Bez obaw, daleko nie zajdzie

Słyszeliście kiedyś o Johnie Callahanie? To był znany satyrycznym rysownikiem, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Wychowywany w rodzinie zastępczej, z niemal non stop obecną gorzałą, jego życie zmienia się gwałtownie. Wypadek, całkowity paraliż od pasa w dół i droga na dno. W końcu John idzie do klubu Anonimowych Alkoholików prowadzonych przez jowialnego Donny’ego. Dzięki temu odkrywa swoją rysowniczą pasję.

bez obaw1

Gus Van Sant to jeden z tych twórców uważanych za mistrza kina niezależnego zza Wielkiej Wody. Biografia Callahana jednak nie płynie z góry określonym szablonem. Bardziej przypomina rozbijane puzzle, pełne przeplatających się retrospekcji i opowieści. Całość bardziej skupiona jest na terapii Callahana i tego, co do niej doprowadziło. Jak alkohol dosłownie zniszczył życie i jak się w tym wszystkim odnaleźć po tragedii. A jednak w tym chaotycznym szaleństwie jest metoda, dzięki której zaczynamy coraz bliżej poznawać artystę na nowo wracającego do społeczeństwa. Człowieka pełnego demonów, gniewu oraz strasznego egotyka. Niby mamy tutaj elementy jakich w życiorysach artystów było wiele: obsesja na punkcie biologicznej matki, która go zostawiła, życie w szponach nałogu, moment przełomowy, poznana w szpitalu kobieta i szansa na miłość oraz powolne dochodzenie do trzeźwości w grupie dość ekscentrycznych jegomości (szkoda, że nie poznajemy wszystkich zbyt dobrze, oprócz ). Przejścia między etapami są tak płynne, że jest to zdumiewające i nie wywołuje dezorientacji.

bez obaw2

Czuć tutaj bardzo rękę reżysera, skupionego na pokazywaniu sytuacji tu i teraz. Wszystko to polane jest bardzo takim melancholijnym klimatem, a wisielczy humor obecny jest zarówno w dialogach, jak i wplecionych animowanych wstawkach w stylu Callahana. W paru momentach widać, że parę z tych scenek opartych jest na doświadczeniach bohatera (kwestia wypadku), co dodaje pewnej wiarygodności. Problem w tym, że nie wszystkie wątki są tutaj wygrane. Dla mnie dziurawa była relacja między Johnem a poznaną w szpitalu Annu, gdzie iskrzy między nimi od tak i prowadzone jest to w bardzo skokowy sposób. Tak samo chciałoby się większe interakcji bohatera ze współczłonkami grupy, oprócz mentora Donny’ego. A i sama droga bohatera do trzeźwości jest bardzo przewidywalna, pozbawiona niespodzianek.

bez obaw3

Całość jednak broni się aktorsko. Ale czy może być inaczej, jeśli w głównej roli masz Joaquina Phoenixa? Callahan w jego interpretacji jest kimś pomiędzy wrażliwym i bezsilnym artystą a czasem chamskim, skupionym na sobie człowieku. Człowieka wręcz chcącego cierpieć, by mieć kolejne wymówki nad swoim losem zamiast go zmienić. Ewolucja ten postaci pokazana jest delikatnymi spojrzeniami oraz pozornie niezbyt wielkimi gestami, ale magnetyzuje. Drugą taką wyrazistą postacią jest Donny w wykonaniu zaskakującego Jonah Hilla. Pozornie to znana figura mentora, pełna empatii, ale nawet pozornie banalne dialogi brzmią w jego ustach bardzo przekonująco. Energia tej dwójki rozsadza ekran, a show kradnie w drobnym epizodzie Jack Black.

Pozornie-niepozorny film. Tak można opisać w dużym skrócie „Bez obaw…”, balansujące między powagą a żartem. I gdyby nie cudowny duet Phoenix/Hill byłaby to solidna biografia z nałogiem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Hellboy: Złota armia

Wszyscy pamiętamy Hellboya vel Czerwonego? Kiedy w 2004 roku pojawił się po raz pierwszy na ekranie nie zgarnął zbyt wiele pieniędzy, choć opinie miał bardzo pozytywne. I kiedy wydawało się, że nie zobaczymy naszego demonicznego (anty)herosa – wytwórnia Columbia wycofała się – znaleziono nową wytwórnię, a Guillermo del Toro mógł spokojnie pracować nad kontynuacją.

I jeśli myśleliście, że syn Szatana będzie miał wolne oraz święty spokój, zapomnijcie. Ale tym razem przeciwnik będzie o wiele trudniejszy, bo to książę elfów, pragnący zniszczyć coraz bardziej chciwą oraz niszczącą świat ludzkość. By tego dokonać potrzebuje stworzonej przez swoich pobratymców Złotej Armii, która jest niezniszczalna, a do sterowania nią potrzebna jest specjalnie wykuta korona. Problem w tym, że między elfami a ludźmi jest zawarte przymierze, a korona została podzielona na trzy części. Jakby nasz heros miał mało problemów, dochodzi do coraz większych spięć między nim a Liz, zaś do komórki zostaje przydzielony nowy agent, który ma kontrolować Hellboya.

hellboy2-1

Z sequelami do filmów bohaterskich jest zazwyczaj tak, że nie mając już problemu w postaci bliższego pokazania korzeni protagonisty, można bliżej skupić się na relacjach czy bliższemu pokazaniu świata. Del Toro tym razem wyrusza ku bardziej baśniowym klimatom, znanym już choćby z „Labiryntu Fauna”. Ale jednocześnie bardziej jest tutaj zarysowany pewien dylemat wobec Hellboya – jest „innym”, wręcz nazywany potworem, a staje w obronie ludzi, którzy go nie znoszą, wręcz gardzą nim. Czy niejako zabijając istoty swojego rodzaju nie czyni tego świata uboższym? A może należało doprowadzić do zagłady ludzkości? To czyni naszego bohatera bardziej ludzkim, ale nie czyni z całości poważnego, napuszonego dramatu egzystencjalnego.

hellboy2-4

Bo drugi „Hellboy” to akcja oraz humor rozładowujący napięcie, przez co nie jest strasznie patetycznie oraz sztywno jak na pogrzebie (lub filmie Zacka Snydera 😉).Reżyser pomysłowo inscenizuje rozróbę (jak choćby walka z Drzewcem, książę zarzynający strażników ojca czy finałowa konfrontacja ze Złotą Armią w tle), zaś montaż nie wywołuje chaosu czy dezorientacji jak w przypadku drugiego „Blade’a”. Wykonane to jest lepiej, efekty specjalne i charakteryzacja jeszcze bardziej podnoszą poprzeczkę, tak jak design nowych postaci (Krauss z tym hełmem pełnym pary). Nadal położony jest nacisk na relację między bohaterami (Czerwony z Abem – kapitalna scena picia z Barrym Manilowem w tle!!! czy interakcje z Kraussem), przez co zwyczajnie na nich nam zależy, a stawka jest odczuwalna.

hellboy2-2

Aktorsko nadal starzy znajomi zachowują poziom, dostarczając masy frajdy. Ron Perlman, Doug Jones, Selma Blair po prostu pasują do swoich postaci znakomicie, a ten drugi w roli Abe’a pokazuje troszkę inne oblicze tej postaci. Z nowych osób, najbardziej wybija się Krauss obdarzony głosem Setha MacFarlaine’a. Pozornie wydaje się sztywnym służbistą, bardzo twardo trzymającym się przepisów i regulaminu, przez co może budzić antypatię. Niemniej trudno nie szanować go za profesjonalizm oraz finał, gdzie decyduje się postąpić niejako wbrew sobie. Intrygujący jest Luke Goss w roli księcia Nuali, któremu ciężko nie przyznać racji w kwestii oceny naszej rasy. Żądny zemsty wojownik, pragnący przywrócenia dawnej chwały elfom i niejednoznaczna w ocenie postać. Plus bardzo delikatna siostra, czyli Anna Walton.

hellboy2-3

Mało kto się spodziewał, ale drugi „Hellboy” przebiła poprzednika już na samym starcie. Wszystko jest lepsze, ciekawsze oraz bardziej intrygujące. Zakończenie raczej sugeruje zamknięcie historii i jakiekolwiek szanse na sequel są niewielkie. Bardzo dobre kino rozrywkowe.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible

Impossible Mission Force – tajna komórka wywiadowcza CIA zajmująca się zadaniami niewykonalnymi. Takimi, gdzie trzeba korzystać z masek (charakteryzacja), wodzenia za nos oraz gadżetami, jakich się nie powstydził sam agent 007. Grupa przygotowanych agentów kieruje weteran branży Jim Phelps. Razem ze swoją ekipą (Ethan Hunt, Claire Phelps, Sarah Davies, Hannah Williams, Jack Harmon) otrzymują kolejne trudne zadanie, krążącej wokół listy agentów działających na terenie Europy Wschodniej. Listę ma zdobyć pracownik amerykańskiej ambasady oraz zdrajca Aleksander Golicyn, zaś zespół ma nagrać dowód zdrady, zdemaskować Golicyna i jego kupca. Niestety, cała akcja kończy się niepowodzeniem, śmiercią Golicyna oraz niemal całego zespołu oprócz Hunta. Jedyny ocalony podczas spotkania z szefem IMF, Eugenem Kittridgem orientuje się, że cała akcja to mistyfikacja, a prawdziwym celem jest wykrycie zdrajcy w organizacji.

mission impossible 1-1

W latach 90. był trend przenoszenia na duży ekran fabuł z seriali telewizyjnych. Najbardziej znany stał się „Ścigany” Andrew Davisa, ale drugim filmem z tego okresu było „Mission: Impossible”. Mało kto dziś pamięta, ale film opierał się na serialu telewizyjnym z lat 1966-73. Wielkim fanem tego dzieła był aktor Tom Cruise, który postanowił spróbować swoich sił jako producent filmowy. Do zadania realizacji został wyznaczony prawdziwy stylista kina, czyli Brian De Palma. Powiedzmy to sobie wprost: fabuła nie jest tutaj najważniejszym elementem. Jest to standardowa akcja spod znaku filmów o agencie 007, który zostaje uznany za zdrajcę. Intryga jest tylko pretekstem dla pokazania widowiskowych scen akcji, twistów oraz wodzenie za nos. Prawdziwą siłą jest jednak realizacja oraz charakterystyczny styl reżysera. Nie ma co prawda podzielonego ekranu, ale jest za to podwójna ogniskowa, długie ujęcia, sceny widziane z oczu i zbliżenia na twarze.

mission impossible 1-2

Niemniej fabuła jednak jest w stanie zaangażować, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi całość. Historia jest na tyle pokomplikowana, że angażuje. Wymaga ona jednak skupienia, by tak jak Hunt połapać wszystkie elementy układanki. Ciągle lawiruje między IMF a tajemniczym handlarzem bronią Maxem, by oczyścić swoje dobre imię oraz znaleźć zdrajcę. Nie brakuje tutaj trzymających w napięciu scen akcji z nieśmiertelną sceną włamaniu do komputera w Langley (nawet jeśli czasami logika mówi co innego w kwestii tego, co się dzieje), akcji w Pradze czy finałowej konfrontacji w pociągu TGV. Pomaga w tym świetny montaż, znakomita praca kamery oraz absolutnie rewelacyjna muzyka Danny’ego Elfmana (bardzo w duchu kina szpiegowskiego).

mission impossible 1-3

Jest jeszcze jedno zaskoczenie, czyli stylizacja. De Palma kompletnie unika charakterystycznych elementów, który wskazywałby na realia lat 90. Jedyne, co zdradza wiek produkcji to komputery oraz wizja tego, jak miałby wyglądać Internet. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne i zestarzało się bardzo. Gdyby nie ten element, można odnieść wrażenie, że akcja toczy się w latach 60., co widać w scenografii czy kostiumach, a nawet fryzurach. I ten styl mocno wyróżnia ten film z całej serii. jedynym moim poważnym zastrzeżeniem – poza efekciarskim finałem – są wplecione sceny dialogów, będących repetycjami pewnych zdań kluczowych dla intrygi.

mission impossible 1-4

Jeśli chodzi o aktorstwo, powiedzmy sobie wprost: tu nie ma za dużo do grania, a wszystko jest tutaj mocno wzięte w nawias. Z tej reguły wyłamuje się Tom Cruise w roli Ethana Hunta, który jest typowym Cruisem z czasów kina akcji. Czy jest to nudna postać? O nie, tutaj nasz bohater musi ciągle lawirować na niepewnym gruncie, próbuje przewidywać kolejne ruchy tropiących go ludzi oraz daje z siebie wszystko w scenach kaskaderskich. Największe wrażenie robi w scenach, kiedy puszczają mu nerwy. Drugi plan w sumie trzyma solidny poziom (zjawiskowa Emmanuelle Beart, szorstki Jean Reno, spokojny Jon Voight, elegancka Vanessa Redgrave), ale z niego wybijają się dwie postacie – Luther oraz Kittridge.

mission impossible 1-5

Pierwszy w interpretacji Vinga Rhamesa wydaje się dość dziwnym wyborem do roli komputerowego hakera (bardzo przypakowany facet), ale wnosi on sporo lekkości i humoru, budząc sympatię od samego początku. I jako jedyny – oprócz Hunta – pojawia się we wszystkich częściach. Drugi z twarzą Henry’ego Czerny’ego wydaje się (na razie) najlepszym szefem IMF, tutaj pełniącym rolę tropiciela – analityczny umysł, szybko łączący fakty oraz bardzo pewny siebie. Wie, za jakie sznurki pociągnąć, by sprawić ból. Bardzo inteligentna postać (świetna scena spotkania z Huntem w restauracji) – szkoda, że nie wraca do serii.

Powiem szczerze, że z każdym seansem film De Palmy tylko zyskuje w oczach. To najbardziej elegancki oraz stylowy film szpiegowski z całego cyklu. Może nie jest tak widowiskowy jak następne części, ale też potrafi trzymać w napięciu i nadal zachwyca wykonaniem. Tak się zaczyna serię, czego chyba nikt się nie spodziewał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grinch

Miasteczko Ktosiowo jest znane z tego, że bardzo hucznie obchodzi Boże Narodzenie. Wiadomo, prezenty, panująca wszędzie radość, kolędy, choinka, dekoracje oraz tego typu pierdoły. Jest jednak ktoś, kto wielkim fanem Świąt nie jest –  zielonkawy stworek zwany Grinchem. Troszkę taki gremlin, trochę skrzat oraz wynalazca a’la doktor Brown. Kiedy dowiaduję się, że tegoroczne Święta mają być trzy razy huczniej obchodzone niż zwykle, postanawia dokonać najbardziej szaloną akcję w całym swoim życiu: ukraść Święta Bożego Narodzenia.

grinch2

Studio Illumination Entertainment wydaje się być ekipą kojarzoną z jedną serią animacji: cyklu o Gru i Minionkach. Poza nim poziom był dość nierówny (świetne „Sing”, ale i mocno średnie „Sekretne życie zwierzaków domowych”), więc do adaptacji książki dra Seussa podchodziłem bardzo sceptycznie. Owszem, czuć iż to film skierowany dla młodego widza, nie jest to jednak bardzo infantylne kino. Jest tu klimat klasycznej bajki z czasów Disneya (obecność narratora, komentującego wierszem – wynika to z charakteru literackiego pierwowzoru), opartego na zderzeniu slapsticku oraz charakteru Grincha ze świątecznym klimatem. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza iż sam Grinch nie jest wrogiem Świąt jako takich, tylko tego bardziej komercyjnego sposobu obchodzenia, skupieniu się na otocznie, prezentach (jego zdaniem niepotrzebnych przedmiotach), blichtrze. Tylko, czy to jest prawdziwy duch Świąt? To pytanie serwuje drugi wątek, związany z małą dziewczynką o imieniu Cindy Lou, która chce troszkę innego prezentu niż wszyscy inni.

grinch1

Może i fabuła jest przewidywalna oraz prosta niczym konstrukcja cepa, jednak muszę przyznać, że sama animacja oraz forma tej opowieści jest bardzo ładna, wręcz szczegółowa (futerko Grincha i jego jaskinia). Nadal jednak czuć rękę oraz styl studia (piesek Grincha wzięty niemal żywcem z „Sekretnego życia…” czy ludzie o wyglądzie z serii o Minionkach), ale poziomem bliżej jest do „Sing”. Sam wygląd miasta, dekoracji świątecznych robi spore wrażenie, akcja też jest dynamiczna (sceny kradzieży prezentów czy przygotowań). W tle gra muza Danny’ego Elfmana, troszkę klimatem przypominająca… „Miasteczko Halloween” (albo mam coś z uszami), będąca sporym plusem. I sam morał też jest trafny, mądry i pokazany w niezbyt nachalny sposób.

grinch3

Polska wersja językowa realizowana przez Bartka Wierzbiętę jak zawsze trzyma fason. Chociaż jest pewien szczegół (choć nie wiem, czy to wina dystrybutora): wszelkie kolędy i piosenki świąteczne są wykonywane w oryginale. Tylko, że w jednej scenie kolęda jest śpiewana po polsku, co wywołuje poczucie pewnej niekonsekwencji. Najbardziej błyszczą dwie role, czyli narrator oraz tytułowy Grinch. Pierwszy przemawia bardzo ciepłym, delikatnym głosem Marka „Gru” Robaczewskiego, zaś drugi (w oryginale sam Benedict Cumberbatch) przemawia wokalem legendarnego Jarosława Boberka, potwierdzającego wielką klasę. Jego pomruki, szorstki głos buduje charakter zgorzkniałego, samotnego, jednak mimo wszystko budzącego sympatię stworka. No i jeszcze jest przesympatyczna Lila Wassermann jako Cindy Lou Ktoś.

grinch4

Ku mojemu zdumieniu „Grinch” okazał się jednym z najlepszych filmów studia Illumination. W każdym razie na pewno najładniejszą animację ze wszystkich oraz sporo serducha (także tego świątecznego), jakiego po nim się nie spodziewałem. No i zobaczenie śniegu w to gorące lato jest czymś orzeźwiającym, czego bardzo potrzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z pociągu

Widzieliście te obrazki w nieskończoność: przedmieścia, gdzie mieszkają piękni, młodzi i – przede wszystkim – szczęśliwi ludzie. Miłość, radość, sielanka wręcz. Kiedyś do tego świata należała Rachel – pracownika agencji PR-owskiej. Ale świat ten ją wypluł niczym gumę do żucia w objęcia butelek z procentami. Rozpadło się małżeństwo, marzenia o dziecku, praca, brak celu w życiu. Jedyne, co robi jest obserwacją pewnej pary podczas jazdy pociągiem. Jednak jedna sytuacja wywraca wszystko do góry nogami, a sama Rachel wplątuje się w sprawę o zaginięcie „idealnej” kobiety o imieniu Megan.

dziewczyna_z_pociagu1

Kolejny film na podstawie bestsellerowej powieści. Bestsellerowej, czyli takiej, którą wszyscy czytali oprócz Ciebie. Za powieść Pauli Hawkins postanowił się zabrać Tate Taylor, reżyser „Służących”. I muszę przyznać, że ze swojego zadania wywiązał się całkiem nieźle. Sam początek jest dość chaotyczny, poznajemy powoli postacie (dwie z nich są bardzo do siebie podobne), niejako rzuceni w sam środek. Reżyser coraz bardziej miesza w głowie, rzucając czasem krótkie przebitki, przez co nie do końca wiemy, co widzimy. A by jeszcze bardziej zdezorientować, pokazuje te same zdarzenia z innych perspektyw. Jeśli to miało pokazać stan psychiczny Rachel, która jest tutaj wiodącą postacią, udało się to idealnie. Mówię poważnie. Klimat jest ciężki, nie do końca wiemy, komu można zaufać, a ostatnie wydarzenia są mgliste niczym świat po wielkim kacu.

dziewczyna_z_pociagu2

Tylko, że sama intryga kryminalna niespecjalnie mnie porwała. Reżyser myli tropy, próbuje podpuszczać oraz ciągle buduje poczucie niepokoju aż do dramatycznego, krwawego finału. Lecz im bliżej końca, tym wszystko zaczyna mniej angażować, zaś niektóre postacie (psychiatra, partner zaginionej – niejednoznaczni w ocenie) zostają mocno zepchnięte na dalszy plan. I przez to troszkę gaśnie aura tajemnicy. Za to świetnie są wygrywane momenty dramatyczne, ze wskazaniem na walkę Rachel z nałogiem oraz pokazania, jak mocno zdemolował jej życie, jak wiele z jej wspomnień było kłamstwem, manipulacją i oszustwem. Wtedy film nabiera rumieńców, a grająca główną rolę Emily Blunt tworzy wyrazistą, znakomicie zniuansowane postać. A że kamera bardzo często pokazuje zbliżenia jej twarzy, nie ma tutaj miejsca na udawanie. Gdyby sama historia byłaby lepsza, może byłaby nawet nominacja do Oscara.

dziewczyna_z_pociagu3

Za to trzeba przyznać, że drugi plan nie wypada wcale najgorzej. Trudno nie zapomnieć zarówno Luke’a Evansa (lekko porywczy Scott), Edgara Ramizera (opanowany psychiatra) czy Allison Janney (wyrazista pani detektyw). Chociaż film miejscami kradnie równie zagubiona Haley Bennett (Megan), skrywającą pewną mroczną tajemnicę, przez co może wywołać pewne podobieństwo do Rachel.

Taylor wie, jak prowadzić aktorów, jednak sama historia jest podana w bardzo trudny sposób, wymagający większego wysiłku. Niemniej warto spotkać „Dziewczynę z pociągu”, zwłaszcza o aparycji Emily Blunt, dającej prawdziwy popis aktorstwa, częściowo maskując niedostatki fabularne.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Alicja po drugiej stronie lustra

Pamiętacie Alicję, która trafiła do Krainy Czarów i pokonała Żabrołaka? Minęło od tego wiele lat, a Alicja pozostaje bardzo niezależną kobietą, która sama sobie jest sterem, żaglem i okrętem. Jednak okoliczności zmuszają ją do trudnej decyzji, by sprzedać okręt i zachować swój dom. Wtedy udaje się jej uciec lustrem do Krainy Czarów, gdzie Szalony Kapelusznik powoli umiera. Prosi Alicję o pomoc, by znaleźć jego rodzinę. Ale do wykonania tego zadania trzeba wykraść Chronosferę od Czasu.

alicja21

Powiem szczerze, że nie czekałem na ten sequel i wydawał się tylko stratą czasu, skokiem na czasu oraz odcinaniem kuponów. Jednak reżyser James Bobin dokonuje cudu, bo zrobił kontynuację lepszą od oryginału. Zanim zaczniecie ględzić, że wygaduje bzdury i twórcy idą szlakiem Tima Burtona (czyli tworzenia wariacji na temat niż adaptacji jako takiej), muszę przyznać, że ta fabuła zwyczajnie wciąga. Alicja z jednej strony próbuje dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy (niczym Tom Cruise w serii „M:I”), ale zaczyna się także uczyć, że pewnych rzeczy, choćbyśmy nie wiem jak próbowali i kombinowali nie da się zmienić. Co ma się stać, stanie się. Dlatego z Czasem (w jakiejkolwiek postaci by nie był) nie warto się kłócić, tylko pogodzić.

alicja22

Same podróże w czasie wyglądają niczym wyprawa przez morze wspomnień, a poszukiwania pomagają bliżej poznać nie tylko historię Kapelusznika, ale także Białej Królowej (Mirada) i jej siostry Czerwonej Królowej (Leżbieta), która doprowadziła do poróżnienia oraz zemsty. To jest jedno z największych zaskoczeń. Także sam wygląd Krainy Czarów nadal imponuje baśniowością oraz rozmachem. Choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten świat został wygenerowany komputerowo niż jest rezultatem scenografów (przynajmniej na początku), to jednak wsiąkłem w ten świat bardziej niż w poprzedniej części. Pięknie wygląda zwłaszcza mroczna, mechaniczna siedziba Pana Czasu.

alicja23

Wracają dawni znajomi, choć niemal wszyscy (poza Czerwoną Królową i Szalonym Kapelusznikiem) są zepchnięci do niemal epizodów, co troszkę mnie boli. Oni czynili poprzednią część odrobinkę przyjemną. Johnny Depp nie drażni aż tak mocno, mimo kilogramów charakteryzacji oraz bardzo piskliwego głosu. Fason dzielnie trzyma Mia Wasikowska, nadal czyniąc Alicję bardzo charakterną dziewuchą. Ale film kradnie Sacha Baron Cohen, czyli Czas – wnosi nie tylko sporo humoru (zarówno słownego, jak i slapstickowego), a także pokazuje jak wielką ma na sobie odpowiedzialność. To jedna z bardziej nieoczywistych rzeczy w tym filmie, tak jak Helena Bohnam Carter.

Drugie spotkanie z Alicją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Historia bardziej wciąga, jest bardziej dopracowane i zachwyca nie tylko stroną wizualną. Ale potrafi przypomnieć dość banalną kwestie, że rodzina i życie mamy tylko jedno. Nie zmarnujmy go.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Family Man

Brett Ratner nie jest najlepszym reżyserem świata. I nawet nie chodzi o te oskarżenia związane z molestowaniem, tylko jego filmy są co najwyżej niezłymi produkcjami, które można obejrzeć i szybko wymazać. Może z wyjątkiem „Czerwonego smoka” z 2002 roku. Czy „Family Man” też będzie godny naszej pamięci?

family_man1

Jest to wariacja na temat filmu „To wspaniałe życie”, tylko że pytanie brzmi: co by było, gdyby George Bailey spełnił swoje marzenia. Teraz nazywa się Jack Campbell i jest samotnym wilkiem z Wall Street, gdzie robi bardzo duże interesy, co jest inna kobieta. Ale Wigilia to taki dzień, ze stają się dziwne rzeczy. A wszystko zaczyna się od pewnego napadu na sklep, gdzie robi interes z właścicielem kuponu. Kładzie się spać i gdy się budzi znajduje się gdzieś w New Jersey, mieszka z żoną (dawną dziewczyną ze studiów) oraz dwójką dzieci. On sprzedaje opony, ona jest prawnikiem działającym pro bono. O co tu chodzi? Dlaczego tak się stało? Przecież miał idealne życie. A może jednak nie?

family_man2

Sam film to remake, tylko uwspółcześniony, gdzie nasz bohater powoli zaczyna odkrywać to, co się zmieniło na przestrzeni 13 lat. Dlaczego nie pracuje w świecie wielkiej finansjery, skąd wzięły się dzieci i dlaczego ma żonę. Chociaż sens tej zmiany życia dostajemy wręcz na samym początku, to potrafi całkiem nieźle zabawić. Przesłanie jest proste oraz łatwe do rozczytania, ale na szczęście nie brakuje odrobiny humoru (przestawienie się Jacka), który nie jest ani prymitywny, ani wulgarny. To nadal kawałek ciepłego kina, chociaż nie aż tak łopatologicznie, jak by się można było spodziewać.

family_man3

Ale najmocniejszym atutem jest zaskakująca i świetna rola Nicolasa Cage’a, który jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Owszem, potrafi eksplodować (śpiewanie włoskiej opery na początku czy kolejne spotkanie z tajemniczym Cashem), to jednak dodaje więcej efektu komicznego. Za to piorunująca jest Tea Leoni jako pozornie zwykła żona, która potrafi emanować seksapilem (kąpiel pod prysznicem) połączonym z dużą dawką empatii, ciepła, ale też (na szczęście rzadko) zmęczenia. Swoje robi też drobny epizod Dona Cheadle (Cash) oraz Jeremy Piven jako najlepszy przyjaciel, Arnie.

„Family Man” jest bardziej wariacją „To wspaniałe życie”, serwując podobne przesłanie, że szczęście daje tylko druga osoba, poczucie bliskości oraz należy brać z życia ile się da. Ratner może nie ma tyle wdzięku co Capra, a fabuła podąża w przewidywalnym kierunku, lecz to kawałkiem całkiem sympatycznego kina. Na poprawę nastroju i do przemyśleń nadaje się (zwłaszcza o tej porze roku) idealnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Circle. Krąg

Czym jest tytułowy Krąg? To duża korporacja, która tworzy aplikacje pomagające ludziom. Chyba, bo mamy urządzenie do mierzenia zdrowia czy kamery wbudowane niemal wszędzie i aplikacja pozwalająca na pełną transparentność (znaczy się pełną inwigilację). I to tam dostaje pracę Mae Holland, a to dzięki swojej przyjaciółce, a kariera nabiera przyspieszenia. Ale zaczyna dostrzegać, że coś nie tak.

krg1

Powieść Dave’a Eggersa była niemal skrojonym materiałem na film, jednak musieli pojawić się goście z Hollywood i wszystko spieprzyć. A zadania ekranizacji podjął się James Ponsoldt, czyli specjalista od kina niezależnego („Cudowne tu i teraz”, „Koniec trasy”). Powinno być dobrze, ale kompletnie nic tu nie pasuje. Nawet to ostrzeżenie przed współczesną technologią, która może służyć do inwigilacji oraz kontroli w imię poprawy naszego życia. Ale w zamian za to musimy zrezygnować z życia prywatnego, a jeśli będziemy przeciwko nie będzie dobrze (przykład pani senator). Problem jednak w tym, że kompletnie mnie to nie obchodziło, a nie to było celem. Nawet sceny pozornie mające trzymać w napięciu (pościg za przestępczynią czy ucieczka byłego chłopaka zakończona wypadkiem) kompletnie nie interesują, a wnioski wyciągane z filmu są bardzo banalne. Wszystko jest tak czarno-białe (owszem, książka była taka, lecz pewne wątki wyrzucone w filmie jak aplikacja pozwalająca poznać swoich przodków czy kompletnie zmieniony finał), zrealizowane sterylnie i bezpiecznie. Brakuje konfliktu, wyrazistych bohaterów oraz emocji. I nie wiem, co poszło nie tak.

krg2

Ale czasami nawet słabe postaci można zbudować, jeśli odpowiednio poprowadzi się aktorów. Tylko trzeba im dać pole do popisu. Niestety, tutaj zmarnowano potencjał obsady, tak jak wszystko. Grająca protagonistkę Emma Watson jest bardzo przezroczysta, niemal ślepo zapatrzona w działalność Kręgu. Tylko, że potem następuje przemiana, chociaż nie jestem tego pewny. Za to strzałem w stopę było obsadzenie Toma Hanksa jako szefa Kręgu, Baileya. Niby facet w stylu Steve’a Jobsa, czyli wizjoner, wyluzowany i zdystansowany. Tylko, że ma być demoniczny i straszny, ale kompletnie mu nie wychodzi. Jedynymi wartymi uwagi postaciami są rodzice Mae (Glenne Headey oraz nieodżałowany Bill Paxton), ale oni mają za mało czasu.

krg3

W rozmowie do Kręgu na pytanie czego się boi, odpowiada: zmarnowanego potencjału. Tutaj zepsuto niemal wszystko, co się dało: brakuje fajnych postaci, intryga jest prowadzona ślamazarnie i bez polotu, aktorsko jest średnio. Nawet lęk przed Internetem wywołuje znużenie, a tym miało uderzyć. Z tego Kręgu będziecie się chcieli wypisać.

4/10

Radosław Ostrowski

Człowiek ciemności

Peyton Westlake jest młodym naukowcem, pracującym nad syntetyczną skórą. Problem w tym, że ta skóra jest w stanie wytrzymać tylko półtorej godziny. Naukowiec jest związany z urzędniczką, Julie i wydaje się szczęśliwym człowiekiem. Ale szczęście ma to do siebie, że nie jest dane raz na zawsze. Zwłaszcza, gdy przyczyną jest gangster Robert Durant, niszcząc laboratorium oraz dość poważnie masakrując naszego protagonistę. Od tej pory Westlake (uznany za zmarłego) planuje zemstę i jednocześnie próbuje udoskonalić swoje dzieło.

czlowiek_ciemnosci4.jpg

Fabuła tego troszkę mało znanego filmu Sama Raimi brzmi jak jakaś komiksowa historyjka. I rzeczywiście tak wygląda, ale nie jest to w żadnym wypadku obelga. Opowieść jest prosta, ale sposób realizacji jest w typowym dla pierwszych filmów reżysera. Czyli mamy sporo szybkich zbliżeń na twarz, świadomie tandetne efekty komputerowe (co się dzieje z umysłem bohatera, zbitki wspomnień) czy ujęcia pod bardzo nietypowymi, wręcz krzywymi kątami. Nie jest to jednak klasyczna historia superbohatera z wątkiem (istotnym) romansowym w tle. Jest dużo mroczniej i nie tylko ze względu na przemoc czy brudne zaułki. Kryminalna intryga dość szybko się rozwiązuje, ale i tak jest budowane napięcie wynikające z działań Westlake’a jak akcja w Chinatown czy przejęcie pieniędzy.

czlowiek_ciemnosci1

Raimi jednocześnie jest efekciarski (drugie starcie Westlake’a z Durantem w helikopterze), podkręcając napięcie oraz zaskakując pomysłową inscenizacją. Widać skromny budżet, ale absolutnie to nie przeszkadza. Można było lepiej poprowadzić wątek romansowy czy bardziej skupić się na rozbudowaniu tego świata, ale i tak wyszło dobrze.

czlowiek_ciemnosci2

A największym atutem jest świetny Liam Neeson w roli głównej. Początkowo Westlake jest bardzo cichym, opanowanym, lecz zdeterminowanym naukowcem. Ciekawiej dzieje się, gdy jest strasznie poharatany, albowiem jego psychika staje się niestabilny. Łatwiej wybucha, staje się bardziej agresywny i żądny krwi. To rozdarcie między dwoma obliczami czyni postać Westlake’a tragiczną, a jego los zwyczajnie porusza. Równie świetny jest Larry Drake w roli elegancko ubranego, choć nie przebierającego w środkach Roberta Duranta. Nie do końca wykorzystano Frances McDormand jako ukochaną protagonisty, ograniczając się do tła, zaś Colin Friels jest (stereo)typowym korporacyjnym czarnym charakterem.

czlowiek_ciemnosci3

„Człowiek ciemności” to adaptacja komiksu, który nigdy nie został zrealizowany. Film ma swój mroczny klimat, niejednoznacznego bohatera oraz przy okazji zadaje pytanie o bycie człowiekiem, trzymaniu swoich żądz na wodzy oraz walce z samym sobą. Niepokojące kino rozrywkowe na poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Koniec trasy

Na hasło pisarz wiele osób wyobraża sobie człowieka bardzo inteligentnego, oczytanego, sięgającego tylko po rzeczy z wysokiej półki. I to z każdej gałęzi kultury – żadne tam chłamidła, krąży na najwyższym poziomie socjety, a wszyscy ludzie lgną do niego jak ćma do światła. W filmie Jamesa Ponsoldta „Koniec trasy” widzimy inne oblicze pisarza.

koniec_trasy1

Punktem wyjścia opowieści jest wywiad jaki dziennikarz Rolling Stone (niepozbawiony ambicji literackich) David Lipsky przeprowadził w 1996 roku z objawieniem literatury amerykańskiej, czyli Davidem Fosterem Wallacem. Pisarz promuje swoją gigantyczną (nie chodzi tylko o to, że ma ponad 1000 stron) powieść „Infinite Jest”, więc dziennikarz spędza z nim 5 dni pod koniec tej trasy. Całość jest zwykłym, spokojnym i „gadanym” filmem w klimacie „Dymu”. O czym rozmawiają panowie? O wszystkim: sławie, myślach, nałogach, wenie, książkach, sztuce, fanach i demonach. Co dziwne, nie jest to pretensjonalna, pełna bełkotu rozmowa. Podczas niej zaczynamy dostrzegać to, co pozornie może wydawać się banalne: pisarz to też człowiek. Lubi zjeść sobie z McDonaldzie, może być uzależniony od telewizji (jedyna używka Wallace’a, poza colą) i może pójść ze znajomymi na film Johna Woo. Razem z Lipsky’m próbujemy wejść w umysł naszego pisarza, by go rozgryźć. Ciągle pytając, czy to jest prawdziwy „on” czy jakaś maska, poza, mechanizm obronny przed otoczeniem. Podczas tych kilku dni panowie powiedzą o sobie więcej niż przez całe życie, a dla jednego z nich będzie to punkt zwrotny w karierze.

koniec_trasy2

Wszystko jest tutaj bardzo spokojne, bez wariactw, dzikiego montażu, ale ten wycinek mówi więcej o Wallace, a reżyser unika tworzenia biograficznego bryka. Relacja między panami ulega ciągłej dynamice: od szybkiego nawiązania kontaktu, luźne rozmowy po skrywaną (przez Lipsky’ego) zazdrość o talent, podskórnie jednak wyczuwana jest pewna nieufność. Nie brakuje kilku trudnych tematów (sława, zasłyszana plotka o braniu heroiny), przez co jest wiele mocnych dialogów, pełnych trafnych obserwacji.

koniec_trasy3

Całość nie robiłaby tak dobrego wrażenia, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Jesse Eisenberg jako Lipsky jest troszkę innym obliczem aktora: wycofany, z jednej strony zazdroszczący talentu, z drugiej bardzo podejrzliwy i nie wierzący w charakter Wallace. Ten pisarz w interpretacji Jasona Siegela jest bardzo trudny do rozgryzienia: jest świadomy swojego talentu, ale nie chcę sławy za wszelką cenę (walczy z ego), unika towarzystwa ludzi, choć ma paru znajomych, woli psy od ludzi. Na ile to jest on, a na ile to jego mechanizm obronny, pozostaje to zagadką. Aktor, znany dotychczas z komediowego emploi, kompletnie zaskakuje i wchodzi w buty Wallace’a tak płynnie, jakby na chwilę ożył. Przejął jego gesty, ale nie jest tylko małpowanie. Siegel intryguje, zwodzi, czaruje, wymyka się wszelkiej szufladki, tak jak jego bohater.

Reżyser „Cudownego tu i teraz” zrobił dobrą, pomysłowo zrealizowaną biografię, konsekwentnie ją prowadząc do samego końca. Choć finał jest dramatyczny, to film skłania do przemyśleń, a wiele tekstów jest trafnych jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski