Mindhunter – seria 2

Kolejne spotkanie z „Łowcami umysłów”, czyli serialem o początkach Wydziału Behawiorystyki FBI. Agenci Holden i Tench nadal prowadzą rozmowy z seryjnymi mordercami, by móc łatwiej ich złapać pod nadzorem dr Wendy Carr. Nadal jednak ich praktyki trochę są traktowane z pewnym dystansem wobec reprezentantów wymiary sprawiedliwości (policja, prokuratura). Jednak pojawia się szansa na wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce – w Atlancie dochodzi do zaginięć i morderstw dzieci.

Początkowo w tym sezonie reżyserzy (David Fincher, Andrew Dominik i Carl Franklin) wydają się podążać znajomym schematem poprzedniej serii. Czyli przeplatanki życia prywatnego naszej trójki bohaterów z przesłuchaniami kolejnych seryjnych morderców. ALE tutaj jakby większy nacisk jest na prywatne życie Tencha oraz dr Carr. Ten pierwszy mierzy się z powoli rozsypującą się rodziną (chodzi tu o syna, który wskutek pewnego drastycznego wydarzenia niejako cofa się w rozwoju), z kolei ona poznaje potencjalną partnerkę – Kay (Lauren Grazier). Tutaj udaje się zachować równowagę między dramatem obyczajowym a thrillerem i kryminałem. Cały czas czuć napięcie podczas rozmów z seryjnymi mordercami (David Berkowitz, Elmer Wayne Henley Jr.), wraca nawet stary znajomy Kemper (na jedną scenę) i pojawia się sam Charles Manson. Ale tak jest przez pierwszą połowę serialu.

Bo ostatnie cztery odcinki odsuwają kwestię rozmów na dalszy plan, kiedy nasi agenci zostają wysłani do Atlanty. I tutaj „Mindhunter” błyszczy najmocniej. Nasz duet agentów zostaje wsparty przez tamtejszego agenta Jima Barneya. Sprawa jednak jest więcej niż tylko delikatna. Same ofiary są czarnoskórymi dziećmi, więc podejrzany wydaje się oczywisty – Ku Klux Klan. Tutaj zaczyna też dochodzić do tarć między Holdenem a Tenchem – pierwszy z obsesją na punkcie profilu, drugi przytłoczony brakiem równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. To jest jedno źródło problemów, ale nie jedyne. Wrogie nastawienie „czarnej” społeczności do władz, ominięcie kilku istotnych świadków i tropów, nieufność policji wobec dziwnych, biurokratyczne procedury, niedoświadczeni policjanci. Jeszcze w grę wchodzi polityka, bo to rok 1980 i powoli zbliżają się wybory – chaos, panika, zamieszanie, wściekłość mieszkańców. Ten wątek błyszczy najmocniej, gdzie czuć tutaj bezsilność śledczych kolejnymi poszlakami prowadzącymi donikąd oraz furię rodzin ofiar (mocna scena przemówienia burmistrza w kościele). A wszystko kończy się bardzo słodko-gorzkim finałem, który zostanie na długo. Jest on tym bardziej frustrujący, że Netflix skasował ten serial.

Bo jest tutaj kilka kwestii otwartych (m. in. pojawiający się często na początku odcinka tajemniczy serwisant ATD, który wydaje się być fetyszystą w damskich ciuchach), które nadal pozwalały na eksplorację tego tematu. Twórcy nie idą ku robieniu z tego jakiegoś sensacyjnego dreszczowca, zdominowanego przez akcję, pościgi, strzelaniny itd. (jak w pierwszej serii). To powolny, lecz nadal niepokojący tytuł, pozwalający wejść do najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Fantastycznie wykonany, napisany, zagrany – absolutnie flagowe dzieło Netflixa, które znać trzeba. Kropka.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabójca

Killer – wiadomo, co oznacza ten termin. Wynajmowany przez pośredników za duże pieniądze w celu wyeliminowania jednego lub kilku ludzi. A jednocześnie nie może on się wyróżniać z tłumu, bo zostanie rozpoznany. Co oznacza wpadkę, śmierć lub aresztowanie. Było już wiele filmów o specjalistach od eliminowania ludzi spośród żywych jak „Samuraj” Melville’a czy „Leon zawodowiec”. Teraz swoją opowieść o cynglu do wynajęcia postanowił opowiedzieć sam David Fincher, zaś podstawą był francuski komiks.

Tytułowego bohatera, którego imienia i nazwiska nie poznamy nigdy gra Michael Fassbender. Jak go poznajemy jest w Berlinie naprzeciwko bardzo eleganckiego hotelu. Czeka, gimnastykuje się, składa broń i mierzy sobie ciśnienie. To już czwarty czy piąty dzień, a cel nadal się nie pojawia. Wyczekiwanie się dłuży i jest szansa, że zlecenie może w ogóle nie zostać wykonane. Ale w końcu się pojawia delikwent w pokoju, pojawia się kobieta… udzielająca się społecznie, snajperka jest gotowa. Niestety, nasz zabójca trafia prostytutkę i cały misterny plan poszedł w pizdu. Zabójcy udaje się uciec i robi coś, co raczej mało kto się spodziewał – wraca do domu na Dominikanie. A tam zostaje pobita jego kobieta i to bardzo, co dla naszego bohatera daje motywację oraz nowy cel – zemstę.

Sama fabuła jest prosta, wręcz standardowa, czyli klasyczne kino zemsty w wykonaniu zimnego profesjonalisty. A przynajmniej kogoś próbującego zachowywać się niczym bohater gier z cyklu Hitman. Nasz bohater w 95% wypowiada się tylko z offu i powtarza swoje credo jak mantrę, żeby działać w sposób wykalkulowany, zgodnie z planem oraz by mieć to wszystko w dupie. Jakby miał porównać nowy film Finchera, to jest to „Samuraj” Melville’a nakręcony przez… Paula Schradera. Nie brakuje tu pościgów, różnych lokacji czy zmian tożsamości i przygotowań, ALE to nie jest film akcji.

Tu nie ma strzelanin, ciągle podkręcanej adrenaliny czy pędzącej na złamanie karku akcji. „Zabójca” więcej czasu spędza na… czekaniu, szukaniu informacji, przygotowania do roboty. Wszystko o wiele bardziej powolne, wręcz zimne w wykonaniu, bez żadnego dreszczyku adrenaliny. Jednocześnie Fincher potrafi wciągnąć w taką historię, mimo bardzo wycofanego bohatera, którego poznajemy tylko przy pomocy narracji z offu oraz w działaniu. W zasadzie tylko w jednej scenie poznajemy (na krótko) jego dziewczynę, ale ta relacja nie była na tyle mocno zbudowana, by mogła mocniej zadziałać. Nie mniej jednak wciągnąłem się w tą zemstę. Pozbawioną efekciarstwa, lecz nadal bardzo stylowa, ze świetnym montażem oraz pracą kamery. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła muzyka, jednak jest pewien dość zaskakujący szczegół z tym związany. Kiedy nasz bohater słucha muzyki na słuchawkach (i są to same kawałki The Smiths) brzmi wyraźnie tylko, gdy widzimy akcję z jego oczu. Gdy patrzymy na bohatera z boku, jest ona odpowiednio przytłumiona (bardziej lub mniej) w zależności od tego, gdzie na ekranie znajduje się źródło dźwięku. Niby detal, a mocno się wyróżnia. Tak jak nieoczywisty finał, który bardzo mnie zaskoczył czy zadziwiająco oszczędne dialogi.

I to wszystko trzyma na barkach Fassbender. Aktor ostatnio nie miał szczęścia do dobrych scenariuszy, przez co nie miał szans na wykazanie się. Tutaj jako zabójca prezentuje się bardzo dobrze, skupiając się przede wszystkim na mowie ciała oraz dobrych spojrzeniach. Jedynie narracja z offu pozwala go poznać jako doświadczonego zawodowca, niepozbawionego ironicznych złośliwości czy pragmatycznie (uśpienie psa mięsem z lekami nasennymi) podchodzącego do rozwiązywania problemów. Reszta postaci to w zasadzie epizody, które nadal są wyraziste jak Tildy Swinton (ekspertka), Charlesa Parnella (prawnik) czy Arlissa Howarda (klient) i tutaj nie ma słabego punktu.

Bez cienia wątpliwości „Zabójca” to obok „The Social Network” najbardziej rozrywkowy i stylowy film w dorobku Finchera. Pozornie idzie znajomymi ścieżkami, by za każdym razem pójść w innym kierunku, grając z naszymi oczekiwaniami oraz schematami związanymi z kinem zemsty. Bardzo zimny i wyrafinowany w formie, ale z bardzo fascynującym, nieoczywistym bohaterem, który zostanie ze mną na długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 3

Sztandarowa antologia Netflixa wyprodukowana przez Davida Finchera i Tima Millera to jedna z bardziej nierównych rzeczy. Ale to jest przecież reguła w przypadku antologii, że nierówny poziom jest wpisany, gdzie miesza się horror, SF, dramat, kino akcji. Do wyboru, do koloru. Pierwszy sezon miał za dużo odcinków, drugi z kolei był za mało zróżnicowany wizualnie i wszystkie odcinki zlewały mi się w jedną estetykę. Trzeci sezon wydaje się poprawiać te błędy i jest najbardziej różnorodny wizualnie.

Nadal jest to mieszanka SF, gdzie czasem pojawia się humor, akcja, horror albo parę z tych elementów naraz. Ciągle dominuje technika animacji komputerowej, ale nawet ona potrafi wyglądać inaczej. Bywa realistyczna (mroczna, morska „Niekomfortowa podróż”), umowna („Szczury Masona”), a nawet fotorealistyczna (oszołamiające „Jibaro”). Dominują tutaj bardziej elementy horrorowe, gdzie otoczka fantastyki czerpana albo jest z mitologii, albo Lovecrafta oraz wojna. Wszystko, by pokazać ludzkość o różnych obliczach: chciwych, głupich, egoistycznych, stawiających siebie na pierwszym planie jak i zdolnych do poświecenia, heroizmu, empatycznych. Głównie osadzone albo w przyszłości, albo w teraźniejszości. I ogląda się to znakomicie, także dzięki krótkiemu czasowi trwania. A jakie są ulubione odcinki? To już wam mówię.

Zdecydowanym faworytem jest finałowe „Jibaro”, osadzone w nieokreślonej przeszłości czasów konkwistadorów. Jeden z rycerzy jest niesłyszący i jest jedynym ocalonym masakry. Co ją wywołało? Tajemnicza kobieta z jeziora, niemal ozłocona wszelką biżuterią, klejnotami i ozłoceniami, która niczym syrena swoim głosem doprowadza do obłędu. Wygląda to obłędnie, wręcz jakbym oglądał film live-action, do tego całkowicie pozbawiony dialogów i bardzo otwarty na interpretację. Bardzo sensualny odcinek oraz najbardziej niezwykła rzecz od czasu „Zima Blue” (aczkolwiek nie na tym poziomie).

Drugi ulubiony odcinek to „Niekomfortowa podróż”, którą wyreżyserował sam David Fincher. Tym razem osadzona gdzieś w XVII/XVIII wieku opisując morską wyprawę, która zostaje przerwana przez przedarcie się tajemniczego monstrum. Wyglądającego jak zmutowany krab, który ma jeden cel: dotrzeć do zaludnionej wyspy, której mieszkańcy robiliby za żarcie. Jednak pełniący rolę kapitana Torrin ma inny plan, czyli oszukanie bestii i zostanie na oddalonej od celu przeznaczenia opuszczonej wyspie. Ale czy reszta załogi zgodzi się na ten plan? Zdecydowanie mroczna opowieść (dziejąca się głównie w nocy, przez co czasem trudno coś zobaczyć), z kilkoma twistami, napięciem oraz brutalnym finałem.

Zaskoczeniem była krótka „Noc minitrupów”, czyli… apokalipsa zombie. W formie animacji poklatkowej, z użyciem małych modeli. To najzabawniejszy odcinek, pokazującej jak jeden durny incydent (parka pojechała na cmentarz, by… uprawiać seks i przy okazji zdemolowali miejsce) eskaluje do totalnej katastrofy ogarniającej całą planetę (od Paryża przez Tokio po Watykan). Perspektywa izometryczna zmieszana z coraz większym chaosem i zniekształconymi dialogi tworzy cholernie śmieszny, choć z gorzką refleksją pokazującą jak małe są nasze problemy z perspektywy kosmosu.

Jeśli szukacie akcji i krwawej jatki, zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Kill Team Kill”, gdzie grupka żołnierzy (niemal żywcem wyjęta z kina akcji lat 80.) mierzy się z miśkiem grizzly. Ale ten zwierzak to tajna broń genetyczna stworzona przez CIA i pokonać to bydle nie będzie. Odcinek jest brutalny, krew leci we wszystkich strumieniach, a napięcie jest rozładowywane one-linerami. Poważniej podchodzi do tego aspektu „Pochowani w podziemnych korytarzach”, gdzie oddział wojskowy ma odbić zakładnika z rąk talibów. Wchodząc do jaskini muszą zmierzyć się z o wiele poważniejszym zagrożeniem. Czuć tutaj ducha Lovecrafta, ale także i „Aliens” (pierwsza potyczka z jaskiniowymi mini-piraniami). „Szczury Masona” są nawet jeszcze brutalniejsze, a wszystko z powodu wytępienia myszy ze stodoły. Przy pomocy nowej technologii. Wierzcie mi, zrobi wam się bardzo nieprzyjemnie.

Powiem szczerze, że nie byłem przekonany, by wrócić do tej antologii. Choć nigdy nie byłem w stanie się przyczepić do poziomu wizualnego, to jednak fabularnie było parę chybionych strzałów. Lub mniej angażujących historii. Trzecia seria wydaje się zachowywać balans między formą a treścią i jest to bardziej różnorodne, także pod względem estetyki oraz metod animacji. Tutaj widzę największy sukces tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

Mindhunter – seria 1

Popularność produkcji typu true crime jednoznacznie potwierdza, że jesteśmy zafascynowani zbrodnią, mordercami. Na ile to wynika z dreszczu i ekscytacji, a ile próby rozgryzienia sprawców tych zbrodni, których nie potrafimy zrozumieć, gdzie motyw wydaje się nie istnieć. Od czego jednak są profilerzy – tworzący portrety psychologiczne agenci Jednostki Analizy Behawioralnej FBI. Ale od czego się to wszystko zaczęło? O tym w 2017 roku postanowił opowiedzieć Joe Penhall w serialu Netflixa „Mindhunter”, który oparty jest na książce Johna Douglasa (emerytowanego agenta FBI i szefa JAB FBI).

Wszystko zaczęło się w roku 1977, gdy w FBI pracował Holden Ford (Jonathan Groff) – młody agent specjalny, głodny wiedzy i szukający nowych metod pracy dla FBI. Gdy go poznajemy, zostaje wezwany do sytuacji, gdzie szaleniec wziął ludzi za zakładników. Akcja kończy się samobójstwem porywacza i to skłania agenta do szukania sposobów na „rozgryzienie” ludzi. Wreszcie trafia do niszowej, jednoosobowej komórki zajmującej się analizą behawioralną. Kierujący nią Bill Tench (Holt McCallany) jeździ od komisariatu do komisariatu, przekazując gliniarzom wiedzę oraz metody stosowane przez FBI. Problem w tym, że jest to czas seryjnych morderców i psychopatów, gdzie rozumiane do tej pory motywy oraz okrucieństwo było nie do rozgryzienia. Ford – niejako za plecami swojego szefa – wpada na pomysł przeprowadzania rozmów ze skazanymi wielokrotnymi mordercami. Po co? By znać ich sposób działania i móc skuteczniej wyłapywać kolejnych morderców. Wkrótce do grupy dołącza doktor psychologii Wendy Carr (Anna Torv), pomagająca skatalogować i uporządkować zdobytą wiedzę.

Jeśli mamy do czynienia z produkcją o seryjnych mordercach, a dodatkowo palce przy niej macza David Fincher, wiemy czego się mniej więcej spodziewać. „Mindhunterowi” bliżej jest tutaj do „Zodiaka” (również o seryjnym mordercy osadzony w latach 70.) niż „Siedem”, co widać już choćby w warstwie wizualnej. Stonowana kolorystyka, nocne ujęcia zdominowane przez żółć czy zieleń, dynamiczna praca kamery i montaż. Stylizowane oraz jednocześnie bardzo dokumentalne – pozornie brzmi to sprzecznie, ale to się łączy w spójną całość.

Nie ma tutaj dynamicznej akcji, pościgów czy zawodów strzeleckich. Twórcy skupiają się tutaj na aspekcie psychologicznym, dominują tutaj bardzo spokojne ujęcia, zaś akcja ogranicza się do pomieszczenia i dialogu. Niemal jak w teatrze, co nie jest żadną wadą. Serial z jednej strony skupia się na psychologicznych portretach sprawców (rozmowy m.in. z Edem Kemperem, Richardem Speckiem czy Jerrym Brudosem), próbując znaleźć jakieś wspólne oraz różniące elementy. Toczące się w odpowiednich celach budziły poczucie klaustrofobii, zaś niektóre opisy zbrodni potrafiły zszokować szczegółami albo postawą sprawców (obojętnością, wypieraniem się czy wręcz knajackim językiem jak u Specka). Z drugiej strony serial w konstrukcji przypomina procedural. Bo niemal w każdym mieście któryś z policjantów zaczepia naszych agentów i prosi o pomoc w świeżej sprawie (pobicie starszej pani i zarżnięcie psa, makabryczne zabójstwo nastolatki). Zdobywana wiedza i analiza miejsc zbrodni wielokrotnie pomaga znaleźć sprawcę. Te momenty potrafią trzymać w napięciu, a skupienie na detalach jest wręcz nieprawdopodobne. I jak zawsze oglądałem jak zaczarowany, czekając na rozwiązanie kolejnej sprawy.

By jednak nie było tak słodko, „Mindhunter” ma pewne drobne (na szczęście) wady. Chodzi mi głównie o tempo oraz momenty przestoju, gdy przyglądamy się życiu prywatnemu naszych śledczych. Nie chodzi mi o to, że są one niepotrzebne, bo potrafią pokazać jak praca ma wpływ na ich życie domowe. Miałem jednak wrażenie, że za dużo czasu poświęca się agentowi Fordowi oraz jego relacji z poznaną przypadkowo dziewczyną (Hannah Gross), zaś reszta zespołu zostaje zepchnięta na dalszy plan. Tu mi zabrakło balansu i tej ekscytacji jak podczas scen w terenie czy rozmów z mordercami, chociaż rzadkie momenty życia rodzinnego Tencha potrafiły mnie poruszyć. Drugi problem to pojawiające się (od drugiego odcinka) na początku serialu chwile z facetem, pracującym jako serwisant firmy ATD. Rzucone są jakieś poszlaki, że ten facet może namieszać wkrótce, jednak to wywoływało niedosyt.

To, co najmocniej działa (poza realizacją i dialogami) to aktorstwo. Odkryciem był dla mnie Jonathan Groff jako lekko zafiksowany na punkcie sprawy agent Ford (luźno oparty na postaci Johna Douglasa). Trudno odmówić mu ambicji i pewności siebie, jednak czasami skrywa się arogancja, obsesja oraz zbyt duże przekonanie o swoich możliwościach. Bardzo analityczny, skłonny do improwizacji śledczy, co potrafi być bronią obosieczną. Kontrastem dla niego jest kapitalny Holt McCallany jako agent Tench (postać wzorowana na Robercie Resslerze), który jest o wiele bardziej doświadczony w sprawach. Bardziej opanowany, szorstki i małomówny – jego twarz oraz mowa ciała wyraża więcej – niczym klasyczny twardziel, początkowo sceptycznie nastawiony do pomysłu rozmów z mordercami. Z czasem jednak okazuje się silną podporą zespołu, co widać w scenach przesłuchań czy jak z Fordem analizują miejsce zbrodni. Jeszcze jest Anna Torv jako równie analityczna i skupiona na pracy dr Carr (jej pierwowzorem była prof. Ann Burgess), próbująca stworzyć zarówno coś w rodzaju kwestionariusza oraz narzędzi do budowania portretów psychologicznych, katalogowania, opracowania metod. Także aktorzy grający skazanych rozmówców (ze szczególnym wyróżnieniem Camerona Brittona, Happy’ego Andersona i Jacka Erdie) zapadają bardzo mocno w pamięć.

„Mindhunter” ma bardzo wyrazisty styl Davida Finchera (poza nim sezon reżyserowali także doświadczony dokumentalista Asif Kapadia, współscenarzysta filmów Thomasa Vinterberga Tobias Lindholm oraz specjalizujący się w teledyskach Andrew Douglas) ze względu na tematykę oraz techniczną jakość. Mroczny, niemal horrorowa opowieść o tej ciemnej stronie człowieka, która może obudzić się w najmniej oczekiwanych momentach. I która pokazuje tych najbardziej niebezpiecznych bez przerysowania, karykatury czy robienia z nich super inteligentnych nadludzi. Jeśli lubicie takie produkcje jak „Siedem”, „Zodiak”, serialowego „Hannibala” czy „Zabójcze umysły”, to jest to propozycja nie do odrzucenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

David Fincher – 28.08

davidfincher

Dzisiejszy solenizant to jeden z moich ulubionych twórców kina. Reżyser i producent filmowy. Urodzony w Denver jest synem pielęgniarki pracującej w szpitalu psychiatrycznym oraz dziennikarza. Gdy David miał dwa lata, rodzina przeprowadziła się do San Anselmo, gdzie ich sąsiadem był sam George Lucas. Ukończył liceum w Anselmo, a po nim imał się różnych zajęć. Był oświetleniowcem, scenografem, reżyserem teatralnym, kinooperatorem niezrzeszonym w związku zawodowym, asystentem producenta lokalnej stacji telewizyjnej, kucharzem, sprzątaczem.

Przełom nastąpił w 1982 roku, gdy trafił do Korty Films jako asystent producenta. Awansował i zajmował się tworzeniem efektów specjalnych w ILM (Industrial Light & Magic) przy „Powrocie Jedi” oraz drugiej części „Indiany Jonesa”. W 1984 roku opuszcza ILM i zakłada Propaganda Films – wytwórnię zajmującą się realizacją reklamówek oraz teledysków – tutaj zaczynają swoją przygodę z filmem tacy twórcy jak Michael Bay, Mark Romanek, Antoine Fuqua, Alex Proyas, Michel Gondry i Spike Jonze. Swój pierwszy film zrealizował w 1992 roku i od razu wyrobił swój własny styl – mroczny, z bardzo skąpą ilością oświetlenia, przyglądając się ciemnej stronie człowieka, balansującego na granicy obłędu. Zawsze świetny warsztatowo, dbający o detale, wciągającą intrygą oraz klimatem niepokoju, osaczenia, wręcz psychozy.

Jego najbliższymi współpracownikami są: dźwiękowcy Ren Klyce, David Parker, Michael Semanick i Doc Kane, producentka Cean Chaffin, montażyści Angus Wall i Kirk Baxter, scenograf Donald Graham Burt, operator Jeff Cronenwerth oraz kompozytorzy Howard Shore, Trent Reznor i Atticus Ross.

Jeśli zaś chodzi o nagrody, to reżyser ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, Złoty Glob (i dwie nominacje), nagrodę BAFTA (i nominację), nagrodę Emmy (za reżyserię serialu „House of Cards”), nominację do Złotej Palmy, trzy nominacje do nagrody Saturn oraz Złotego Satelitę (i nominację).

A teraz bez zbędnych słów, zapraszam na ranking filmów Davida Finchera. Zaczynamy.

Miejsce 10. – Azyl (2002) – 6/10

Historia w „Azylu” jest prosta jak konstrukcja cepa: samotna matka z nastoletnią córką wprowadzają się do nowego domu, który zawiera tytułowy azyl – oddzielne pomieszczenie-forteca. Problem jednak polega na tym, że to właśnie azyl jest celem napadu trójki złodziejaszków. Nie zrozumcie mnie źle: „Azyl” to nie jest zły film, to porządny thriller z bardzo dynamiczną pracą kamery oraz trzymającą fason Jodie Foster. Problem jednak w tym, że ta historia jest za prosta, mimo napięcia trzymanego do końca. Czułem po seansie niedosyt.

Miejsce 9. – Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) – 7/10

Chyba jestem w mniejszości, gdyż ten film – uważany za największy paździerz w dorobku Finchera, podobał mi się. Pewnie dlatego, że spodziewałem się jeszcze bardziej przesłodzonego, nudnego i kiczowatego dramatu. Aczkolwiek nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że „Benjamin Button” miał potencjał na bardziej porywającą przygodę. Historia człowieka, który rodzi się starcem i umiera jako niemowlę, zachwyca stroną plastyczną (świetna robota Claudio Mirandy), rozmachem, muzyką oraz prześliczną Cate Blanchett, która kradnie każdą scenę i uwiarygadnia ten romans. Szkoda, że Brad Pitt był zaledwie poprawny, ale nie dano mu ciekawego materiału.

Miejsce 8. – Obcy 3 (1992) – 7,5/10

Reżyserski debiut Finchera, który został – przynajmniej tak twierdzi reżyser – zarżnięty wskutek konfliktu między nim a producentami. Muszę jednak przyznać, że nie ma powodów do wstydu (aczkolwiek najbardziej mi się podobała część pierwsza). Tym razem Ellen Ripley (niezastąpiona Sigourney Weaver) mierzy się z paskudnikiem w opuszczonej kolonii karnej, zamieszkałej przez skazańców – członków sekty. Jest klimat i wiele niezapomnianych scen (finałowe starcie z Obcym, pełne dynamicznych gonitw), kapitalna muzyka Elliota Goldenthala, ale miałem dziwne poczucie deja vu.

Miejsce 7. – Zaginiona dziewczyna (2014) – 7,5/10

Najnowsze dokonanie reżysera jest tak naprawdę studium toksycznego związku niż rasowym thrillerem. Nick i Amy są małżeństwem od pięciu lat. W dniu świętowania rocznicy kobieta znika bez śladu, a policja znajduje dowody coraz bardziej obciążające męża. Domyśliłem się, że to „zaginięcie” to pic na wodę, ale nawet ja nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Rozczarowało mnie zakończenie i warstwa muzyczna (po prostu jest i nie przeszkadza), ale Fincher serwuje kilka wolt, a stopniowe odkrywanie tajemnic zmusza do weryfikacji tego, co wiemy o bohaterach. A Rosamund Pike naprawdę budzi strach. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Dziewczyna z tatuażem (2010) – 8/10

Remake szwedzkiego thrillera z 2008 roku (nie widziałem) opartego na bestsellerowej powieści Stiega Larssona (nie czytałem). Bezkompromisowy dziennikarz Mikael Bloomkvist zostaje poproszony o pomoc  w sprawie wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy – zaginięcia Harriet Vagner z sprzed 40 lat. Czuć tutaj chłodny, skandynawski klimat (stonowana kolorystyka, sterylna scenografia), a trupy z szafy są autentycznie nieprzyjemne. Intryga skupia uwagę, a film bezczelnie kradnie Rooney Mara jako Lisbeth Salander – pozornie odstraszająca swoim wyglądem hakerka, w rzeczywistości niemal anioł zemsty. Nie chcecie z nią zadzierać – uwierzcie mi. Troszkę łatwo domyślić się zakończenia, ale to jedyna skaza. Ciekawe, kiedy powstaną następne części. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Zodiak (2007) – 8/10

Prawdziwa historia dochodzenia w sprawie seryjnego mordercy z lat 70. zwanego Zodiakiem (do dziś nie wiadomo kim naprawdę jest). Reżyser skupia się na żmudnym dochodzeniu, które dla bohaterów (detektywa Dave’a Toshiego, dziennikarza Paula Avery’ego i rysownika Roberta Graysmitha) staje się obsesją i doprowadzi do ich upadku. Łatwo się w tym pogubić, gdyż tropy mylą, świadkowie nie są pewni, a dowody wykluczają się nawzajem. Tajemnica fascynuje, ale pozostaje niewyjaśniona. Do tego świetnie odtworzone realia lat 70., atmosfera psychozy strachu oraz kapitalne role Gyllenhaala, Downeya Jra i Marka Ruffalo.

Miejsce 4. – Podziemny krąg (1999) – 8,5/10

Film kultowy (w wielu kręgach). Pracownik korporacji, zmęczony swoim monotonnym życiem spotyka Tylera Durdena – prymitywa, prostaka i twardziela, z którym zakłada tytułowy klub walki, by po pracy odreagować ją za pomocą bijatyk. Mroczne, niemal przerażające kino na podstawie prozy Chucka Palahniuka, które można interpretować na wiele sposobów: od pokazania kryzysu męskości po studium choroby psychicznej i terroryzmu. Trzyma w napięciu do samego (przewrotnego finału), z pulsującą muzyką oraz rewelacyjnymi rolami Brada Pitta, Edwarda Nortona i Heleny Bohnam Carter.

Miejsce 3. – Siedem (1995) – 8,5/10

Film otoczony prawdziwym kultem i jeden z najlepszych thrillerów lat 90. („Milczenia owiec” nic nie przebije). Prawdziwie mroczny (utrzymane w estetyce noir zdjęcia Dariusa Khondji), pokazujący zgniły świat, skazany na przegraną, z duszną, fatalistyczną atmosferą, obrzydliwymi okrucieństwami (widzimy skutki) oraz niezapomnianym duetem gliniarzy zagranych przez Morgana Freemana i Brada Pitta. Ponadczasowy klasyk, który nie pozwala o sobie zapomnieć.

Miejsce 2. – Gra (1997) – 9/10

Klimatem „Gra” przypomina „Po godzinach” Martina Scorsese, z której wycięto wątki humorystyczne. Biznesmen w wieku średnim dostaje zaproszenie od brata do udziału w tajemniczej grze. I wtedy całe jego życie wywraca się do góry nogami. Niby to thriller, ale tak sugestywnej aury paranoi, psychozy oraz ciągłej zabawy w kotka i myszkę, nie widziałem od dawna. I nie byłem w stanie przewidzieć, co się wydarzy. A wszystko fantastycznie zagrane przez niezawodnego Michaela Douglasa.

Miejsce 1. – The Social Network (2010) – 9/10

Największa niespodzianka jaką reżyser był nam w stanie zaprezentować. Bo czy film o powstaniu Facebooka mógł być interesujący? Nie, przynajmniej tak myślałem przed seansem. A tu proszę – film trzyma w napięciu jak rasowy thriller, wygląda jak thriller (wiele scen toczy się nocą albo w przyciemnionych miejscach), dialogi pędzą z prędkością karabinu maszynowego, podkręcone to jeszcze przez montaż i pulsującą muzykę. Do tego jeszcze kompletnie młode i mało znane (poza Justinem Timberlakiem) twarze takich aktorów jak Jesse Eisenberg, Andrew Garfield i Armie Hammer. Totalne i kompletne kino.  Recenzja tutaj.

Jakim reżyserem jest Fincher? Mistrzem kina gatunkowego, pełnego mroku, niepokoju oraz technicznej precyzji. Wobec takich filmowców trudno przejść obojętnie. Filmy kręci dość rzadko, ale każda premiera to wydarzenie.

Nad czym teraz pracuje? Już w przyszłym zobaczymy kolejną produkcję Netflixa „Mindhunter” opowiadającym o agencie FBI na tropie seryjnego mordercy. Krążą też plotki, że reżyser miałby zrobić drugą część „World War Z”, ale to się jeszcze nie potwierdziło. Cokolwiek to będzie, to będę czekał i w ciemno biorę.

Radosław Ostrowski

Zaginiona dziewczyna

Nick i Amy Dunne są ze sobą już pięć lat jako małżeństwo – szczęśliwi, radośni, pogodni. Jednak w piątą rocznice ślubu dochodzi do dziwnej sytuacji – po powrocie do domu mąż zastaje puste mieszkanie, ślady walki i odrobinę krwi. Zaniepokojony wzywa policję, jednak śledztwo i tropy wskazują jego na głównego podejrzanego.

zaginiona_dziewczyna1

David Fincher to jeden z moich ulubionych reżyserów i nawet tego nie ukrywam. Tym razem postanowił opowiedzieć, bazując na powieści Gillian Flynn (oraz jej scenariuszowi) ubraną w konwencję thrillera obyczajową psychodramę. Tu nie chodzi o morderstwo czy jego (domniemane) upozorowanie, tylko przyglądanie się toksycznej relacji, wręcz masochistycznej, gdzie tak naprawdę różnice między nimi były tak głębokie, bo tak naprawdę zakochali się w swoich maskach, wyidealizowanych wersjach samych siebie. Reżyser przy prowadzeniu śledztwa odkrywa różne fakty, które zmuszają do weryfikacji naszej wiedzy na temat bohaterów. Służy ku temu dwutorowa narracja, przedstawiająca te same rzeczy z perspektywy obojga (świetnie jest to zmontowane) i zmusza do poważnej refleksji.

zaginiona_dziewczyna2

Kolejne fakty i tropy wywracają to, co wiemy do góry nogami, zaś po mniej więcej godzinie poznajemy prawdziwy przebieg wydarzeń. Reżyser niemal z precyzją snajpera wymierza ciosy i strzały zarówno naszej parze bohaterów, jak i mediom żerującym po prostu na tragedii, wyciągając różne brudy, by na swój własny sposób interpretując zdarzenia, co w żaden sposób nie pokrywa się z prawdą. Po obejrzeniu można się zastanawiać nad przebiegiem całej intrygi, jednak w trakcie seansu nie ma się po prostu na to czasu. Pozornie nie dzieje się wiele, ale tempo jest wręcz zawrotne.

zaginiona_dziewczyna3

Poza pewnym prowadzeniem opowieści (z mocno dla mnie rozczarowującym finałem) oraz techniczną realizacją (masa mroku, stonowana kolorystyka i tylko jedna krwawa scena) bardzo pozytywnie zaskakują aktorzy. Miałem wątpliwości co do Bena Afflecka, potocznie nazywanego drewnem, jednak mogę śmiało zaryzykować, że postać Nicka Dunne’a to najlepsza rola w karierze tego aktora. Sprawiający wrażenie wyluzowanego i spokojnego faceta, jest tak naprawdę słabeuszem, pozbawionym charakteru i ambicji. Jednak mimo jego słabostek, kibicujemy  mu z całego serca. Dla mnie jednak prawdziwą mistrzynią stała się Rosamund Pike. Chciałbym coś więcej powiedzieć o tej roli, ale musiałbym opowiedzieć jeszcze więcej o fabule, a w przypadku tego typu produkcji stawianych na woltach i przerzutkach, byłby to błąd niewybaczalny. Za to drugi plan jest naprawdę mocny: od kompletnie zaskakujących Tylera Perry’ego (doświadczony mecenas Tanner Bolt), Neila Patricka Harrisa (oskarżony o stalking Desi), po znakomitą Kim Dickens (uparta i dociekliwa detektyw Boney) oraz Carrie Coon (siostra Nicka, Margo).

zaginiona_dziewczyna4

Kiedyś Eric Emmanuel Schmitt napisał, że „małżeństwo to kontrakt zabójców”. Fincher dosłownie przeniósł to zdanie na ekran. Pytanie tylko, czy jest jakieś wyjście z tego emocjonalnego klinczu i szantażu? Sami powiedzcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 1

Po zwycięskich wyborach prezydenckich kongresmen Francis Underwood w zamian za doprowadzenie do zwycięstwa prezydenta Garretha Walkera miał obiecany urząd sekretarza stanu. Jednak ta obietnica zostaje złamana. Polityk opracował plan obalenia prezydenta i zamierza go konsekwentnie zrealizować.

Kino i telewizja zawsze interesowało się polityką i władzą. Dlaczego? A kogo ona nie interesuje. Tym razem tą sprawą postanowił się przyjrzeć Beau Willimon – dramaturg, autor „Id marcowych”. Razem z Netflix oraz grupą świetnych reżyserów (m.in. David Fincher, James Foley, Joel Schumacher) stworzył interesujący i pasjonującą walkę o władzę. A właściwie jej pewien rozdział, bo to dopiero I seria. Tutaj kłamstwo, blef, szantaż, oszustwo, manipulacja, a nawet morderstwo jest tutaj na porządku dziennym. Kogo można tak użyć? Wszystkich – współpracowników, żonę, media, lobbystów, nawet prezydenta. Mimo że naszemu bohaterowi pozornie wszystko idzie gładko i zawsze wychodzi cało z każdej opresji, to jednak serial trzyma w napięciu, obserwując machinacje, układy, podstępy i różne inne zakulisowe zagrywki. Nawet strajk nauczycieli (skutek prac nad ustawą oświatową) nie jest żadnym problemem. Trzeba zgasić kongresmena, bo straciło się kontrolę nad nim? Upozorujemy samobójstwo. Jeśli myślicie, że polityków ktoś kontroluje, jesteście w wielkim błędzie, oni mogą wszystko i są bezkarni, choć zakończenie sugeruje, że zaczynają wisieć nad Underwoodem czarne chmury. Ogląda się to po prostu znakomicie.

Jeśli chodzi o obsadę, wystarczy wymienić jedno nazwisko – Kevin Spacey. Rola Underwooda jest po prostu kapitalna. Zimny, wyrachowany, opanowany polityk, który czasami zwraca się bezpośrednio do widza, serwując swoje bon-moty. Ten człowiek jest przygotowany na każdą ewentualność i przewiduje kilka ruchów naprzód jak zawodowy szachista i dominuje każdą scenę, w której się pojawia. Czy to znaczy, że pozostali aktorzy wypadają słabo? W żadnym wypadku. Równie świetna jest Robin Wright, czyli żona Underwooda, Claire. Sprawia wrażenie stonowanej i lojalnej, ale jak o niej mówi Frank „kocha krew bardziej niż rekin”, co czasem wykorzystuje mąż w swojej grze. Poza nimi są jeszcze tak wyraziste postacie jak manipulowani kongresmen Peter Russo (świetny Corey Stoll) i naiwna dziennikarka Zoe Barnes (Kate Mara) czy prawa ręka Franka – Doug Stamper (Michael Kelly). To jeszcze nie są wszyscy, ale na wymienienie wszystkich nie starczyłoby miejsca.

Kiedy kończyłem oglądać „Breaking Bad” myślałem, że już nie będę miał takiego porywającego serialu. Pierwsza seria była najbliżej tego poziomu (zwłaszcza ostatnie 4 odcinki) i już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Bo będzie. Czy wy też będziecie w przyszłym roku?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski