Dick Tracy

Tytułowy bohater jest gliniarzem pracującym w Mieście, gdzie walkę o wpływy w półświatku mafijnym prowadzi Big Boy Caprice. Obaj panowie prowadzą ze sobą otwartą wojnę, jednak Big Boy otrzymuje tajemniczego sojusznika Noface’a, który decyduje się mu pomóc.

Jak widać sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i bazująca na komiksach Chestera Goulda, które już były parokrotnie przenoszone na ekran. Ale w 1990 roku zadania adaptacji podjął się Warren Beatty – wówczas już uznany reżyser i bardzo popularny aktor. Sam film jest dość komiksowy, co nie powinno dziwić – jednowymiarowi bohaterowie, prosta, choć komplikująca się fabuła, kiczowata kolorystyka (dominuje czerwień, zieleń i czerń), prosty humor. Jednak paradoksalnie wyszedł z tego udany film. Jak to możliwe? Świadomość pochodzenia i nie wypieranie się tego stało się atutem, bo intryga wciąga, zabawa jest całkiem przyjemna, a i realizacja też jest bardzo intrygująca, czerpiąca zarówno z estetyki komiksu (kolorystyka, montaż), kina noir (scenografia – ręcznie rysowana miejscami, kostiumy) i kiczu (przerysowana charakteryzacja), okraszając to zgrabnymi piosenkami. Ponieważ adaptacje komiksów jeszcze raczkowały (rok wcześniej powstał „Batman” Tima Burtona), więc wtedy film robił wrażenie, ale w porównaniu z mrocznymi opowieściami serwowanymi obecnie (Batmany Nolana, X-Men) wypada dość blado. Beatty jednak nie udaje, że chodzi o coś więcej, niż tylko zabawę i na tym polu wygrywa.

dick_tracy2

Także od strony aktorskiej postarano się uwiarygodnić ten świat. Pierwsze skrzypce gra tu sam Beatty, który nieźle wypada w roli nieugiętego gliny, chociaż wydaje się on zbyt kryształowy. Znacznie ciekawszy jest drugi plan, gdzie pełno jest gangsterów z paskudnymi ryjami (charakteryzacja jest naprawdę świetna). Tutaj bryluje kapitalny Al Pacino w roli Big Boya – jest on groteskowy, przerażający, zabawny i wyrazisty. Tutaj Al parodiuje swoje gangsterskie wcielenia, co najważniejsze nigdy nie popada w granicę przerysowania, co niedawno zrobił Sean Penn w „Gangster Squad”. Jest jeszcze Madonna, która dobrze sobie radzi w roli femme fatale. Zaś w kluczowych lub epizodycznych rolach nie zabrakło takich aktorów jak James Caan (Splendini), Dustin Hoffman (Bełkot), William Forsythe (Flattop) czy Mandy’ego Patinkina (pianista 88 Keys).

dick_tracy1

Film Beatty’ego jest świadomie kiczowatym, komiksowym filmem, który broni się paroma pomysłami, atmosferą i świetną obsadą. Jeśli szukamy tylko i wyłącznie dobrej zabawy, to znajdziecie jej tu wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Frankenweenie

W małej mieścinie zwanej New Holland mieszka Victor Frankenstein, młody, samotny chłopiec, który kocha naukę, horrory i nie ma kumpli. Z jednym wyjątkiem – psa Sparky’ego, do którego jest mocno przywiązany i spędzają ze sobą masę czasu. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy, bo w trakcie meczu baseballa, pies goniąc za piłką wpada prosto pod koła samochodu. I od tej pory, życie Victora przestało mieć jakikolwiek sens. Jednak chłopak postanawia zrealizować bardzo ryzykowny pomysł – wskrzesić pieska. Nawet on nie jest w stanie przewidzieć komplikacji.

frankenweenie1

Był taki czas, że Tim Burton poza swoim bardzo wyrazistym stylem, miał wyobraźnię, której wielu mogłoby pozazdrościć, a dorównać mógł tylko Terry Gilliam. Ale ostatnie lata były dość średnie i ten film też nie zapowiadał się najlepiej, bo to miał być remake filmu Burtona z 1984 roku (czytaj odgrzewanie kotleta). Jednak ubranie tego w czarno-biały film animowany dało pewną nadzieję, która jednak została spełniona. Od samego początku widać, że jest to film Burtona – ekscentryczny odmieniec w roli głównej, inspiracja horrorami klasy B (film ze Sparky’m w 3D) oraz kiczem („Godzilla” w miasteczku), zaś cała powieść poza byciem wariacją na temat „Frankensteina” jest opowieścią o żałobie i nie godzeniu sobie ze stratą najbliższej osoby, zaś animacja i wygląd bohaterów przypomina rewelacyjną „Gnijącą pannę młodą” (duże oczy, długie postury „patyczaka”). Także scenografia (New Holland z przypominającą Hollywood napis oraz idealnych mieszkań z ogródkiem) oraz muzyka Danny’ego Elfmana jest na wysokim poziomie i co najważniejsze, nie brakuje tu emocji. Gdyby nie lekko przesłodzone zakończenie, to byłby jeszcze lepszy film.

frankenweenie2

Za to naprawdę należy pochwalić voice-acting (film widziałem z polskimi napisami, więc nie znam jakości naszego dubbingu), choć nie ma tu stale współpracujących z Burtonem Johnny’ego Deppa oraz Heleny Bohnam Carter. Zamiast nich mamy bardzo młodego Charliego Tahana (świetny Victor), bardzo błyszczących Catherine O’Harę (matka Victora/wuefistka/dziewczyna z kotkiem) i Martina Shorta (ojciec Victora/burmistrz), jednak największe brawa należą się Martinowi Landau (nauczyciel Rzykrusky – pasjonata).

Dawno Burton nie był w tak wybornej formie i mam małą nadzieję, że następne filmy będą utrzymane na tym poziomie.

8/10

Radosław Ostrowski

Danny Elfman – A Civil Action

a_civil_action

O samym filmie opowiedziałem już dużo wcześniej. Jednak tutaj skupimy się na warstwie muzycznej, a za nią odpowiada Danny Elfman, kompozytor znany głównie dzięki współpracy z Timem Burtonem. Dlatego zaskoczeniem był wybór tego kompozytora do dramatu sądowego. Album zawiera 25 kompozycji, z których raptem kilka przekracza czas 3 minut, reszta jest krótka i bardzo krótka.

elfmanJednak obie pierwsze kompozycje są dość nietypowe dla Elfmana. Różnego rodzaju dźwiękowe dzwonki i małe perkusyjne instrumenty w „Walkin'” z delikatnym dźwiękiem smyczków bardziej kojarzą się z dorobkiem Thomasa Newmana. „A Civil Action” z lekką gitarą elektryczną, pianinem oraz różnymi dzwonkami, cymbałkami oraz klarnetem podtrzymuje te skojarzenia. Trochę dłuższą kompozycją jest „The River”. Zaczyna się dość spokojnymi skrzypcami, do których potem dołączają cymbałki, trąbka i fortepian, by potem zbudować niepokojącą atmosferę. Całe to instrumentarium jest wykorzystywane parokrotnie. Po tym kompozycja są te króciutkie motywy, w których jednak dochodzi do podniesienia napięcia („First Landing” z bombastycznymi w połowie bębnami oraz dęciakami czy „Bills, Bills, Bills” z zapętlającymi się skrzypcami oraz cykającą perkusją), ale też bardziej wyciszone („And This…” czy „Water #2” z pięknymi smyczkami oraz smutną trąbką). Jednak najciekawsze są te dłuższe, ponad 2,5-minutowe kompozycje jak „The Trial”. Nerwowe skrzypce na początek, delikatny fortepian i klarnet oraz bębny w tle budują poczucie niepokoju, by następnie się uspokoić i zabrzmień podniośle. Również zwraca uwagę „Objections” z ciekawą gitarą elektryczną w tle oraz szybkimi smyczkami, co tempo zmieniają.

Poza kolejnymi krótkimi kompozycjami (m.in. „Harvard Club”, „20 Bucks”), pojawia się najlepszy na płycie „Water #2” – spokojne brzmienie smyczków i dzwonków na początku, zostaje podmienione i nabiera niepokoju z pojawieniem się elektroniki oraz wokalizy. Podobna atmosfera niepokoju pojawia się w „Night work”, gdzie szybko brzmiące dzwonki i fortepian + dynamiczne skrzypce w połowie nagle przyśpieszają. Potem różnego rodzaju perkusja, dęciaki „wybuchają” i zaczyna robić się nerwowo (w filmie scena wrzucenia do wody toksyn i podpalenie ich przez dzieciaków), by pod koniec wyciszyć. A wszystko zwieńczone jest prawie 7-minutową suitą.

Wadą tej ścieżki jest masa króciutkich utworów (1-2 minuty), które rozdrabniają tę ścieżkę. „Something to Prove”, „Going Down” i „20 Bucks” poza krótkim czasem, mają bardzo podobne brzmienie, co wywołuje pewne znużenie, bo zamiast rozwinąć się, nagle urywają się. Elfman naśladujący Newmana wypada naprawdę dobrze, tak jak muzyka w filmie. To solidna robota, która tylko czasami daje znać o swojej obecności.

7/10

Radosław Ostrowski

Adwokat

Boston, lata 80. Jan Schlichtmann jest bardzo skutecznym adwokatem zajmującym się procesami dotyczącymi ofiar wypadków i innych tragicznych wydarzeń. W końcu dostaje sprawę, której nikt nie chce się podjąć – osiem rodzin z Woburn chce oskarżyć i znaleźć winnych śmierci swoich dzieci z powodu zatrucia wody. Początkowo prawnik chce zrezygnować, ale będąc na miejscu zmienia zdanie, pozywając dwie firmy. Jednak nawet on nie jest w stanie przewidzieć skutków tego procesu.

Dramat sądowy w USA to gatunek dość ważny i to nie tylko dlatego, że nie są one filmowane ani nagrywane, ale dlatego, że bardziej liczy się akcja, zaś sam przebieg procesów, ma w sobie coś z teatralnego spektaklu. Najbardziej znanym twórcą tego gatunku był Sidney Lumet („12 gniewnych ludzi”, „Wredykt”), teraz zadania podjął się Steven Zaillian, znany amerykański scenarzysta („Lista Schindlera”, „American Gangster”, „Dziewczyna z tatuażem”), jednak na krześle z napisem DIRECTOR radzi sobie nie gorzej. Opierając się na prawdziwej historii reżyser opowiada nie tylko o samym przebiegu procesu (w zasadzie rozprawy) i  stworzyć kolejny antykorporacyjny film, stawia też ważne pytania dotyczące etyki i sensu tej profesji, gdzie proces to batalia i walka, gdzie masz szansę na sprawiedliwość, co słychać w monologach z offu, gdzie Schlichtmann wyjaśnia mechanizmy dotyczące procesów, opierając się m.in. na statystykach. Pytanie co jest ważniejsze – prawda, sprawiedliwość czy kariera i forsa. Każdy prawnik powinien sobie zadać to pytanie.

adwokat1

Ale nie wszystko toczy się w sądzie, część wydarzeń rozgrywa się w miasteczku (piękne zdjęcia utrzymane w lekko szarej, jesiennej kolorystyce), gdzie stopniowo poznajemy całą prawdę dotyczącą tych wydarzeń, kibicując naszemu bohaterowi. Technicznie niby ten film jakoś specjalnie się nie wyróżnia, ale to nie jest film akcji – jest bardzo statyczny, oparty na dialogach (niektórzy mogą pomyśleć, że przegadany), ale też trudno się do czegoś specjalnie przyczepić. Nawet rzadko pojawiająca się muzyka, która jest tylko tłem, radzi sobie dobrze.

Ale ten film bez aktorów by nie istniał (a czy jakikolwiek film bez aktorów mógłby powstać, poza dokumentalnymi?). Pierwsze skrzypce gra tutaj John Travolta i wypada on bardzo dobrze. jego bohater jest cynicznym i doświadczonym prawnikiem, dla którego ta sprawa zmusza go do przemyślenia. Początkowo dostrzega tylko szansę na zarobienie kasy, ale potem tak naprawdę zaczyna walczyć. Jego determinacja i upór jest naprawdę godna pozazdroszczenia, ale ta sprawa pakuje go w duże długi, doprowadzając ostatecznie do upadku jego kancelarii. Może dlatego, że jest zbyt dumny i uparty, braku pójścia na kompromis? Jego godnym przeciwnikiem jest znakomity Robert Duvall w roli Jerome’a Fachera – bardziej spokojnego prawnika, którego wielkie doświadczenie i opanowanie jest naprawdę godne podziwu. Drugi plan też jest naprawdę interesujący, choć niektórzy aktorzy pojawiają się czasem przez kilka albo kilkanaście minut. Nie sposób pochwalić Williama H. Macy’ego, Tony’ego Shalhouba i Željko Ivanek jako partnerów Schlichtmanna, którzy początkowo wspierając kolegę, nie potrafią zaakceptować jego walki. Poza nimi trudno nie zapamiętać Jamesa Gandolfiniego (Al Lowe, pracownik, który jako pierwszy decyduje się powiedzieć prawdę), Kathleen Quinlan (Anne Anderson – matki walczącej o przeprosiny) czy będących w epizodach Stephena Fry’a (geolog Pinder), Johna Lightgowa (sędzia Skinner) czy Sidneya Pollacka (wiceprezes Al Eustice).

adwokat2

„Adwokat” może nie dorównuje filmom Sidneya Lumeta, ale jest to jednak udany film opowiadający o determinacji. Zaś przewrotne zakończenie sprawy pokazuje, że o pewne rzeczy zwyczajnie warto walczyć. Nawet jeśli się to nie opłaca – wszystko bez nachalności i patosu.

7/10

Radosław Ostrowski

Hitchcock

Czy jest choć jeden szanujący się kinoman, który nie wiedziałby kim jest Alfred Hitchcock? Był uważany za wielkiego mistrza wśród reżyserów. Ale nawet on nie doczekał się filmowej biografii, aż do teraz. Debiutujący reżyser Sacha Gervasi w swoim filmie pokaże zarówno Alfreda Hitchcocka, a jednocześnie opowie o tym jak powstała „Psychoza”. A wszystko zaczęło się od pewnej powieści, nad którą nikt nie chciał się pochylić. „Psychoza” Blocha tak mu się spodobała, że był gotów go nakręcić za wszelką cenę. Ale cóż, wytwórnia nie jest przekonana co do sukcesu.

hitchcock1

Reżyser opowiada tę historię w dość intrygujący sposób, gdzie Hitchcock ma problemy (wytwórnia, która mu nie ufa, cenzura, która nie pozwala mu pokazywać golizny, zabójstwa i… muszli klozetowej, presja), ale także poza pracą na planie. Bo Hitch nie byłby takim wielkim mistrzem w fachu, gdyby nie jego żona, która wspierała i pomagała mu. Ogląda się to z dużym zainteresowaniem i od strony formalnej, też jest to hołd złożony Hitchowi (sceny, w których pojawia się seryjny zabójca Ed Gein, którym był reżyser zafascynowany). Bardzo klimatyczne zdjęcia oraz muzyka + naprawdę pomysłowy montaż (scena, w której Hitch pokazuje jak odegrać zabójstwo pod prysznicem jest bezbłędna), a także niepozbawione ironii i złośliwości dialogi. Konstrukcja filmu w filmie po raz kolejny nie zawodzi, a jednocześnie ciekawe obyczajowe wątki.

hitchcock2

Ale tak naprawdę ten film żyje, dzięki znakomitej obsadzie. Na początku trochę się obawiałem Anthony’ego Hopkinsa, który nawet po charakteryzacji nie przypominał wyglądem Hitchcocka. Jednak po pierwszych wypowiadanych słowach, moje obawy rozwiały się. Hopkins świetnie kreuje postać despotycznego reżysera, który był bardzo trudny w obyciu, zaś stres rozładowywał alkoholem. A jednocześnie zaczyna mieć obsesję na punkcie zdrady żony. Cichą bohaterką jest Alma Reville, koncertowo zagrana przez Helen Mirren. Bez niej tak naprawdę Hitchcock był nikim. To ona pisała scenariusz, to z nią montował film, ale ona czuje się niedoceniana przez męża i powoli zaczyna się od niego oddalać. Oboje tworzą cudny duet. Ale poza nimi też dzieje się wiele, zaś aktorsko jest to uczta. Pochwalić trzeba Scarlett Johanson (aktorka Janet leigh), Michaela Wincotta (Ed Gein, pierwowzór Normana Batesa), Michaela Stuhlberga (agent Lew Wasserman), Toni Collette (Peggy Robertson, asystentka Hitcha) oraz Danny Huston (Whitfield Cook – pisarz).

To nie jest film dla wszystkich, ale debiutant wyszedł z tego obronną ręką. Ciekawe kino, ze świetnymi dialogami oraz wybornym aktorstwem. Mam nadzieję, że o jego twórcy jeszcze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski

hitchcock3

Poradnik pozytywnego myślenia

Patrick Solitano Jr. był zastępcą nauczyciela historii w szkole w Filadelfii. Ale kiedy zastał żonę po powrocie z kochankiem, coś w nim pęka. Bije go, zostaje aresztowany i trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie zdiagnozowana zostaje choroba dwubiegunowa. Po 8 miesiącach leczenia zabiera go matka do domu. Tam rodzice próbują go wesprzeć i pomóc mu. Patrick planuje pozbierać się i odzyskać swoją żonę. Jednak jego plan może wziąć w łeb, gdy poznaje pewną kobietę – Tiffany Maxwell.

poradnik_400x400

Sama historia wydaje się dość prosta, ale niezbyt oczywista historia. Reżyser David O. Russell, który pewnie czuje się w obyczajowych filmach (m. in. „Fighter”) tym razem opowiada opowieść o próbie ponownego powrotu do społeczeństwa, nie łatwego, gdyż przeszkodą jest choroba, wywołująca obsesje i lęki oraz niezabliźnione jeszcze rany. Choć temat wydaje się dość mocno poważny, udaje się to opowiedzieć w dość lekki i niepozbawiony humoru sposób, a jednocześnie wszystko to jest opowiedziane bardzo przekonująco, humor nie osłabia siły tego filmu i nie jest on wrzucony na siłę, a to potrafi naprawdę niewielu reżyserów. Technicznie jest na solidnym poziomie – umówmy się, to jest skromne kino, jednak w paru miejscach wybija się montaż (m. in. w scenie ataku furii Pata, przeplatającymi się ze sceną zdrady i jej konsekwencjami czy pojawienie się oficera Brady’ego). A wszystko to zrobione w ciepły i subtelny sposób.

poradnik2_400x400

Jeśli zaś chodzi o obsadę, to tutaj mamy bardzo mocną ekipę. Brawurową główną role zagrał Bradley Cooper. Gwiazdor „Kac Vegas” tym razem wcielił się w Pata, świetnie oddając jego lęki oraz paranoję (nocna dyskusja wywołana „Pożegnaniem z bronią” czy furia spowodowana niemożnością znalezienia kasety z wesela), zaś jego determinacja do osiągnięcia nierealnego celu i wiara w pozytywną energię jest godna uznania. Na zbliżonym poziomie grana partnerująca mu Jennifer Lawrence, grająca dość zbliżoną charakterem postać. Tiffany nie może pogodzić się ze stratą męża i stopniowo próbuje wrócić do normalności. A między nimi powoli zaczyna iskrzyć i kibicujemy im aż do końca. Na drugim planie najbardziej wybija się wracający do formy Robert De Niro jako ojciec Pata, który również ma swoje obsesje, zaś w scenie, gdy wyznaje synowi, że chciałby z nim spędzić więcej czasu jest rozczulająca. Ale poza nim warto zwrócić uwagę na Jacki Weaver (matka Pata), Anupama Khera (dr Patel, terapeuta), Chrisa Tuckera (Danny, kolega Pata z terapii) czy Johna Ortiza (Ramon).

poradnik3_400x400

Ciepłe, słodko-gorzkie kino, które coraz bardziej zaczynam doceniam. Czy film powalczy o Oscary – zobaczymy, ale to kolejny warty uwagi tytuł. Dający dużą dawkę pozytywnej energii.

8/10

Radosław Ostrowski