Kolekcja sukienek

Sam film to zbiór rozmów z ośmioma kobietami, dokonanymi przez jednego człowieka, który zadaje im pytania. O życie, o straconych marzeniach, niespełnionych nadziejach i poczuciu pustki. Debiutująca Marzena Więcek ubiera to w konwencję niby-dokumentu. Bo kamera stoi (choć nie zawsze) w miejscu, gdzie widzimy nasze bohaterki: kobiety w średnim wieku, po wielu przejściach, nieudanych związkach.

kolekcja_sukienek1

Innymi słowy „Kolekcja sukienek” to takie spokojne kino, pozbawione efektownej realizacji czy wariackiej formy. Problem w tym, że całość jest bardzo nudna, pozbawiona jakiegokolwiek rozwinięcia. Rozmowy, przepraszam monologi, są tutaj prowadzone bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat. Wszystkie te historie zaczynają się zlewać w jedną opowieść, gdzie dochodzi do stężenia rozczarowaniami, lękami oraz poczuciem pewnej pustki. Do tego jeszcze zostają wplecione takie barwne mini scenki, które sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Jakieś dziecko w ładnym ubraniu, staruszek chodzący o kulach czy młoda para całująca się w lesie – po co to? Nie mam pojęcia, co wprawiało w jeszcze większą konsternację niż te opowieści. Pod koniec pojawia się jedyny mężczyzna (Zbigniew Zamachowski), który zostaje aresztowany.

kolekcja_sukienek2

Zwyczajnie jest mi żal tych aktorek, które bardzo się starają, by wejść w postacie. A są to charakterystyczne sylwetki Ewy Szykulskiej, Marzeny Trybały, Doroty Stalińskiej czy Iwony Katarzyny Pawlak. Nawet sama Więcek pojawia się na ekranie jako policjantka, próbując wycisnąć z tej postaci soki, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić.

kolekcja_sukienek3

„Kolekcja sukienek” to krótki, ale strasznie wleczący się film, pozbawiony myśli i fabuły. Wszystko wygląda jak niezaplanowana improwizacja, w niemal amatorskim stylu. Ciągle się zastanawiam po co ten film w ogóle powstał i do tej pory nie znajduje żadnej sensownej motywacji.

kolekcja_sukienek4

4/10

Radosław Ostrowski

Kamper

Poznajcie Manię i Mateusza – oboje bardzo młodzi, lat około 30. Mieszkają w chacie kupionej przez rodziców Mani. Ona marzy o prowadzeniu własnego interesu, on pracuje w firmie robiącej gry komputerowe jako tester. Niby żyją ze sobą dobrze, jednak nagle jedno słowo, jedna sytuacja doprowadza do zakrętu. Zaczęło się od tego, że Mania mówi swojemu mężowi o pocałunku z kimś innym.

kamper1

Debiutujący Łukasz Grzegorzek mierzy się z tematem przedstawienia pokolenia 30-latków, żyjących w czasach pełnych dużych możliwości. Tylko, że im więcej tej wolności, tym bardziej nie wiadomo co z nią zrobić. Niby Mateusz „Kamper” wygrał niejako los na loterii, bo ma pracę o jakiej wielu zwyczajnie marzy, ale nie czuć jakiejś frajdy. Ona już chce mieć coś własnego (poza ogródkiem na balkonie) – firmę, dziecko, jednak jednocześnie boi się tego. Reżyser nie bawi się w słodko-pierdzące opowieści rodem z komedii romantycznych czy przesłodzonego świata z TVN, ale też nie próbuje osądzać, przez co każda osoba oglądająca „Kampera” może zupełnie inaczej dostrzec zachowanie naszej pary. Zamiast rozmów, zaczynają się zdrady, rozdrapywanie ran, ataki, pójście w alkohol. I to bardzo boli, bo oboje nie potrafią się ze sobą rozmawiać, obcować ze sobą – aż zastanawiałem się jakim cudem mogli się spiknąć. Dialogi brzmią naturalnie, postacie też nie są tylko zlepkiem 1-2 cech, chociaż drugi plan (koledzy i koleżanka Kampera z pracy) mógł być bardziej wyrazisty.

kamper2

„Kamper” ma też pewne swoje wady. Przede wszystkim bardzo wolne tempo oraz brak mocniejszego zarysowania naszej pary. Już na początku widać, że problemy pojawiły się wcześniej, a przyczyny możemy się tylko domyślić, gdyż trafiamy w środek kryzysu. Samo pokazanie pracowników firmy także jako graczy, spędzających wolny czas na imprezach czy przed kompem dodaje kolorytu. Ale jak to jest zagrane. Nie mogłem oderwać oczu ani od pogubionego Piotra Żurawskiego (Mateusz „Kamper”), ani od Marty Nieradkiewicz (silna-słaba Mania), którzy wydają się tylko szczęśliwi, lecz gdy przychodzą problemy, oboje ukrywają się w swoich kryjówkach. Jednak całość bezczelnie kradnie jedną sceną Jacek Braciak jako polska wersja Gordona Ramseya (aż zasługiwał na osobny film) oraz Justyna Suwała (Dorota), która prześwietla bohatera na wylot.

kamper3

„Kamper” może i czasami działa bardzo spokojnie, na początku kamera troszkę nie wie, co zrobić, ale im dalej w las, tym Grzegorzek punktuje świat pogubionych młodych ludzi. Tylko czy kiedyś będą w ogóle w stanie sobie poradzić samodzielnie z dorosłym życiem, skoro nie potrafią dokonywać takiej czynności jak rozmowa i dyskusja. A jak wy odbieracie zakończenie: Kamper w końcu przejrzał na oczy czy po prostu się dalej chowa?

7/10

Radosław Ostrowski

Niewinne

Polska, grudzień 1945. Kraj podnosi się z kolan po wojnie, terrorze i próbuje się odnaleźć w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Koniec wojny nie oznacza wcale stabilizacji oraz spokoju. O tym przekonuje się lekarka z francuskiego oddziału Czerwonego Krzyża – Mathilde Beaulieu. Kiedy przychodzi do niej polska zakonnica z pobliskiego klasztoru, zbywa ją. Jednak siostra nie odpuszcza i lekarka idzie z nią. Okazuje się, że „umierająca kobieta”, o której mówiła zakonnica jest w ciąży. Nie ona jedyna, została zgwałcona przez wyzwolicielską Armię Czerwoną.

niewinne1

Takie filmy jak „Niewinne” bardzo łatwo zepsuć – epatowaniem przemocy, wiarą lub płytkim podejściem do tematu. Jednak francuska reżyserka Anne Fontaine postanowiła całą tą mroczną i przerażającą historię w sposób bardzo delikatny, subtelny, stawiając pytania o wiarę oraz jak żyć po takim wydarzeniu. Jak sobie poradzić z taką traumą i co robić: zostać zakonnicą oraz trwać w czystości (dziwnie to brzmi to wydarzeniach) czy być matką dla swojego dziecka? Klasztor próbuje tuszować sprawę (wyjawienie groziłoby likwidacją, wygnaniem i potępieniem), dlatego trzeba działać w tajemnicy. Wszystko tutaj pokazane jest bez popadania w skrajności, osądzania czy oskarżania. Zderzenie światopoglądowe jest tutaj poprowadzone bardzo delikatnie, co jest bardzo zaskakujące. Wrażenie robi też świetna strona wizualna – z jednej strony mamy surowe ściany klasztoru, z drugiej piękne krajobrazu zimowego lasu. Modlitwy, msze i jednocześnie narodziny, przestrzeganie zasad czystości (mocne sceny badań lekarskich), a dalej jeszcze Ruscy, którzy mogą przyjść znowu (wcześniej trzy razy wzięli swoje według niepisanego prawa zwycięzcy).

niewinne2

Reżyserka bardzo powoli odkrywa tajemnice i trafnie pokazuje ten dziwny czas. Jednocześnie miałem pewien problem ze środkiem filmu, gdzie tak naprawdę mało czasu było poświęconego dla przyszłych matek. Te postacie zostają zepchnięte na dalszy plan, zwracając coraz bardziej uwagę na lekarkę, matkę przełożoną oraz posłusznej jej siostrze Annie. Ich moralne dylematy (zwłaszcza sióstr) stają się najważniejsze, prowokując do pytania: co ja bym zrobił na miejscu tych postaci? Też to intryguje, ale wolałbym więcej czasu poświęcić ciężarnym zakonnicom oraz temu, jak one próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

niewinne3

Jednak mimo troszkę nierównego środka, całość rekompensuje świetne aktorstwo. Główną postacią jest lekarka (śliczna Lou de Laage), dla której życie ludzkie jest najwyższą wartością, próbującą zrozumieć świat zakonu. Ale tak naprawdę film kradną Agata Kulesza i Agata Buzek. Pierwsza jest twardą, mocno trzymającą się swojej wiary, podejmującej trudne wybory i jednocześnie bardzo powściągliwą, z kolei Buzek jest młodą, troszkę wątpiącą kobietę, troszkę zagubioną. Obydwie panie są rewelacyjne, ale szkoda pozostałych aktorek (Eliza Rycembel, Joanna Kulig, Katarzyna Dąbrowska), które zostają zepchnięte na dalszy plan, chociaż to ich postaci są „zapalnikiem” wydarzeń.

niewinne4

Czy „Niewinne” to film kontrowersyjny, obrazoburczy? Nie sądzę – Fontaine bardzo delikatnie, ostrożnie i z wyczuciem przedstawia trudny przypadek, gdzie zderzenie między wiarą i bezwzględną rzeczywistością wystawia na ciężką próbę. Na pewno zmusza do przemyśleń oraz nie daje łatwych odpowiedzi na pytania o Boga, cel i sens. Gdyby bardziej skupiono się na pozostałych zakonnicach, byłaby większa siła rażenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Fale

Ania i Kasia to dwie kumpelki, które uczą się na praktykach w salonie fryzjerskim. Dziewczyny są zgrane i zdane tylko na siebie, gdyż rodziny mają, delikatnie mówiąc, dalekie od ideału. Mają też jedno wspólne marzenie: założenie wspólnego zakładu fryzjerskiego.

fale1

Debiut dokumentalisty Grzegorza Zaricznego próbuje być kinem utrzymanym w stylu Kena Loacha, czyli społeczne zacięcie oraz uważna obserwacja otoczenia. Całość jest dość krótka (niecałe 70 minut) i reżyserowi trudno odmówić zmysłu obserwacji. Opowiadając w prosty sposób tworzy miniaturowi portret przyjaźni dwójki dziewuch, które dzieli wiele. Problem w tym, ze ta historia jest bardzo skrótowo opowiedziana: każda scena jest niemal urywana przez montaż, przez co można poczuć dezorientację. Scenariusz jest bardzo wątły, a wiele scen może sprawiać wrażenie niepotrzebnych (wspólna gra dziewczyn i ojca Ani w ping-ponga czy romans Kasi z młodym chłopakiem), ale mimo tego jakoś byłem w stanie wejść w tą historię. Powoli widzimy jak silna i szczera jest więź między troszkę nieporadną Anią i pozornie twardą Kasią, co jest największą siłą napędową. Obie dziewczyny (debiutantki Anna Kęsek i Kasia Kopeć) grają bardzo naturalnie, a to jest duży plus. Tak samo uwagę skupia Tomasz Schimscheiner jako ojciec Ani – trochę nieobecny, próbujący utrzymać kontakt z dzieckiem, ale jednocześnie czuć pewne poczucie winy, bezradność.

fale2

„Fale” miały spore ambicje, jednak bardzo szczątkowy scenariusz nie daje wiele pola do popisu. Za dużo jest liźniętych wątków i niedomkniętych kwestii (zakończenie), ale daje pewną nadzieję na poprawę swojego losu. Dobrze się ogląda, jest porządnie zagrany, nie wywołuje dużej irytacji, ale chciałoby się zostać dłużej.

fale3

6/10

Radosław Ostrowski

Ojciec

Głównym bohaterem tego „filmu” jest Konstanty – mężczyzna już w średnim wieku, który ma młodą żonę (aktorkę) i dziecko w drodze. Może przyjść w każdej chwili. Innymi słowy, szczęście, sielanka i radość. Tego samego dnia dostaje telefon, że jego ojciec zmarł i że wkrótce pogrzeb. Relacje między mężczyznami były delikatnie mówiąc dalekie od ideału. Konstanty próbuje sprawdzić się jako ojciec, ale zaczynają prześladować go wspomnienia oraz własne lęki, a także kryzys małżeński.

ojciec2

Sama historia w „Ojcu” miała w sobie potencjał na dramat o kryzysie męskości, nieprzepracowanej traumie oraz dojrzewaniu do roli ojca. Tylko, ze reżyser postanowił to wszystko upchnąć w ponad godzinnym filmie, dodatkowo dorzucając kolejne postaci i wątki, będącymi zapychaczami. Czego tu nie ma: tajemniczy sąsiad, podglądający naszych bohaterów (jego obecność podkreślana jest mroczną, „thrillerową” muzyką; znajoma-artystka, co (akurat, gdy ją widzimy) maluje swoim ciałem (!!!); jest opiekujący się swoją młodszą siostrą diler, który proponuje naszemu bohaterowi, by się nią zaopiekował; wreszcie fotografowanie martwych w prosektorium. Niby dzieje się dużo, ale w takiej formie nie ma prawa to wybrzmieć w pełni. Wszystko to sprawia wrażenie wrzucania wszystkiego do kotła oraz przyglądaniu się, co z tego wyniknie. Wątki – niczym pacjenci w poczekalni – przychodzą i wychodzą, nie doprowadzając ani do rozwinięcia, ani do puenty.

ojciec1

Nawet realizacja wydaje się dziwaczna (przebitki na fotografowane martwe twarze umieszczone niczym mina w lesie), muzyczny misz-masz, powtórki scen oraz umieszczanie obrazów mających (chyba) mieć wymiar symboliczny jak martwy ptak na chodniku. Po co ten realizacyjny bajzel? Tylko zdjęcia są ok.

ojciec3

Najciekawsze (przynajmniej w teorii) są momenty związane z ojcem głównego bohatera. Jest w nim pewna tajemnica, troszkę niejasna przeszłość (poza numerem obozowym oraz pasją do zbierania wszystkiego) i… szkoda, że nic więcej. Scenki – jak cała reszta – wydaje się pourywana, wrzucona byle jak i byle gdzie. Tym bardziej to boli, że grający tytułową rolę Zygmunt Malanowicz jest najjaśniejszym punktem tego tworu filmopodobnego. Nawet dobrzy aktorzy (Dawid Ogrodnik i Michalina Olszańska jako rodzeństwo) zwyczajnie nie mają szansy na rozwinięcie skrzydeł przez Urbańskiego. Reżyser postanowił też w roli głównej obsadzić samego siebie, co było największą katastrofą. Brzmi on bardzo sztucznie, a ciągła kamienna twarz (zapewne rozmyślająca nad byciem dobrym ojcem) zwyczajnie nudziła, sprawiając wrażenie pustej, pozbawionej jakichkolwiek emocji (nawet oczy jakieś pozbawione czegokolwiek).

ojciec4

„Ojciec” miał być ważnym i poważnym dramatem, a okazał się być tylko pustą wydmuszką, która jest pozbawiona czegokolwiek dobrego. Przesyt wątkami oraz brak ich rozwinięcia plus brak jakichkolwiek emocji (poza ciągłym zadawaniem pytania: kiedy się to skończy) musi doprowadzić do takiego finału. Unikać za wszelką cenę.

2/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia rodzina

Nazwisko Beksiński w naszym kraju jest jednym z bardziej rozpoznawalnych w świecie kultury. Zdzisław był malarzem, pokazującym dość mroczne wizje świata z trupami, apokalipsą, końcem świata. Tomasz z kolei to dziennikarz radiowej Trójki, autor tłumaczeń list dialogowych do filmów (m.in. Monty Python, seria o agencie 007 czy „Czas Apokalipsy”), felietonista i koneser muzyki. Dziwić może fakt, że dopiero niedawno postanowiono opowiedzieć o tych barwnych bohaterach. Podjął się tego debiutant Jan P. Matuszyński.

ostatnia_rodzina1

Cała historia zaczyna się w roku 1977, kiedy rodzina Beksińskich przenosi się z Sanoka do Warszawy. Zdzisław z żoną, matką i teściową w jednym domu, Tomek w mieszkaniu naprzeciwko bloku. Powoli zaczynamy obserwować jak poszczególni członkowie rodziny zaczynają odchodzić z tego świata. Śmierć niejako tańczy nad całą rodziną i powoli zaczynamy obserwować kolejne zdarzenia. Próby samobójcze Tomka, jego praca w radiu, relacje z kobietami, z drugiej malowanie Zdzisława, kontakty z marszandem Piotrem Dmochowskim. Spory kawałek czasu, ale to wszystko tak naprawdę skupia się na dniu powszechnym tej nietypowej familii. Reżyser niczym dokumentalista, odtwarza kolejne fakty (katastrofa lotnicza, którą przeżył Tomek – świetnie zrealizowana, „Wywiad z wampirem”, fragment wywiadu Zdzisława dla „Pegaza”), tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia pokazania tej historii po łebkach. Bo jak w dwie godziny upchnąć ponad 25 lat z życia Beksińskich? Wszystko rozgrywa się w dość ograniczonej przestrzeni, wiernie zrekonstruowanym (scenografia i kostiumy robią gigantyczne wrażenie).

ostatnia_rodzina2

Najbardziej na tym wszystkim cierpi postać Tomka – mocno przerysowana, nadekspresyjna. O jego pracy mają mówić krótkie scenki (fragmenty audycji, wejście jako DJ na imprezie, tłumaczenie i lektor na żywo), ale tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele. Tutaj przedstawiony jest jako nerwowy, impulsywny człowiek, który nie potrafił się odnaleźć w życiu (fantastyczna scena rozmowy z matką, która próbuje być terapeutą). Także jego relacje z kobietami są bardzo, bardzo płytkie, jakby wciśnięte na siłę. Za mało widać tej pasji dla muzyki i kina, czegoś tutaj zabrakło, chociaż Dawid Ogrodnik stara się jak może, wiernie oddaje gesty, sposób poruszania się czy mówienia. Ale wyszła tutaj (przynajmniej dla mnie) karykatura.

ostatnia_rodzina3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Pierwszy, jest wręcz wycofany, niemal pozbawiony emocji, bardzo wycofany. Zawsze z aparatem i kamerą pod ręką, przez co trudno polubić tą postać od razu. Z kolei Konieczna jako Zofia jest tutaj jedyną „normalną” postacią w tym całym świecie. Ona jako jedyna trzyma tych dwóch bohaterów przy sobie, chociaż bywa czasami bezradna wobec tych dwóch skrajności (mocna scena „rozpierdolenia kuchni”, którą Zdzisław tylko filmuje, a Zofia próbuje to ogarnąć). Z nią jestem w stanie się identyfikować.

ostatnia_rodzina4

„Ostatnia rodzina” dla mnie jest filmem, który będzie początkiem do bliższego poznania rodziny Beksińskich. Wiele rzeczy zostaje przemilczanych, zagadkowych (taśma Tomka, która potem zostaje zniszczona przez Zdzisława), a postacie mogą wydawać się niekompletne. Troszkę zabrakło mi rzetelności w faktografii, co jest winą szczątkowego scenariusza. Niemniej debiut Matuszyńskiego intryguje i potrafi sprowokować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Git

Pamiętacie taki film „Symetria”? Debiut Konrada Niewolskiego to był mocny, trzymający za gardło dramat więzienny, pokazujący życie po drugiej stronie krat bez znieczulenia. Temat życia więziennego rzadko był pokazywany w polskim kinie, aż dwa lata temu pewien debiutant postanowił znów zaprosić nas do celi.

git1

Jest rok 1997, szaleje powódź w kraju. W więzieniu w Łęczycy zostaje zamordowany mąciciel, czyli szef git-ludzi „Kuba”. Mężczyzna przed śmiercią przeprowadził wywiad telewizyjny. Dziennikarz, który przeprowadził z nim rozmowę, otrzymuje zadanie od naczelnej, by porozmawiać ze sprawcą zabójstwa, Grzegorzem R. „Młodym”. Trzy spotkania mają odkryć odpowiedź na pytanie: dlaczego doszło do zabójstwa?

git2

„Git” to krótka, bo godzinna historia w sporej części dzieje się w więziennych celach. Jednak w przeciwieństwie do debiutu Niewolskiego, Kamil Szymański realizuje całość, jakbyśmy oglądali teatr tv z niższej półki. Kamera się trzęsie, montaż po prostu jest, muzyka jest mroczna i nerwowa. Do tego sama intryga prowadzona jest bardzo ślamazarnie, w czym przeszkadzają dialogi. Z jednej strony pełne żargonu, lecz brzmiące bardzo sztucznie. Tak jak całe otoczenie, niby wyglądające tak jak powinno. Scenografia jest oszczędna, ale wszystko takie papierowe i postacie ledwo liźnięte na prostych szablonach: spokojny szef, młody czekający na sprawdzenie, psychopatyczny Rusek i śmieszek.

git3

Sytuację próbuje bronić dwóch aktorów, czyli Włodzimierz Matuszak i Arkadiusz Detmer jako „Kuba” i „Młody”, dając radę. Pierwszy wydaje się być twardym, doświadczonym garusem, który już jest powoli zmęczony. Facet tylko gra prawdziwego sukinsyna, ale ma już powoli dość. Z kolei Detmer sprawia na początku wrażenie wycofanego, skrytego człowieka. I to jego tajemnica skupia uwagę.

„Git” miał potencjał na mocne, twarde kino o życiu w pierdlu. Problem w tym, że poza aktorami i wartością edukacyjną (wypowiedzi Kuby z offu, wyjaśniające grypserę oraz reguły), nie ma tutaj zbyt wiele do zaoferowania. Nudny, choć krótki film.

4/10

Radosław Ostrowski

Las, 4 rano

Cała historia skupia się na pewnym mężczyźnie. Gdy go poznajemy, jest on człowiekiem biznesu, czerpiącym garściami z życia. Bogaty, jeżdżący na motorze, bierze dragi i wyrywa kobiety. Parę minut filmu później ten sam mężczyzna mieszka w leśnej ziemiance, oddalony od całego świata, żywiąc się tym, co natura oferuje. Skąd ta nagła zmiana otoczenia? Wtedy w jego życiu pojawia się 13-letnia Madzia.

las_4_rano1

Jan Jakub Kolski to reżyser coraz bardziej nieobliczalny, który dawno opuścił swój baśniowy świat. Ostatnio przygląda się rzeczywistości tak, jak wygląda – burej, bardzo szarej, z postaciami skrywającymi mroczną tajemnicę. Tak w było w przypadku „Zabić bobra”, nie inaczej jest tutaj. Reżyser (i jednocześnie autor zdjęć) tworzy kino bardzo hermetyczne, oparte na szczątkowej fabule, małej ilości dialogów oraz tajemnicy. Wszystko jest skupione na postaci granej przez Krzysztofa Majchrzaka (powrót po 10 latach!), który dominuje na ekranie. Jaka trauma skrywa się pod tym wielkoludem o ciele niedźwiedzia? Ten odludek odcięty od cywilizacji, żywiący się tym, co znajdzie i upoluje, coraz bardziej zaczyna odlatywać (wykopanie dołu, w którym śpi), a jego relacja najpierw z prostytutką Natą (dobra Olga Bołądź) oraz pojawiającą się Madzią (niezła Maria Blandzi) pozostają równie zagadkowe. Skoro pierwsza mogłaby być jego kochanką (ale nie korzysta), a druga córką, czemu trzyma je na dystans, unika bliskości?

las_4_rano3

Pojawia się wiele pytań, lecz nie należy się spodziewać jakichkolwiek odpowiedzi (nawet cytaty z Księgi Hioba wydają się słabą poszlaką). Pewne sceny potrafią poruszyć jak nauka zastawiania pułapek czy bardzo smutny finał, jednak Kolski stawia na niedopowiedzenie, nie oferując zbyt wiele w zamian. Może poza niejednoznacznym finałem.

las_4_rano4

Wydaje się, że „Las, 4 rano” to historia o radzeniu (właściwie) nie radzeniu sobie z traumą, tylko że forma wybrana przez Kolskiego działa odpychająco i odbiłem się od niego. Rwany, szybki montaż, powolne kadry, dialogi jakby improwizowane. Tylko, że niewiele z tego wynika, a akcji jako takiej tu nie ma, przez co ogląda się to ciężko. Sama mocna rola Majchrzaka to za mało, by przebić się przez tą sferę.

4/10

Radosław Ostrowski

Plac zabaw

Debiutanci coraz bardziej się rozpychają na naszym kinie, próbując z jednej strony sięgać po mocne i poważne tematy, z drugiej bawić się w kino gatunkowe. Pełnometrażowy debiut Bartosza M. Kowalskiego próbuje być połączenie pierwszego z drugim. Dramat z thrillerem, próbujący być zaangażowany.

plac_zabaw1

Początek jest bardzo spokojny, gdzie powoli poznajemy trójkę bohaterów: Gabrysię, Szymona i Czarka. Wszystko toczy się bardzo niespiesznie, zaczynamy poznawać – chciałoby się powiedzieć – dzieci, lecz w przypadku dwóch ostatnich ciężko mi to przechodzi przez gardło. Pierwszy opiekuje się swoim niepełnosprawnym ojcem, drugi mieszka z niemowlakiem w jednym pokoju i ma wyjebane na matkę i brata. Reżyser chce w ten sposób pokazać skąd bierze się zło, a dorośli są tutaj kompletnie nieobecni. Nie reagują na nic, są obojętni (matka Czarka), a próby reakcji kończą się klęską. Wszystko bazuje na długich ujęciach (w sporej części zza pleców postaci) oraz niemal klasyczną muzykę w tle.

plac_zabaw2

To spokojne, wręcz powolne tempo wielu może nie wytrzymać i ja też czasami usypiałem. Do czasu, gdy dochodzi do dwóch scen przemocy: psychicznej (chłopaki nad Gabrysią) oraz fizycznej w finale. Ale ten pierwszy wątek zostaje porzucony i niepotrzebny. Tutaj reżyser niby pokazuje to z daleka, ale niemal czuć każdy cios zadawany przez bohaterów i niemal bezsilność wobec faktu bycia tylko obserwatorem. A finał tylko ma wyłącznie zaszokować i nie jest to w żaden sposób podbudowane, brakuje napięcia.

plac_zabaw3

Poza dobrą realizacją, trzeba pochwalić aktorów młodych. U nas jest z tym problem, by aktor dziecięcy, jeszcze nie posiadający doświadczenia wypadł naturalnie przed ekranem, a tutaj nie czułem ani zgrzytu, ani fałszu w żadnym słowie. Nawet jeśli czasami miałem problem ze zrozumieniem tego, co mówią. Sami dorośli są tutaj tylko i wyłącznie statystami (najbardziej w pamięć zapadła mi matka Czarka i ojciec Szymona), bo skupiono się na dzieciakach. I ten zabieg jest w pełni uzasadniony.

„Plac zabaw” z jednej strony ma coś ważnego do powiedzenia, z drugiej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam wydmuszkę (zwłaszcza pod koniec). Reżyser jest świadomy materii i wie, co chce opowiedzieć, za co należy pochwalić. Wierzę, że Kowalski jeszcze pokaże, na co go stać.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaćma

Julia Brygisterowa to jedna z najbardziej zagadkowych postaci okresu PRL. Bezwzględna prokurator czasów stalinowskich, zajmująca się inwigilacją Kościoła, pod koniec swojego życia nawróciła się ku Bogu i zmarła jako żarliwa katoliczka. Postać pełna sprzeczności, która zasługuje na bliższe poznanie. „Zaćma” to próba poznania tej niejednoznacznej bohaterki.

zama1

Punktem wyjścia dla opowieści jest spotkanie „Krwawej Luny” (tak nazywano Brygisterową ze względu na swoje okrucieństwo) z prymasem Wyszyńskim. Miejscem spotkanie był Zakład dla Niewidomych w Laskach, prowadzony przez zakonnice. Kobieta, będąca już teraz osobą prywatną, nie ma takich wpływów i znajomości. Sama jest poddana inwigilacji (narracja z offu), traktowana przez księży tak, jak swoich więźniów podczas przesłuchania, tylko bez stosowania tortur. Tylko, że Bugajski nie jest w stanie wejść głębiej i brakuje zwyczajnie odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego Brygisterowa chce się nawrócić? Czy to wynika z próby przewartościowania, strachu przed oskarżeniami o przeszłość czy dawno skrytymi wyrzutami sumienia? Czyli co było przyczyną zmiany?

zama2

Reżyser idzie niebezpiecznie w stronę banału i kiczu. W retrospekcjach kobieta przedstawiana jest jako ta zła, brutalna i bezwzględna. Jakby to była adaptacja jakiegoś komiksu – skrajnie przerysowana, niepoważna, z nachalną symboliką (Ewangelia wg Mateusza, więzień przypominający Chrystusa i pojawiający się w Kościele jako ukrzyżowany). Dlatego tak trudno mi było uwierzyć w tą przemianę, jak i samą bohaterkę. Nie pomagają w tym też dialogi, bardzo mechaniczne, czasami skrajnie urzędowe, a rozmowa Julii z prymasem ogranicza się do rzucania nazwiskami filozofów oraz banałów o wierze, winie, karze, dokupieniu. I do tego ta sakralna muzyka w tle – chyba bardziej się nie da.

zama3

Tak naprawdę całość przed porażką ratuje strona wizualna. Piękne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, ze świetnym oświetleniem potrafią zbudować klimat epoki. Także wręcz surowa scenografia może się podobać. Ale aktorsko wybijają się dwie role: Maria Mamona jako Brygisterowa oraz Janusz Gajos w roli niewidomego księdza, mającego do pogadania z kobietą. Aktorka bardzo sugestywnie pokazuje zagubienie bohaterki, która się miota, wręcz wypiera się swojej przeszłości, a największe wrażenie robi podczas rozmowy ze szpiclem, gdzie odzywa się jej dawny charakter. Gajos z kolei skrywa pewną tajemnicę i jego rozmowy z panią prokurator mają wiele iskier.

zama4

Bugajski chyba podczas kręcenia „Zaćmy” dostał chwilowego oślepienia, bo film jest sporym rozczarowaniem. Historia mogąca wywołać dyskusję na temat nieobliczalnego charakteru człowieka, staje się banalnym dyskursem na temat wiary i przeszłości. Potencjał zmarnowany po całości.

5/10

Radosław Ostrowski