Maudie

Sztuka dzisiaj wydaje się i kojarzy się głównie z galeriami, muzeami czy kolekcjonerami. Ale czy są jakieś kryteria osoby, mającej tworzyć coś, co może być uznane za dzieło sztuki? Jedną z takich osób jest skromna, wyglądająca na troszkę upośledzoną Maud. Mieszka z ciotką w jej domu, bo jej rodzinne gniazdo zostało sprzedane przez brata. Próbuje być samodzielna oraz pokazać, że jest w stanie zadbać o siebie. I to właśnie plus pewne ogłoszenie sprowadziło ją do Everetta Lewisa – mieszkającego samotnie na odludziu handlarza ryb. Staje się gosposią i – przy okazji – zaczyna malować.

maudie1

Biograficzny film Aisling Walsh zaskakuje swoją prostotą oraz brakiem kombinowania. Pozornie może się to wydawać brakiem ciągu przyczynowo-skutkowego. Widzimy jak nasza bohaterka próbuje się zaaklimatyzować u boku bardzo szorstkiego, nieufnego mężczyzny oraz jego rutyny codziennego dnia. Sprzątanie, rąbanie drewna, sprzedawanie ryb oraz bardzo powolne docieranie się tej dwójki odmieńców, skrywających pewne tajemnice. A wszystko rozgrywa się w pięknych krajobrazach kanadyjskich prowincji. Przyroda idealnie wpasuje się w nastrój tego niespiesznego filmu, bardziej skupionego na relacji bohaterów niż na sile tworzenia oraz kreacji.

maudie2

Wrażenie robią też same obrazy, które są pozornie proste, wręcz z dziecięcej perspektywy. Mogą one wydawać się zbyt proste, wręcz prymitywne (właściciel sklepu twierdzi: „Mój syn by to lepiej namalował”). Ale jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, wręcz łagodnego. Wszystko wynika ze swoich wspomnień, delikatnych obserwacji (portret Maud i Everetta) dnia codziennego. Wszystko to pokazane z prawdziwą delikatnością oraz sympatią wobec bohaterów, co jest bardzo trudne do osiągnięcia. Wszystko spójnie poprowadzone, bez robienia laurki oraz prostych, jednowymiarowych postaci.

maudie3

I to właśnie postacie nakręcają ten film, a właściwie dwie. Tytułową Maudie odtwarza Sally Hawkins i jest rewelacyjna. Pozornie troszkę dziwna (ten chód), ale jest pełna energii, empatii, wręcz nieopisanej radości, takiego wewnętrznego ciepła. Kontrastem dla niej jest znakomity Ethan Hawke, który tworzy jedną z bardziej skomplikowanych postaci. Everett wydaje się początkowo szorstkim, chłodnym człowiekiem. Jego twarz pełna jest grymasów, z ust słychać mruknięcia, chrząknięć, zacięć. Facet skrywa pewną tajemnicę i widać, że przeszedł wiele. Ale pod tym wszystkim skrywa się coś więcej, a aktor pokazuje to znakomicie. Duet pozornie nie pasujący do siebie, lecz nie takie sytuacje widzieliśmy na ekranie.

„Maudie” nie jest klasyczną biografią skupioną na trzymaniu się faktów, lecz bardzo poruszająca historia miłosna dwójki outsiderów. Zaskakuje bardzo delikatną realizacją oraz bardzo pogłębionymi portretami postaci, które z czasem nie potrafią bez siebie żyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Lady M.

Każdy z nas kiedyś słyszał o lady Makbet – kobiecie popychającej swojego męża do zbrodni, doprowadzając jego i siebie do szaleństwo. Lecz „Lady M.” nie jest oparta na dziele Szekspira, lecz powieści Nikołaja Leskowa „Powiatowa lady Makbet”. Jednak zamiast Rosji przenosimy się do angielskiej prowincji, gdzie poznajemy Katarzynę. Świeżo poślubiona kobieta traktowana jest przez męża, jak i teścia niczym przedmiot lub służąca. Kiedy mąż wyjeżdża do kopalni, by zająć się interesem, kobieta wpada w ramiona jednego ze służących –  młodego oraz pełnego chuci Sebastiana.

lady_m1

Debiut reżyserski Williama Ordloyda to zderzenie z jednej strony bardzo plastycznych scen krajobrazów z bardzo ascetyczną, wręcz surową scenografią. Początek to wręcz rutynowa obserwacja dnia codziennego: wstawanie, nakładanie gorsetu, jakieś jedzenie posiłku i czekanie na sofie. A noce z mężem, który nie czuje do swojej kobiety nic, każąc jej stać nago przed łóżkiem, by zrobić sobie dobrze. Ta rutyna może wielu doprowadzić do znużenia, ale im dalej w las, tym bardziej czuć zaszczucie i zniewolenie bohaterki, pragnącej sama decydować o sobie. Reżyser powoli zaczyna podkręcać napięcie, a kilka rzeczy zostawia niedopowiedzianych (dziwna relacja pani ze służącą Anną). Kiedy w końcu zaczyna dochodzić do przemocy, nie boi się jej pokazać bez upiększeń, chociaż to wszystko sprawia wrażenie filmu bardzo chłodnego, trudnego do wejścia. Nawet gdy dochodzi do coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, zmieniając opowieść w dreszczowiec, można się odbić od ściany.

lady_m2

Spowodowane jest na pewno fantastyczną, choć bardzo niejednoznaczną kreacją Florence Pugh. Gdy ją widzimy na początku, jest nam jej zwyczajnie żal, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje, zmienia się w bezwzględną, pewną siebie kobietę. Bardzo chłodną, wręcz psychopatyczną, co widać w drobnych spojrzeniach. Nie odstępuje jej na krok Naomi Ackie jako bezwzględnie posłuszna służąca Anna, która już dawno podporządkowała się i przystosowała do reguł świata. Także bardzo surowi, choć eleganccy (tylko na zewnątrz) panowie na czele z Paulem Hiltonem oraz Christopherem Fairbankiem tworzą bardzo wyraziste postacie.

lady_m3

Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia teatralności całego filmu. „Lady M” niby kończy się ostatecznym uzyskaniem wolności, lecz trudno pozbyć się gorzkiego posmaku całości. Ostatecznie film bardzo intryguje, chociaż wymaga większego skupienia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wendeta

Dziki Zachód nie jest krajem dla kobiet, które są potrzebne do tego, by spełniać zachcianki i pragnienia mężczyzn. Nie inaczej było z Liz – tajemniczą kobietą, pozbawioną głosu oraz pełniącą rolę akuszerki. Żyje z mężem, córką i pasierbem w małym miasteczku gdzieś daleko stąd. Jej spokój jednak zostaje zmącony z powodu nowego wielebnego. Mężczyzna zna kobietę i chce z jakiegoś powodu uprzykrzyć jej życie. Kobieta podejmuje trudną walkę.

wendeta1

Holenderski reżyser Martin Koolhaven tym razem połączył mocny dramat z mrocznym thrillerem, pokazując jak beznadziejnie miały kobiety w XIX wieku, kiedy jeszcze feminizm nie był nikomu znany. Ale nie jest to w żadnym wypadku kino łatwe, lekkie i przyjemne. To bardzo mroczny, depresyjny, krwawy dramat bezsilności świata, gdzie kobieta nie jest w stanie samodzielnie kierować swoim losem. Będziemy mieli zderzenie z religijną hipokryzją oraz symboliką, a po drodze czekają takie fajne rzeczy jak zabijanie zwierząt, obcinanie języków, wychodzące flaki, gwałty, kazirodztwo i pedofilię. Nadal czujecie się świetnie? Surowy krajobraz tylko bardziej potęguje poczucie niepokoju, ciągłego zagrożenia, choć zdjęcia wyglądają przepięknie. Jest coraz bardziej krwawo, makabryczne, chociaż najostrzejsze elementy zostały nam pominięte. Całą historię poznajemy z retrospekcji w środkowej partii filmu, przez co wiele razy będziecie odwracali wzrok oraz kibicowali głównej bohaterce. Bo przecież ona zasługuje na lepszy los, prawda?

wendeta2

Reżyser jednak niczym samo życie nie zamierza być łaskawy. I zakończenie niby daję nadzieję, że następna z rodu wyjdzie na prosto, tylko szkoda, że cena za to była tak wysoka. To naprawdę bolało, doprowadziło do przygnębienia, co w kinie ostatnio zdarza się bardzo rzadko. I za to Koolhavena zwyczajnie szanuję, chociaż nie polubicie tego filmu.

wendeta3

Do tego jestem pod wrażeniem, jak prowadzi aktorów. Najtrudniejsze zadanie miała Dakota Fanning w roli naszej protagonistki, pozbawionej mowy. Mając do dyspozycji jedynie oczy oraz dłonie, buduje postać pełną tajemnicy, ale jednocześnie balansującej między delikatnością a siłą. Pojawiający się w retrospekcjach Kit Harrington daje radę jako tajemniczy rewolwerowiec, chociaż dość szybko odchodzi. Tak naprawdę liczy się tutaj Guy Pierce w roli największego skurwysyna, jakiego nie widziałem od bardzo dawna. Wielebny w jego interpretacji to człowiek nie potrafiący walczyć z własną chucią, hipokryta cytujący i interpretujący Biblię wedle własnego upodobania oraz niebezpieczny psychopata, zdolny praktycznie do wszystkiego. Na pierwszy rzut oka wydaje się przerysowany i komiksowy, ale ta postać budzi prawdziwe przerażenie, bo to czysta, niepowstrzymana siła.

wendeta4

„Wendeta” nie jest filmem dla każdego widza, nawet przyzwyczajonego do okrucieństwa. Brutalne, krwawe, niepokojące kino pokazujące jak wiele trzeba siły, by walczyć o swoją wolność. Zwłaszcza, gdy twój los wydaje się od początku przypieczętowany. I będziecie chcieli, by jak najszybciej się skończył.

7/10

Radosław Ostrowski

Na pokuszenie

Jest rok 1864, ciągle trwa wojna secesyjna. Gdzieś w Luizjanie znajduje się pensja dla młodych dziewczyn, kierowana przez pannę Marthę. Dziewuchy uczą się szycia, muzyki, języka francuskiego, gotowania – czyli wszystkiego, co potrzebuje młoda kobieta, by prowadzić szczęśliwe i dostanie życie u boku mężczyzny. Wtedy w okolicach pensji jedna z dziewczyn znajduje rannego żołnierza. Bez zastanowienia postanawia przyjąć go do domu, by mógł się wykurować.

na_pokuszenie1

Nowe dzieło Sofii Coppoli dawało spore pole do popisu, by zrobić dzieło między dramatem a thrillerem. On jeden, a panien jest kilkoro, co musi doprowadzić do zgęstnienia atmosfery. Zwłaszcza, że kobiety są tutaj same, większość (poza właścicielką oraz młodą nauczycielką, Edwiną) nie miały jeszcze styczności z mężczyzną. Wydawałoby się, że facet trafił do raju, a każdą z dziewczyn na swój sposób przyciąga. Kusi je niczym wąż Ewę, budząc w nich kobiety, ich seksualność. Jest niczym lustro, w którym można się przejrzeć. Przynajmniej w teorii, bo emocji tutaj jest jak na lekarstwo. Wszystko toczy się bardzo powoli, spokojnie, lecz to wszystko nie angażuje, nie prowokuje i niejako jest przyjmowane na wiarę. Może końcówka troszkę robi robotę, ale dla tego dzieła jest już za późno. Postacie są ledwo liźnięte (najbardziej wybijają się panna Martha, nauczycielka Edwina oraz pannica Jane), nie do końca zarysowane i brakuje im charakteru.

na_pokuszenie2

Jednego, czego nie mogę odmówić temu dziełu to przepiękne zdjęcia, bardzo plastyczne. I nie chodzi tu tylko o krajobraz, lecz także o oświetlenie, dodające lekko mrocznego klimatu. Coppola próbuje iść w poważniejsze rewiry, ale ta taktyka się nie sprawdza. Choć całość trwa około półtorej godziny, strasznie się ten seans dłuży.

na_pokuszenie3

Nawet aktorzy nie są w stanie uratować tego dzieła. Colin Farrell daje sobie radę jako ranny wojak, bardziej powściągliwy i spokojniejszy niż zwykle (chociaż, gdy puszczają mu nerwy robi się ciekawiej), ale najwięcej do pokazania mają Nicole Kidman oraz Kirsten Dunst, wykorzystując spore pole do popisu. Zwłaszcza Dunst jako przytłumiona, wyciszona kobieta, na nowo odkrywająca pożądanie.

na_pokuszenie4

Sofia Coppola próbuje kusić i stworzyć takie bardziej feministyczne kino, próbujące pokazać kolejny przykład zderzenia kobiet z mężczyzną. Próbuje pokazać kuszenie, ale tak naprawdę nie ma niczego do zaoferowania. I za co ta Złota Palma? Za bycie ładną wydmuszką?

5/10

Radosław Ostrowski

Beasts of No Nation

Afryka to bardzo dziwny, intrygujący kontynent, gdzie dochodzi do wojen, głodu, biedy, nędzy, a jednocześnie bogactwa i splendoru. W tym paradoksie znajduje się Agu – młody chłopiec, wychowywany przez rodziców w kraju ogarniętym wojną domową. Dlatego nie chodzi do szkoły i przebywa w domu. Ale któregoś dnia wojna w jego życie, bez pytania, bez zgody. Matka z najmłodszym dzieckiem zostaje wywieziona, ojciec z bratem zamordowani, a chłopiec ucieka w busz. Tam trafia pod ręce partyzantów, kierowanych przez charyzmatycznego komendanta. Agu wkrótce zostaje żołnierzem.

bestie_bez_narodu1

„Beasts of No Nation”  to pierwszy film zrealizowany przez Netflixa, a realizujący dzieło Cary Fukunaga potwierdza nieprzeciętny talent. Pozornie takich brutalnych filmów inicjacyjnych było wiele, pokazujących zderzenie niewinności dziecka z okrucieństwem, zabijaniem oraz bezwzględnym posłuszeństwem. A jednak dzieło Fukunagi potrafi chwycić i parę razy wstrząsnąć. Nie tylko pierwszym zabójstwem, monologami kierowanymi do Boga, ale pokazującymi ogromną siłę indoktrynacji. Tego, jak bardzo łatwo można zmanipulować młodym, niewykształconym dzieciom, zmieniając je w posłuszne i bezwzględne maszyny do zabijania, wykorzystując też dziwaczne rytuały. Im dalej w las, tym bardziej ta pięknie sfilmowana przyroda zmienia się w cmentarz, doprowadzając czasem wszystkich na skraj wyczerpania. Aby przetrwać, trzeba pozbyć się wrażliwości oraz traktować widziane trupy, tańczącą dookoła śmierć za coś normalnego, tylko co dalej? Ile jeszcze można zabijać? I czy po wojnie można dalej funkcjonować?

bestie_bez_narodu2

Podobnie pytania i wnioski krążyły w mojej głowie po seansie „Wiedźmy wojny” – opowiadającego podobną historię filmu z perspektywy młodej dziewczyny. I tak samo tutaj widzimy chory świat pełen nienawiści, zabijania, niekończącej się wojny, w której by przetrwać, musisz obudzić w sobie bestię. Nie wiemy jaki to kraj w Afryce, ale to nie ma znaczenia. Tak samo nie poznajemy przyczyn tego okrucieństwa oraz tygla, a jedynie same skutki tych działań. Jak można powstrzymać tą sytuację? Na to trzeba samemu znaleźć odpowiedź.

bestie_bez_narodu3

Całość dźwigają aktorzy, w sporej części naturszczycy i debiutanci jak Abraham Attah jako Agu. Ten młody chłopak skromnymi środkami buduje postać pogubionego, manipulowanego chłopca wchodzącego w krwawą i brutalną dorosłość. Jednak największą uwagę skupia na siebie charyzmatyczny Idris Elba. Jego komendant to pozornie szablonowa postać wojskowego, co nie zna litości i wymaga posłuszeństwa. Jednocześnie próbuje być jak ojciec dla tych dzieciaków, co pokazuje w dość nieoczywisty sposób, ale to sami zobaczycie.

bestie_bez_narodu4

W pewnych okolicznościach, budzi się w człowieku bestia, nad którą nie można panować – niby brzmi to jak banał, ale „Beasts of No Nation” bardzo brutalnie o tym przypominają. Niby finał daje pewną nadzieję na wyjście i pogodzenie się ze sobą, ale demony wojny długo nie dadzą o sobie zapomnieć. Bardzo poruszające oraz przygnębiające kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Klient

Emad i Rana są młodym małżeństwem z Iranu. Oboje pracują jako aktorzy teatralni, chociaż on jeszcze dorabia jako nauczyciel. Właśnie wystawiają „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera, a także zmieniają lokum, gdyż obecne zaczyna się rozpadać wskutek trzęsień. Kolega z pracy oferuje im nowe mieszkanie, którego lokatorka nie wyniosła rzeczy. Ale pewnego wieczora, kiedy kobieta zostawia otwarte drzwi, dochodzi do tragedii. Kobieta została pobita, a mąż próbuje rozgryźć, co się stało oraz ukarać sprawcę.

klient1

Kolejne dzieło z Iranu od Ashgara Farhadiego, czyli kino bardzo hermetyczne, oparte na niedopowiedzeniach, tajemnicy i ich kulturze. Tajemnice, skrywane pragnienia, kolejne nitki kłamstw, odkrywamy kolejne warstwy. Uderza mnie coś jeszcze: zemsta. Tutaj jest ona zdominowana i wykonywana przez mężczyzn, a kobiety i ich ból zostaje zepchnięty. To mężczyzna czuje się tutaj bardziej upokorzony od kobiety, chociaż sam nie czuje takiego bólu jak kobieta. Ona chce żyć dalej, w miarę normalnie funkcjonować, ale to nie jest takie łatwe. Pierwsze sceny po zdarzeniu pokazują to rozedrganie, poczucie niepokoju i widać, że zaczyna to działać destrukcyjnie na życie naszych bohaterów.

klient2

Tylko, że miałem ten sam problem, jak z „Rozstaniem” – rozumiałem motywacje oraz pewne działania naszych protagonistów, ale oglądałem to bez zaangażowania. Wszystko toczy się bardzo spokojnie, powoli, do tego jeszcze wplecione fragmenty pokazywanej w teatrze sztuki Millera, co może wybijać mocno z rytmu. Niby miało być podskórne napięcie, ale im bardziej to oglądałem, tym bardziej czułem znużenie. Jest poważnie, czasem aż za poważnie i zbyt duszno, wszystko rozrasta się wręcz do antycznego dramatu. Dodatkowo to prywatne śledztwo prowadzone tak przy okazji i wyrywkowo, też nie angażując za bardzo. Może z wyjątkiem wyjaśnienia oraz rozmowy ze sprawcą w dawnym mieszkaniu.

klient3

Przez co od „Klienta” odbijałem się od ściany, czując jedynie bardzo silny chłód. Rozumiem, o co chodziło, tylko nie byłem w stanie całkowicie wejść w ten film, co strasznie bolało. A może po prostu nie dojrzałem do tak specyficznego kina spoza swojego kręgu kultury. Musicie sami zmierzyć się z „Klientem”.

6/10

Radosław Ostrowski

Szczęście świata

Rok 1939. Mieszkający w Warszawie dziennikarz Sobański dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z autorem bestsellerowego przewodnika po świecie. Jedynym tropem jest poczta, z której autor odbiera honorarium gdzieś na Śląsku. Bohater wyrusza tam i zamieszkuje w kamienicy, gdzie przebywa jego kochanka – Róża. Poza nią mieszka tam galeria dość intrygujących postaci, która będzie miała decydującą rolę przed najgorszym okresem.

szczcie_wiata1

Michał Rosa jest dla mnie niezbyt znanym reżyserem, tzn. słyszałem o jego filmach niż je widziałem. „Szczęście świata” to nietypowa mieszanka dramatu, komedii i… realizmu magicznego. Całość wygląda bardzo bajkowo, wręcz nierealistycznie, a jednocześnie to wszystko wydaje się prawdopodobne. Sam wątek poszukiwań pisarza zostaje porzucony na rzecz mieszkańców tej kamienicy: botanika hodującego opuncje, portiera z pasją matematyka, Niemkę wychowującą syna i mającą obsesję na punkcie czystości czy pracownika poczty Jana. Film wygląda bardzo plastycznie, pełen silnych barw, jakby żywcem wzięte z filmów Wesa Andersona (bez tej symetryczności kadrów) czy Jean-Pierre’a Jeuneta, tworząc niesamowity klimat czegoś między snem a jawą. Także imponuje praca scenografów, czaruje piękna akordeonowa muzyka. Problem w tym, że sama historia nie porywa i jest mocno podzielona na scenki, w których dochodzi do interakcji mieszkańców z Różą – tym kolorowym ptakiem, wnoszącym coś więcej do ich prostego, banalnego życia. A potem wybucha wojna, kobieta znika i trafiamy do początków lat 50., widząc jak nieobecność tej osoby zostawia pustkę. Tylko, że dochodzi do tego za szybko i nie pozwala wybrzmieć. Nadzieję daje zakończenie, które wyjaśnia główną tajemnicę, ale to troszkę za mało, by uznać całość za świetną.

szczcie_wiata2

Rosa za to świetnie prowadzi aktorów, którzy tworzą bardzo intrygujące postacie. Nie zawodzi ani Krzysztof Stroiński (botanik Tomasz), Agata Kulesza (Gertruda) czy Przemysław Bluszcz (Jan), chociaż ten ostatni nie zostaje w pełni wykorzystany. Ale tak naprawdę liczy się tylko Karolina Gruszka – mieszanka niewinności, delikatności, ale też magnetyzującego erotyzmu. Nie da się przejść obojętnie wobec rudowłosej kobiety, opisującą siebie jako „szczęście świata” i dla niej należy obejrzeć ten film.

szczcie_wiata4

Dzieło Rosy to dziwaczna efemeryda, która z jednej strony uwodzi świetną estetyką i realizacją, lecz scenariuszowo zostawia wiele do życzenia. Do realizmu magicznego znanego choćby z wczesnych filmów Kolskiego brakuje sporo, ale trudno oderwać oczy od takiego pięknego kwiatka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szatan kazał tańczyć

Pozornie jest to film o młodej pisarce o imieniu Karolina, która odniosła wielki sukces swoim debiutem, opartym na życiu swojej siostry. Kobieta ma słabe serducho, żyje sobie jak celebrytka (promocja nawet w Tajwanie), a całe jej życie bazuje na prostym szablonie: seks, dragi, obrazy z Instagramu, wymioty.

szatan_kazal1

Katarzyna Rosłaniec – wydawało mi się po debiutanckich „Galeriankach”, że mimo wad, jest pewien potencjał w tej reżyserce. Tutaj jest 56 dwuminutowych scenek, które – jak twierdzi sama autorka – można jakkolwiek zmontować, to zawsze będzie ten sam film. No i co z tego, skoro czegoś takiego jak scenariusz, reżyseria tu nie istnieje? Ciąg przyczynowo-skutkowy zastąpiono chaosem, bałaganem oraz scenkami sklejonymi z czapy. A co dostajemy? Krótkie rozmowy, przypadkowy seks, masturbację, wymioty, snucie się bohaterki po ekranie od miejsca do miejsca, od klubu do klubu, a żeby było jeszcze ciekawiej dostajemy fragmenty nowego dzieła Karoliny, a w tle zmieniająca się twarz głównej bohaterki. Brzmi to strasznie (bełkot podparty tak drażniącym głosem, że chciałem przewinąć te fragmenty), brakuje tu jakiejkolwiek myśli, przesłania, sensu, wreszcie bohaterów, którzy są ledwo liźnięci (skoro mieli tylko dwie minuty, to czego się spodziewać). Nie brakuje paru nawet ciekawych kadrów (obiad rodzinny czy rozmowa Karoliny z Jagodą), w tle potrafi rzucić się ciekawa muzyka („Papierowy księżyc” na początku i „Luciola” w finale), jednak to wszystko jest tylko ładną wydmuszką.

szatan_kazal2

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, bo ono istnieje. Doceniam wręcz poświęcenie Magdaleny Berus w prezentowaniu swojego ciała, tylko że nie jest ono w żaden sposób podparte. Nie wiele o niej wiemy, ale widać pewne zagubienie, próbę odnalezienia swojego miejsca. Problem w tym, że nie byłem w stanie się zidentyfikować z Karoliną, a jej los kompletnie mnie nie obchodził. Z pozornie bogatego (lecz pustego) drugiego planu najbardziej zapadły mi w pamięć trzy postacie: matka (zawsze trzymająca fason Danuta Stenka), chłopak Marcin (dobry Łukasz Simlat) oraz postrzelona przyjaciółka Jagoda (Marta Nieradkiewicz), chociaż nie wykorzystano w pełni potencjał tych postaci.

szatan_kazal3

Ja pierdolę, chyba Szatan mnie podkusił, by obejrzeć ten wyrób filmopodobny. Najlepiej by się sprawdził jako videoinstalacja w galerii sztuki niż stricte film. Oglądacie tylko na własną odpowiedzialność, zwłaszcza, że Rosłaniec popełnia dokładnie te same błędy, co zawsze. I cofam to, co napisałem na początku.

1/10

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski