W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski

Manchester by the Sea

Poznajcie Lee. To mężczyzna już nie młody, mieszkający w Bostonie i pracujący jako cieć oraz złota rączka. Nie sprawia wrażenia miłego gościa – taki wycofany, zamknięty w sobie i raczej nieprzyjemny, a życie prowadzi dość stabilne. Ale pewnego dnia dostaje telefon – jego brat mieszkający w Manchester umiera, trzeba zorganizować pogrzeb. Powrót do dawnego domu dla Lee miał trwać krótko, jednak testament brata wywraca wszystko do góry nogami: ma zostać opiekunem jego syna, Patricka, aż do pełnoletności. Mężczyźnie nie odpowiada to za bardzo, gdyż przeszłość i demony odzywają się.

manchester1

Pozornie film Kennetha Lonergana to zwyczajne kino obyczajowe, gdzie nic się nie dzieje (tylko pozornie), ale to tylko złudzenie. Powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę Lee – człowieka, który kiedyś miał rodzinę, piękne córki i żonę. Właśnie miał. Nie powiem wam, co się stało, ale to wydarzenie pokazane jest tak, że mnie chwyciło za gardło i czułem jakby coś pękło, rozumiałem bohatera oraz to, dlaczego nie chciał znowu się pojawić tutaj. Żeby było jeszcze ciekawiej, reżyser miesza chronologię i robi to tak płynnie, że nie można się w tym wszystkim pogubić, co jest zasługą świetnego montażu. Ciągle czekałem na to, co zrobi Lee i jak poradzi sobie z własną winą, prześladującą go od wielu lat oraz jak będzie w stanie nawiązać relację z siostrzeńcem. Na tym opiera się cała siła tego filmu, pełnego kipiących emocji, których nie jestem w stanie opisać – żadne słowa nie potrafią. Nawet ta wręcz „sakralna” muzyka i odrobina czarnego humoru (złośliwość rzeczy martwych) tylko dodają ciężaru do całości.

manchester2

Poza świetnym scenariuszem, całość trzyma na sobie Casey Affleck jako Lee. Pozornie wydaje się takim flegmatycznym gościem, nie wypowiadającym zbyt wiele słów. Ale aktor koncertowo pokazuje jego wściekłość (stłuczenie pięścią szyby w oknie), ból, żal i poczucie beznadziei. Jakby ciągle zasługiwał tylko na karę, a szczęście odeszło raz na zawsze. Trudno przejść obojętnie wobec człowieka, którego los na pewno paru osobom pozwoli odbić się jak w lustrze. Partneruje mu Lucas Hedges w roli irytującego, zagubionego Patricka. Panowie razem muszą się dogadać i te interakcje między nimi są najsilniejszym atutem, wygranym bez cienia fałszu. Poza nimi nie można nie wspomnieć o świetnym Kyle’u Chandlerze jako wspierającym bracie Joe oraz Michelle Williams (Randi, była żona), która jedną sceną kradnie film (pierwsza rozmowa po latach na ulicy, gdzie oboje próbują sobie wiele powiedzieć, lecz nie potrafią).

manchester3

„Manchester” to bardzo skromne, ale poruszające, trzymające mocno za gardło kino, nie pozwalające o sobie zapomnieć. Nawet jeśli historia pozostaje otwarta, nie dając nadziei, to wierzę, że naszemu bohaterowi jeszcze wszystko się wyprostuje. Naprawdę w to wierzę, że coś się zmieni w tym życiu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

13 godzin: Tajna misja w Benghazi

Libia po 2011 roku przestała być spokojnym krajem. Kiedy obalono Kadafiego, wydawało się, że demokracja uczyni ten kraj wolnym, szczęśliwym i wspaniałym. Zarówno Trypolis jak i Benghazi stały się najniebezpieczniejszymi miejscami na świecie. To właśnie tam we wrześniu 2012 w rocznicę zamachów terrorystycznych doszło do ataku na amerykańską ambasadę oraz tajną bazę CIA, szukającej niebezpiecznej broni chemicznej i nuklearnej na czarnym rynku. Ochroną kryjówki zajęło się sześciu kontraktowych najemników, którzy byli zdani tylko na siebie.

13_godzin1

Brzmi znajomo? Skojarzenia z „Karbalą” i „Helikopterem w ogniu” nasuwają się same, a całość ma wiele elementów, by stać się klasykiem kina akcji. Największy szok przeżyłem, gdy zobaczyłem kto odpowiada za ten film. To sam Michael „Transformers” Bay, czyli facet lubiący wielką rozwałkę za wielkie pieniądze, jest do bólu amerykański jak się da (patos na cm taśmy filmowej przekracza wielokrotne normy dla osób spoza USA), a prawdziwymi gwiazdami są popisy pirotechniczne i efekty komputerowe. Więc spodziewałem się rozpierduchy, patosu oraz kompletnego gniota. A tymczasem dostałem pełnokrwiste, męskie kino akcji z flakami, bez chodzenia na kompromisy w pokazywaniu rzezi na ekranie.

13_godzin2

Bay oczywiście korzysta z ulubionego arsenału, ale jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Unika wskazywania palcem odpowiedzialnych za ten stan oraz wątków politycznych, jednak nie jest tak bardzo zapatrzony w Amerykę jak do tej pory. Gwieździsty sztandar tutaj jest dziurawiony jak sity albo znajduje się kompletni brudny w pobojowisku, biurokracja i głupota stają się ciężkimi barierami do przekroczenia. Widać to mocno w postawie szefa komórki, mówiącego wprost: „Nie wchodźcie nam w drogę”. Tych sześciu wyszkolonych komandosów, co niejedno przeszli i widzieli, mogą liczyć tylko na siebie, swoje doświadczenie oraz sprzęt. Jednocześnie Bay nie przedstawia mieszkańców Libii jako islamskich fanatyków, co by chcieli tylko mordować Amerykanów (napisy końcowe oraz postać tłumacza Ahmeda).

13_godzin3

Kiedy jednak dochodzi do akcji, czyli 13 godzinnego oblężenia, a wcześniej odbiciem ludzi z ambasady, Bay wciska gaz do dechy. Już wcześniej parę razy buduje napięcie, zwłaszcza gdy nie wiadomo czy osobnik po drugiej stronie to przyjaciel czy wróg. Strzelaniny, popisy pirotechników wyglądają niesamowicie. Nocne ujęcia (Dion Beebe!!! – facet pracował przy „Zakładniku” oraz „Na skraju jutra”) wyglądają znakomicie, adrenalina ciągle jest podkręcana i razem z bohaterami czeka się. Na pomoc, kolejny atak, chwilę oddechu. Może i bohaterowie nie są jakoś specjalnie rozbudowani czy przedstawieni, ale chemia między nimi jest bardzo silna. Nawet finał wydaje się dość gorzki, nawet jak na happy end.

13_godzin4

Reżyser postawił też kompletnie na niezbyt znane twarze, co tylko dodaje realizmu całości. Ekipie przewodzi tutaj John Krasinski jako nowy członek grupy John Silva, który jako jedyny – poza dowódcą Ronem (świetny James Badge Dale) – jest bardzo mocno zarysowany i wiemy więcej niż pozostałych ludziach. Może rozmowy między nimi nie są jakieś bardzo głębokie, ale tym bohaterom po prostu się wierzy. Nocą trudno rozróżnić ich (wszyscy brodaci i niewiele widać), jednak nie przeszkadza to.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Michael Bay jest w stanie zrobić dobry film, wyśmiałbym każdego. Ten filmowiec swoje najlepsze dzieła robił w połowie lat 90., gdzie pozwalał sobie na teledyskowy montaż, podkręcał tempo i mógł sobie na wiele pozwolić. „13 godzin” ma świetne tempo, jest fantastyczne pod względem wizualnym oraz ma coś więcej do powiedzenia niż tylko przedstawić widowiskową jatkę. Jestem pod wielkim wrażeniem i chcę więcej takiego Baya.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ja. Daniel Blake

Społeczne zacięcie zawsze było czymś, co interesowało Kena Loacha. Nie inaczej jest z jego ostatnim filmem, który przyniósł mu drugą Złotą Palmę w Cannes. Kim jest tytułowy Daniel Blake? To zwykły szaraczek, pracujący jako stolarz. Ale ostatnio przeszedł zawał serca i lekarz zabronił powrotu do pracy, ale co innego uważa pomoc społeczna. Jednak by móc odwołać się od decyzji, mężczyzna musi dostać wezwanie oraz przedstawić, że stara się dostać pracę. Niestety, to nie jest żart. Wtedy na jego życiowej drodze pojawia się Katie – samotna matka dwójki dzieci, która przyjechała z innego miasta.

daniel_blake1

Loach jak nikt inny potrafi obserwować ludzi z nizin społecznych znajdujących się w dziwacznych sytuacjach, ale tutaj wszystko przypomina „Proces” Kafki. Mężczyzna jedynie potrzebuje pieniędzy oraz wsparcia, jednak dla urzędów jest tylko imieniem, nazwiskiem i notką na komputerze. I nikim innym. Ale jeszcze nikomu nie udało się w pojedynkę wygrać z systemem (symbolem tego starcia staje się scena, gdy bohater sprayem pisze swój postulat): doczekanie się rozmowy telefonicznej wydaje się trwać wieczność, a wszyscy tłumaczą się jakimiś przepisami, które dla zwykłego człowieka brzmią bez sensu –  musisz mieć CV, a jak nie masz, to dostaniesz się na kurs. A potem szukaj pracy, której nigdzie nie ma. I udowodnij urzędnikowi, że szukasz tej fuchy, bo inaczej kara. Chciałoby się zaśmiać, ale ten absurd wywołuje niemal zadławienie się.

daniel_blake2

Czy jest jakaś szansa na wyjście z tego zaklętego kręgu? Mogą pomóc przyjaciele i sąsiedzi, pod warunkiem, że nie będziesz czuł wstydu. Wstydu, że nic ci nie wychodzi, robiąc dobrą minę do złej gry. Nie brakuje odrobiny humoru (próby obsługi komputera czy sąsiedzi Blake’a handlujący butami zakupionymi z Chin), ale nie jest on w stanie kompletnie osłabić siły dramatu naszego bohatera (fantastyczny Dave Johns). Relacja bohatera z Katie daje jeszcze siłę, by walczyć i zbudować nową rodzinę, a rozmowy wnoszą wiele ciepła, a oboje starają się nawzajem wspierać, mimo poczucia wstydu i bezsilności (scena w banku żywności czy jak opowiadają o sobie), co daje dodatkowy zastrzyk energii.

daniel_blake3

Loach jednak nie zostawia żadnych złudzeń: w walce z systemem człowiek jest nikim. Prostymi środkami, niemal dokumentalną realizacją „Ja, Daniel Blake” łapie za serce, unikając jak ognia emocjonalnego szantażu. Od emocji wręcz kipi aż do bardzo gorzkiego finału – po seansie łatwo poczujecie się jak Blake w klinczu absurdu. Mocne i szczere kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Rain Man

Charlie Babbitt jest młodym japiszonem, który nie utrzymuje kontaktu ze swoim ojcem. Obecnie jego firma ma drobne problemy finansowe, ale daje sobie radę. Gdy dowiaduje się, ze ojciec zmarł jakoś nie przejmuje się tym. Szok przychodzi w momencie, gdy 3 miliony dolarów dostaje ośrodek w Wallbrook. Na miejscu odkrywa, że przebywa tam jego starszy brat Raymond, o którego istnieniu w ogóle nie wiedział. Licząc na połowę spadku, mężczyzna postanawia porwać swojego brata.

rain_man1

Barry Levinson to filmowiec, który nie posiada żadnego znaku rozpoznawczego, ale z reputacją bardzo dobrego rzemieślnika nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Ale „Rain Man” z 1988 roku uważany jest na największe osiągnięcie tego filmowca z Baltimore. Jest to spokojna, wyważona historia obyczajowa o zderzeniu dwóch obcych sobie ludzi. Wspólnie spędzone dni zmieniają Charliego – nie jest to jednak pokazane w sposób sentymentalny czy ckliwy. Levinson stawia na prostotę, próbując pokazać percepcję osoby z autyzmem. Dlatego mamy aż tyle zbliżeń na źródła dźwięku, mogącego doprowadzić do paniki (woda lecąca z kranu, syreny policyjne na autostradzie czy czujnik dymu). Te sceny podkręcają napięcie, ale powoli ta relacja zaczyna nabierać głębi. I nie chodzi tylko o to liczenie kart oraz wygranie kupy forsy w Las Vegas (fantastycznie zrealizowana scena gry w blackjacka). Początkowe spięcia, wynikające z niezmienności pewnych nawyków oraz rytuałów są źródłem humoru (majtki tylko z K-Martu) i wzruszeń, co podkręca bardzo wyciszona muzyka Hansa Zimmera. Trudno mi było być obojętnym, a nie poczułem emocjonalnego szantażu, czego się bardzo obawiałem.

rain_man2

„Rain Man” byłby tylko solidnym, dobrym filmem. Na wyższy pułap wznosi go aktorstwo. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do Toma Cruise’a, który tutaj pokazuje dramatyczny pazur. Egoistyczny dupek, wykorzystujący innych do swoich celów, skonfliktowany ze swoim ojcem. Początkowo ta postać odpycha swoim zachowaniem, jednak z czasem widać coś więcej – poczucie odrzucenia, krzywdy i zgorzknienie. Te sześć dni zmuszają naszego bohatera do przewartościowania swojego stosunku do innych i nie czuć w tej przemianie fałszu. Ale najważniejszy jest tutaj wielki Dustin Hoffman jako Raymond. Ten człowiek żyjący w swoim świecie nigdy nie staje się karykaturą czy parodią – wszelkie tiki (powtarzanie fragmentów filmu), mrukliwy głos, ciągłe powtarzane słowa czy bardzo specyficzny chód są spójną całością tej roli.  Sceny szału budzą autentyczny strach, a te nieobecne oczy potrafią zauroczyć.

rain_man3

„Rain Man” to proste, ale bardzo poruszające kino obyczajowe. Niby takich opowieści znamy setki, jeśli nie tysiące, ale to wszystko układa się w spójną całość. Nie ma tutaj zbędnej sceny, niepotrzebnych słów czy fałszywego gestu. Levinson pewną ręką daje tyle emocji, jakimi można obdzielić dziesiątki filmów, co świadczy o klasie tego dzieła. Bardzo dobre i piękne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Shotgun Stories

Mała wiocha bez perspektyw, gdzie mieszkają trzej bracia: Son, Kid i Boy. Panowie byli samotnie wychowywani przez matkę, gdyż ojciec zostawił ich bardzo dawno temu. Cała trójka żyje jakoś od pierwszego do pierwszego. Wszystko się zmienia, gdy dowiadują się o śmierci ojca. Mężczyzna związał się z inną kobietą, z którą miał czterech synów. Przyjście Sona na pogrzeb i powiedzenie wielu gorzkich słów staje się impulsem do spirali przemocy.

shotgun_stories1

Debiut reżyserski Jeffa Nicholsa jest bardzo spokojnym dramatem dziejącym się gdzieś na prowincji. I jak można wywnioskować to opowieść o nienawiści tak trującej serca, że może być ona odziedziczona. Nicholsa jednak nie interesuje pokazywanie scen przemocy – widzimy jedynie skutki tych wydarzeń oraz pojedyncze sceny bójek. Kameralność oraz bliższe skupienie na naszych bohaterach oraz ich egzystencji buduje klimat. Tak samo jak bardzo plastyczne kadry prowincji kontrastujące z dość skromnym stanem materialnym. Widać pewien skrywany żal i pretensje do tego ojca, który nie dał niczego. Podskórnie czuć napięcie oraz lęk, że może stać się najgorsze. Każde pojawienie się przyrodnich braci może skończyć się krwawą jatką, która samoczynnie się nakręca. I jedno pytanie: czy jest szansa na wyrwanie się z tego kręgu nienawiści? Odpowiedź wcale nie jest jednoznacznie prosta. Ale jest pewna nadzieja. Ale to sami sprawdzicie.

shotgun_stories2

Dla wielu to spokojne tempo oraz śladowa ilość przemocy (na cały film pada tylko jeden strzał) może dziwić. Przecież „Shotgun Stories” reklamowane było jako thriller/kino zemsty. Ale Nicholsa nie interesuje pokazywanie zemsty oraz scen ataków (pogryzienie psa przez węża czy finał bójki z użyciem noża poznajemy z relacji innych). Bardziej skupia się na psychologii bohaterów, którzy próbują zmienić swój los, szukając tego, co my wszyscy: miłości, wsparcia, pieniędzy.

shotgun_stories3

A wszystko świetnie zagrane. Stawce prowadzi Michael Shannon jako wycofany Son, próbujący żyć za pomocą hazardu. Małomówny, skrywający pewną tajemnicę (ślady po kulach na plecach), magnetyzujący samym spojrzeniem oraz obecnością. Nie jest jednak jedyną wartą uwagi, bo także trenujący kosza Boy (Douglas Ligon), jak i zakochany Kid (Barlow Jacobs) wykonują kawał dobrej roboty. Czuć silną więź między bohaterami, a reszta obsady gra bez słabych punktów.

shotgun_stories4

„Shotgun Stories” jest mocnym, klimatycznym dramatem z podskórnym budowaniem napięcia. Idzie pod prąd wobec typowych filmów tego gatunku i dobrze. Nichols powoli zaczyna zaznaczać swoją obecność na filmowej mapie, potwierdzając prawdę, że im mniej się pokazuje, tym lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Koniec trasy

Na hasło pisarz wiele osób wyobraża sobie człowieka bardzo inteligentnego, oczytanego, sięgającego tylko po rzeczy z wysokiej półki. I to z każdej gałęzi kultury – żadne tam chłamidła, krąży na najwyższym poziomie socjety, a wszyscy ludzie lgną do niego jak ćma do światła. W filmie Jamesa Ponsoldta „Koniec trasy” widzimy inne oblicze pisarza.

koniec_trasy1

Punktem wyjścia opowieści jest wywiad jaki dziennikarz Rolling Stone (niepozbawiony ambicji literackich) David Lipsky przeprowadził w 1996 roku z objawieniem literatury amerykańskiej, czyli Davidem Fosterem Wallacem. Pisarz promuje swoją gigantyczną (nie chodzi tylko o to, że ma ponad 1000 stron) powieść „Infinite Jest”, więc dziennikarz spędza z nim 5 dni pod koniec tej trasy. Całość jest zwykłym, spokojnym i „gadanym” filmem w klimacie „Dymu”. O czym rozmawiają panowie? O wszystkim: sławie, myślach, nałogach, wenie, książkach, sztuce, fanach i demonach. Co dziwne, nie jest to pretensjonalna, pełna bełkotu rozmowa. Podczas niej zaczynamy dostrzegać to, co pozornie może wydawać się banalne: pisarz to też człowiek. Lubi zjeść sobie z McDonaldzie, może być uzależniony od telewizji (jedyna używka Wallace’a, poza colą) i może pójść ze znajomymi na film Johna Woo. Razem z Lipsky’m próbujemy wejść w umysł naszego pisarza, by go rozgryźć. Ciągle pytając, czy to jest prawdziwy „on” czy jakaś maska, poza, mechanizm obronny przed otoczeniem. Podczas tych kilku dni panowie powiedzą o sobie więcej niż przez całe życie, a dla jednego z nich będzie to punkt zwrotny w karierze.

koniec_trasy2

Wszystko jest tutaj bardzo spokojne, bez wariactw, dzikiego montażu, ale ten wycinek mówi więcej o Wallace, a reżyser unika tworzenia biograficznego bryka. Relacja między panami ulega ciągłej dynamice: od szybkiego nawiązania kontaktu, luźne rozmowy po skrywaną (przez Lipsky’ego) zazdrość o talent, podskórnie jednak wyczuwana jest pewna nieufność. Nie brakuje kilku trudnych tematów (sława, zasłyszana plotka o braniu heroiny), przez co jest wiele mocnych dialogów, pełnych trafnych obserwacji.

koniec_trasy3

Całość nie robiłaby tak dobrego wrażenia, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Jesse Eisenberg jako Lipsky jest troszkę innym obliczem aktora: wycofany, z jednej strony zazdroszczący talentu, z drugiej bardzo podejrzliwy i nie wierzący w charakter Wallace. Ten pisarz w interpretacji Jasona Siegela jest bardzo trudny do rozgryzienia: jest świadomy swojego talentu, ale nie chcę sławy za wszelką cenę (walczy z ego), unika towarzystwa ludzi, choć ma paru znajomych, woli psy od ludzi. Na ile to jest on, a na ile to jego mechanizm obronny, pozostaje to zagadką. Aktor, znany dotychczas z komediowego emploi, kompletnie zaskakuje i wchodzi w buty Wallace’a tak płynnie, jakby na chwilę ożył. Przejął jego gesty, ale nie jest tylko małpowanie. Siegel intryguje, zwodzi, czaruje, wymyka się wszelkiej szufladki, tak jak jego bohater.

Reżyser „Cudownego tu i teraz” zrobił dobrą, pomysłowo zrealizowaną biografię, konsekwentnie ją prowadząc do samego końca. Choć finał jest dramatyczny, to film skłania do przemyśleń, a wiele tekstów jest trafnych jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Aż do kości

Ellen jest młodą dziewczyną, która cierpi na anoreksję. Próbowała wiele razy wyjść z tej matni, ale za każdym razem kończyło się to porażką. Matka mieszka z inną kobietą, ojciec jest ciągle nieobecny, a jedyną osobą, na której zależy Ellen jest jej przyrodnia siostra. W końcu dziewczyna (artystka rysunku), nie do końca ze swojej woli, decyduje się na niekonwencjonalną terapię u dr Beckhama w jego ośrodku.

az_do_kosci1

Kolejna fabularna (czyli nie serial) produkcja Netflixa, która jest utrzymana w duchu kina niezależnego. Czyli jest on bardzo delikatnie poprowadzony, w tle gra oszczędna muzyka z fajnymi piosenkami, zdjęcia są bardzo przezroczyste, a całość – choć dotyka poważnych problemów – jest lekka w odbiorze. Z jednej strony to zaleta, bo łatwo się to wchłania, twórcy unikają jak ognia emocjonalnego szantażu, byśmy musieli polubić Ellen. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia płytkości dotyczącego jej problemu z chorobą. Jasne, to jest bardzo złożony problem i jedna fabuła nie wyczerpie tego w całości. Strasznie mi przeszkadzały dwie rzeczy: po pierwsze skrótowość i pourywane pewne wątki związane z terapią. Kiedy Ellen trafia do ośrodka, mieszka jeszcze sześć osób i każda ma inne problemy (złamana noga, nieplanowana ciąża, pokątne rzyganie), ale tylko dwie postacie zostają głębiej zarysowane: to tancerz Luke oraz ciężarna Megan.

az_do_kosci2

Sama terapia (podobno niekonwencjonalna) ogranicza się do rozmów (mocna rozmowa lekarza z rodziną, pełna kłótni i ataków), gdzie doktorek próbuje wejść i zrozumieć swojego pacjenta, wspólnego jedzenia mieszkańców i ewentualnego wspólnego wyjścia poza budynek – ładna scena z deszczem w muzeum sztuki. Ale daje im wybór i nie zmusza do leczenia. Wiem, że chciano uniknąć „mechanicznego” sympatyzowania z bohaterką, jednak ktoś poszedł za daleko w tym kierunku, bo czasami brakuje scen mający większy ciężar dramatyczny. Sam mechanizm anoreksji jest ledwo liźnięty, by być wyłącznie zapalnikiem do historii o mierzeniu się z własnymi demonami. A gdy całość się rozpędza, już jesteśmy w zakończeniu, dającym otwartą furtkę dla dalszych losów.

az_do_kosci3

Gdybym miał wskazać jeden mocny punkt filmu to jest to rola Lily Collins jako Ellen – młoda, inteligentna, złośliwa i trzymająca wszystkich na dystans. A jednocześnie widać pewne zagubienie, bezsilność, próbując zrozumieć ją i skąd się wzięła jej choroba. Fascynuje ta postać i z czasem zacząłem jej współczuć. Drugi plan kradnie Luke, czyli Alex Sharp – pełen pozytywnej energii facet, starający się być takim wsparcie dla otoczenia, nawet mimo własnych problemów. A jak Keanu Reeves jako terapeuta? Jest on w porządku, choć trudno uwierzyć w tą niekonwencjonalność jego metod. Jest to taki doktor, jakiego wiele osób chciałoby mieć – cierpliwy, empatyczny i próbujący wejść do umysłu pacjentów.

az_do_kosci4

„Aż do kości” nie pogłębia wiedzy na temat anoreksji, jej mechanizmów i przyczyn, ale tak naprawdę jest to opowieść o dojrzewaniu do walki ze swoimi słabościami. Jako taki jest porządny, choć mocno uproszczony. Aż chciałoby się bardziej poznać tych bohaterów, choć seans daje nadzieję. Że można z tego wyjść, ale trzeba tego chcieć. Niby banał, ale tu działa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalny

David Dunn jest zwyczajnym człowiekiem, który pracuje jako ochroniarz w Filadelfii. Ale jego życie rodzinne to bajzel – żona i syn nie utrzymują z nim kontaktu, on chce się przeprowadzić. Gdy go poznajemy, wraca pociągiem z Nowego Jorku, gdzie starał się o pracę. Ale podczas powrotu dochodzi do wykolejenia pociągu. David jako jedyny przeżył wypadek i to bez zadrapania. Przypadek? Cud? Zbieg okoliczności? Pewien właściciel galerii Elijah Price – wielki miłośnik komiksów ma swoją hipotezę. Uważa, że Dunn ma wszelkie predyspozycje, by walczyć ze Złem niczym superbohater.

niezniszczalny1

M. Night Shyamalan po realizacji „Szóstego zmysłu” zawiesił wysoko poprzeczkę wobec swojego następnego filmu, czyli zrealizowanego rok później „Niezniszczalnego”. Wszyscy znamy filmy o superbohaterach, gdzie musi nosić lateksowy strój, walić pięściami po złych, posiada różne mega moce (rentgen w oczach, nadludzka siła czy posługiwanie się bronią) oraz jest prawym rycerzem bez skazy. Oczywiście, ma swoje słabości i wady, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, walcząc ze swoimi demonami. Ale tutaj reżyser wywraca całą konwencję do góry nogami i ubiera w konwencję dramatu psychologicznego, kompletnie rezygnując z charakterystycznych wizualne oraz ikonograficznie dla komiksowego sztafażu. Shyamalan podpuszcza i przez większość czasu nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy David posiada nadprzyrodzone zdolności, czy to tylko kwestia przypadku. Symboliczne są tutaj aż trzy sceny: podnoszenie ciężarów przez Davida (coraz większa waga), trzymająca w napięciu chwila, gdy Josef (syna Davida) próbuje strzelić, by udowodnić „niezniszczalność” Dunna oraz moment „intuicji”. Wtedy jeszcze możemy się zastanawiać i podejrzewać, ale suspens osiągany jest prostymi środkami: długimi ujęciami, skupieniem na twarzach, mroczne otoczenie plus kapitalna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

niezniszczalny2

Kulminacją dla całości jest pierwsza akcja naszego bohatera, rozgrywająca się niemal pod koniec filmu, gdy stawką jest ludzkie życie. Ale nawet wtedy, Shyamalan nie popisuje się, choć jest jedna bardzo widowiskowa scena upadku widziana oczami „herosa”. Zdjęcia oraz bardzo spokojny montaż zaskakują i dają ogromną satysfakcję. Tak samo jak naturalne dialogi oraz spokojne sceny z życia rodziny, pokazujące pewną tajemnicę z życia Dunna. Także finałowa wolta prowokuje do myślenia.

niezniszczalny3

Największym zaskoczeniem za to jest bardzo powściągliwe, ale świetne aktorstwo. Bruce Willis ze swoim melancholijnym spojrzeniem skupia swoją uwagę i czuć pewne wewnętrzne napięcie w naszym bohaterze. Jakby wiedział coś więcej niż chce powiedzieć i przyznać się swoją rodziną. Nawet w scenie pierwszej akcji, zachowuje opanowanie. Podobnie stonowany jest Samuel L. Jackson jako ekscentryczny i zagadkowy Elijah, obdarzony łamliwymi kośćmi oraz wielką miłością do komiksu. Poza tą intrygującą parą trzeba koniecznie wspomnieć o Robin Wright (wtedy jeszcze Penn), czyli Audrey oraz wyglądającej niczym sobowtór Haleya Joela Osmonta – Spencer Treat Clark.

niezniszczalny4

„Niezniszczalny” to udana próba realistycznego spojrzenia na mit superherosa – człowieka pomagającego ludziom, choć niekoniecznie chwalącego się przed całym światem. Podobno Shyamalan chciał zrobić trylogię o Davidzie Dunnie, a ostatnie sukcesy spowodują, że może dostać zielone światło. Ale zobaczymy czy powstaną kolejne części najbardziej niedocenionego filmu Hindusa.

8/10 

Radosław Ostrowski