Rysopis

Lata 60., czyli czas małej stabilizacji. To w tym okresie przyszło żyć niejakiemu Andrzejowi Leszczycowi – studenta ichtiologii, który został wyrzucony ze szkoły. Ma żonę, mieszkają razem, ale żyją tak naprawdę obok siebie. Mężczyzna dostaje wezwanie do komisji wojskowej i zostaje powołanie na pociąg do Kołobrzegu na 15.10, niczym do Yumy. Nasz bohater podejmuje ostatnie decyzje przed odjazdem.

rysopis1

Taki debiut zdarza się raz na dekadę. Kiedy w 1964 roku pojawił się Jerzy Skolimowski ze swoim „Rysopisem”, polskie kino nagle wskoczyło na nowe tory. Cała historia to bardziej ciąg scenek, które łączy postać Leszczyca – bohatera innego niż przewidziało do tej pory kino. Jest to bohater bierny, pozbawiony charakteru, motywacji, sensu swojego istnienia, chociaż próbuje go znaleźć. Boi się wziąć odpowiedzialności za swój los czy może jest zagubionym młodzieńcem? Reżyser nie daje odpowiedzi, także los bohatera pozostaje znakiem zapytania. Czy wojsko uczyni z niego mężczyznę? Sprawi, ze będzie dojrzałym człowiekiem? Te pytania zostają, a kilkugodzinna odyseja Leszczyca staje się pretekstem do przedstawienia portretu epoki lat 60. Ten zbiór sklejonych szkolnych etiud tworzy bardzo spójną opowieść, która formalnie nadal robi wrażenie.

rysopis2

Czuć tutaj mocno ducha francuskiej nowej fali – reżyser uwielbia długie kadry oraz zabawę nietypowymi ujęciami. Nieważne, czy mówimy o scenach „z oczu” bohatera (ta przed komisją wojskową czy gdy wychodzi z domu) albo o odbiciu twarzy w barze. To wszystko wygląda imponująco nawet teraz. Dodatkowo wplecione gdzieś w tle dialogi (rozmowa dwóch pań na dachu), odgłosy radia czy rzadko obecna muzyka doprowadzają do dezorientacji, bo brzmią równocześnie z rozmowami Leszczyca wobec kumpli, żony, przypadkowo poznanej dziewczyny. To intryguje, prowokuje, a pewne repetycje słów nie są tutaj dziełem przypadku. Film może być pełen symboli, repetycji, postaci dających inne spojrzenie na pewne wydarzenia (wątek „kombatanta” zbierającego butelki) oraz zmuszają Leszczyca do pewnych działań, nawet wydawałoby się pozbawionych konsekwencji (zapisanie się na kurs hiszpańskiego). Z drugiej strony „Rysopis” może być zbyt hermetyczny, a symbole (10 razy dzwoniący telefon, zapałka, tekst z naklejonego plakatu) nieczytelne.

rysopis3

Niezmienne jest natomiast fantastyczne aktorstwo. Leszczyca gra sam Skolimowski i wyszedł absolutnie fantastycznie. Młody, zagubiony, nieokreślony człowiek, szukający swojego miejsca oraz sensu w świecie. To jest wygrywane bardzo wyraziście, a kilka scen w jego wykonaniu (udział w sondzie ulicznej czy rozmowa przed komisją) to prawdziwe perełki. Równie wyborna jest Elżbieta Czyżewska i to w trzech wcieleniach: jako żona, poznana w uczelni Basia oraz dekująca się u „Janczewskiej” Teresa. Zawsze inna, zawsze charakterna i wyrazista.

rysopis4

„Rysopis” to początek historii naszego outsidera oraz jego wędrówki po sens życia. Niepozbawiona humoru, groteski i pewnej poetyckości opowieść wydaje się zaskakująco aktualna. To jest wyzwanie, które warto podjąć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażerka

Dziwny to film i niełatwy do opowiedzenia. Bo jak opowiedzieć o historii, która jest urwana? Na statku pasażerskim płynie Lisa razem z mężem. Niby spokojny rejs, jednak wtedy pojawia się pewna kobieta. Niby nikt taki, jednak przypomina ona pewną osobę z przeszłości. Przeszłości, o której chciałaby zapomnieć, naznaczona Auschwitz.

pasazerka1

Film Andrzeja Munka to urwany fragment całości, który nigdy nie zostanie dokończony. Reżyser zginął w wypadku samochodowym podczas pracy nad tym filmem, przez co znamy tylko część materiału, a resztę (krótkie fotosy) przeplatają się ze scenami retrospekcji. Tam poznajemy jej losy jako szefowej komanda zajmującego się dobrami więźniów. Wtedy pojawia się nowa pomocnica, Marta. Ta dziwna relacja oparta na próbie złamania kobiety przez surową, pozbawioną wręcz emocji Lisę. Zaczynamy odkrywać tajemnicę oraz tą skomplikowaną relację z Martą. Upokorzenie, szacunek za pomocą uległości, próba złamania charakteru, a jednocześnie w tle przewija się piekło obozu. Sceny biegu kobieta oraz łapania przez hak, co doprowadza panie do „zamkniętego” kobiecego koła, czytanie grepsu na apelu czy wrzucanie Cyklonu B robi piorunujące wrażenie.

pasazerka2

Cała ta opowieść miała potencjał na moment zderzenia z przeszłością oraz konsekwencjami swoich decyzji. Surowa realizacja może trafić, a wpleciona narracja z kadru wyjaśnia dlaczego film wygląda jak wygląda. Nikt nie chciał kontynuować dzieła Munka, zaś jego najbliższy współpracownik zdecydował się skleić fragmenty w spójną całość. A najmocniejszym punktem jest mocna Aleksandra Śląska – chłodna, do bólu opanowana i bezwzględna, zapada w pamięć. To, co mówi i to, co widzimy pokazuje mechanizm działania kata oraz działania ludzkiej pamięci. Kontrastem dla niej jest Anna Ciepielewska w roli Marty, która jest bardzo wycofana, choć kilka scen zapada w pamięć.

pasazerka3

Szkoda, że nie poznajemy części współczesnej, bo można było z tego wycisnąć więcej. Rozumiem decyzję o tej wersji filmu jaka jest, ale chciałbym poznać dalszy ciąg. Mimo to warto zapoznać się z „Pasażerką”.

6/10

Radosław Ostrowski

Nić widmo

Londyn, po wojnie. To tutaj pracuje Reynolds Woodcock – uznany krawiec, tworzący przepiękne stroje dla wyższych sfer, w czym pomaga mu siostra Cyril. Mężczyzna jest bardzo oschły, strasznie skupiony na pracy, a swoje asystentki oraz modelki traktuje jak rękawiczki – niepotrzebne znikają. Ale gdy trafia na prowincję poznaje ją – delikatną oraz sprawiającą wrażenie kruchej Almę.

nic_widmo1

Paul Thomas Anderson to jeden z takich filmowców, który jest kompletnie nieobliczalny, tak jak jego kino – od potężnych fresków („Aż poleje się krew”) aż po bardziej kameralne, polifoniczne narracje. „Nić widmo” to niby melodramat i film kostiumowy, gdzie przenosimy się do lat 50., a reżyser snuje swoją opowieść bardzo niespiesznie, dając Almie głos. Całość jest dość długa, ale nie przynudza, emocje coraz bardziej zaczynają się nasilać, choć na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Najdziwniejsze jednak jest to, że Anderson hipnotyzuje, atmosfera powoli zaczyna gęstnieć, powoli doprowadzając do dość zaskakującego finału. To, jak pracuje kamera, skupia się na detalach (mycie się Reynoldsa, mierzenie Almy, jazda samochodem, gdzie kamera jest zamontowana z tyłu pojazdu czy coś w rodzaju pokazu u Woodcocka), jak pięknie pokazuje stroje, tkaniny, wreszcie kobiety w tych niesamowitych strojach – film bardzo pieści oczy oraz wszelkie możliwe zmysły. Bo nie da się zapomnieć tej klasycznie brzmiącej muzyki, niemal grającej cały czas czy cudnych dialogów, płynnie prowadząc całość, a kilka scen zostanie w pamięci na długo.

nic_widmo2

Kluczem do całości jest ta dość dziwna relacja między Woodcockiem a Almą. On (podobno ostatni raz na ekranie Danie Day-Lewis) jest perfekcjonistą, całkowicie przywiązanym do pracy oraz pewnego rodzaju rutyny, której naruszenie może doprowadzić do rozproszenia. Mocno pokazuje to scena pierwszego dnia z Almą w domu Woodcocka, gdzie za pomocą drobnych gestów widać, co się dzieje w umyśle. Z jednej strony geniusz, z drugiej bywa emocjonalnie rozkapryszoną primadonną, wymagającą posłuszeństwa, wręcz na granicy ścisłej kontroli (próba kolacji we dwoje). Vicky Krieps w roli Almy – do tej pory zachodzę w głowie, jakim cudem nie zapamiętałem jej. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo delikatna, niczym porcelana. To jednak tylko pozory, bo ma w sobie więcej siły niż się wydaje, szukając własnego sposobu na poznanie tego tajemniczego, magnetyzującego mężczyzny. Muza i artysta, mężczyzna i kobieta, wreszcie mąż i żona – ale to nie jest łatwa, przyjemna relacja, chociaż pozbawiony krzyków, co nie jest łatwe do łyknięcia. Jest jeszcze ta trzecia, czyli jego siostra (bardzo wyrazista Lesley Manville) o imieniu Cyril. Jest bardziej męska – i nie chodzi tylko o urodę, ale o charakter. Mocna psychicznie, bardzo opanowana, mówiąca spokojnie, ale władczo i kiedy zachodzi potrzeba, jest w stanie przejąć dowodzenie.

nic_widmo3

„Nić widmo” bardzo mnie zaskoczyła, tak jak potrafi to zrobić Paul Thomas Anderson. Intrygujące, tajemnicze, nie dające łatwych odpowiedzi wprost. Może sprawiać, tak jak „Aż poleje się krew”, wrażenie bardzo chłodnego, ale warto wejść głębiej, odkrywając kolejne warstwy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kłamstwo

Poznajcie Deborah Lipstadt – jest ona amerykańskim historykiem badającym kwestie Holocaustu. A jak wiemy, jest to fakt niepodlegający jakiemukolwiek ocenianiu czy podważaniu jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Niemniej brytyjski historyk David Irving, który podważa istnienie Holocaustu, pozywa historyczkę o niesławienie. Proces ma się odbyć w Londynie, a nasza pani profesor podejmuje się przyjąć wyzwanie. Ale na miejscu okazuje się, że to ona będzie musiała udowodnić swoje racje, czyli wykazać, że istniał Holocaust i Irving celowo wpuszcza w maliny.

klamstwo1

Kiedy usłyszałem o czym miał opowiadać film Micka Jacksona, na początku uznałem to za kiepski, wręcz chujowy żart. Bo jak można zaprzeczać takim faktom i dlaczego sędzia ma podjąć decyzję o autentyczności wydarzeń. Nie mieściło mi się to w głowie, wydawało absurdalne i bez sensu. Ale ten proces okazuje się być bardzo potrzebny, by ostatecznie uciąć wszelkie spekulacje. Dla mnie „Kłamstwo” było z jednej strony spojrzeniem na funkcjonowanie brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości (bo jest inaczej niż myślimy), gdzie to pozwany ma udowodnić swoją rację i jest dwóch adwokatów: jeden prowadzi sprawę, drugi reprezentuje ją w sądzie. Dziwne, prawda? Wszystko toczy się pozornie spokojnym, wręcz wolnym tempem, a najważniejsza jest tutaj sprawa. Podobnie jak w „Spotlight”, postacie są bardzo delikatnie zarysowane i okraszone kilkoma cechami, zepchnięci do roli głosicieli myśli czy pewnych postaw. Początkowo pewne działania adwokatów (obrońców Lipstadt) mogą wydawać się co najmniej dziwaczne – brak świadków pamiętających Holocaust czy zakaz wypowiadania się samej bohaterki przed sądem. Ta chłodna, wręcz surowa postawa, mająca na celu wykazanie, że mając do dyspozycji same fakty, dane i materiały, prawda wybroni się sama, początkowo budzi dezorientację.

klamstwo2

Kwestia naukowa, a kwestia prawna to dwie inne rzeczy, przez co – tak jak nasza bohaterka – czujemy się zdezorientowani, zdziwieni i zaskoczeni mechanizmami. A kto się spodziewał klasycznych, hollywoodzkich klisz, może poczuć się lekko rozczarowany. Żadnego patosu, podniosłych mów czy kiczowatych scen w rodzaju zeznań świadków, tylko pojedynek między Irvingiem a adwokatami. Wtedy na ekranie są iskry, napięcie podkręcone jest do granic możliwości, a pytanie o sztukę argumentacji (początkowo sama Lipstadt mówi, że nie będzie rozmawiać z Irvingiem nigdy, bo nie uznaje jego sposobu myślenia) brzmi bardziej poważnie w czasach, gdy postprawda i fake newsy są wręcz na porządku dziennym.

klamstwo3

Reżyser bardzo przewrotnie pokazuje, że emocje (nawet w słusznej sprawie) mogą wykonać więcej zniszczeń niż sensowna, konstruktywna debata oparta na faktach, namacalnych dowodach (pisanych, rysowanych itp.), nawet z kimś, kim się nie zgadzamy. Wtedy nie byłoby takich kontrowersji wobec zaprzeczaniu Holocaustu, a inne teorie spiskowe nie miałyby racji bytu. Brzmi absurdalnie? I to wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo zaskoczyła mnie Rachel Weisz, choć jej bohaterkę bardzo trudno polubić – pewna siebie, wręcz arogancka, zaciekle walcząca, zdeterminowana, wręcz kipiąca od emocji i gotowa na otwartą konfrontację. Niby słuszność jest po jej stronie, ale jest niemal zacietrzewiona w swojej postawie oraz słuszności, że potrafi odepchnąć. Bo przecież osoby mające rację muszą budzić sympatię oraz szacunek. Na tej opozycji działa David Irving w świetnej interpretacji Timothy’ego Spalla – spokojny, opanowany, kulturalny gentleman z bardzo prowokacyjnymi, kontrowersyjnymi argumentami. Mimo szczurzego, wręcz śliskiego charakteru, potrafiłby wzbudzić sympatię odbiorcy bardziej niż nerwowa, nabuzowana kobieta, bez względu na swoje poglądy, przekonania czy argumenty. Bardziej diabolicznej kombinacji nie można się było spodziewać. Ale dla mnie film kradną Andrew Scott oraz Tom Wilkinson, czyli adwokaci pani Lipstadt. Obydwu panów łączy emocjonalna powściągliwość, dla dobra sprawy, są bardzo inteligentni, zaś ten drugi wręcz surowy, chłodny, pozostając do bólu logiczni. Jest to niesamowity duet, a słuchanie Wilkinsona w sądzie, zadającego pytania czy wygłaszającego mowy to czysta przyjemność.

klamstwo4

„Kłamstwo” ma do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać – to bardzo skromne, powściągliwe kino o sztuce argumentacji i walce o swoje przekonania. Bez używania emocji, ale w oparciu jedynie o suche fakty, co jest trudne, ale jest jedyną szansą, by prawda mogła sama się obronić. Kto by się takiego morału spodziewał?

7/10

Radosław Ostrowski

Czwarta władza

Cała historia zaczyna się w Wietnamie. Trwa wojna, jest rok 1966. By opisać jej historię zostaje wysłany analityk korporacji Rand, Daniel Ellsberg. Po powrocie z kraju w 1969 roku mężczyzna podejmuje bardzo trudną i ryzykowną decyzję – wykrada z korporacji raport szefa Departamentu Obrony, Roberta McNamary (tzw. Pentagon Papers), robiąc fotokopie. Dwa lata później zaczyna przekazywać je do prasy. Biały Dom odkrywa przeciek i próbuje wszelkimi sposobami zablokować rozpowszechnianiu tych dokumentów. Wtedy do gry włącza się Washington Post, znajdujący się w dość trudnej sytuacji ekonomicznej.

czwarta_wladza1

Jak wiele osób, które tu zaglądają wiedzą, że jestem fanem Stevena Spielberga. Właściwie ten film, mógłby nie powstać, gdyby nie jeden drobny szczegół. Reżyser ukończył zdjęcia do filmu „Ready Player One”, trwały pracę nad post-produkcją i szukając czegoś do roboty, trafił na scenariusz Liz Hannah (lekko podrasowany przez odpowiedzialnego za skrypt do „Spotlight” Josha Singera), uznając ten materiał za interesujący. Szczególności temat dotyczący roli mediów.

Punktem zapalnym jest wyciek tajnego raportu, z którego wynika, że od czasów administracji Trumana planowano podjęcie interwencji w sprawie Wietnamu (wtedy Indochin) oraz fakt, iż wojna jest z góry skazana na przegraną. Mimo to jest kontynuowana, a opinia publiczna wprowadzona w błąd. I teraz zaczyna się pytanie: publikować, idąc na konfrontację z ludźmi władzy czy może zachowywać z nimi dobre kontakty? Sprawa jest o tyle istotna, że stawką jest reputacja tej (wtedy) lokalnej gazety z ambicjami na coś więcej oraz jej status finansowy.

czwarta_wladza2

Sam początek jest dość spokojny i ospały, a narracja jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony mamy szefową gazety – Katherine Graham (świetna Meryl Streep), która jest bardzo wycofaną, zagubioną kobietą, próbującą się odnaleźć w nowej roli, niejako zmuszona do tego (jej mąż popełnił samobójstwo). Otoczona doradcami, czyli facetami w średnim wieku, musi podjąć bardzo trudną decyzję (mocna scena rozmowy telefonicznej na kilka osób), a jej przemiana budzi uznanie i jest pokazana bez fałszu. Drugim bohaterem jest naczelny gazety, czyli Ben Bradlee („tylko” solidny Tom Hanks), szukający od dłuższego czasu jakiegoś dobrego materiału do gazety, uparcie dążącego do celu oraz hołdującemu prawu do wolności prasy. Te postacie rzadko się spotykają ze sobą, przez co na początku trudno wejść w rytm. Wszystko się zmienia w momencie znalezienia dokumentów oraz źródła, doprowadzając do przyspieszenia akcji oraz walki o publikację. Reżyser trzyma w napięciu (świetnie zmontowana scena „drukowania” tekstu od czcionek czy składanie raportu do kupy, bez numerowanych stron), parę razy bawi się montażem (kopiowanie dokumentów) i wykorzystuje archiwalne materiały (sceny z Białego Domu, gdzie „słyszymy” Nixona), prowokując do pytań o relację dziennikarz-polityk. Czy te strony mogą utrzymywać dobre relacje, czy można wykorzystać do roli informatorów, czy można posunąć się do manipulacji? To daje wiele do myślenia, ale odpowiedzi nie do końca są rzucane nachalnie.

czwarta_wladza3

Film ogląda się świetnie, także dzięki realizacji. W końcu to Spielberg, który zachowuje swój poziom. Kamera miejscami wręcz pędzi płynnie z postaci na postać, podkręcone montażem oraz zachowując realia lat 70. Bardzo miękkie, ładne kolory, miejscami surowa, realistyczna scenografia oraz stonowana muzyka w tle potrafi zbudować napięcie. Owszem, pod koniec jest lekko patetycznie (sceny w sądzie), a epilog wydaje się niepotrzebny. To na szczęście, nie psuje dobrego wrażenia.

Aktorsko też się trudno przyczepić, mając takie osoby w rolach głównych. Jednak drugi plan został całkowicie zdominowany przez fantastycznego Boba Odenkirka (Ben Bagdikan), dającego wiele energii oraz napięcia podczas tak pozornie drobnych scen jak rozmowa telefoniczna. Oprócz niego zobaczymy tak rozpoznawalne twarze jak Sarah Paulson (żona Bradlee’ego), Tracy Letts (Fritz Beebe, doradca Graham), Matthew Rhys (Daniel Ellsberg) czy Jesse Plemons (adwokat gazety).

czwarta_wladza4

Kiedy już straciłem nadzieję, że Spielberg wzniesie się pod swój solidny poziom, „Czwarta władza” przypomina, za co pokochałem tego filmowca. To film zrobiony na dobrym poziomie, z mocną obsadą oraz ponadczasowym tematem, będącym (w Stanach) dziwnie aktualnym. Szkoda, ze takich mediów już nie ma. A może są, tylko ich nie dostrzegłem?

7/10

Radosław Ostrowski

Nienasyceni

Włochy, pełne ciągłego słońca. To właśnie tutaj ukrywa się przed światem Marianne Land – kiedyś wielka gwiazda rocka. Obecnie mieszka z Paulem – fotografem. Kobieta ma chorą krtań i robi sobie przerwę. Jednak ich spokój zostaje przerwany przez dawnego kochanka oraz producenta muzycznego, Harry’ego oraz jego córkę, którą poznał dopiero rok temu.

nienasyceni1

Film reklamowany jako kryminał, ale nie do końca pasuje do tej konwencji. Dzieło Luki Guadagnino jest produkcją opartą w dużej części na tajemnicach, niedopowiedzeniach i jednocześnie w oparach ciepłego lata oraz bardzo mocno obecnego napięcia (także erotycznego). Jednak reżyser z jednej strony ma pewne element łamigłówki (łamana chronologia, skupienia na spojrzeniach, słowach i gestach), tylko tworzenie intrygi kompletnie go nie interesuje. Sami próbujemy rozgryźć te relacje, nie do końca jasne motywy zachowań oraz pewien stań niemal ciągłej zabawy wprowadzony przez ciągle nienasyconego Harry’ego (fenomenalny Ralph Fiennes). To on napędza cały film, tworząc niemal rozpędzone do granic możliwości nieustanne święto, doprowadzając niemal do ekstremum, zawsze pierwszy, zawsze gotowy. Nawet kiedy dochodzi do zbrodni, to samo śledztwo zostaje potraktowane i poprowadzone dość szybko, ale bez rozwiązania.

nienasyceni2

Całość niesamowicie działa na zmysły – połączenie bardzo nasyconych kolorów, pięknych krajobrazów czy kostiumów sprawia, że nie można oderwać oczu. Gdy jeszcze dodamy do tego parokrotnie wykorzystany teledyskowy montaż oraz mieszankę muzycznych stylów, będziemy chcieli zostać tutaj na dłużej. I mamy dwa wyjścia: albo uważnie i wnikliwie obserwować naszych bohaterów lub kompletnie zanurzyć się w świecie dookoła.

nienasyceni3

Jak wspomniałem, film kradnie Ralph Fiennes, sprawiający wrażenie ciągle “głodnego” życia, będącego niemal fizycznym wcieleniem nieustannej balangi (scena tańca w rytm Rolling Stonesów). Tylko na ile jest to prawdziwe oblicze, a na ile to tylko maska, skrywająca w sobie pustkę? Na tym samym wysokim poziomie wnosi się Tilda Swinton w roli głównej, muszącą grać wszystkim poza głosem. I to wygrywa fantastycznie, pokazując niby stabilne i spokojne życie, ale jednocześnie widać pewną tęsknotę za czasami występów oraz związkiem z Harrym. Kontrastem jest bardzo opanowany i spokojny Matthias Schoenaerts (Paul), sprawiający wrażenie niewzruszonego monolitu.

Czym są “Nienasyceni” – wakacyjną opowieścią, zmysłową eskapadą, chwilą celebracji czy zmuszającym do refleksji dramatem egzystencjalnym? Nie jest do końca poważny, ale wymaga uwagi i skupienia. Wtedy wszystko nadrabia z nawiązką.

7/10

Radosław Ostrowski

Królewicz Olch

Kuba Czekaj – żaden inny polski reżyser w ostatnim czasie tak mnie nie wkurzył i byłem jednym z niewielu, których debiut „Baby Bump” odrzucił swoją treścią. Niemniej muszę przyznać, że wizualnie wyglądał świetnie. Tylko, co z tego? Niemniej wiedziałem, czego należało się spodziewać po „Królewiczu Olchu”. Czy jest lepszy, znowu podzieli widownię, a może reżyser przekona swoich hejterów?

krolewicz_olch1

Bohaterem tego dzieła jest młody chłopak o wielkim umyśle intelektualnym, ze wskazaniem na fizykę. Ma 14 lat i jest wychowany, przepraszam, tresowany przez swoją matkę, a ojca nikt nie widział. Mamuśka wykorzystuje chłopca i jego geniusz do udziału w różnych konkursach, dających sporą bonifikatę finansową, przez co czuje się lekki dziwadłem. Jednocześnie pracuje nad pewnym projektem.

krolewicz_olch2

Sama fabuła jest dość pretekstowa, a jej celem jest… no właśnie. Wszystko jest tutaj strasznie pogmatwane, a reżyser rzuca nas na głęboką wodę, nie dając żadnych wskazówek ani poszlak. A czego tutaj nie ma: komputer odmierzający koniec świata, teoria światów równoległych, brak akceptacji rówieśników, majaki mieszające się z rzeczywistością, kompleks Edypa, tajemnicze drzewo, tworzenie hologramów no i wpleciony w to wszystko „Król olch” Goethego (i jego muzyczna wersja od Schuberta). A wszystko jest oprawione w formę jakiejś alegorii czy metafory, której znaczenie potrafią rozszyfrować jedynie nieliczni. Miasto jest kompletnie anonimowe, będące mieszanką polskiego, angielskiego i niemieckiego (było to w „Baby bump”), a scenariusz wydaje się jedynie ciągiem scenek, gdzie samemu trzeba rozgryźć sens. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Czekaj tak się zakochał w swoim dziele, że nie potrafił wcisnąć w odpowiednim momencie hamulca i została przekroczona granica między artystycznym bełkotem a czymś podniosłym, pełnym ambicji.

krolewicz_olch3

Po obejrzeniu na pewno poczujecie wielki zamęt w głowie. Próba rozgryzienia wszystkich scen, gestów, znaczeń czy rzucanych kwestii pozbawionych (dla mnie) jakiegokolwiek sensu. Rzadko bohaterowie ze sobie rozmawiają, zaś ciągle rzucane fragmenty poematu sprawiają złudne wrażenie spójności. Nawet finał, gdzie dochodzi do zderzenia obydwu światów (gdzie każdy głos ma taki „szum” ekranowy) wprawia w totalną konsternację i sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Nawet aktorzy nie mają specjalnie co grać, bo te postacie są tylko i wyłącznie figurami, pozbawionymi głębszych cech charakteru oraz wiarygodnej psychologii.

krolewicz_olch4

Film oparty tylko na samej tajemnicy może przykuć uwagę. Nadal wygląda to fantastycznie, tylko czy poza mocną sferą audio-wizualną jest coś więcej? Drugie dno, trzecie, czwarte? A może samo dno? Mnie, znowu, Czekaj odstraszył. Trochę szkoda, bo ma on w sobie ogromny potencjał, tylko że albo jest to pretensjonalny bełkot, albo ja jestem zwyczajnie za głupi na takie kino.

3/10

Radosław Ostrowski

Everest

Ktoś może zapytać dlaczego ludzie wspinają się na góry – wielkie, potężne, piękne, ale też niebezpieczne i bezwzględne. Trzeba być naprawdę odważnym, żeby podjąć się tego trudnego zadania i to jest coś, z czym nie zamierzam w żaden sposób dyskutować. Ale nie każda taka ekspedycja kończy się powodzeniem. Taką historię przedstawia film „Everest” z 2015 roku.

everest1

Był rok 1996, kiedy Mount Everest był strasznie zatłoczony. Tego samego dnia miały wyruszyć aż trzy wyprawy. Pierwsza kierowana przez doświadczonego alpinistę Roba Halla, druga przez Scotta Fishera, a trzecia finansowana przez rząd Tajwanu. Dwie pierwsze postanowiły nie przeszkadzać sobie, ale wyprawy ruszyły na szczyt i dotarły 10 maja. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale cel udało się osiągnąć. Problem zaczyna się z powrotem, bo dochodzi do burzy śnieżnej.

everest2

Takie historie są bardzo trudne do przedstawienia, by zachować dystans i przekazać to, co się naprawdę stało. No i najważniejsze – co poszło nie tak? Brak szczęścia, bezwzględna pogoda, zaniechanie związane z tlenowymi butlami, zapięciami na górze? Pycha i ambicja do walki z naturą? Temat walki człowieka z naturą, bo jak inaczej nazwać wspinanie się na górę? Reżyser stara się przedstawić tą nierówną walkę i robi to zaskakująco spokojnie, powoli buduje relacje między postaciami, delikatnie podkręca napięcie. To ostatnie sprawia, że widzimy jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Dla wielu samo wchodzenie na górę, może sprawiać wrażenie dość nużącego, toczy się to spokojnie, choć jest kilka poważnych momentów (wejście po drabince nad przepaścią czy pogorszenie się wzroku jednego z uczestników). Ale kiedy dochodzi do zejścia, dopiero widzimy bezwzględność matki natury i zaczyna się tragedia.

everest3

Mimo tego, że cała ta historia wydaje się dość przewidywalna, a przeskoki z postaci na postać mogą wywołać dezorientację, film ogląda się naprawdę nieźle. Wrażenie robią niesamowite zdjęcia gór, gdzie kamera pokazuje ich prawdziwy majestat. Także dźwięk podczas, gdzie słychać bardzo nieprzyjazny świst, buduje poczucie zagrożenia, niepewności. Problem jednak w tym, że mamy bohatera zbiorowego, gdzie tak naprawdę kilka postaci jest bardziej wyraziście zarysowanych. Dodatkowo zakończenie jest troszkę robione tak na szybko, byle skończyć film, bo już się ciągnie.

everest3

Sytuację próbują ciągnąć aktorzy i to bardzo znani, ale efekt jest dość różnorodny. Na mnie największe wrażenie zrobił Jason Clarke (Rob Hall, jeden z przewodników wyprawy), twardy Josh Brolin (Beck Weathers) oraz John Hawkes (Doug Hansen), tworząc najbardziej wyraziste postacie. Reszta albo stanowiła tylko tło (Sam Wortington, Keira Knightley, Robin Wright) albo wywiązywała się solidnie ze swojego zadania (niezawodna Emily Watson).

everest4

„Everest” z jednej strony ma ambicje blockbustera, ale chce też zachować realizm wydarzeń. Trudno odmówić ambicji, chociaż posiada kilka klisz i stosuje parę razy emocjonalny szantaż. Trudno jednoznacznie ocenić ten film, ale jedno jest pewne: nie dałbym rady uczestniczyć w takiej wyprawie, a przypomnienie o brutalności Matki Natury zawsze pozostaje aktualne.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bohater

Ostatni widoczny jest trend filmów o bohaterach w dojrzałym wieku, którzy próbują poukładać swoje zabałaganione życie w pewnym krytycznym momencie. „Zapaśnik”, „Szalone serce” – to najbardziej wyraziste przykłady. W tym samym kierunku idzie też „Bohater”. Jego głównym bohaterem jest podstarzała gwiazda westernu, Lee Hayden. Obecnie on udziela głosu w reklamach, swoje najlepsze lata ma za sobą, jest po rozwodzie, z rodziną nie utrzymuje kontaktu, a jedyną rozrywką jest jaranie jointów. Ale wszystko zaczyna się zmieniać od pewnego spotkania z niejakim rakiem. Jeszcze ma wkrótce otrzymać nagrodę za całokształt twórczości i dzięki dilerowi poznaje pewną młodą kobietę, Charlotte.

bohater1

Zaskakujące i spokojne kino Bretta Haleya znowu idzie w tym samym kierunku, co wcześniej wymienione tytuły. Nie ma galopującego tempa, dynamicznej akcji, a całość skupia się na jednym człowieku, który nagle dostaje szansę. Ale czy będzie ją w stanie wykorzystać? Retrospekcje mieszają się ze snami (sceny „westernowe”), luźno wiążąc się w jedną całość, co zmusza do uważnej obserwacji. Próba pogodzenia się z córką, nowa kobieta mogąca dać kopa w cztery litery – to wszystko już znamy, ale potrafi to na swój sposób poruszyć. Oniryczne ujęcia w konwencji westernu mogą wywołać pewną dezorientację, a dość ospałe tempo może wywołać znużenie. Także dość dziwne zakończenie, które pozostaje otwarte, sprawia wrażenie jakby urwanego, niedokończonego.

bohater2

Ale te minusy nie drażnią, co jest zasługą fantastycznego Sama Elliotta, który idealnie pasuje do roli legendy westernu. Nic dziwnego, w końcu Elliot i Dziki Zachów (+ zajebiste wąsy) to zawsze idealne połączenie. Do tego jeszcze ten głęboki, niski głos tworzą wyrazista postać, która wnosi wiele życia do ogranego schematu rozliczającego się starca z drugą szansą. Ale czy ją wykorzysta? Ma kilka świetnych scen jak przesłuchanie do filmu czy przemówienie podczas gali, jednak magnetyzuje samym spojrzeniem. Intrygująca jest też Laura Prepon jako stan-uperka Charlotte – bardzo ciepła, ale jednocześnie była złośliwa, tajemnicza i daje silną motywację dla naszego herosa. Troszkę nie do końca jest wykorzystana jest Krysten Ritter jako córka Lee, choć ma jedną mocną scenę, a lekki humor dodaje Nick Offerman jako diler i sąsiad bohatera.

bohater3

„Bohater” idzie według sprawdzonej kliszy i parę razy potrafi poruszyć, co nie zawsze jest proste. Wielu na pewno odrzuci kilka onirycznych scen i wolne tempo, lecz warto dać szansę, głównie dzięki Samowi Elliotowi, którego ostatnio nie widać zbyt często. Klasyczny one man show, ale miejscami wzruszający.

6/10

Radosław Ostrowski

Pole minowe

Marzec 1945 roku. Danię opuszczają niemieccy żołnierze, którzy wieją do swojego kraju. Ale ci, co dali się złapać zostają zmuszeni do rozminowania całego wybrzeża. A że tych min jest ponad 2 miliony, to troszkę czasu im to zajmie. I tutaj mały 12-osobowy oddział trafia pod „opiekę” sierżanta Rasmussena, który nie ukrywa swojego wrogiego stosunku do swoich podopiecznych.

pole_minowe1

Skandynawski film wojenny – ten oksymoron brzmi równie przekonująco jak dobry polski horror czy fajna niemiecka komedia. Jednak nie takie dziwne rzeczy się trafiały do kin czy dystrybucji streamingowej. „Pole minowe” było nominowane do Oscara za film nieanglojęzyczny dwa lata temu, co już musiało skupić uwagę wielu widzów z całego świata. Sam film to pozornie spokojny, klasycznie opowiedziany film o wojnie, a właściwie o młodych chłopakach. Niby mają niemieckie mundury, ale tak naprawdę są zwykłymi młodzieńcami, którzy może i walczyli za kraj, ale wojny ledwo zasmakowali. Niedoświadczeni, ledwo wyszkoleni, mają w ramach nazwijmy to „sprawiedliwości dziejowej”, posprzątać po sobie. Bo skoro Niemcy zostawili miny, to Niemcy mają je zabrać i rozbroić. Bo w końcu łatwiej będzie, jak zginie jakiś Szkop niż żeby duński wojak. Przecież to Niemcy – pamiętajcie, co ONI zrobili z naszym krajem. Brzmi znajomo? Taka ubrana w elegancki sposób żądza zemsty, polana sosem nienawiści. Przecież wszyscy Niemcy to podli, bezwzględni dranie, którym za nic nie można ufać i należy ich zamykać w domku, żeby nie próbowali uciec.

pole_minowe2

Reżyser jest jednak za sprytny, by stosować ten prosty podział. Wszyscy niemieccy chłopcy to właśnie chłopcy, tęskniący za domem, rodzinami oraz dawnym życiem. Początkowo sierżant (świetny Roland Moller) traktuje ich bardzo szorstko, z dużą dawką nieufności. To jednak z czasem zaczyna się zmieniać, a chłopcy stają się niemal traktowani jak synowie, chociaż to ciągle ulegało zmianie. To spojrzenie, nerwowe ruchy dłoni, drgawki – takimi detalami budowana jest pozornie twardego wojaka, ale nie pozbawionego wrażliwości (wspólna gra w piłkę). Co do chłopaków, to poznajemy najbardziej czterech, w tym Sebastiana oraz Helmuta, ale wrażenie robią sceny rozminowania. To wszystko trzyma w napięciu, a każdy wybuch ma ogromną siłę rażenia.

pole_minowe3

„Pole minowe” to zaskakujący kawał dobrego kina, bardziej stawiający na psychologię niż czysto wojenną zadymę. Niby przypomnienie prawdy, że wróg po bliższym poznaniu przestaje być wrogiem, ale jak najbardziej warte pamiętania.

7/10

Radosław Ostrowski