Everest

Ktoś może zapytać dlaczego ludzie wspinają się na góry – wielkie, potężne, piękne, ale też niebezpieczne i bezwzględne. Trzeba być naprawdę odważnym, żeby podjąć się tego trudnego zadania i to jest coś, z czym nie zamierzam w żaden sposób dyskutować. Ale nie każda taka ekspedycja kończy się powodzeniem. Taką historię przedstawia film „Everest” z 2015 roku.

everest1

Był rok 1996, kiedy Mount Everest był strasznie zatłoczony. Tego samego dnia miały wyruszyć aż trzy wyprawy. Pierwsza kierowana przez doświadczonego alpinistę Roba Halla, druga przez Scotta Fishera, a trzecia finansowana przez rząd Tajwanu. Dwie pierwsze postanowiły nie przeszkadzać sobie, ale wyprawy ruszyły na szczyt i dotarły 10 maja. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale cel udało się osiągnąć. Problem zaczyna się z powrotem, bo dochodzi do burzy śnieżnej.

everest2

Takie historie są bardzo trudne do przedstawienia, by zachować dystans i przekazać to, co się naprawdę stało. No i najważniejsze – co poszło nie tak? Brak szczęścia, bezwzględna pogoda, zaniechanie związane z tlenowymi butlami, zapięciami na górze? Pycha i ambicja do walki z naturą? Temat walki człowieka z naturą, bo jak inaczej nazwać wspinanie się na górę? Reżyser stara się przedstawić tą nierówną walkę i robi to zaskakująco spokojnie, powoli buduje relacje między postaciami, delikatnie podkręca napięcie. To ostatnie sprawia, że widzimy jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Dla wielu samo wchodzenie na górę, może sprawiać wrażenie dość nużącego, toczy się to spokojnie, choć jest kilka poważnych momentów (wejście po drabince nad przepaścią czy pogorszenie się wzroku jednego z uczestników). Ale kiedy dochodzi do zejścia, dopiero widzimy bezwzględność matki natury i zaczyna się tragedia.

everest3

Mimo tego, że cała ta historia wydaje się dość przewidywalna, a przeskoki z postaci na postać mogą wywołać dezorientację, film ogląda się naprawdę nieźle. Wrażenie robią niesamowite zdjęcia gór, gdzie kamera pokazuje ich prawdziwy majestat. Także dźwięk podczas, gdzie słychać bardzo nieprzyjazny świst, buduje poczucie zagrożenia, niepewności. Problem jednak w tym, że mamy bohatera zbiorowego, gdzie tak naprawdę kilka postaci jest bardziej wyraziście zarysowanych. Dodatkowo zakończenie jest troszkę robione tak na szybko, byle skończyć film, bo już się ciągnie.

everest3

Sytuację próbują ciągnąć aktorzy i to bardzo znani, ale efekt jest dość różnorodny. Na mnie największe wrażenie zrobił Jason Clarke (Rob Hall, jeden z przewodników wyprawy), twardy Josh Brolin (Beck Weathers) oraz John Hawkes (Doug Hansen), tworząc najbardziej wyraziste postacie. Reszta albo stanowiła tylko tło (Sam Wortington, Keira Knightley, Robin Wright) albo wywiązywała się solidnie ze swojego zadania (niezawodna Emily Watson).

everest4

„Everest” z jednej strony ma ambicje blockbustera, ale chce też zachować realizm wydarzeń. Trudno odmówić ambicji, chociaż posiada kilka klisz i stosuje parę razy emocjonalny szantaż. Trudno jednoznacznie ocenić ten film, ale jedno jest pewne: nie dałbym rady uczestniczyć w takiej wyprawie, a przypomnienie o brutalności Matki Natury zawsze pozostaje aktualne.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bohater

Ostatni widoczny jest trend filmów o bohaterach w dojrzałym wieku, którzy próbują poukładać swoje zabałaganione życie w pewnym krytycznym momencie. „Zapaśnik”, „Szalone serce” – to najbardziej wyraziste przykłady. W tym samym kierunku idzie też „Bohater”. Jego głównym bohaterem jest podstarzała gwiazda westernu, Lee Hayden. Obecnie on udziela głosu w reklamach, swoje najlepsze lata ma za sobą, jest po rozwodzie, z rodziną nie utrzymuje kontaktu, a jedyną rozrywką jest jaranie jointów. Ale wszystko zaczyna się zmieniać od pewnego spotkania z niejakim rakiem. Jeszcze ma wkrótce otrzymać nagrodę za całokształt twórczości i dzięki dilerowi poznaje pewną młodą kobietę, Charlotte.

bohater1

Zaskakujące i spokojne kino Bretta Haleya znowu idzie w tym samym kierunku, co wcześniej wymienione tytuły. Nie ma galopującego tempa, dynamicznej akcji, a całość skupia się na jednym człowieku, który nagle dostaje szansę. Ale czy będzie ją w stanie wykorzystać? Retrospekcje mieszają się ze snami (sceny „westernowe”), luźno wiążąc się w jedną całość, co zmusza do uważnej obserwacji. Próba pogodzenia się z córką, nowa kobieta mogąca dać kopa w cztery litery – to wszystko już znamy, ale potrafi to na swój sposób poruszyć. Oniryczne ujęcia w konwencji westernu mogą wywołać pewną dezorientację, a dość ospałe tempo może wywołać znużenie. Także dość dziwne zakończenie, które pozostaje otwarte, sprawia wrażenie jakby urwanego, niedokończonego.

bohater2

Ale te minusy nie drażnią, co jest zasługą fantastycznego Sama Elliotta, który idealnie pasuje do roli legendy westernu. Nic dziwnego, w końcu Elliot i Dziki Zachów (+ zajebiste wąsy) to zawsze idealne połączenie. Do tego jeszcze ten głęboki, niski głos tworzą wyrazista postać, która wnosi wiele życia do ogranego schematu rozliczającego się starca z drugą szansą. Ale czy ją wykorzysta? Ma kilka świetnych scen jak przesłuchanie do filmu czy przemówienie podczas gali, jednak magnetyzuje samym spojrzeniem. Intrygująca jest też Laura Prepon jako stan-uperka Charlotte – bardzo ciepła, ale jednocześnie była złośliwa, tajemnicza i daje silną motywację dla naszego herosa. Troszkę nie do końca jest wykorzystana jest Krysten Ritter jako córka Lee, choć ma jedną mocną scenę, a lekki humor dodaje Nick Offerman jako diler i sąsiad bohatera.

bohater3

„Bohater” idzie według sprawdzonej kliszy i parę razy potrafi poruszyć, co nie zawsze jest proste. Wielu na pewno odrzuci kilka onirycznych scen i wolne tempo, lecz warto dać szansę, głównie dzięki Samowi Elliotowi, którego ostatnio nie widać zbyt często. Klasyczny one man show, ale miejscami wzruszający.

6/10

Radosław Ostrowski

Pole minowe

Marzec 1945 roku. Danię opuszczają niemieccy żołnierze, którzy wieją do swojego kraju. Ale ci, co dali się złapać zostają zmuszeni do rozminowania całego wybrzeża. A że tych min jest ponad 2 miliony, to troszkę czasu im to zajmie. I tutaj mały 12-osobowy oddział trafia pod „opiekę” sierżanta Rasmussena, który nie ukrywa swojego wrogiego stosunku do swoich podopiecznych.

pole_minowe1

Skandynawski film wojenny – ten oksymoron brzmi równie przekonująco jak dobry polski horror czy fajna niemiecka komedia. Jednak nie takie dziwne rzeczy się trafiały do kin czy dystrybucji streamingowej. „Pole minowe” było nominowane do Oscara za film nieanglojęzyczny dwa lata temu, co już musiało skupić uwagę wielu widzów z całego świata. Sam film to pozornie spokojny, klasycznie opowiedziany film o wojnie, a właściwie o młodych chłopakach. Niby mają niemieckie mundury, ale tak naprawdę są zwykłymi młodzieńcami, którzy może i walczyli za kraj, ale wojny ledwo zasmakowali. Niedoświadczeni, ledwo wyszkoleni, mają w ramach nazwijmy to „sprawiedliwości dziejowej”, posprzątać po sobie. Bo skoro Niemcy zostawili miny, to Niemcy mają je zabrać i rozbroić. Bo w końcu łatwiej będzie, jak zginie jakiś Szkop niż żeby duński wojak. Przecież to Niemcy – pamiętajcie, co ONI zrobili z naszym krajem. Brzmi znajomo? Taka ubrana w elegancki sposób żądza zemsty, polana sosem nienawiści. Przecież wszyscy Niemcy to podli, bezwzględni dranie, którym za nic nie można ufać i należy ich zamykać w domku, żeby nie próbowali uciec.

pole_minowe2

Reżyser jest jednak za sprytny, by stosować ten prosty podział. Wszyscy niemieccy chłopcy to właśnie chłopcy, tęskniący za domem, rodzinami oraz dawnym życiem. Początkowo sierżant (świetny Roland Moller) traktuje ich bardzo szorstko, z dużą dawką nieufności. To jednak z czasem zaczyna się zmieniać, a chłopcy stają się niemal traktowani jak synowie, chociaż to ciągle ulegało zmianie. To spojrzenie, nerwowe ruchy dłoni, drgawki – takimi detalami budowana jest pozornie twardego wojaka, ale nie pozbawionego wrażliwości (wspólna gra w piłkę). Co do chłopaków, to poznajemy najbardziej czterech, w tym Sebastiana oraz Helmuta, ale wrażenie robią sceny rozminowania. To wszystko trzyma w napięciu, a każdy wybuch ma ogromną siłę rażenia.

pole_minowe3

„Pole minowe” to zaskakujący kawał dobrego kina, bardziej stawiający na psychologię niż czysto wojenną zadymę. Niby przypomnienie prawdy, że wróg po bliższym poznaniu przestaje być wrogiem, ale jak najbardziej warte pamiętania.

7/10

Radosław Ostrowski

Maudie

Sztuka dzisiaj wydaje się i kojarzy się głównie z galeriami, muzeami czy kolekcjonerami. Ale czy są jakieś kryteria osoby, mającej tworzyć coś, co może być uznane za dzieło sztuki? Jedną z takich osób jest skromna, wyglądająca na troszkę upośledzoną Maud. Mieszka z ciotką w jej domu, bo jej rodzinne gniazdo zostało sprzedane przez brata. Próbuje być samodzielna oraz pokazać, że jest w stanie zadbać o siebie. I to właśnie plus pewne ogłoszenie sprowadziło ją do Everetta Lewisa – mieszkającego samotnie na odludziu handlarza ryb. Staje się gosposią i – przy okazji – zaczyna malować.

maudie1

Biograficzny film Aisling Walsh zaskakuje swoją prostotą oraz brakiem kombinowania. Pozornie może się to wydawać brakiem ciągu przyczynowo-skutkowego. Widzimy jak nasza bohaterka próbuje się zaaklimatyzować u boku bardzo szorstkiego, nieufnego mężczyzny oraz jego rutyny codziennego dnia. Sprzątanie, rąbanie drewna, sprzedawanie ryb oraz bardzo powolne docieranie się tej dwójki odmieńców, skrywających pewne tajemnice. A wszystko rozgrywa się w pięknych krajobrazach kanadyjskich prowincji. Przyroda idealnie wpasuje się w nastrój tego niespiesznego filmu, bardziej skupionego na relacji bohaterów niż na sile tworzenia oraz kreacji.

maudie2

Wrażenie robią też same obrazy, które są pozornie proste, wręcz z dziecięcej perspektywy. Mogą one wydawać się zbyt proste, wręcz prymitywne (właściciel sklepu twierdzi: „Mój syn by to lepiej namalował”). Ale jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, wręcz łagodnego. Wszystko wynika ze swoich wspomnień, delikatnych obserwacji (portret Maud i Everetta) dnia codziennego. Wszystko to pokazane z prawdziwą delikatnością oraz sympatią wobec bohaterów, co jest bardzo trudne do osiągnięcia. Wszystko spójnie poprowadzone, bez robienia laurki oraz prostych, jednowymiarowych postaci.

maudie3

I to właśnie postacie nakręcają ten film, a właściwie dwie. Tytułową Maudie odtwarza Sally Hawkins i jest rewelacyjna. Pozornie troszkę dziwna (ten chód), ale jest pełna energii, empatii, wręcz nieopisanej radości, takiego wewnętrznego ciepła. Kontrastem dla niej jest znakomity Ethan Hawke, który tworzy jedną z bardziej skomplikowanych postaci. Everett wydaje się początkowo szorstkim, chłodnym człowiekiem. Jego twarz pełna jest grymasów, z ust słychać mruknięcia, chrząknięć, zacięć. Facet skrywa pewną tajemnicę i widać, że przeszedł wiele. Ale pod tym wszystkim skrywa się coś więcej, a aktor pokazuje to znakomicie. Duet pozornie nie pasujący do siebie, lecz nie takie sytuacje widzieliśmy na ekranie.

„Maudie” nie jest klasyczną biografią skupioną na trzymaniu się faktów, lecz bardzo poruszająca historia miłosna dwójki outsiderów. Zaskakuje bardzo delikatną realizacją oraz bardzo pogłębionymi portretami postaci, które z czasem nie potrafią bez siebie żyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Lady M.

Każdy z nas kiedyś słyszał o lady Makbet – kobiecie popychającej swojego męża do zbrodni, doprowadzając jego i siebie do szaleństwo. Lecz „Lady M.” nie jest oparta na dziele Szekspira, lecz powieści Nikołaja Leskowa „Powiatowa lady Makbet”. Jednak zamiast Rosji przenosimy się do angielskiej prowincji, gdzie poznajemy Katarzynę. Świeżo poślubiona kobieta traktowana jest przez męża, jak i teścia niczym przedmiot lub służąca. Kiedy mąż wyjeżdża do kopalni, by zająć się interesem, kobieta wpada w ramiona jednego ze służących –  młodego oraz pełnego chuci Sebastiana.

lady_m1

Debiut reżyserski Williama Ordloyda to zderzenie z jednej strony bardzo plastycznych scen krajobrazów z bardzo ascetyczną, wręcz surową scenografią. Początek to wręcz rutynowa obserwacja dnia codziennego: wstawanie, nakładanie gorsetu, jakieś jedzenie posiłku i czekanie na sofie. A noce z mężem, który nie czuje do swojej kobiety nic, każąc jej stać nago przed łóżkiem, by zrobić sobie dobrze. Ta rutyna może wielu doprowadzić do znużenia, ale im dalej w las, tym bardziej czuć zaszczucie i zniewolenie bohaterki, pragnącej sama decydować o sobie. Reżyser powoli zaczyna podkręcać napięcie, a kilka rzeczy zostawia niedopowiedzianych (dziwna relacja pani ze służącą Anną). Kiedy w końcu zaczyna dochodzić do przemocy, nie boi się jej pokazać bez upiększeń, chociaż to wszystko sprawia wrażenie filmu bardzo chłodnego, trudnego do wejścia. Nawet gdy dochodzi do coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, zmieniając opowieść w dreszczowiec, można się odbić od ściany.

lady_m2

Spowodowane jest na pewno fantastyczną, choć bardzo niejednoznaczną kreacją Florence Pugh. Gdy ją widzimy na początku, jest nam jej zwyczajnie żal, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje, zmienia się w bezwzględną, pewną siebie kobietę. Bardzo chłodną, wręcz psychopatyczną, co widać w drobnych spojrzeniach. Nie odstępuje jej na krok Naomi Ackie jako bezwzględnie posłuszna służąca Anna, która już dawno podporządkowała się i przystosowała do reguł świata. Także bardzo surowi, choć eleganccy (tylko na zewnątrz) panowie na czele z Paulem Hiltonem oraz Christopherem Fairbankiem tworzą bardzo wyraziste postacie.

lady_m3

Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia teatralności całego filmu. „Lady M” niby kończy się ostatecznym uzyskaniem wolności, lecz trudno pozbyć się gorzkiego posmaku całości. Ostatecznie film bardzo intryguje, chociaż wymaga większego skupienia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wendeta

Dziki Zachód nie jest krajem dla kobiet, które są potrzebne do tego, by spełniać zachcianki i pragnienia mężczyzn. Nie inaczej było z Liz – tajemniczą kobietą, pozbawioną głosu oraz pełniącą rolę akuszerki. Żyje z mężem, córką i pasierbem w małym miasteczku gdzieś daleko stąd. Jej spokój jednak zostaje zmącony z powodu nowego wielebnego. Mężczyzna zna kobietę i chce z jakiegoś powodu uprzykrzyć jej życie. Kobieta podejmuje trudną walkę.

wendeta1

Holenderski reżyser Martin Koolhaven tym razem połączył mocny dramat z mrocznym thrillerem, pokazując jak beznadziejnie miały kobiety w XIX wieku, kiedy jeszcze feminizm nie był nikomu znany. Ale nie jest to w żadnym wypadku kino łatwe, lekkie i przyjemne. To bardzo mroczny, depresyjny, krwawy dramat bezsilności świata, gdzie kobieta nie jest w stanie samodzielnie kierować swoim losem. Będziemy mieli zderzenie z religijną hipokryzją oraz symboliką, a po drodze czekają takie fajne rzeczy jak zabijanie zwierząt, obcinanie języków, wychodzące flaki, gwałty, kazirodztwo i pedofilię. Nadal czujecie się świetnie? Surowy krajobraz tylko bardziej potęguje poczucie niepokoju, ciągłego zagrożenia, choć zdjęcia wyglądają przepięknie. Jest coraz bardziej krwawo, makabryczne, chociaż najostrzejsze elementy zostały nam pominięte. Całą historię poznajemy z retrospekcji w środkowej partii filmu, przez co wiele razy będziecie odwracali wzrok oraz kibicowali głównej bohaterce. Bo przecież ona zasługuje na lepszy los, prawda?

wendeta2

Reżyser jednak niczym samo życie nie zamierza być łaskawy. I zakończenie niby daję nadzieję, że następna z rodu wyjdzie na prosto, tylko szkoda, że cena za to była tak wysoka. To naprawdę bolało, doprowadziło do przygnębienia, co w kinie ostatnio zdarza się bardzo rzadko. I za to Koolhavena zwyczajnie szanuję, chociaż nie polubicie tego filmu.

wendeta3

Do tego jestem pod wrażeniem, jak prowadzi aktorów. Najtrudniejsze zadanie miała Dakota Fanning w roli naszej protagonistki, pozbawionej mowy. Mając do dyspozycji jedynie oczy oraz dłonie, buduje postać pełną tajemnicy, ale jednocześnie balansującej między delikatnością a siłą. Pojawiający się w retrospekcjach Kit Harrington daje radę jako tajemniczy rewolwerowiec, chociaż dość szybko odchodzi. Tak naprawdę liczy się tutaj Guy Pierce w roli największego skurwysyna, jakiego nie widziałem od bardzo dawna. Wielebny w jego interpretacji to człowiek nie potrafiący walczyć z własną chucią, hipokryta cytujący i interpretujący Biblię wedle własnego upodobania oraz niebezpieczny psychopata, zdolny praktycznie do wszystkiego. Na pierwszy rzut oka wydaje się przerysowany i komiksowy, ale ta postać budzi prawdziwe przerażenie, bo to czysta, niepowstrzymana siła.

wendeta4

„Wendeta” nie jest filmem dla każdego widza, nawet przyzwyczajonego do okrucieństwa. Brutalne, krwawe, niepokojące kino pokazujące jak wiele trzeba siły, by walczyć o swoją wolność. Zwłaszcza, gdy twój los wydaje się od początku przypieczętowany. I będziecie chcieli, by jak najszybciej się skończył.

7/10

Radosław Ostrowski

Na pokuszenie

Jest rok 1864, ciągle trwa wojna secesyjna. Gdzieś w Luizjanie znajduje się pensja dla młodych dziewczyn, kierowana przez pannę Marthę. Dziewuchy uczą się szycia, muzyki, języka francuskiego, gotowania – czyli wszystkiego, co potrzebuje młoda kobieta, by prowadzić szczęśliwe i dostanie życie u boku mężczyzny. Wtedy w okolicach pensji jedna z dziewczyn znajduje rannego żołnierza. Bez zastanowienia postanawia przyjąć go do domu, by mógł się wykurować.

na_pokuszenie1

Nowe dzieło Sofii Coppoli dawało spore pole do popisu, by zrobić dzieło między dramatem a thrillerem. On jeden, a panien jest kilkoro, co musi doprowadzić do zgęstnienia atmosfery. Zwłaszcza, że kobiety są tutaj same, większość (poza właścicielką oraz młodą nauczycielką, Edwiną) nie miały jeszcze styczności z mężczyzną. Wydawałoby się, że facet trafił do raju, a każdą z dziewczyn na swój sposób przyciąga. Kusi je niczym wąż Ewę, budząc w nich kobiety, ich seksualność. Jest niczym lustro, w którym można się przejrzeć. Przynajmniej w teorii, bo emocji tutaj jest jak na lekarstwo. Wszystko toczy się bardzo powoli, spokojnie, lecz to wszystko nie angażuje, nie prowokuje i niejako jest przyjmowane na wiarę. Może końcówka troszkę robi robotę, ale dla tego dzieła jest już za późno. Postacie są ledwo liźnięte (najbardziej wybijają się panna Martha, nauczycielka Edwina oraz pannica Jane), nie do końca zarysowane i brakuje im charakteru.

na_pokuszenie2

Jednego, czego nie mogę odmówić temu dziełu to przepiękne zdjęcia, bardzo plastyczne. I nie chodzi tu tylko o krajobraz, lecz także o oświetlenie, dodające lekko mrocznego klimatu. Coppola próbuje iść w poważniejsze rewiry, ale ta taktyka się nie sprawdza. Choć całość trwa około półtorej godziny, strasznie się ten seans dłuży.

na_pokuszenie3

Nawet aktorzy nie są w stanie uratować tego dzieła. Colin Farrell daje sobie radę jako ranny wojak, bardziej powściągliwy i spokojniejszy niż zwykle (chociaż, gdy puszczają mu nerwy robi się ciekawiej), ale najwięcej do pokazania mają Nicole Kidman oraz Kirsten Dunst, wykorzystując spore pole do popisu. Zwłaszcza Dunst jako przytłumiona, wyciszona kobieta, na nowo odkrywająca pożądanie.

na_pokuszenie4

Sofia Coppola próbuje kusić i stworzyć takie bardziej feministyczne kino, próbujące pokazać kolejny przykład zderzenia kobiet z mężczyzną. Próbuje pokazać kuszenie, ale tak naprawdę nie ma niczego do zaoferowania. I za co ta Złota Palma? Za bycie ładną wydmuszką?

5/10

Radosław Ostrowski

Beasts of No Nation

Afryka to bardzo dziwny, intrygujący kontynent, gdzie dochodzi do wojen, głodu, biedy, nędzy, a jednocześnie bogactwa i splendoru. W tym paradoksie znajduje się Agu – młody chłopiec, wychowywany przez rodziców w kraju ogarniętym wojną domową. Dlatego nie chodzi do szkoły i przebywa w domu. Ale któregoś dnia wojna w jego życie, bez pytania, bez zgody. Matka z najmłodszym dzieckiem zostaje wywieziona, ojciec z bratem zamordowani, a chłopiec ucieka w busz. Tam trafia pod ręce partyzantów, kierowanych przez charyzmatycznego komendanta. Agu wkrótce zostaje żołnierzem.

bestie_bez_narodu1

„Beasts of No Nation”  to pierwszy film zrealizowany przez Netflixa, a realizujący dzieło Cary Fukunaga potwierdza nieprzeciętny talent. Pozornie takich brutalnych filmów inicjacyjnych było wiele, pokazujących zderzenie niewinności dziecka z okrucieństwem, zabijaniem oraz bezwzględnym posłuszeństwem. A jednak dzieło Fukunagi potrafi chwycić i parę razy wstrząsnąć. Nie tylko pierwszym zabójstwem, monologami kierowanymi do Boga, ale pokazującymi ogromną siłę indoktrynacji. Tego, jak bardzo łatwo można zmanipulować młodym, niewykształconym dzieciom, zmieniając je w posłuszne i bezwzględne maszyny do zabijania, wykorzystując też dziwaczne rytuały. Im dalej w las, tym bardziej ta pięknie sfilmowana przyroda zmienia się w cmentarz, doprowadzając czasem wszystkich na skraj wyczerpania. Aby przetrwać, trzeba pozbyć się wrażliwości oraz traktować widziane trupy, tańczącą dookoła śmierć za coś normalnego, tylko co dalej? Ile jeszcze można zabijać? I czy po wojnie można dalej funkcjonować?

bestie_bez_narodu2

Podobnie pytania i wnioski krążyły w mojej głowie po seansie „Wiedźmy wojny” – opowiadającego podobną historię filmu z perspektywy młodej dziewczyny. I tak samo tutaj widzimy chory świat pełen nienawiści, zabijania, niekończącej się wojny, w której by przetrwać, musisz obudzić w sobie bestię. Nie wiemy jaki to kraj w Afryce, ale to nie ma znaczenia. Tak samo nie poznajemy przyczyn tego okrucieństwa oraz tygla, a jedynie same skutki tych działań. Jak można powstrzymać tą sytuację? Na to trzeba samemu znaleźć odpowiedź.

bestie_bez_narodu3

Całość dźwigają aktorzy, w sporej części naturszczycy i debiutanci jak Abraham Attah jako Agu. Ten młody chłopak skromnymi środkami buduje postać pogubionego, manipulowanego chłopca wchodzącego w krwawą i brutalną dorosłość. Jednak największą uwagę skupia na siebie charyzmatyczny Idris Elba. Jego komendant to pozornie szablonowa postać wojskowego, co nie zna litości i wymaga posłuszeństwa. Jednocześnie próbuje być jak ojciec dla tych dzieciaków, co pokazuje w dość nieoczywisty sposób, ale to sami zobaczycie.

bestie_bez_narodu4

W pewnych okolicznościach, budzi się w człowieku bestia, nad którą nie można panować – niby brzmi to jak banał, ale „Beasts of No Nation” bardzo brutalnie o tym przypominają. Niby finał daje pewną nadzieję na wyjście i pogodzenie się ze sobą, ale demony wojny długo nie dadzą o sobie zapomnieć. Bardzo poruszające oraz przygnębiające kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Klient

Emad i Rana są młodym małżeństwem z Iranu. Oboje pracują jako aktorzy teatralni, chociaż on jeszcze dorabia jako nauczyciel. Właśnie wystawiają „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera, a także zmieniają lokum, gdyż obecne zaczyna się rozpadać wskutek trzęsień. Kolega z pracy oferuje im nowe mieszkanie, którego lokatorka nie wyniosła rzeczy. Ale pewnego wieczora, kiedy kobieta zostawia otwarte drzwi, dochodzi do tragedii. Kobieta została pobita, a mąż próbuje rozgryźć, co się stało oraz ukarać sprawcę.

klient1

Kolejne dzieło z Iranu od Ashgara Farhadiego, czyli kino bardzo hermetyczne, oparte na niedopowiedzeniach, tajemnicy i ich kulturze. Tajemnice, skrywane pragnienia, kolejne nitki kłamstw, odkrywamy kolejne warstwy. Uderza mnie coś jeszcze: zemsta. Tutaj jest ona zdominowana i wykonywana przez mężczyzn, a kobiety i ich ból zostaje zepchnięty. To mężczyzna czuje się tutaj bardziej upokorzony od kobiety, chociaż sam nie czuje takiego bólu jak kobieta. Ona chce żyć dalej, w miarę normalnie funkcjonować, ale to nie jest takie łatwe. Pierwsze sceny po zdarzeniu pokazują to rozedrganie, poczucie niepokoju i widać, że zaczyna to działać destrukcyjnie na życie naszych bohaterów.

klient2

Tylko, że miałem ten sam problem, jak z „Rozstaniem” – rozumiałem motywacje oraz pewne działania naszych protagonistów, ale oglądałem to bez zaangażowania. Wszystko toczy się bardzo spokojnie, powoli, do tego jeszcze wplecione fragmenty pokazywanej w teatrze sztuki Millera, co może wybijać mocno z rytmu. Niby miało być podskórne napięcie, ale im bardziej to oglądałem, tym bardziej czułem znużenie. Jest poważnie, czasem aż za poważnie i zbyt duszno, wszystko rozrasta się wręcz do antycznego dramatu. Dodatkowo to prywatne śledztwo prowadzone tak przy okazji i wyrywkowo, też nie angażując za bardzo. Może z wyjątkiem wyjaśnienia oraz rozmowy ze sprawcą w dawnym mieszkaniu.

klient3

Przez co od „Klienta” odbijałem się od ściany, czując jedynie bardzo silny chłód. Rozumiem, o co chodziło, tylko nie byłem w stanie całkowicie wejść w ten film, co strasznie bolało. A może po prostu nie dojrzałem do tak specyficznego kina spoza swojego kręgu kultury. Musicie sami zmierzyć się z „Klientem”.

6/10

Radosław Ostrowski