Zamach na papieża

Czasy się zmieniają, a Władysław Pasikowski niekoniecznie. Konsekwentnie tworzy szeroko rozumiane kino sensacyjne w starym stylu. Po trzeciej części „Psów”, teraz reżyser wraca z mieszanką sensacji oraz politycznego thrillera. Czyli jak miało dojść do „Zamachu na papieża” znanej też (przynajmniej tutaj) jako operacja „Paproch”.

Bohaterem film jest emerytowany kapitan wywiadu Konstanty „Bruno” Brusicki (Bogusław Linda). Więcej czasu spędza na wędkowaniu, ciszy i spokoju. Pewnie by to tak trwało, gdyby nie nowotwór. W najcięższym stadium, bez szans na operację oraz parę miesięcy życia. Więc Bruno wyrusza na prowincję, kupuję dom oraz wprowadza się z prostytutką „Bianką” (Karolina Gruszka), by spędzić ostatnie chwile życia. Jednak rzeczywistość ma wobec niego zupełnie inne plany. Pewnego dnia pojawia się u niego dawny przełożony, pułkownik Szymurek (Ireneusz Czop) i jego kolega, Władeczek (Dobromir Dymecki) – mają dla niego zadanie. Padł rozkaz zabicia Jana Pawła II z Kremla, zaś wykonawcą jest Turek Ali Agca. Bruno ma zabić zamachowca po wykonaniu wyroku. Niechętnie i pod wpływem szantażu zgadza się. Powoli zaczynają się przygotowania.

Idąc na ten film mniej więcej wiadomo czego się spodziewać. Czyli akcji, napięcia oraz komplikującej się intrygi. Jednocześnie jest to film zaskakująco powolny oraz melancholijny, w niczym nie przypominającym poprzednich dokonań reżysera. Mocno osadzony w realiach początku lat 80., gdzie większość ludzi marzy o ucieczce z tego kraju, ale nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. A także działań służb specjalnych, zawsze działających w bezwzględny sposób.

Intryga i przygotowania do zamachu to jeden z elementów tej historii, bo wątków pobocznych jest sporo. Sam pobyt w małym miasteczku ma parę ciekawych wątków jak m.in. seryjny morderca dzieci, co wyrzuca ciała do rzeki czy pierwszego sekretarza (Adam Woronowicz), lubiącego mocno dać w palnik. Mogą one wydawać się zapchajdziurą, jednak nawet tutaj Pasikowski trzyma wszystko w ryzach. Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są bardzo ładne, scenografia (szczególnie w miejscach poza miasteczkiem) robi wrażenie detalami, zaś w tle przygrywa nostalgiczno-jazzowa muzyka Daniela Blooma (bardzo przypominająca brzmienia Michała Lorenca).

A wszystko z bardzo mocną obsadą. Bogusław Linda nie zawodzi w roli zmęczonego, cynicznego Bruna z wyrzutami sumienia oraz twardymi zasadami. To nadal jest jeden z tych aktorów, który potrafi wyrazić wiele bez słów. Pozorny stoicki spokój skrywa wiele: od gniewu aż po żal i wyrzuty sumienia. Dla mnie film skradli Ireneusz Czop z Dobromirem Dymeckim, czyli duet oficerów wywiadu z najlepszymi tekstami oraz dodając odrobiny (czarnego) humoru, a także dobry Wojciech Zieliński w roli lokalnego aptekarza. Jest jeszcze czarująca Karolina Gruszka, będąca tutaj partnerką Bruna i nawet ta dynamika intryguje.

Pasikowski wraca do formy i „Zamachem na papieża” tworzy swój najlepszy film od paru lat. Świetnie napisany, zagrany, z mocnymi dialogami, niepozbawiony krwawych scen oraz paru niespodzianek w tle. Niby jest znajomo, ale jakby inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Warszawianka – seria 1

„Warszawianka” – polska pieśń patriotyczna napisana w 1831 roku podczas powstania listopadowego. Jej autorami są: francuski poeta Casimir Delavigne, tłumacz Karol Sienkiewicz oraz kompozytor Karol Kurpiński. Tak samo nazwana została sztuka Stanisława Wyspiańskiego dotycząca wokół jednej z ważnych bitew powstania listopadowego. Jest też jeszcze powieść napisana przez… no właśnie, autora nie ujawniono. Jednak o nim właśnie opowiada pierwsza polska produkcja SkyShowtime.

warszawianka1

Bohaterem serialu jest Franciszek Czułkowski zwany „Czułym” (Borys Szyc) – 40-letni pisarz, co pisał swoje dzieła anonimowo. Jednak z pisaniem już skończył, jest po rozwodzie i stara się być ojcem dla swojej 11-letniej Niny (debiutująca Milena Goździela). Jednocześnie nasz pisarz mierzy się z masą różnych problemów: niedochodową restauracją, przelotnymi miłostkami, trwałymi przyjaźniami oraz ciągłym brakiem stałej kasy. Szukanie pracy, spłacanie długów, chodzenie po pomoc do ojca – sławnego i dzianego malarza (Jerzy Skolimowski), by zostać przez niego opierdolonym jak bura suka. A wszystko w szarej, burej i brudnej Warszawie – mieście między Pruszkowem a Wołominem.

warszawianka2

Za serial odpowiadają reżyser Jacek Borcuch i scenarzysta/pisarz Jakub Żulczyk, a wszystko inspirowane jest książką Piotra Fiedlera „Czułość”. Trudno tutaj mówić o fabule, to bardziej impresja z życia w Warszawie, głównie nocą. Imprezy, spotkania zakrapiane alkoholem, narkotykami i seksem, podlane jest offową narracją samego Czułego, będącego mieszanką wiwisekcji, strumieniem świadomości oraz pewnych obserwacji. Gdzieś to leży między błyskotliwością a bełkotem, z paroma złotymi myślami do zapamiętania. Im dalej jednak w las, tym bardziej widzimy połamanego człowieka, które życie to jeden wielki bajzel w szponach nałogu. Czego na pierwszy rzut oka nawet nie zauważamy, bo ta narracja i scenki wodzą za nos. Jeśli kojarzy wam się to z „Californication” czy „BoJackiem Horsemanem”, jest to właściwy adres. Zaś z kolejnymi odcinkami widzimy kolejne próby zarówno znalezienia pieniędzy, naprawy relacji ze swoją rodziną (byłą żoną i córką), ale też spięciami między „Czułym” a bardzo szorstkim ojcem (świetny Jerzy Skolimowski). Kiedy jeszcze wkracza matka (mocna Krystyna Janda), intensywność strzela w orbitę. A wszystko zmierza ku bardzo otwartemu zakończeniu.

warszawianka3

Wszystko zrobione świetnie technicznie: od dynamicznego montażu (scena urodzin Czułego czy dyskotekową przebitka tańca z Gryzeldą), masę długich ujęć aż po świetnie dobraną muzykę (m. in. Tom Waits, David Bowie, Miles Davis, Joy Division, Pet Shop Boys, Zamilska). Jest też nawet oszałamiające slow-motion czy sceny mocno idące w senną estetykę, a nawet użyte niezłe efekty specjalne (scena w agencji reklamowej). Tutaj nie ma się do czego przyczepić.

warszawianka4

Tak jak świetnej obsady z masą rozpoznawalnych twarzy, nawet w drobnych rólkach: od Modesta Rucińskiego (szef agencji reklamowej) przez Tomka Włosoka i Ignacego Lissa (barmani) aż po Zofię Wichłacz (influencerka Zośka). Solidnie prezentują się wcześniej wspomniani Skolimowski i Janda, do tego zaskakuje Piotr Polak w roli Sanczo, pozornie przyjaciela Czułego, jednak pod koniec pokazuje mniej przyjazne oblicze. Świetnie prezentuje się Maja Pankiewicz (choć w czarnych włosach wygląda dziwnie) jako Elka – zaradna, twarda i silna kobieta, będąca wsparciem naszego bohatera czy bardzo naturalna Milena Goździela. Ale „Warszawianka” przypomina jak fenomenalnym aktorem jest Borys Szyc. Jego „Czuły” to pełna sprzeczności bestia – niedojrzały człowiek z sukcesami, które roztrwonił, a jednocześnie bardzo uważny obserwator. Potrafi poruszyć, wkurzyć, zaintrygować, rozbawić czy wstrząsnąć – czasem jednocześnie, zawsze pozostaje spójną postacią, bez popadania w śmieszność. Bardzo złożona, ciekawa postać, za którą warto podążać.

warszawianka5

„Warszawianka” mocno spolaryzowała widzów oraz krytykę. Choć początek może być zniechęcający, dajcie temu serialowi szansę. Wtedy nabierze mocniejszych barw oraz emocji, które będą was trzymać do ostatniej sceny.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski

Daniel Bloom – Lovely Fear

500x500

Daniela Blooma znam jako kompozytora muzyki filmowej. Taki dzieła jak „Tulipany” czy „Wszystko, co kocham” pokazywały go jako twórcę zaskakującego, tworzącego muzykę odrobinę nostalgiczną, odrobinę jazzową. Tym większą niespodzianką był dla mnie jego solowy album, w którym ograniczył się do roli kompozytora i producenta.

„Lovely Fear” pachnie całkowicie elektroniką, za którą niespecjalnie przepadam. Jest ona z jednej strony przypominająca dokonania z lat 80., ale podskórnie wyczuwalny jest pewien niepokój. Czuć to od samego początku. „Hungry Ghost” zaczyna się dość spokojnie, klawisze zapętlają się, a druga część – bardziej instrumentalna – zaczyna świdrować i pulsować, dzięki perkusji oraz wplecionej, „łkającej” gitarze elektrycznej, zaś głos Jona Sutcliffe’a z The Sulk. Kosmiczny „Looking Forward”, który zaskakuje przestrzenią, ciepłem oraz niesamowitą aurą tajemnicy, a sam Bloom w roli wokalisty zwyczajnie czaruje i uwodzi. „How We Disapper”, też pulsuje dźwiękami przypominającymi kosmos (teledysk tylko podtrzymuje tą atmosferę), ale bardziej ciepłymi i miękkimi, zmierzającymi w stronę… r’n’b, gdzie znakomicie odnajduje się Gaba Kulka. Jedynym polskim utworem jest singlowa „Katarakta” – najbardziej mechaniczna, rytmiczna i… taneczna. Słabiej prezentuje się synthpopowe „Heartbreakers”, które za bardzo – jak dla mnie – idzie w taneczno-dyskotekowe klimaty. Kontrastem jest spokojniejsze i bardziej senne „Addicted” (w obydwu utworach śpiewa Tomek Makowiecki), z kolei tytułowy, transowy utwór zaskakuje szybkim tempem, pokręconym duetem perkusyjno-klawisowym i czarującym głosem Iwony Skraben z duetu Rebeka. Mój ulubiony numer. A na sam finał dostajemy przypominający łagodniejsze oblicz Tangerine Dream „Lemon Smile” z enigmatycznym głosem Marsiji.

Bloom pokazuje tutaj kompletnie nowe oblicze, ciągle zaskakując z utworu na utwór. Nie jest to tylko muzyka dla fanów elektroniki, a sam gospodarz niemal całkowicie dominuje nad materiałem. I jedno jest pewne – strasznie ta muzyka wciąga, uzależnia, doprowadza niemal do zatracenia się. Nie wiem, jak to się stało.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieulotne

Michał i Karina są studentami, którzy spędzają wakacje w Hiszpanii i parą. Spędzają razem czas i kochają się. Podczas nurkowania Michał zostaje zaatakowany przez pewnego mężczyznę po nurkowaniu na jego terenie. Agresja doprowadza do tragedii, która rzutuje na ich dalsze losy.

nieulotne1

Jacek Borcuch to jeden z tych reżyserów, którzy wyróżniali się wśród młodych twórców. Po nostalgicznej opowieści o starości („Tulipany”) oraz filmie o miłości ze stanem wojennym w tle („Wszystko, co kocham”), tym razem opowiada współczesną historię o wchodzeniu w dorosłość. Jednak tym razem nie wyszło. Pomysł wydawał się ciekawy, ale sama historia zwyczajnie była nudna i nie wciągająca. Od strony formalnej trudno się przyczepić. Zdjęcia Michała Englerta imponują zarówno kolorystyką (część w Hiszpanii), jak i techniką, montaż też jest na poziomie, zaś elektroniczna muzyka Daniela Blooma buduje wrażenie surrealizmu. Jednak sama historia jest dość pourywana, konstrukcja oparta na przypadkowych spotkaniach i rozmowach, z których niewiele wynika i nasi bohaterowie snują się po okolicy, ładnie wyglądają i cierpią, ale to wszystko takie chłodne i wykalkulowane.

nieulotne2

Trochę szkoda, bo grający główne role Jakub Gierszał i Magdalena Berus dają z siebie wiele, grając naprawdę nieźle. Poza nimi reszta aktorów nie miała zbyt wielu szans pokazania się.

Borcuch zawsze trzymał fason i robił naprawdę dobre filmy. Tym razem jednak coś nie do końca zagrało. Naprawdę szkoda, bo wyszła z tego wydmuszka.

6/10

Radosław Ostrowski