Nie martw się, kochanie

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w miasteczku wziętym żywcem z żurnala lat 50. Piękne i duże domy na przedmieściu, wypasione oraz stylowe samochody plus bardzo konserwatywny model rodziny. Mężczyźni pracują nad tajemniczym projektem, a ich żony zajmują się domem. Sielanka, prawda? Witajcie w Victorii, gdzieś na pustyni z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Osiedle założył wizjoner Frank (Chris Pine), który jest takim liderem tego miasta. Tutaj też żyje m.in. para Brytyjczyków – Alice i Jack (Florence Pugh i Harry Styles). Żyć nie umierać, prawda? Jednak jedno drobne zdarzenie zacznie wywoływać mętlik w głowie naszej bohaterki. I nie chodzi nawet o fakt, że jedna z mieszkanek (czarnoskóra Margaret) sprawia wrażenie niestabilnej psychicznie.

Muszę przyznać, że drugi film w reżyserskim dorobku Olivii Wilde mocno spolaryzował i podzielił widownię. Trudno się dziwić, bo wykorzystuje znajome motywy choćby z historii o pozornie idealnych miasteczek, gdzie wszystko skrywa Wielka Tajemnica. Do tego jest spory teren, do którego kobiety nie mają dostępu, gdzie znajduje się miejsce pracy mężów. Mężowie nie mogą mówić o swojej pracy żonom. Wszystko w idealnym porządku, pięknych kolorach, jakby żywcem wziętych z epoki. Reżyserka nigdzie się nie spieszy, powoli pokazując ten świat pełen rutyny, niemal stałych nawyków (rano śniadanie, potem lekcja tańca baletu, zakupy i ploteczki, wreszcie kolacja oraz małe co nieco z mężem). Jakbyśmy żyli w zorganizowanym, idealnym społeczeństwie. Zbyt idealnym. Ale pięknie sfotografowanym i stylowym.

Wilde coraz bardziej zaczyna pokazywać jak wszystko zaczyna się w głowie Alice mieszać. Niby to ma sugerować, że być może to są urojenia, jakaś rozwijająca się psychoza. I są takie mocne momenty jak choćby czyszczenie okna, niemal przygniatające Alice czy lustrzane odbicie podczas lekcji tańca. To jednak utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś tu jest nie tak. Napięcie jest budowane powoli, z kilkoma mocnymi scenami, czekając na moment eksplozji. Krótkie przebitki montażowe i spore przeskoki czasowe wywołują mętlik w głowie, zaś muzyka Johna Powella (bardziej eksperymentalna niż wszystko, co do tej pory napisał Anglik) wywoływała poczucie zagrożenia. A potem wchodzi trzeci akt, gdzie poznajemy całą tajemnicę i… cóż, powinienem był się tego domyślić. Nie, nie zdradzę wam, przekonajcie się sami. Mnie zaskoczyło, a nawet wprawiło w osłupienie.

Swoją cegłę dodają do tego aktorzy. Panie na drugim planie w zasadzie robią za tło, choć tutaj wyróżnia się sama Wilde. Jako plotkująca oraz wygadana przyjaciółka Bunny emanuje pozornym opanowaniem. Zaskoczył mnie za to Pine, grając czarny charakter. Jego Frank jest charyzmatycznym mówcą, jednak w jego spojrzeniu jest coś niepokojącego, wręcz świdrującego oczy. Zaś scena kolacji w domu Alice pokazuje jakim zgrabnym manipulatorem potrafi być. Ale tak naprawdę wszystko na swoich barkach niesie Florence Pugh i… robi to fantastycznie wszelkie skrajne emocje: od perfekcyjnej pani domu przez coraz bardziej zagubioną i zdeterminowaną do rozgryzienia tej sytuacji. Każdy moment załamania, dyskomfortu czy próby odnalezienia się były najjaśniejszym punktem filmu, bez którego nie angażowałoby tak mocno. No i jeszcze jest Harry Styles, czyli mąż głównej bohaterki. Niestety, ale to jest najsłabsze ogniwo całej obsady, wypadając bardzo sztucznie. Głównie w bardziej ekspresyjnych momentach wypada jaskrawo, jakby przeszarżował, a w pozostałych momentach wydaje się wyprany z emocji.

Nie będzie odkryciem, jeśli powiem, że to będzie jeden z bardziej polaryzujących filmów tego roku. Jedni będą zauroczeni estetyką, aurą tajemnicy oraz charyzmą Pugh, drudzy uznają za wtórną, mało odkrywczą wydmuszkę na temat samostanowienia, podziału ról społecznych czy portretu dystopii. Ja jestem na tak, mimo pewnych wad.

7/10

Radosław Ostrowski

Córka

Wszystko zaczyna się dość zagadkowo – widzimy kobietę gdzieś krążącą na plaży nocą. Dopiero potem widać, że w okolicy żołądka jest plama krwi, co doprowadza do przewrócenia się oraz utraty przytomności. Kto, co, jak, dlaczego? Brzmi jak zapowiedź dreszczowca, choć – jak się później okaże – ten trop jest dość zwodniczy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo te mogą zaskoczyć.

Bohaterką „Córki” jest Leda (znakomita Olivia Colman) – kobieta zbliżająca się do 50-tki, profesor uniwersytecka, specjalizująca się w literaturze. Przyjechała do Grecji na wakacje, by doładować baterie przed pracą. Wszystko wydaje się zmierzać ku jej myśli, gdy nie pojawia się spora grupa turystów z USA. Właściwie można powiedzieć, że jest to jedna, wielka rodzina pod wodzą Callie. I jak to Amerykanie, przynoszą chaos, hałas, zakłócając spokój Ledy. Ale jedno wydarzenie (zaginięcie córki jednej z turystek, Niny) stanie się zapalnikiem, gdzie bohaterka skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

corka1

Sam film to psychologiczny dramat, w którym cały czas coś wisi w powietrzu, jakieś podskórne napięcie oraz pewien dyskomfort. Fakt, że kamera bardzo blisko trzyma się twarzy głównej bohaterki, nie pomaga. A sama narracja toczy się dwutorowo: współcześnie oraz w retrospekcjach, kiedy poznajemy Ledę jako młodą kobietę i matkę dzieci w wieku kilku lat. Powoli zaczniemy odkrywać kolejne wydarzenia, a wszystko to stawia bardzo ważkie pytania na temat macierzyństwa. Czy każda kobieta ma w sobie instynkt macierzyński? Czy chęć pozostawienia dziecka powinna zasługiwać na potępienie? Czy da się pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci? Czy dzieci przynoszą tylko radość oraz szczęście? Czy matką jest się 24 godziny na dobę? Samo zadawanie takich pytań sugeruje, że odpowiedź nie będzie taka łatwa.

corka2

Reżyserka – debiutująca Maggie Gyllenhaal – dotyka tego tematu tabu, ale nie bawi się w publicystykę i nie opowiada się po żadnej stronie. Ale daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że narodziny dziecka to czerwona linia – punkt, od którego nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej. Nawet jeśli decyzją będzie pójście własną drogą, konsekwencje tego będą odczuwalne do końca życia. Pojawiające się tutaj symbole (zgniłe owoce, martwa cykada, zabrana lalka, z której ust wychodzi jakaś maź, rzucane szyszki) nie wywołują zgrzytu, tylko zapowiadają wiszącą w powietrzu tragedię. Ale obecność reszty wielkiej rodziny zza Wielkiej Wody (Nina, Callie) pozwala pokazać różne odcienie macierzyństwa.

corka3

Wszystko to by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. W roli Ledy mamy dwie aktorki: Olivię Colman oraz Jessie Buckley, które cudownie się uzupełniają, tworząc bardzo spójny portret. Oglądając obie panie czułem, że to jest ta sama postać, co pokazuje mowa ciała oraz sposób mówienia. Niby twarda, niezależna, będąca ponad innymi, ale pod tym wszystkim skrywa się zmęczona, styrana, niepogodzona z pewnymi decyzjami z przeszłości. Bardzo skomplikowany oraz przekonujący portret kobiecy, jakiego dawno nie widziałem. Równie świetna jest Dakota Johnson jako Nina, będąca troszkę lustrzanym odbiciem młodszej inkarnacji Ledy. I dynamika między nimi to jedna z drobnych rzeczy, dodających odrobinę światła. Tak samo wiele pokazują drobne role Eda Harrisa (Lyle, dbający o domy), Petera Saarsgaarda (profesor Hardy) oraz Dagmary Domińczyk (Callie), dodając swoją cegiełkę.

corka4

„Córka” to kolejny przykład świetnego debiutu reżyserskiego, o którym będzie się mówić długie lata. Czy będzie to też nowy początek kariery Maggie Gyllenhaal jako reżyserki? Tego nie wie nikt, ale tutaj widać bardzo pewną, choć bardzo delikatną, rękę w prowadzeniu aktorów oraz opowieści. Na pewno nie jest to film przyjemny w odbiorze, ale prowokujący i stawiający trudne pytania dotyczące macierzyństwa.

8/10

Radosław Ostrowski

Sokół z masłem orzechowym

Filmowcy lubią prezentować bohaterów, którzy są outsiderami, wyrzutkami i ludźmi spoza marginesu. Kimś takim jest Zak – 20-letni chłopak z zespołem Downa, który przebywa w domu starców. Jego wielkim marzeniem jest zostać wrestlerem, a jego idolem jest Red Salt Redneck. By osiągnąć swoje marzenia, decyduje się na ucieczkę. Po drodze trafia na poławiacza Tylera, który został zwolniony z pracy. Z zemsty podpala więc miejsce pracy i ucieka łodzią, odkrywając zbiega. W ślad za nimi wyrusza Eleanor, czyli opiekunka z ośrodka.

sokol z maslem1

Kolejny przykład amerykańskiego kina niezależnego, które chce bardziej skupić się na postaciach niż widowiskowości. „Sokół z masłem orzechowym” to jest klasyczne kino drogi, gdzie nasi bohaterowie – początkowo sobie obcy – zaczynają budować głębszą więź. Ciekawszy jest tutaj Zak, który chce zostać wrestlerem, ale ze względu na swoją przypadłość, trzymany jest w kloszu. Pozbawiony rodziny i przyjaciół, chce decydować sam o sobie, mimo przeciwności losu. Drugi bohater, Tyler też ma problemy. Niepogodzony ze stratą brata, bardzo konfliktowy, wydaje się bardziej zagubiony. Obaj zaczynają tworzyć intrygujący duet na zasadzie rodzeństwa, gdzie Tyler pełni rolę starszego brata. I ta relacja działa, ale kiedy dołącza do nich Eleanor, całość zaczyna nabierać większej dynamiki. Każde z nich zaczyna powoli uczyć się od siebie nawzajem. Że życie nie koniecznie musi być podporządkowane lekom oraz unikaniu jakichkolwiek niebezpieczeństw, lęków i obaw. I nawet jeśli nie da się uniknąć kłopotów (ścigający Tylera koledzy), łatwiej je znieść.

sokol z maslem2

Nawet jeśli pod koniec całość staje się coraz bardziej przewidywalna, a zakończenie nie satysfakcjonuje do końca – sprawia wrażenie bardzo urwanego – historia potrafi porwać swoim rytmem. Całość osadzono w Luizjanie, co widać w pięknie zarysowanych krajobrazach. Dużo rzek, w tle muzyka rozpisana na gitarę i banjo, mocno podniszczone domostwa – dosłownie jakbyśmy byli w zupełnie innej Ameryce. Bardziej prowincjonalnej, z dala od dróg, szos i wielkich miast, gdzie nawet wrestling wygląda amatorsko. Jednak w tym wszystkim czuć serducho i szczerość, mimo pewnych wad.

sokol z maslem3

Sytuację na tym polu ratują aktorzy z kapitalnym Zackiem Gottsagenem w roli głównej. Naturszczyk wypada fenomenalnie jako człowiek odrzucony przez społeczeństwo, ale pełen pasji oraz szczery. Chłopak tworzy fantastyczny duet z Shią LaBeoufem, który jako zagubiony, pełen gniewu i staje się kimś na kształt brata. Wspiera Zaka i pomaga mu się usamodzielnić, robiąc lepszą robotę jako opiekun niż Eleanor (zaskakująca Dakota Johnson), choć jest głębsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem, że jestem nieźle zaskoczony tym filmem. „Sokół…” jest bardzo sympatycznym feel good movie, z ciepłym klimatem, postaciami do polubienia i niezbyt satysfakcjonującym zakończeniem. Przez większość czasu nie będzie to czas stracony.

7/10

Radosław Ostrowski

Rany

Will pracuje jako barman w knajpie. Ma dziewczynę-studentkę, ale między nimi coraz słabiej się układa, w głowie chodzi mu o koleżanka. Tylko, że jest już zajęta z innym. Podczas jednej z nocnych zmian dochodzi do bójki i zostaje zgubiony telefon przez jednego ze studentów. Barman zabiera go do siebie, a przeglądając go odkrywa makabryczne zdjęcia oraz wiadomości. Od tego momentu jego życie zaczyna wariować.

rany1

Reżyser Babak Anvari ruszył z nowym dziełem dla Netflixa, ale efekt… jest mocno dyskusyjny. „Rany” są reklamowane jako horror, choć z tym gatunkiem ma tyle wspólnego, co Metallica z disco polo. Pozornie wydaje się opowieścią o życiu w nieudanym związku, gdzie ogień już zostaje zgaszony oraz życiu, które nie wyszło. Przewija się też motyw człowieka coraz bardziej popadającego w szaleństwo. Problem jednak w tym wszystkim, że te wszystkie motywy zwyczajnie nie zgrywają się ze sobą. sama historia zwyczajnie nudzi i zaczyna coraz bardziej krążyć w kółko. Bohaterowie zachowują się jak idioci – głównie Will, który m.in. zamiast oddać telefon policji, zaczyna go przeglądać – logika bardzo mocno szwankuje, zaś intryga oparta na okultyzmie oraz opętaniu jest tak nudna i przewidywalna, że z góry wiadomo jak się to wszystko skończy. Opętania, otwieranie portali do innego wymiaru, coraz bardziej nasilający się obłęd – ile razy to już było i to lepiej wykonane? Montaż jest tak nachalny i urywany (szybkie przebitki), że psuje jakąkolwiek frajdę z oglądania. O dialogach nie chcę wypowiadać, bo są sztampowe jak diabli.

rany3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy aktorów (Arnie Hammer, Dakota Johnson, Zazie Beats), tak naprawdę poziom aktorstwa jest bardzo niski. Nie ma tutaj jakiejkolwiek postaci, z którą można nawiązać więź, zachowanie jest co najmniej irytujące, bardziej pasujące dla nastolatków niż dorosłych liści. Nawet przemiana w obłąkanego człowieka wydaje się niewiarygodna, zaś fascynacja mrocznymi obrazami jest zwyczajnie niejasna. Brakuje jakiegoś sensownego działania tej sytuacji oprócz faktu, że tak zostało to napisane.

rany2

„Rany” to jedno z największych rozczarowań tego roku. Nie oczekiwałem zbyt wiele, bo mało wiedziałem, a film mnie strasznie wynudził. Horror, który nie straszy – to chyba powinno służyć za ostrzeżenie.

3/10

Radosław Ostrowski

Suspiria

Berlin, rok 1977. Nadal jest mur, który podzielił miasto, w tle są zamieszki wokół członków RAF-u i jest bardzo nieprzyjaźnie. Ale to właśnie tutaj znajduje się prestiżowa szkoła tańca prowadzona przez madame Markos. I to do niej trafia amerykańska uczennica – Suzie Bannion, pragnąca nauczyć się wiele. Już podczas próbnego tańca wywołuje wielkie wrażenie na madame Blank. Lecz w okolicy szkoły dochodzi do dziwnych sytuacji.

suspiria2

Powiem to od razu, żeby nie wywołać wątpliwości: nie oglądałem oryginalnego filmu Dario Argento, będącego bazą dla Luki Guadagnino. Ten filmowiec robi kino co najmniej intrygujące i ciekawe, więc czekałem co reżyser pokaże w zderzeniu z kinem grozy. Efekt jest, cóż, wywołuje we mnie mieszane uczucia. Punkt wyjścia pozostaje intrygujący, bo sama szkoła oraz jej mroczne tajemnice potrafią wywołać pewne poczucie niepokoju, niejasności. Problem w tym, że dialogi troszkę za szybko pozwalają się domyślić tego, iż ta placówka jest prowadzona przez kowen czarownic. Sam taniec jest czymś w rodzaju testu, rytuału mającego pewien bardzo ukryty cel, zaś sceny tańca mają w sobie coś tak magnetyzującego, że nie można od nich oderwać oczu (kapitalny taniec w dwóch pomieszczeniach czy publiczny występ w luźnym stroju). W tle gra bardzo enigmatyczna muzyka Thoma Yorke’a, zdjęcia mają w sobie coś nieopisanego, a sama choreografia jest obłędna. To w czym problem?

suspiria1

Reżyser postanowił pożenić gatunek z arthouse’owym sposobem realizacji. I nawet nie chodzi o to, że trwa on ponad 2,5 godziny, lecz z powodu pewnego braku umiaru. Twórca niemal wrzuca do wora wszelkie możliwe symbole, motywy oraz wątki do jednego wora. Czego tu nie ma – kobieca niezależność, poczucie winy, terroryzm, macierzyństwo, seksualność, okultyzm, psychiatria. Totalne pomieszanie z poplątaniem, przez co poczułem się mocno zdezorientowany. Owszem, może to dać szansę na dowolną interpretację wydarzeń na ekranie. Ale z drugiej strony ten chaos wydaje się pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, zaś poczucie zagrożenia zaczyna z każdą minutą (gdzieś po godzinie) opadać i zanikać. O grozie przypomina się w groteskowym i krwawym finale, lecz wtedy jest już za późno. Cały czas miałem poczucie jak w przypadku „Mother!” Darrena Aronofsky’ego, który z każdą minutą coraz bardziej odlatywał w dziwacznym kierunku. Tylko, że tutaj nadal nie jestem pewny, co chciał osiągnąć Guadagnino.

suspiria3

Aktorsko, mimo znany twarzy (m.in. Mii Goth czy Chloe Grace Moretz), najbardziej zapada w pamięć duet Dakota Johnson/Tilda Swinton. Ta pierwsza w roli Suzie zwyczajnie magnetyzuje jako początkująca tancerka, która staje się coraz bardziej pewna siebie i to może z czasem budzić niepokój. Za to Swinton ma co najmniej dwie kreacje i obydwie bardzo przekonujące. Madame Blanc sprawia wrażenie bardzo delikatnej, opanowanej oraz jednocześnie silnej kobiety. Ale zaskakuje także jako psychiatra, dr Klemperer, który jest prześladowany przez poczucie winy intryguje, choć zderzony z kobiecym światem wydaje się bezsilny.

Naprawdę chciałem, żeby nowy film Guadagnino przypadł mi do gustu. Problem jednak w tym, że B-klasową intrygę próbuje ubrać i zderzyć z głębszymi tematami. Takie zderzenie musi doprowadzić do spięć oraz poważnych zgrzytów. Jak dla mnie na razie największe rozczarowanie w tym roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Źle się dzieje w El Royale

Czym jest tytułowe El Royale? Jest to motel, znajdujący się na granicy Kalifornii i Nevady, gdzie nawet środek hotelu przechodzi przez granicy. Gdy trafiamy do niego, jest już po sezonie, gdzie wszystko jest niemal puste. Poza chłopcem hotelowym nikogo nie ma. Ale właśnie tutaj pojawia się grupa postaci: czarnoskóra wokalistka, sprzedawca odkurzaczy, stary ksiądz oraz hipiska. El Royale ma być jedynie przystankiem w dalszej drodze, ale burza oraz tajemnice związane z bohaterami komplikują sytuację.

el royale1

Drew Goddard już w swoim debiutanckim „Domie w głębi lasu” pokazywał zapędy ku postmodernistycznej zabawie z gatunkami. Nie inaczej jest ze „Źle się dzieje…”, jednak zamiast horroru mamy pulpowy kryminał a’la Tarantino. Inspiracja twórczością „Pulp Fiction” jest czytelna aż nadto: od wykorzystania retrospekcji przez dialogi aż po wykorzystaną muzykę. Całość osadzona jest w latach 70., za czasów prezydenta Nixona, zaś sam hotel wygląda bardzo zjawiskowo. Więcej z fabuły zdradzić nie mogę, bo całość ma tyle wolt, zaskoczeń i niespodzianek, że zdradzenie ich byłoby psuciem satysfakcji z odkrywania kolejnych elementów układanki. Bo nie wszyscy są tym, za kogo się podają, a i sam hotel też ma inne cele niż zaspokajanie potrzeb klientów. Już pierwsza scena sugeruje, że sprawa ma drugie dno, ale po drodze zdarzy się wiele: porwanie, kradzież pieniędzy, sekta, taśma, zawiązywanie koalicji oraz układów.

el royale2

I przez większość czasu, gdy okrywamy kolejne fragmenty z życia bohaterów (mających dwie twarze), reżyser uatrakcyjnia całą historię. Kolejne retrospekcje, wydarzenia ukazane z innej perspektywy, długie ujęcia oraz chwytliwa muzyka z epoki. Problem jednak w tym, że z odkrywaniem kolejnych kart, film zaczyna tracić swoją siłę oraz zainteresowanie. Parę scen można było spokojnie wyciąć (retrospekcja związana z przywódcą sekty), pewne repetycje, zaś kilku rzeczy zacząłem się domyślać po kilku pierwszych minutach i nie wywołały we mnie takiego zaskoczenia. Czuć tutaj granie znaczonymi kartami oraz poczucie deja vu. I nie wszystkie postaci dostają tle czasu, by troszkę bliżej je poznać.

el royale3

Goddardowi udaje się utrzymać napięcie oraz ciągłego oczekiwania na to, jak się to wszystko skończy. I zebrał do tego znakomitych aktorów, choć nie wszyscy są wykorzystani do końca (zwłaszcza Jon Hamm oraz Nick Offerman). Klasę potwierdza Jeff Bridges jako mający objawy demencji duchowny, który jest kimś więcej niż się wydaje. Zaskakuje za to Chris Hemsworth jako pociągający, lecz psychopatyczny Billy Lee. Dla mnie jednak odkryciem była Cynthia Erivo w roli Darlene Sweet – czarnoskórej wokalistki, która z powodu koloru skóry jest traktowany w branży jak śmieć, a jej głos jest zwyczajnie cudowny.

Najnowsze dziecko Goddarda mocno pachnie pulpowymi kryminałami, choć sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Nie mniej jest to intrygujące, sprawnie wykonane kino ze świetną obsadą oraz (przez sporą część) wciągającą fabułą.

7/10

Radosław Ostrowski

Nienasyceni

Włochy, pełne ciągłego słońca. To właśnie tutaj ukrywa się przed światem Marianne Land – kiedyś wielka gwiazda rocka. Obecnie mieszka z Paulem – fotografem. Kobieta ma chorą krtań i robi sobie przerwę. Jednak ich spokój zostaje przerwany przez dawnego kochanka oraz producenta muzycznego, Harry’ego oraz jego córkę, którą poznał dopiero rok temu.

nienasyceni1

Film reklamowany jako kryminał, ale nie do końca pasuje do tej konwencji. Dzieło Luki Guadagnino jest produkcją opartą w dużej części na tajemnicach, niedopowiedzeniach i jednocześnie w oparach ciepłego lata oraz bardzo mocno obecnego napięcia (także erotycznego). Jednak reżyser z jednej strony ma pewne element łamigłówki (łamana chronologia, skupienia na spojrzeniach, słowach i gestach), tylko tworzenie intrygi kompletnie go nie interesuje. Sami próbujemy rozgryźć te relacje, nie do końca jasne motywy zachowań oraz pewien stań niemal ciągłej zabawy wprowadzony przez ciągle nienasyconego Harry’ego (fenomenalny Ralph Fiennes). To on napędza cały film, tworząc niemal rozpędzone do granic możliwości nieustanne święto, doprowadzając niemal do ekstremum, zawsze pierwszy, zawsze gotowy. Nawet kiedy dochodzi do zbrodni, to samo śledztwo zostaje potraktowane i poprowadzone dość szybko, ale bez rozwiązania.

nienasyceni2

Całość niesamowicie działa na zmysły – połączenie bardzo nasyconych kolorów, pięknych krajobrazów czy kostiumów sprawia, że nie można oderwać oczu. Gdy jeszcze dodamy do tego parokrotnie wykorzystany teledyskowy montaż oraz mieszankę muzycznych stylów, będziemy chcieli zostać tutaj na dłużej. I mamy dwa wyjścia: albo uważnie i wnikliwie obserwować naszych bohaterów lub kompletnie zanurzyć się w świecie dookoła.

nienasyceni3

Jak wspomniałem, film kradnie Ralph Fiennes, sprawiający wrażenie ciągle “głodnego” życia, będącego niemal fizycznym wcieleniem nieustannej balangi (scena tańca w rytm Rolling Stonesów). Tylko na ile jest to prawdziwe oblicze, a na ile to tylko maska, skrywająca w sobie pustkę? Na tym samym wysokim poziomie wnosi się Tilda Swinton w roli głównej, muszącą grać wszystkim poza głosem. I to wygrywa fantastycznie, pokazując niby stabilne i spokojne życie, ale jednocześnie widać pewną tęsknotę za czasami występów oraz związkiem z Harrym. Kontrastem jest bardzo opanowany i spokojny Matthias Schoenaerts (Paul), sprawiający wrażenie niewzruszonego monolitu.

Czym są “Nienasyceni” – wakacyjną opowieścią, zmysłową eskapadą, chwilą celebracji czy zmuszającym do refleksji dramatem egzystencjalnym? Nie jest do końca poważny, ale wymaga uwagi i skupienia. Wtedy wszystko nadrabia z nawiązką.

7/10

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski