedyna osoba mogąca coś zmienić jest… idiotą. To jedna z bardziej pesymistycznych wizji polityki. I nawet humor (chamski, brytyjski oraz czarny niczym smoła) nie jest w stanie oczyścić tej goryczy, choć czyni całość troszkę strawniejszą.

zapetleni2

„Zapętleni” pędzą wręcz na złamanie karku, a kilka dialogów to prawdziwe perełki. Ciągłe podchody, przecieki, zdrady – dzieje się tu wiele. Ale też bardzo mocno pokazuje jak bardzo niewiele można zrobić w tym brudnym świecie. Że człowiek nie ma żadnego znaczenia dla celów ludzi u władzy. I to naprawdę boli, bo z czego naprawdę się śmiejemy.

zapetleni3

Aktorsko całość jest na bardzo wysokim poziomie, lecz najbardziej błyszczy Peter Capaldi. Tucker w jego wykonaniu to prawdziwa bestia, pędząca wręcz na złamanie karku oraz wystrzeliwująca słowa niczym z karabinu maszynowego. Bluzga jak szewc, bezwzględnie dąży do celu, a z każdej sytuacji potrafi wyjść niemal bez szwanku. Niesamowita postać, będąca prawdziwą petardą. Poza nim warto wyróżnić ciapowatego Toma Hollandera (Simon Foster) oraz bardzo twardego Jamesa Gandolfiniego (generał Miller). Nie brakuje znany twarzy z „Figurantki” jak Zach Woods czy Anna Chlumsky, tworząc mocną podbudowę drugiego planu.

„Zapętleni” pokazują jak reżyser odnajduje się w politycznym chaosie. Nawet jeśli fabuła bywa mętna oraz wprawiająca dezorientację, to jednak film wciąga. Warto obejrzeć choćby dla fenomenalnego Capaldiego.

7/10

Radosław Ostrowski

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

Brugia – niby małe miasteczko, jakich wiele znajduje się w Europie. Tutaj trafia dwóch Irlandczyków: Ken i Ray. Obaj zostali wysłani przez swojego szefa, Harry’ego, zameldowani w hotelu i czekać na dalsze instrukcje. Mają na to dwa tygodnie, a w tym czasie mają zwiedzać okolicę. O ile starszy Ken odnajduje się tutaj jak ryba w wodzie, dla Ray to miejsce wydaje się zwykłym zadupiem. Ale w końcu dzwoni telefon.

w brugii1

Martin McDonagh dzisiaj to nazwisko bardzo rozpoznawalne i cenione wśród kinomanów. Niewielu jednak poznało się na jego talencie na początku jego kariery filmowca. W 2008 roku zrealizował swój debiut, który jest czarną jak smoła komedią. Reżyser bardzo powoli wprowadza swoich bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Zaczynamy odkrywać jednak dlaczego ten duet – będący płatnymi mordercami – trafił do takiego małego miasteczka. I ta historia z komedii przechodzi w dramat, dotykający wręcz egzystencjalnych wątków. Wina, kara, ponoszenie odpowiedzialności za swoje czyny, honor, lojalność – tego się chyba nikt nie spodziewał. Sami bohaterowie nie wydają się bezwzględnymi bandziorami, mówiącymi o bandziorskich rzeczach. Przynajmniej w tym miejscu zachowują się bardziej jak my, szarzy ludzie. Piją piwo, zwiedzają, a nawet zakochują się w pięknych blondynkach. Ale samo miasto też staje się bohaterem samym w sobie. Niemal same średniowieczne budynki budują podskórnie niepokojący klimat. Niczym z obrazu Hieronima Boscha, co ironicznie wykorzystane zostaje w finale. Gdzie musi dojść do nieuniknionej śmierci, bo za wszystko trzeba zapłacić. Ale czy to oznacza, że nie należy nie robić nic z tym wszystkim? Czekać na przebieg wydarzeń? Zabić się? Uciec? Pytania wręcz egzystencjalne, a odpowiedź okazuje się banalna, ale nie głupia. Tylko, że ja wam tego nie powiem.

w brugii2

Bardzo pozytywnie zaskakuje realizacja. Pozornie jest to styl zerowy, ale największe wrażenie robi miasto nocą, utrzymane w żółtej kolorystyce. W tle jeszcze dość melancholijna muzyka Cartera Burwella, a wszystko zmontowane jest w sposób bardzo płynny. Aż chciałoby się zostać w tym nietypowym miasteczku. To wszystko jest podporą dla absolutnie świetnego scenariusza oraz skupionej ręki reżysera.

w brugii3

Ale to wszystko by nie działało, gdyby nie absolutnie fantastycznie dobrani aktorzy. Najbardziej w tym filmie zaskoczył mnie Colin Farrell jako Ray, który dopiero ma zacząć swoją przygodę jako cyngiel. Na początku widać, że coś go dręczy, jest zniechęcony Brugią, ale wszystko zmienia jedna osoba. I nagle zacząłem sympatyzować z tym gościem. Skontrastowany z nim jest Brendan Gleeson jako bardziej stateczny Ken i powoli zaczyna się budować silniejsza więź między nimi. Bardzo ciekawy duet, choć razem nie mają wiele scen. Cała akcja ulega zdynamizowaniu, kiedy na ekranie pojawia się Harry (absolutnie błyszczący Ralph Fiennes) – szef bohaterów, co klnie jak szewc i ma swoje twarde zasady. Jest jeszcze inna galeria postaci jak rasistowski karzeł, handlująca dragami członkini planu filmowego czy mający obsesję na punkcie starych słów handlarza bronią.

„In Bruges” było odpowiednią mieszanką komedii i dramatu, gdzie lekkość miesza się z poważnymi, wręcz egzystencjalnymi dylematami. Świetnie zagrana, z ciętymi dialogami oraz klimatem, którego nie widzę zbyt często. I tutaj McDonagh prezentuje swoje umiejętności jako reżysera/scenarzysty.

8/10

Radosław Ostrowski

Sześciostrzałowiec

Wszystko zaczyna się od śmierci. Pan Donnelly, mężczyzna w wieku średnim przychodzi do szpitala, by zobaczyć swoją zmarłą żonę. Musiała od dłuższego czasu chorować, bo na wieść o jej śmierci mężczyzna przyjmuje to bardzo spokojnie. I już wydaje się, że nic gorszego nie może go spotkać tego dnia. Ale podróż pociągiem do domu jeszcze bardziej go zaskoczy.

szesciostrzalowiec1

Zanim Martin McDonagh zaprowadził wszystkich do Brugii i odpalił swoją reżyserską karierę, nakręcił w 2004 roku krótki metraż. Jednak obecnie mało kto o tym filmie pamięta, mimo nagrodzenia Oscarem. „Sześciostrzałowiec” brzmi jak daleki krewny Guya Ritchie, tylko polany w bardziej groteskowym sosie oraz smolistym humorze. Film jest tak naprawdę kolejną opowieścią o tym, jak ludzie radzą (lub nie) ze śmiercią. Bo niemal każdy z bohaterów tutaj kogoś stracił. Nie tylko Donnelly o twarzy Brendana Gleesona, ale także para małżonków po stracie dziecka oraz ten bardzo bezczelny gnojek, któremu zabito matkę. A wszystko upchnięte w niecałe pół godziny, jeden pociąg oraz strzelaninę.

szesciostrzalowiec2

Historia jest bardzo prościutka, a reżyser każdą poważną sytuację potrafi przekłuć humorem. Ten efekt powoduje, że „Sześciostrzałowiec” nie staje się depresyjnym dramatem. Nawet humorystyczna scena z krową pełną gazów kończy się w dość smutny sposób dla bohatera, próbującego uratować krowę. I kiedy nagle dochodzi do strzelaniny (miejscami bardzo sztywnie zmontowanej), nie byłem zaskoczony. Tak samo jak finałem, gdzie próba samobójcza kończy się klęską. Moment bardzo poważny i dramatyczny kończy się szyderczym śmiechem reżysera, który pokazuje bezsens wszystkiego.

szesciostrzalowiec3

Ale jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie odkrywa niczego nowego w tej materii. Czuć tutaj powoli rodzący się styl filmowca, ale ta cała groteskowa otoczka może działać odpychająco. Następnymi filmami McDonagh pokaże swoją wyższą formę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zamknij się i zastrzel mnie

Colin Frampton jest brytyjskim turystą, który razem ze swoją żoną jest w Pradze. Cel jest bardzo prosty – zwiedzić miasto, a potem wrócić do siebie. Ale wypadek (na kobietę spada rzeźba) zmienia kompletnie wszystko. Mężczyzna traci sens życia i chce się zabić. Po nieudanym samobójstwie trafia na szofera Pavla Zemana, któremu proponuje zapłatę za morderstwo. Ale nasz czeski Leon zawodowiec nie jest zbyt dobry w swoim fachu.

zamknij sie i zastrzel mnie2

Co się stanie, jeśli brytyjski filmowiec pojedzie do Pragi, by zrobić czarną komedię z elementami gangsterskimi? Tak zrobił kompletnie zapomniany reżyser Steen Argo, dla którego była to jedyna pełnometrażowa robota. Problem w tym, że zderzenie brytyjskiego i czeskiego absurdu zwyczajnie gryzie ze sobą. Nasz brytyjski protagonista (Andy Nyman) jest dość irytujący, zaś jego strata za żoną to troszkę za mało, by zyskać naszą sympatię. Pozornie wydaje zderzony się z absurdami tego kraju (wymeldowanie z hotelu – zrobione za plecami czy skremowanie ciała) i próbuje się odnaleźć w tym bałaganie. Tak samo jak sytuacja Zemana, pracującego na sześć etatów (m.in. masarnia, barman, sprzątacz czy kurier), próbującego zadowolić swoją żonę (niewykorzystana w pełni Anna Geislerova). Tylko, ze jest ona bardzo stereotypowa – tylko brać, brać, brać, do tego męża zdradza ze swoim sąsiadem. Chuć silna jest od wierności. No i jeszcze jest ten gangster w czerni, sprawiający wrażenie wyrwanego z innego świata. Brutalny, bezwzględny, z dużą kasą oraz czarnym autem.

zamknij sie i zastrzel mnie1

Owszem, nie brakuje kilku porąbanych scen zgonów (zabicie żony mafioza na parkingu czy staruszki próbującej szantażować), co daje Zemanowi (jedyny wybijający się Karel Roden) okazje pokazania talentów w zabijaniu. Tylko, że nie tych ludzi, co trzeba. Intryga stawała się przewidywalna i nudna, a poza pierdołowatym Pavlem nie polubiłem nikogo. Nawet realizacja była taka sobie, wręcz na poziomie amatorskim. W tle przygrywa raczej skoczna muzyka, zdjęcia są nieostre, a montaż wydaje się rwany. Ogląda się to ciężko i bez kompletnego zaangażowania, co jest dla mnie kompletnym zaskoczeniem.

zamknij sie i zastrzel mnie3

Nic dziwnego, że „Zamknij się…” zostało kompletnie zapomniane, bo jest to absolutnie niewypał. Zderzenie czeskiego oraz brytyjskiego absurdu doprowadza do stanu kompletnej nudy, brakuje zaangażowania i… śmiechu. Zwyczajna nuda na zabój.

5/10

Radosław Ostrowski

The End of the F***ing World – seria 1

UWAGA!

Tekst zawiera pewne ilości spojlerów, więc czytacie na własną odpowiedzialność!!!

Na pierwszy rzut oka to typowa produkcja o młodych ludziach, wchodzących w dorosłe życie wręcz z impetem. Ale poznajcie tą parkę 17-latków: James uważa się za psychopatę, jest bardzo wycofany i lubi zabijać zwierzątka. Marzy mu się wejście na wyższy poziom, czyli zabicie człowieka. Alyssa ma matkę, która się nią nie interesuję, ojciec ją zostawił, zaś ojczym ma ją w dupie. Oboje w końcu decydują się uciec razem, lecz ona nie wie, że on chce ją zabić.

end of f world1

Serial Netflixa zrobiony wspólnie z Channel 4 to wywrotowa mieszanka kina inicjacyjnego, dramatu, kryminału i czarnej komedii. I jak wiele miksów, serial duetu Jonathan Entwistle/Lucy Tcherniak początkowo może być dość trudny do przyswojenia. Punkt wyjścia całej opowieści wydaje się dość pokręcony i dziwaczny, nawet za dziwaczny. Ale z tego całego zwariowanego, nie do końca normalnego świata, z czasem zaczyna się wyłuskiwać opowieść o pierwszej miłości, poczuciu bliskości oraz tworzeniu więzi między dwójką dość ekscentrycznych nastolatków. Zapomnijcie jednak o czymś w stylu Wesa Andersona, choć jest to specyficzne kadrowanie, gdyż po drodze dojdzie do paru mrocznych i brutalnych rzeczy (próba gwałtu, morderstwo, kradzież), dość szybkie przebitki montażowe oraz dorośli, którzy głównie rozczarowują, zamiast być drogowskazem i wsparciem dla młodych. Widać to najmocniej w przypadku Alyssy, mieszkającej z matką, nowym ojczymem oraz dwójką niemowlęcego rodzeństwa. Zaś ona sama jest traktowana jak śmieć przez dominującego w domu nowego męża. W końcu sam ojciec, który okazuje się być zwykłym dupkiem, co ułożył sobie nowe życie (ukrywając to przed córką, która go wielbi). A ojciec Jamesa (matka popełniła samobójstwo) jest bardzo wycofany i nie ma zbyt dobrego kontaktu z synem, chociaż się stara.

end of the f world2

Sporo jest tutaj bardzo specyficznego humoru z jakiego znana jest Matka Anglia: od absurdu i groteski (para naszych pań detektyw) po zderzenie charakterów (wewnętrzne monologi wygłaszane przez naszą parkę). Nie brakuje też krwi i przemocy, ale nie jest ona ani przerysowana, ani skrajnie naturalistyczna. I to przez pierwsze 3 odcinki może stanowić pewną barierę nie do przeskoczenia. Tak samo może drażnić bardzo otwarte zakończenie, chociaż odgłos strzału na koniec jest strasznym cliffhangerem. Na szczęście sama historia, skupiona na ewoluującej relacji Alyssy i Jamesa jest na tyle intrygująca, poprowadzona bez popadania w mielizny, że wierzę im. W tle jeszcze gra muzyka w duchu klasycznego rock’n’rolla oraz popu z lat 60., co tworzy jeszcze większe zamieszanie.

end of the f world3

Także aktorsko jest fantastycznie, choć nie ma tutaj znanych twarzy. Błyszczy tutaj duet Alex Lawther/Jessica Barden jako nasi główni bohaterowie, których relacja coraz bardziej zaczyna ewoluować: od obojętności przez coraz powolniejsze docieranie aż po szczerą miłość. Znakomicie wykorzystują scenariusz dający im spore pole do popisu. Każda postać (nawet epizodyczna jak kasjer Frodo czy wykładowca-gwałciciel) zapada tutaj w pamięć, ze szczególnym wskazaniem na duet śledczych (świetne Gemma Whelan i Wunmi Mosaku), stanowiących idealny kontrast dla siebie czy pozornie wyluzowanego ojca (Brian Ward), skrywającego pewną tajemnicę.

end of the f world4

Ciężko jest ocenić coś tak pokręconego jak „Koniec zj****ego świata”. Początkowo wydaje się dość dziwaczny i specyficzny, jednak z każdym odcinkiem zaczyna nabierać silnego rozpędu, dając wiele satysfakcji oraz zaskoczeń. Tylko ten finał wydaje się taki wkurzający, przez co trzeba czekać na ciąg dalszy. Chociaż czy powinien być?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sklep dla samobójców

Jest pewne miasto we Francji, gdzie ludzie są ciągle przygnębieni i mają dość całego życia. Dlaczego? Tak naprawdę nie wiadomo. Ale jeśli chcesz się zejść z tego świata, gdyż świat stał się nie do przyjęcia, to jest taki sklep, gdzie możesz załatwić sobie samobójstwo. Akcesoria do wyboru i do koloru – trucizny, miecze, naboje. Prowadzi ten interes rodzina Tuvache, czyli Mishima i Lukrecja oraz dwoje dzieci: Marynia oraz Wincek. Interes kwitnie, tylko klienci muszą załatwić swoje potrzeby w bardziej pokątnym miejscu, bez świadków. Ale pojawia się w rodzinie trzeci syn, Alan, który jako jedyny się uśmiecha. A to w ponurej familii z ponurym interesem nie może skończyć się dobrze.

sklep_dla_samobjcw1

Co może się stać, gdy doświadczony filmowiec postanawia spróbować swoich sił w animacji? Efekty mogą być różne: od świetnych („Przygody Tintina” Spielberga czy animacje Tima Burtona), po kompletne rozczarowania i porażki. Do tego grona postanowił dołączyć Patrice Leconte – twórca znakomitej „Dziewczyny na moście”, próbując zrealizować czarną komedię zdecydowanie dla starszego widza. Widać to w bardzo chropowatej i – powiedzmy to wprost – brzydkiej kresce, która podkreśla depresyjny charakter miasta. Nikt z niczego się tu nie cieszy, bo i z czego. Stąd wszelkie próby Alana mające na celu wnieść odrobinę koloru do tego świata. Wiadomo jak to się skończy (dlatego całość jest bardzo krótka – niecałe półtorej godziny), jednak to kompletnie nie przeszkadza. Całość oparta jest na bardzo smolistym humorze, więc mamy masę różnych sposobów na zgon (krótkie wprowadzenie rodziny) i jest on trafiony w punkt, zgrywając się z wizualnym stylem. I nie ważne, czy mówimy o wypiciu trucizny z przyglądającymi się szczurami czy powieszeniu (nieudanym) albo trudnym wyborze metody zejścia.

sklep_dla_samobjcw2

I tu pojawia się pewien mocny zgrzyt – reżyser postanowił okrasić całość musicalowymi wstawkami, gdzie poznajemy motywacje naszych bohaterów (państwa Mishimy i Alana). Niektóre są bardzo zgrabnie pokazane (pierwsze spotkanie z rodziną, dyskusja Alana w autobusie, szukającego motywacji czy przygnębiająca refleksja nad sensem dalszej działalności i wynikających z tego moralnych rozterek, teksty są niezłe, zaśpiewane też bez poczucia żenady. Ale muzyka (mocno – za mocno – inspirowana  Dannym Elfmanem) brzmi po prostu słabo, psując mocno bębenki. No i całość jest mocno przewidywalna, ale już  tym wspominałem.

sklep_dla_samobjcw3

Na plus (poza pomysłem) warto wyróżnić dobry dubbing. Tym razem twórcy z naszego podwórka wpadli na pomysł, by zatrudnić zawodowych kabareciarzy i to był strzał w dziesiątkę, gdyż głosy idealnie oddają charakter każdej z postaci. I nie ważne czy to wiecznie przygnębiony i profesjonalny pan Mishima (Michał Wójcik) oraz oddana mu żona Lukrecja (mocna Joanna Kołaczkowska) czy epizodyczne role „dobrego” człowieka (Robert Górski), kulturalnego dżentelmena (Artur Andrus) lub zdesperowanego samobójcę z pistoletem (Roman Żurek). I to podnosi ocenę.

sklep_dla_samobjcw4

„Sklep” to animacja zdecydowanie dla dorosłych i to nie tylko ze względu na temat i bardzo mroczny, wręcz depresyjny klimat. Dużo czarnego humoru i przewidywalny przebieg fabuły mocno odstraszył kinomanów na całym świecie. Jednak efekt okazał się całkiem strawny, mimo poczucia niewykorzystania potencjału. Nie jest to jednak powód, by zejść z tego świata.

6/10

Radosław Ostrowski

Czarownice z Eastwick

Eastwick to małe miasteczko gdzieś w USA – wszyscy dobrze się znają, a wieści przychodzą w ekspresowym tempie. Właśnie tutaj przyszło żyć trzem samotnym kobietom. Alex to wdowa, tworząca rzeźby. Sukie samotnie wychowuje gromadkę dzieci i pisze dla lokalnej prasy. Jane uczy muzyki w szkole i jest szarą myszką. Marzą o spotkaniu tego jedynego mężczyzny. I jak za pociągnięciem magicznej różdżki pojawia się on – tajemniczy facet, Daryl, który ma niesamowity magnetyzm, uwodząc powoli każdą z trzech dam.

eastwick1

Po sukcesie trylogii o szalonym Maxie George Miller dostał zaproszenie do Ameryki, by tam zrealizować kolejny film, czyli adaptację popularnej powieści Johna Updike’a. Niby jest tutaj magia, ale trudno nazwać nasze panie klasycznymi czarownicami. Nie są w pełni świadome swoich mocy, która działa tylko w ich obecności. Wtedy są w stanie wywołać burzę podczas nudnej uroczystości czy przywołać tajemniczego nieznajomego. Reżyser zaskakująco dobrze sprawdza się jako obserwator szarego życia w małym miasteczku, przy okazji piętnując mentalność drobnomieszczańską oraz hipokryzję, co najsilniej symbolizuje postać właścicielki gazety, Felicii Alden oraz dyrektora szkoły, zalecającego się do Jane. Nudne, spokojne i nijakie życie staje się powoli dla naszych pań balastem, z którym nie są w stanie sobie poradzić.

eastwick2

Pojawienie się tajemniczego Daryla van Horne’a wywołuje poważną zmianę: on budzi w nich kobiecość, a dokładniej bycie kochanym oraz tak potężną dawkę seksapilu, że można byłoby obdzielić całe tabuny kobiet. Tą zmianę przedstawiają nie tylko sceny uwodzenia przez mężczyznę (każdą z nich traktuje inaczej), ale też wspólna gra w tenisa, pełna wściekłości i ledwo widocznej zazdrości. Kipiało tam od emocji – czworokąt sprawia przyjemność także dla oka oglądających (to nie jest seksistowskie), ale wtedy w połowie wszystko się sypie. Bo w końcu on okazuje się draniem (bo zabił ich największą przeciwniczkę – Felicię) i odrzucają go, on się odgrywa, ale powoli wszystko wraca do normy, by ostatecznie go zgładzić. Kolejny dowód na to, że kobieca logika jest kompletnie niezrozumiała. Tak bardzo starasz się spełnić potrzeby pań, a w zamian dostajesz tylko pierze i czereśnie. Czegoś tu nie załapałem, bo ten fragment wydawał mi się zbędny (aczkolwiek scena w kościele, gdy Daryl wypluwa gorzkie refleksje na temat pań nadal trafny).

eastwick3

Imponować mogą też piękne zdjęcia oraz świetna scenografia w domostwie van Horne’a, ale i tak najbardziej pamięta się cztery postacie. Po pierwsze, Daryl – czarujący, chociaż niemłody, magnetyzujący, z porażającym spojrzeniem. To idealny materiał dla Jacka Nicholsona, który wykorzystuje swoją szansę. Także panie są tutaj urodziwe. Cher (Alex) jeszcze z czasów przed operacjami plastycznymi i Michelle Pfeiffer (Sukie) przykuwają uwagę samą obecnością, bez względu na strój. Ale największe wrażenie robi Susan Sarandon jako Jane. Wyciszona, stonowana i spokojna, a po spotkaniu z Darylem dzika, drapieżna i pewna swojej wartości. Nie do poznania.

eastwick4

Gdyby nie rozczarowujące zakończenie, „Czarownice” byłyby znakomitą satyrą oraz wyrazistym portretem kobiecości. A tak jest tylko dobre kino z intrygującymi postaciami, świetną stroną techniczną i odrobiną czarnego humoru. Lekki zawód, ale i tak porządnie wykonana przez Millera.

7/10

Radosław Ostrowski

Cześć, mamo!

Każdy filmowiec na początku swojej drogi artystycznej próbuje podjąć rożnego rodzaju eksperymentów, prób szukania nowej formy ekspresji i środków wyrazu. Tak tez zrobił w 1970 roku Brian De Palma w swoim trzecim filmie „Cześć, mamo!”. Jego bohaterem jest niejaki Jon Rubin – młody facet, który wrócił z Wietnamu i próbuje się odnaleźć na nowo. Gdy go poznajemy, kupuje sobie nowe mieszkanie w dość kiepskim stanie i kamerę filmową. Zaczyna podglądać sąsiadów, by nakręcić pornosa.

Od tej pory film rozbija się na części. Pierwsza część to próba zrobienia amatorskiego porno przy wsparciu producenta Joe Bannera. I tutaj mamy voyeuryzm, ale punktem zwrotnym staje się podryw jednej z podglądanych kobiet (chodziło o sfilmowanie seksu), co samo w sobie jest autentycznie zabawne. Drugą część stanowi jednak działalność tajemniczej grupy Be Black, Baby. Jej celem jest pokazanie, co to znaczy być czarnym. Trzecia część to działalność wywrotowa zakończona spektakularną eksplozją dokonaną przez samego Joe – żonatego faceta, czekającego na dziecko.

cze_mamo1

De Palma tutaj mocno żongluje formą, czerpiąc garściami z nowej fali. Widać to zarówno w obecności napisów objaśniających przebieg wydarzeń, ale także w przyspieszeniach oraz dziwacznym montażu. Przykładowo podczas sceny oglądania porno w kinie nasz bohater rozmawia z producentem, który znajduje się po prawej stronie, by po cięciu (scenka erotyczna z pokazywanego filmu) facet znalazł się po lewej stronie. Albo podczas randki z sąsiadką Judy (śliczna Jennifer Salt), gdzie przenosimy się z miejsca na miejsce (restauracja, kawiarnia, pizzeria, taksówka) i to przejście jest tak płynne, jakbyśmy oglądali jedną scenę. Dodatkowo filmowiec zmienia perspektywę – raz widzimy to, co filmuje nasz bohater (okna z widokiem na pokój sąsiadów), ale gdy jedna z nich zaczyna filmować swoją kamerą, widzimy obraz z widoku tej kamery, co może na początku wywołać dezorientacje.

cze_mamo2

Jest też stylizowany na reportaż film telewizyjny dotyczący działalności ruchu Be Black, Baby i niezapomniana scena spektaklu, w którym nasz Joe gra policjanta. Sfilmowana czarno-biała taśma, niemal w jednym, płynnym ujęciu budzi grozę nawet teraz, przekonując (na własnej skórze), co to znaczy być innym. Niesamowita scena. Drugim mocnym punktem jest Robert De Niro, który dopiero zaczynał swoją drogę aktorską. Jednak już tutaj widać ogromny talent – nie zapomnę sceny podrywu sąsiadki (randka przez komputer, który wylosował partnerkę – aż dziw mnie bierze, że ktoś wtedy był w stanie w to uwierzyć) czy przygotowania do roli policjanta w spektaklu (czuć tu zalążek Travisa Bickle’a). On jeden w zasadzie jest mocnym spoiwem tego wariackiego filmu. A zakończenia tej komedii (czarnej i ekscentrycznej) nie powstydziłby się sam Monty Python.

Nie zawsze udaje się zachować uwagę (tempo jest dość nierówne, a niektóre żarty mogą wydawać się niezrozumiałe i nieczytelne), ale już tutaj widać potencjał ukryty w De Palmie, który miał za parę lat eksplodować. Intrygujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Dwa dni z życia doliny

Dolina w Los Angeles. To tutaj dwóch zabójców – Dosmo Pizzo i Lee Woods – ma ściągnąć dług od jednego takiego kolesia, Roya Foxxa. Usypiają jego żonę i zamiast zgarnąć kasę, zabijają go. Jakby mało było komplikacji, Lee zabija Dosmo i wysadza auto w powietrze. W sprawę wplątują się dwaj gliniarze z obyczajówki – Wes i Allan. W sprawę, wbrew swojej woli, zostają wplatani marszand i jego asystentka oraz reżyser samobójca (gra go reżyser Paul Mazursky).

Pomieszanie z poplątaniem? Film John Herzfelda to jeden z pierwszych naśladowców „Pulp Fiction”, gdzie mieszają się wątki różnych postaci zazębiają się w jednym zdarzeniu. Sama intryga kryminalna tylko pozornie okazuje się prosta, a reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, żeby pomieszać, zaskoczyć i wprawić w osłupienie. Tym czasem wszystko okazuje się banalnie proste (pieniądze), a cała ta historia sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej neo-noirowej historii. Nic nie jest takie, jakim się wydaje (mega spojler), a wątki poboczne są dodatkiem, czasami zaburzającym intrygę (nieudana próba samobójcza reżysera czy wzięcie zakładników przez Dosmo) i rozładowującymi napięcie humorem. Do tego jeszcze mamy niezłe dialogi (nie pozbawione czarnego humoru) oraz wplecione piosenki, co jest elementem charakterystycznym dla Tarantino, jednak sam film zwyczajnie nie chwycił za gardło.

Nie wiem, co nie zagrało w tej opowieści – czy to nadmiar wątków, przekombinowana i udziwniona na siłę intryga kryminalna, ale aktorzy zrobili wszystko, by uwiarygodnić całość. Dzięki nim ogląda się to przyzwoicie. Jest tu kilka petard, a największą jest James Spader. Lee w jego interpretacji to chłodny profesjonalista, którzy rzadko pozwala sobie na ciętą ripostę, a jego znakiem rozpoznawczym jest mierzenie ostatniej minuty życia zegarkiem. Drugim takim strzałem jest lekko zwariowany Alvin w brawurowym wykonaniu Jeffa Danielsa, a jego monolog o nienawiści do prostytutek to perła. A jeśli chcecie popatrzeć na coś pięknego, to cieszy oko Charlize Theron (Szwedka Helga) i w zasadzie na tym kończą się plusy. Reszta prezentuje się nieźle, z wyjątkiem Teri Hatcher (zasłużona nominacja do Złotej Maliny), której sztuczność i nadekspresyjność zwyczajnie irytowała.

2_dni_z_zycia_doliny5

Niezły kino w stylistyce Quentina T., w którym komedia, gangsterka i dramat mieszają się ze sobą. Nie zawsze wszystko się tu układa w całość i nie porywa wszystko, jednak kilka scen potrafi rozbawić.

6/10

Radosław Ostrowski

Komisariat drugi

Do komisariatu drugiego policji w Nowym Jorku trafia Casey Schraeger – młoda policjantka z wydziału obyczajowego. A dokładnie trafia do wydziału zabójstw, gdzie razem z nowym partnerem, Jamesem Walshem ma poprowadzić pierwsze poważne śledztwo – morderstwo. Ofiarą jest partner Walsha, Burt Kowalski. I na miejscu odkrywa, że nic nie jest takie, jak się wydaje.

komisariat_drugi1

Noah Hawley jest najbardziej znany jako twórca serialu „Fargo„. Jednak zanim udało mu się odnieść sukces telewizyjna wersja opowieści braci Coen, próbował pracy przy telewizji. I to z różnym skutkiem (kilka odcinków dla „Kościach”), ale pierwszą samodzielną produkcja był „Komisariat drugi” dla telewizji ABC. A że był to świetny tytuł, może świadczyć fakt, że po 10 odcinkach… został skasowany. Być może przeszkodziła konwencja – dość nietypowa jak na serial sensacyjno-kryminalny. Poza głównym wątkiem (zabójstwo Kowalskiego), każdy z detektywów (dwie pary plus Alvarez) prowadzi własne śledztwa, niektóre dość dziwaczne i nietypowe. Rodzinny gang planujący różne skoki, by zebrać kasę na przeszczep nerki nestora rodu, sklep z akcesoriami do zabijania, zabójstwo nagiego człowieka, 89-letni staruszek próbujący złamać prawo czy włamanie do mieszkań w celu… nakręcenia pornosa. Brzmi zabawnie?

komisariat_drugi2

Hawley miesza tutaj humor z powagą, co dla wielu może okazać się ciężkostrawne. Dziwaczne sprawy, żarty pełne ironii i aluzji (jeden odcinek to była wariacja na temat „Okna na podwórze”), ale tez nie brakuje poważnych spraw. Ukrywania choroby, traumy wskutek pobicia sprzed lat, ukrywanie się i próba zmiany pod fałszywym nazwiskiem – dzieje się tu wiele, a każdy policjant ma swoje własne tajemnice. I ten dziwaczny koktajl smakuje znakomicie. Zgrabne zagadki są testem dla naszych komórek, a galeria dziwacznych postaci i ich interakcje to test dla naszej przepony oraz tolerancji na ten pokręcony świat. Taki jak nasze życie – czasami bez ładu i składu, czasami dziwacznego oraz absurdalnego, ale też ciepłego i z sympatią wobec naszych bohaterów.

komisariat_drugi3

No i jeszcze aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie, gdzie każdy aktor ma swoje przebłyski. Więc po kolei – naszymi przewodnikami po komisariacie są Schraeger i Walsh, świetnie zagrani przez Amber Tamblyn i Jeremy’ego Rennera. Ona nie jest żółtodziobem w swoim fachu, jednak zmiana przydziału początkowo wprawia ją w konsternację i musi się nauczyć multum rzeczy – od znajomości systemu przysług przez odpowiednie użycie słów, ale pozostaje upartą i dociekliwą policjantką. On z kolei to stary wyga, znający procedury oraz wszelkie metody śledcze, który pod ta warstwą twardziela skrywa coś więcej. Chemia między tą dwójką jest mocno odczuwalna i oboje ogląda się z przyjemnością.

komisariat_drugi4

Równie ciekawy jest tutaj drugi plan, gdzie najbardziej wybija się inny, bardziej szalony duet: Harold Perrineau/Adam Goldberg. Ten pierwszy brawurowo gra detektywa Leo Banksa – panikarza przerażonego wizją swojej śmierci (jego ojciec zmarł w wieku 42 lat) i dlatego nosi non-stop kamizelkę kuloodporną, drugi to wąsaty i dowcipny glina ukrywający raka mózgu, biorącego udział w ryzykownych akcjach. Warto tez wspomnieć rozbrajającego Kaia Lennoxa (mający bardzo wysokie ego Eddie Alvarez), tajemniczego Joshua Cole’a (dobroduszny detektyw Cole, który skrywa mroczny sekret) oraz atrakcyjną Monique Gabrielę Curnen (detektyw Beaumont), którzy wykonują świetną robotę.

komisariat_drugi5

„Komisariat drugi” to jeden z tych seriali, który umarł przedwcześnie. Słodko-gorzkie i szalone śledztwa, zbudowane na paradoksach galerie postaci, świetne intrygi i ogromna dawka humoru. Jedyne co czułem, po obejrzeniu ostatniego odcinka było smutkiem. I ciekawością, jakież to następne sprawy byłyby prowadzone. Ale tego już się nigdy nie dowiem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski