Rozmowa

Każdy kinoman musiał zetknąć się z Francisem Fordem Coppolą. „Ojciec chrzestny”, „Czas Apokalipsy”, „Dracula” czy najnowsze, odjechane „Megalopolis”. Ale między dwiema częściami mafijnej sagi rodu Corleone zrealizował ostatni, kameralny film w swoim dorobku. I jednocześnie jeden z najbardziej nietypowych.

„Rozmowa” zaczyna się niepozornie: od widoku na plac w San Francisco z bardzo daleka. Niby nic się nie dzieje: mim chodzi, gra jakiś muzyk, menel leży na ławeczce. No i jeszcze jest młoda parka – chodzą, rozmawiają, niby nic niezwykłego. A jednak oboje są podsłuchiwani. Grupą podsłuchującą kieruje Harry Caul (Gene Hackman), używając sprzętu: od dalekiego zasięgu mikrofonów po bliskie mikrofony. Kto mu zlecił zlecenie? Nie wiadomo, ale płaci sporo. Mężczyznę to nie interesuje i nie obchodzi. Ale uważniej wsłuchując się w strzępki konwersacji zaczyna podejrzewać… morderstwo. I to budzi w nim pewien konflikt, co z tym wszystkim zrobić.

Coppola pozornie wydaje się być thrillerem, ale tak naprawdę „Rozmowa” to zupełnie inna bestia. Tak naprawdę to psychologiczny dramat z kryminalna intrygą. Razem z Harrym próbujemy rozgryźć i odczytać podteksty niby zwykłej rozmowy. Ciągle zapętlane fragmenty (kapitalna robota dźwiękowca Waltera Murcha, tworzącego wszelkie zniekształcenia), odtwarzane taśmy, pokazywane obrazy – reżyser coraz bardziej naciska oraz wchodzi w głowę niepozornego człowieka. Człowieka, który próbuje nie rzucać się w oczy, unika jakiegokolwiek kontaktu, by nie mogło to być wykorzystane przeciwko niemu. Dlatego tak wiele czasu spędzamy właśnie z nim, zaś sama tajemnica rozmowy przez 2/3 filmu jest tłem.

I muszę przyznać, że mimo fenomenalnego Gene’a Hackmana w roli Harry’ego, te momenty pokazujące naszego bohatera wywoływały we mnie znużenie. Wyjątkiem były oniryczne przebitki, pokazujące wyrzuty sumienia oraz częściowo odkrywaną tajemnicę z życia bohatera. Plus absolutnie silny emocjonalnie moment w toalecie hotelowego pokoju, co przypominało mi „Psychozę”. Jeszcze trzeba wspomnieć o tajemniczym Harrisonie Fordzie (asystent dyrektora), duecie Frederic Forrest/Cindy Williams czy bardzo solidny Johnie Cazale (Stan, wspólnik Harry’ego).

„Rozmowa” jest dzieckiem swoich czasów, powstając parę miesięcy przed wybuchem afery Watergate, dając jej dodatkowej siły. Kameralne dzieło Coppoli tematycznie wydaje się bardziej aktualnie niż kiedykolwiek, mimo potężnego rozwoju technologii. Niemniej nie porwała mnie tak bardzo jak sądziłem, co mnie zaskoczyło.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy ludzie prezydenta

Rok 1972. To był jeszcze czas, gdy ludzie wierzyli, że przy władzy stoją mądrzy, inteligentni i niepozbawieni sprytu ludzie, dbający o powszechny pokój oraz dobrobyt.  Jednak jak wiadomo, pewne rzeczy mają w zwyczaju ulegać zmianom. A wszystko zaczęło się od drobnego włamania w hotelu Watergate, gdzie była siedziba sztabu wyborczego demokratów (tych bardziej na lewo w przeciwieństwie do republikanów). Policja aresztowała pięciu ludzi, a podczas procesu okazało się, ze byli to agenci CIA. Dziennikarz The Washington Post Bob Woodward zaczynał drążyć cała sprawę, do której został przydzielony (jako wsparcie) Carl Bernstein jako bardziej doświadczony kolega po fachu. Nie spodziewali się, ze wpadną w prawdziwe gówno, odkrywając wysoko sięgający spisek.

wszyscy_ludzie_prezydenta1

Afera Watergate położyła mocno cień na władzy i zniszczyła zaufanie do polityków w USA. Cała sprawę opisali panowie Bob Woodward i Carl Bernstein w bestsellerowej (chociaż podobno niezbyt porywającej) książce „Wszyscy ludzie prezydenta”. Było kwestią czasu, by zainteresowali się nią filmowcy. Prawa do adaptacji nabył (już wtedy) politycznie zaangażowany Robert Redford, a ten uznał, iż tylko jeden człowiek jest w stanie opowiedzieć tą historię – Alan J. Pakula. Trzeba przyznać, że reżyser w niemal reporterskim stylu opowiada skomplikowane dziennikarskie śledztwo. Już sam początek, gdy widzimy włamanie do hotelu Watergate imponuje powolnym wstępem (na początku tylko słyszymy dźwięki), by utrzymać w napięciu (zdarzenie obserwuje kolega z hotelu naprzeciwko).

wszyscy_ludzie_prezydenta2

Pakula niczym Fincher w „Zodiaku” skupia się na żmudnym dochodzeniu oraz zbieraniu faktów do kupy. A to oznacza rozmowy, rozmowy, rozmowy, telefony, telefony i kłótnie z przełożonymi.  Bo trudno w to uwierzyć, ale wszystkie informacje musiały być w 100% zweryfikowane i potwierdzone w co najmniej dwóch wiarygodnych źródłach, co dzisiaj wydaje się nie do pomyślenia. Tutaj oddany jest hołd dla klasycznego dziennikarskiego etosu, ale rozumiem tych, co mogą odnieść wrażenie nudy na ekranie. Akcji jako takiej nie ma, ale mimo to reżyser umie utrzymać w napięciu. Zarówno podczas rozmów (tutaj wybijają się rozmowy z Judy Hoback), jak przede wszystkim w spotkaniach z tajemniczym informatorem Głębokim Gardłem (dopiero w 2005 roku ujawniono, że był nim Mark Felt, zastępca dyrektora FBI) odbywające się w garażu podziemnym, w kompletnym mroku, gdzie mogło zdarzyć się wszystko.

wszyscy_ludzie_prezydenta3

Śledzenie fabuły nie należy do najprostszych rzeczy, gdyż po drodze pada tyle nazwisk i postaci, że potrzeba było żonglerskiej sprawności (lub dużego notatnika), by znaleźć powiązania: kto, co, ile, komu podlega. Wyjścia są dwa: albo wszystko notować, albo obejrzeć film minimum dwa razy. Imponuje dzisiaj scenograficzna robota, a dokładniej wygląd redakcji, który został odtworzony 1:1. Ta ilość biurek, nieustanne piszące maszyny, dzwoniące telefony – to wszystko tworzy świetny klimat, a kilka ujęć (sprawdzanie fiszek w bibliotece, ukazane niemal z góry) to prawdziwe realizacyjne majstersztyki.

wszyscy_ludzie_prezydenta5

A jeśli będzie mieli problem z intrygą oraz rozpracowaniem całego dochodzenia, w sukurs przyjdą znakomici aktorzy. W rolach Bernstein i Woodwarda grają Dustin Hoffmann z Robertem Redfordem, tworząc znakomicie uzupełniający się duet. Pierwszy, rozedrgany, niemal impulsywny i notujący gdzie popadnie, drugi spokojny, wręcz analityczny, precyzyjny. Razem zbierają strzępki informacji, starając się złożyć cała aferę do kupy, a oglądanie ich w akcji to czysta frajda. Jednak drugi plan bezczelnie kradnie Jason Robards w roli powściągliwego naczelnego, Bena Bradlee – faceta dbającego o wiarygodność i całkowitą pewność, co do treści. Nie sposób też zapomnieć tajemniczego informatora zwanego Głębokim Gardłem (Hal Holbrook), którego sylwetka – z wyjątkiem twarzy – spowija ciemność.

wszyscy_ludzie_prezydenta4

„Wszyscy ludzie prezydenta” to ostatnia część paranoiczne trylogii Pakuli, gdzie jednostki zazwyczaj były skazywane na przegraną w konfrontacji z władzą i systemem. Ale tutaj reżyser daje nadzieje i wierzy w instytucje dziennikarstwa jako czwartej władzy. O ile tej nowej władzy dają napisy końcowe, gdzie dostajemy pisane depeszą wieści o politycznych konsekwencja afery. Mocne, uczciwe kino polityczne z najwyższej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Fortuna

Lata 20. W czasie powojennym (czyli po I wojnie światowej) obowiązywało prawo, na mocy którego mężczyzna z kobietą mogli przekraczać granice stanów tylko wtedy, gdy byli małżeństwem. Przepis ten jest problemem dla Nicky’ego, który ma romans z niejaką Freddie, ale jest żonaty. Więc postanawia wykorzystać do pomocy kumpla, Oscara, mającego być panem młodym. Jednak panowie tak naprawdę są łasi na jej majątek i dlatego chcą wykorzystać tą sytuację.

fortuna1

Sam film to mieszanka komedii (slapstickowej), wątku kryminalnego (dość lekko prowadzonego) oraz kina obyczajowego. Sama produkcja jest lekką błahostką, która może nie zaskakuje, czasami humor oparty na kontraście i slapsticku może wydawać się nie najwyższych lotów oraz mniej subtelny, a sama intryga powoli traci na swojej sile, jednak reżyser bardzo zgrabnie przygląda się ówczesnej obyczajowości (podszywanie się pod małżeństwo i szwagra), wiernie odtwarza epokę (scenografia i kostiumy naprawdę niezłe oraz świetna jazzowa muzyka), a kilka pomysłów na próbę usunięcia kobiety oraz zdobycia jej fortuny (druga połowa filmu) potrafi parę razy wywołać uśmiech.

fortuna2

Swoje za to próbują robić aktorzy i ich chemia potrafi przykuć uwagę do samego końca. Zarówno Jack Nicholson (troszkę nieopanowany Oscar), jak i Warren Beatty (elegancki i opanowany Nicky) stanowią niezły duet oszustów. Jednak film ukradła naprawdę świetna Stockard Channing jako Freddie, która miesza w sobie zagubienie, niepewność oraz twardy charakter, a nieudolne próby gotowania pokazują jej talent komediowy.

Całość jest lekka, choć dla wielu może być to zbyt błaha komedyjka, by zwracać na nią uwagę. Broni się dzięki niezawodnemu aktorstwu oraz kilku zabawnym scenom. Po prostu niezłe kino, ale Nichols miał o sobie przypomnieć w następnej dekadzie.

6/10

Radosław Ostrowski

David Shire – The Taking of Pelham One Two Three

The_Taking_of_Pelham_One_Two_Three

Lata 70. są uznawane za złoty okres w historii kina. Wtedy objawiły się talenty Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Bogdanovicha czy Stevena Spielberga. Także wśród kompozytorów muzyki filmowej obrodziło. Drugą młodość przeżywał Jerry Goldsmith, popularność zyskali John Williams i Lalo Schifrin. To także okres świetności Davida Shire’a, o którym pamiętają już tylko zapaleni pasjonaci kina. Właśnie wtedy napisał partytury m.in. do takich filmów jak „Rozmowa” Coppoli, „Hindenburg” Roberta Wise’a, „Wszyscy ludzie prezydenta” Alana Pakuli czy „Gorączka sobotniej nocy” Johna Badhama. Ale ja chcę opowiedzieć o soundtracku do mniej znanego (co nie znaczy, że gorszego) filmu.

W 1974 roku Joseph Sargent przeniósł na ekran powieść Johna Godeya „The Taking of Pelham One Two Three” (po polsku „Długi postój na Park Avenue” – naprawdę genialne ;)). Była to historia czterech bandytów pod wodzą Mr. Blue (fantastyczny Robert Shaw), którzy porywają pociąg metra i biorą pasażerów jako zakładników, żądając w zamian milion dolarów okupu. Jedynym próbującym powstrzymać złodziei jest doświadczony policjant metra w wykonaniu bezbłędnego Waltera Matthau. W tamtej epoce, w gatunku kryminału i kina sensacyjnego dominowała muzyka jazzowa, rockowa lub funk. Tutaj Shire, poza chwytliwą muzyką, musiał jeszcze zbudować suspens. Jak to zrobił?

shireKompozytor wpadł na pomysł wprowadzenia kontrolowanego chaosu w utworach, co fachowcy nazywają dodekafonią oraz jej pochodną – serwilizmem. Słychać to już w fenomenalnym temacie przewodnim, który będzie bardziej lub mniej przewijał się przez cały (dość krótki) album. Jazz-funkowa gra dęciaków, które raz wybrzmiewają bardzo powoli, a raz strzelają jak pociski z automatu, a perkusja gra jakby inaczej od reszty, narzucając tempo i będąc niejako adrenaliną całości. Motyw ten jest siła napędową, która czyni materiał bardzo przebojowym i chwytliwym poza ekranem.

Jednocześnie pozwala to zbudować kilka kompozycji tła, które, o dziwo, brzmi naprawdę przystępnie. Już „The Taking”, bazujące na repetującym uderzeniu dęciaków i werbli, pokazuje nerw za pomocą wchodzących solówek trąbek. Lekkość jest za to odczuwalna w „Dolowitz Takes a Look”, która brzmi jak jazzowa improwizacja. Swingująca perkusja z basem, fortepian i trąbka, które krążą swoimi ścieżkami. I już następny utwór to kompletna zmiana klimatu. „Dolowitz Gets Killed” to wolno snujące się smyczki, które w połowie zastępuje popisująca się perkusja z bębnami. Skrzypki są też podstawą tematu głównego antagonisty („Mr. Blue”).

Lecz Shire potrafi też wcisnąć piąty bieg i stworzyć chwytliwy, a jednocześnie trzymający w napięciu underscore – jak w dwuczęściowym „Money Talking” (dęciaki grają fenomenalnie, fortepian wnosi odrobinę nerwu, tak jak zresztą perkusja, czy, w drugiej części, różne perkusjonalia) oraz „The Money Express” (znów strzelające dęciaki i perkusja narzucająca tempo plus swingujący fortepian i mocna gitara elektryczna). Takie podejście sprawdza się tutaj doskonale, mieszając subtelność z dramatem, co wydawałoby się nie do połączenia.

Na ekranie brzmi to bezbłędnie, zaś wydanie Retrogate ma jedną poważną wadę: wiele krótkich utworków, które nie zawsze przekraczają czas jednej minuty i psują odrobinę przyjemność z odsłuchu. Ale w 1996 roku Film Score Monthy pomyślał nad tym i poza ulepszonym dźwiękiem zmontował krótsze utwory w dłuższe kompozycje (11 utworów zamiast 20, kilka pomniejszych sekwencji wycięto na życzenie kompozytora). Choć nie brakuje tu ciężkości i suspensu, brzmi to naprawdę żwawo i finezyjnie. Mimo kilku nieprzyjemnych fragmentów jest to naprawdę wyborna kompozycja, której nie powstydziłby się Schifrin, do którego „…Pelham…” najbliżej stylistycznie. Czy muszę coś więcej dodawać? Ocena powinna być wystarczającą rekomendacją…

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.

Długi postój na Park Avenue

Nowojorskie metro. Dzień jak co dzień, ludzie jadą do pracy, na spotkania. Jednak ten spokojny dzień dla pasażerów pociągu Pelham 123 nie był im dany. Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy po wagon zostaje opanowanych przez bandytów pod wodzą niejakiego pana Niebieskiego. Biorą oni zakładników i żądają miliona dolarów okupu, który ma zostać dostarczony w ciągu godziny. Sytuację próbuje opanować porucznik Zachary Garber z policji metra.

park_avenue1

Pamiętacie taki film „Metro strachu” z Denzelem Washingtonem i Johnem Travoltą? Sam film był całkiem niezłym thrillerem bazującym na powieści Johna Godeya. Jednak nie była to pierwsza adaptacja. Tej dokonał w 1974 roku Joseph Sargent razem ze scenarzystą Peterem Stonem. Sam pomysł napadu wydaje się czymś karkołomnym i zrealizowanym przez szaleńców. Ale twórcom udało się uwiarygodnić cała intrygę, precyzyjnie wodząc za nos i trzymając w napięciu (m.in. scena dostarczenia pieniędzy przez konwój) do bardzo przewrotnego finału. Nie brakuje tutaj elementów zaskoczenia, tajemnicy dotyczącej porywaczami mających nazwiska jak kolory (tak, to z tego filmu pożyczył ten pomysł Quentin Tarantino we „Wściekłych psach”), nie ma tu jednak krwawej jatki (choć strzelanin jest parę), zaś całość nadal przykuwa uwagę, skupiając się tylko na samej intrydze. Całość jest porządnie zrealizowana, okraszona humorem (niepozbawionym aluzji polityczno-społecznych), surowymi, wręcz paradokumentalnymi zdjęciami oraz jazzującą muzyka Davida Shire’a.

park_avenue2

Zaś aktorsko jest na tym samym poziomie jak cała reszta, a najważniejszy jest pojedynek między dwoma antagonistami. Detektyw Garber w interpretacji Waltera Matthau (aktor kojarzony głównie z rolami komediowymi) sprawia wrażenie trochę ciapowatego, zmęczonego faceta zbliżającego się do wieku emerytalnego. Jednak pod tą niepozorną sylwetką kryje się rozważny, opanowany i przezorny gliniarz, który stara się przewidzieć kolejny ruch przeciwnika. Z kolei przywódca gangu pan Niebieski (znakomity Robert Shaw) to równie opanowany, precyzyjnie działający przeciwnik wierzący w konsekwentną realizację planu i nie negocjuje ustalonych warunków. Zaś pozostali członkowie są albo psychopatami (narwany Pan Szary – Hector Elizondo) albo desperatami (Pan Zielony – Martin Balsam).

Mimo prawie 40 lat na karku, „Długi postój…” ogląda się po prostu świetnie, zjadając remake Tony’ego Scotta na śniadanie. Atmosfera, tempo i bardzo fachowa realizacja nie chcą się zestarzeć. To coś, co naprawdę trzeba obejrzeć.

8/10

Radosław Ostrowski