Reakcja łańcuchowa

Warszawa i troje bohaterów: Marta, jej chłopak Adam oraz przyjaciel Paweł. Cała trójka należy do tzw. pokolenia Czarnobyla, czyli rocznika 1986. Nasza para ma wkroczyć we wspólne życie, ale zaginięcie poprzedniej dziewczyny Adama, Kasi wywraca wszystko.

reakcja_lancuchowa1

Kinowy debiut Jakuba Pączka jest jednym z najdziwniejszych kuriozum, jakie widziałem ostatnio. Początek jest poszatkowany i mętny (wybuch atomowy nad Warszawą – że co?; budząca się kobieta, budzący się mężczyzna w więzieniu, jakaś głowa i masa dziennikarzy) i parę minut wywołuje dezorientację. A wtedy wracamy do początku, czyli rozmowy w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz nocnego przyjęcia-niespodzianki. Ale im dalej w las, tym balansowanie między dramatem obyczajowo-psychologicznym a kryminałem doprowadza do stanu schizofrenicznego. Na ekranie mamy młodych ludzi ze swoimi wydumanymi problemami (praca w ocenianiu pornosów ze strony Piździelec.com – o ja pierdolę, prezentacja o Czarnobylu, próby wyjścia z cienia dyktatorskiej matki) i reżyser stawia tezę, że współczesne pokolenie 30-latków jest tak zjebane, bo pili płyn Lugola – wiecie, takie cudadło, by chronić przed promieniowaniem. Dodatkowo jeszcze mamy zaginiecie, a działania policji poznajemy z… dialogów postaci czy serwisu informacyjnego, zaś jego przebieg oraz rozwiązanie to coś tak nieprawdopodobnego i głupiego, że tylko k***a jasnowidz mógł to wymyślić.

reakcja_lancuchowa2

Dodatkowo jeszcze reżyser próbuje gmatwać intrygę, pokazując bohaterów jako młodych, cynicznych ludzi, którzy nie mają się przeciwko czemu zbuntować. Do tego jeszcze są pewne elementy oniryczne (sen z „tonącym” bohaterem), sporo golizny i seksu – bo nic tak nie pomaga skupić uwagę jak sceny rozbierane – ale to wszystko wydaje się ogromnym bałaganem z dialogami balansującymi między kuriozum a błyskotliwością. I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

reakcja_lancuchowa3

Aktorzy też niespecjalnie mają co robić – albo prowadzą rozmowy o niczym, albo pokazują jak cierpią (ale tak w środku), albo uprawiają seks, albo toczą ważne dyskusje. I to jest tak cienkie jak barszcz. I co tu robi w tym składzie Magdalena Popławska (matka zaginionej), zepchnięta całkowicie na trzeci plan i Janusz Chabior (policjant)? Młodzi na pierwszym planie coś próbują, ale potrafią zwrócić swoją uwagę tylko wzrokowo jak Małgorzata Mikołaczyk (Marta) czy Wiktoria Stachowicz (Asia). Najbardziej w pamięć zapada Anna Radwan, czyli chłodna matka Adama – kobieta wyrachowana i skupiona na sobie oraz Bartosz Gelner (Paweł) z kilkoma „niezapomnianymi” dialogami.

Film, który miał zaskoczyć i trzymać w napięciu, ale tak naprawdę jest kolejnym przykładem filmu o niczym. Ani postacie nie interesują, ani historia jest nieciekawa, zaś Czarnobyl jako tło wydaje się zbędny oraz niepotrzebny. Nie wywołuje żadnej reakcji.

3/10

Radosław Ostrowski

Amator

Czym jest koszykówka? Dla Amerykanów jest sensem życia, zwłaszcza dla czarnoskórych. Jednym z takich ambitnych chłopaków jest Terron – 14-letni chłopak ze świetnym talentem do gry oraz równie dużym problemem z liczbami. I ten cholernie zdolny dzieciak dostaje szansę od prestiżowej szkoły, by grać w jej drużynie. Ale to w drugiej stronie stanu, przez co nasz bohater staje się zdany na siebie.

amator1

Kolejna produkcja od Netflixa, gdzie tym razem dostajemy film sportowy. Ale jednocześnie reżyser próbuje pokazać amatorski sport na poziomie licealnym. Nie brakuje tutaj zgrabnie sfilmowanych scen gry w kosza i pewnych dramatów rzuconego na głęboką wodę chłopaka: nie rozróżnienie liczb (tutaj cyfry są rozmyte, namieszane i nieczytelne), pozostanie sobą, działanie systemu edukacji, skupionego na sportowym rozwoju, amatorski sport pełen kasy oraz sponsorów (aż dziwne). Sytuacja chłopaka pełna jest dylematów, które nie są do końca wygrane. Jest znowu wiele wątków, które są albo powoli rozkręcają, albo stanowią tylko tło (fałszowanie wieku, zdrowotne problemy ojca-byłego sportowca czy relacje szkoła-sponsor), nie wykorzystując w pełni potencjału. Wszystko jest tutaj skupione na sportowym wątku, gdzie początkowe zagubienie oraz dezorientacja zostaje pokonana dość łatwo. Tutaj najbardziej interesująca jest relacja chłopca z trenerem, sprawiającym wrażenie surowego, lecz sprawiedliwego ojca. Ale ten człowiek ma w sobie jeszcze inne oblicze, pojawiające się bardzo rzadko (scena rozmowy z ojcem chłopca), starającego się dbać przede wszystkim o wynik. I to świetnie prezentuje Josh Charles w tej roli, kradnąc film samą swoją obecnością.

amator2

Tak samo prywatne mocne są problemy chłopaka próbującego ogarnąć swoje problemy i trudną relację z ojcem, próbującym dać najlepsze dla swojego syna. To wszystko zostaje sprowadzone do słodko-gorzkiego finału, gdzie niby udaje się zrealizować plan, tylko cena za spełnienie swoich marzeń jest bardzo wyboista. Może i nie imponuje rozmachem czy dużym budżetem (to taki spokojny dramat obyczajowy z wątkami sportowymi), ale nie brakuje emocji.

amator3

Aktorsko jest solidnie (wybija się Charles jako trener), a nawet nasz protagonista (Michael Rainey Jr.) potrafi łatwo wzbudzić sympatię i pozostaje naturalny aż do samego końca. Pozostali zawodnicy się nie wybijają, ale nie są w żaden sposób źle. „Amator” jest całkiem niezłym dramatem sportowym, nie do końca wykorzystujący swój potencjał, jednak ma swoje ciekawe momenty.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mały Jakub

Bohaterem jest mężczyzna w średnim wieku, który mieszka sam gdzieś w bloku. Zauważa, że ktoś buszuje w lodówce. Dzięki podstępowi odnajduje małego chłopca, ukrywającego się w szafie. Ma takie samo imię jak on – Jakub. Dzieciak zostaje przewieziony do ośrodka, z którego ucieka i poznajemy historię dorosłego Jakuba.

maly_jakub1

Film Mariusza Bielińskiego próbuje odkryć wewnętrzne traumy dorosłego człowieka, który przeżył bardzo wyboistą drogę w wieku dziecięcym. Sama historia wydaje się bardzo delikatna, skromna, ale jednocześnie ciężko się w nią zaangażować. Dlaczego? Bo jest strasznie skrótowo przedstawiona, ledwo liźnięta i mimo kilku interesujących pomysłów zwyczajnie nudzi. Jest i relacja chłopca z bijącym go ojcem, który ulega drobnemu wypadkowi, przez co jest uziemiony w stodole czy odkrycie pewnej tajemnicy w domu dziecka, ale to wszystko wydaje się poprowadzone w tak banalny sposób, z tak słabymi dialogami i nie do końca przekonującymi postaciami, które nie są ani rozbudowane, ani interesujące, ani nawet wiarygodne psychologicznie. „Mały Jakub” podchodzi do kwestii przemocy domowej, samotności oraz ciężkiej przeszłości, ale sposób wydaje się mocno archaiczny. Scenki oraz punkty zapalne nie są rozwijane, przez co trudno wejść w tą opowieść, zmieniającą się w niestrawny kicz. A niektóre kadry (sceny z wnoszeniem latawca) sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę, by wydłużyć czas.

maly_jakub2

Zdjęcia próbują nadać całości wyższy pułap, ale nawet Arkadiusz Tomiak nie jest w stanie wybić tego filmu ponad telewizyjną produkcję. Trudno za to zapomnieć wpadającej w ucho, prześlicznej muzyki, towarzyszącej nam w tle. Aktorzy też próbują wycisnąć, co się da z postaci (zwłaszcza Mirosław Baka i Eryk Lubos), tylko scenariusz nie daje im absolutnie żadnej swobody. Nawet role dziecięce brzmią bardzo, bardzo sztucznie.

maly_jakub3

„Mały Jakub” niezgrabnie balansuje między powagą i kiczem. Chce powiedzieć coś ważnego, ale wnioski są pokraczne oraz zamącone (ostatnia scena) – dla dorosłych zbyt naiwne, dla dzieci za mroczne. Totalny bajzel.

4/10

Radosław Ostrowski

Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie róże

Mała wioska gdzieś w Polsce, gdzie wszyscy się znają. To tutaj mieszka Ewa – młoda kobieta, zbierająca dzikie róże, opiekująca się dwójką dzieci. A jej mąż wyjechał za chlebem poza kraj i pojawia się raz na rok. Kobieta sprawia wrażenie bardzo wycofanej, nie kontaktowej oraz nieufnej, a my powoli zaczynamy odkrywać, co się naprawdę stało.

dzikie_re1

Film Anny Jadowskiej to dramat obyczajowy, który stara się nie iść na łatwiznę i nie pokazywać polskiej wsi w jeden z dwóch znanych sposobów. Pierwszy to „wieś sielska, anielska”, gdzie wszyscy są sobie życzliwi, przyjaźni i każdemu można zaufać. Drugi sposób to wizja znana z dorobku Smarzowskiego, czyli piekło, patologia oraz wszelki możliwy koszmar. Reżyserka jest tutaj gdzieś pośrodku, bo nie brakuje plotek i życia na pokaz, ale kiedy zdarza się tragedia, mieszkańcy rzucają się na pomoc. To pierwsze pokazują przygotowania do komunii oraz poczucie, by żyć tak, żeby nie dawać pretekstu do plotek. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę związaną z Ewą, do której na początku bardzo trudno się przekonać, polubić, zrozumieć. Ale z czasem widzimy jej klincz z resztą otoczenia (apodyktyczna matka, pyskata i krnąbrna córka, coraz bardziej oddalający się od niej mąż czy pewien namolny chłopak), gdzie musi odgrywać pewne role i coraz bardziej zaczyna jej to ciążyć. Pytanie tylko, co zrobi – dalej będzie się kisić czy w końcu podejmie próbę wyrwania się z tej dziury?

dzikie_re2

Jadowska nie ocenia swoich postaci, ale traktuje ich ze zrozumieniem oraz sympatią. Jednocześnie portret tej wsi (mimo dość luźnej konstrukcji fabularnej) nie sprawia wrażenia złagodzonego czy przerysowanego, ale jest też bardzo autentyczny, bardzo przyziemnie. Wszystko to jest zaskakująco pięknie wizualnie (zdjęcia pokazujące las z dzikimi różami), tylko muzyka potrafi rozdrażnić uszy. Wiele wątków może sprawić wrażenie pourywanych (komunia, zaginięcie, romans), ale później to wszystko zaczyna się kleić w jedną, sprawnie połączoną układankę. Nawet to pourywane zakończenie daje pewną nadzieję i szansę na nowy rozdział.

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczna Marta Nieradkiewicz. Jej Ewa to bardzo wycofana kobieta, tłumiąca w sobie masę niekiedy bardzo sprzecznych emocji: od zmęczenia przez obojętność po walkę. Bardzo trudno grać postać, sprawiającą wrażenie biernej emocjonalnie, ale wszystko zostało tutaj wygrane drobnymi spojrzeniami, niewielkimi ruchami, pauzami czy „łapaniem” oddechu. Nie potrafiłem oderwać oczu i z czasem zacząłem coraz bardziej rozumieć tą bohaterkę. Drugą niespodziankę zrobił Michał Żurawski, czyli Andrzej – żywiciel domu, pan i władca. Ale to bardziej złożona postać, próbująca na nowo odnaleźć więź z żoną, której nie rozumie, atakuje, grozi. Czuć w tym pewną miłość, ale dla niego coraz trudniej jest ją wyrazić. Ten duet nakręca „Dzikie róże”, pozbawiając poczucia fałszu. Nawet role dziecięce wypadają bardzo przyzwoicie, ale największą skazą jest Konrad Skolimowski (kochanek), który samym głosem wywołuje irytację.

dzikie_re3

To zaskakująco delikatny, spokojny film, ale nie jest to chłodna wiwisekcja polskiej wsi. To bardzo przekonujący dramat osoby nie potrafiącej dostosować się do norm społecznych, mimo wszelkich starań. Jaki będzie kolejny etap Ewy? Dojdźcie do ostatniej sceny i sami wyciągnijcie wnioski.

7/10

Radosław Ostrowski

Wściekłość

Adam jest dziennikarzem, ma dobrą pracę, całkiem niezłe pieniądze, żonę i dwójkę dzieci. Do tego dostaje awans na szefa jutrzejszego wydania serwisu informacyjnego. No i oczywiście kochankę, z którą spędza czas na siłowni. Nocą – jak to zawsze – biega na dłuższym dystansie. Ale ta noc będzie troszkę inna, a wszystkie problemy nałożą się na całe życie naszego bohatera.

wscieklosc11

Bracia Węgrzyn to kolejni polscy twórcy niezależni, kręcący filmy poza strukturami państwowego finansowania, a „Wściekłość” to już trzeci pełnometrażowy tytuł. Pomysł, gdzie mamy samotnego, wędrującego bohatera po mieście nocą, z telefonem przy uszach troszkę przypomina „Locke’a”. Tylko, że cały – dość intrygujący konspekt – trafia jasny szlag. Nie tylko dlatego, że mamy bieg oraz rozmowy przez telefon, ale ponieważ sam bohater jest strasznie odpychający. W przeciwieństwie do bohatera w/w filmu, Adam to arogancki dupek i egoista, który sprawia wrażenie kompletnego pierdoły, bezradnego, pozbawionego własnej woli oraz myśli. Niby dziennikarz, ale najgorszego sortu: podporządkowany szefowi, nie interesujący się prawdą, obiektywizmem oraz fachowością swojej roboty. Kolejni rozmówcy, też nie są postaciami pozytywnymi (poza żoną): kochanka, szef, wydawca, wreszcie matka-dewotka, która najbardziej intryguje. Jej rozmowy mają największy ciężar, co jest też sporą zasługą świetnej Małgorzaty Zajączkowskiej.

wscieklosc21

Zaskakuje strona techniczna, bo „Wściekłość” ładnie wygląda. Zdjęcia są naprawdę ładne, w tle gra zaskakująco przyjemna muzyka elektroniczna, a dźwięk bardzo wyraźny. Nawet dialogi są całkiem całkiem. Tylko, że ta cała opowieść nie angażuje, przebieg wydarzeń wydaje się wydumany, a dwa napady (jeden dość brutalny) sprawiają wrażenie dodanych na siłę. Ten brud, zgnilizna oraz degrengolada świata, gdzie wartości są pozbawione swojego znaczenia – wydają się tak ograne, że zwyczajnie nużą. A zakończenie może dawać nadzieję, tylko czy aby na pewno.

wscieklosc31

Największą wadą jest główny bohater, który jest bardzo słabo napisany. Jakub Świderski zwyczajnie odpycha swoim chamskim podejściem, bezczelnością oraz pozbawieniem autorefleksji. Niby dochodzi do przemiany Adama, tylko że nie brzmi w żaden sposób przekonujący. Z głosów postaci – poza Zajączkowską – najbardziej się wybija Konrad Marszałek, czyli profesjonalny dziennikarz Gadowski. Jako jedyny potrafi zyskać sympatię.

Jak na „Wściekłość” jest to film zadziwiająco spokojny, statyczny oraz pozbawiony pazura. Trudno odmówić jednak sprawności technicznej, mimo skromnego budżetu, ale sam scenariusz nie wyrabia i nie potrafi skupić uwagę.

5/10

Radosław Ostrowski

The Florida Project

Gdzieś na Florydzie znajduje się mały motel, w okolicach Disneylandu. Motel zwie się Magic Kingdom, gdzie mieszkają Moonee z matką Halley, zaś poza nimi są ludzie wykluczeni, bardzo biedni. A wszystko toczy się w wakacje, gdzie tak naprawdę nie ma co robić.

florida_project1

Sean Baker przygląda się tej części Ameryki, o jakiej tu nie widzimy, nie słyszymy, nie prezentuje się zbyt często. Choć motel wygląda wręcz bajkowo, z pastelowymi kolorami, znajduje się w przedsionku Disneylandu, to tak naprawdę nie jest to raj. Wszystko tak naprawdę poznajemy z perspektywy Moonee, czyli rozbrykanej, postrzelonej, energicznej dziewczynki, nie do końca ogarniającej otaczającej jej rzeczywistości. Trudno wejść w ten film, bo przypomina to wszystko dokument, gdzie przyglądamy się pewnym zdarzeniom, które pozornie sprawiają wrażenie niepowiązanych fragmentów. Ale reżyser jest zaskakująco szczery, a wszystkie klocki zaczną powoli się sklejać w jedną całość. Powoli zaczynamy poznawać jak Halley zarabia na swój oraz swojego dziecka byt, a wiele rzeczy dzieje się poza okiem kamery. Zabieg ten ma celu „przyjęcia” perspektywy Moonee, a rzadko pojawiający się dorośli oraz ich problemy przewijają się jako tło. „Florida Project” to kolejna próba – i zaskakująco udana – rozdrapania amerykańskiego snu, który dla dorosłych się skończył. Dzieci jeszcze mają marzenia, ale pytanie na jak długo. A im bliżej finału, tym bardziej robi się dramatycznie, co kompletnie mnie zaskoczyło. Dla tego momentu warto przeczekać te krzyczące, rozbiegane dzieciaki na początku. Pozornie wszystko wydaje się nudne, ale dalej widzimy coraz większą patologię. Więcej wam nie powiem, bo to jest jedna z niespodzianek.

florida_project2

Jeszcze większą są znakomite role dziecięce. Nie wiem, jak robią to Amerykanie, ale nie można przejść wobec tego obojętnie, zwłaszcza wobec tego, co robi Brooklyn Prince. Mooney to bardzo rozkręcona dziewucha z ADHD, pełna naiwności, ale i bardzo dużej energii oraz siły, kopiująca też pewne zasłyszane słowa, gesty, zachowania. Równie mocna jest Bria Vinaite, czyli wytatuowana i pyskata Halley, sprawiająca wrażenie starszej siostry niż matki, która pozornie sprawia wrażenie osoby mającej gdzieś innych. Ale tak naprawdę przekonująco pokazuje różne desperackie kroki w celu utrzymania siebie oraz córki. Największą uwagę przykuwa jednak Willem Dafoe, czyli menadżer hotelu, Bobby. Nie tylko spec od naprawiania, pilnowania porządku, ale ktoś, mogący być autorytetem, nawet jeśli wydaje się troszkę szorstki w obyciu.

florida_project3

Film Seana Bakera troszkę przypomina dorobek Harmone’a Korine’a, chociaż jest to bardziej wizualnie pokazany świat znany z filmów Mike’a Leigh czy Kena Loacha. Takie wizualne zderzenie z treścią oraz tematyką może wywoływać na początku dysonans, jednak udało mi się złapać ten rytm. I co najważniejsze: potrafi wzruszyć, poruszyć, rozbawić.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Niemiłość

Współczesna Rosja. Tutaj żyją (choć to pewne nadużycie) Żenia i Borys, a także ich syn Alosza. Rodzice chcą się rozwieść, mają nowych partnerów i szansę na nowy etap w życiu. Tylko, że syn dla nich jest balastem, dla którego nie ma miejsca w tym nowym etapie. I co zrobić z tym fantem? Ale wszystko niejako samo się rozwiązuje, bo chłopak pewnego dnia znika. Tak po prostu.

niemilosc1

Andriej Zwiagincew powraca i znów przygląda się swojej ojczyźnie, ale już nie wrzuca tyle symboliki oraz politycznej alegorii, co w równie depresyjnym „Lewiatanie”. Tym razem reżyser przygląda się rodzinie, w której miłość jest tylko słowem, pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia, a jej obecność jest niezauważalna. Nasi bohaterowie są w stanie zawieszenia, a poznali się i związali z niekoniecznie dobrych powodów (ciąża, próba wyrwania się od swojej matki). Teraz bardziej przypominają duchy (ojciec) albo są bardziej skupieni na własnych potrzebach (ten wszechobecny telefon – matka), żywiące do siebie tylko urazy, pretensje oraz ból. Jeśli są zdolni do uczuć, to jest to albo nienawiść albo kompletna obojętność i poczucie pustki. Czy zaginięcie Aloszy będzie w stanie pomóc przewartościować swoje życie, czy też ta niemiłość będzie przekazywana kolejnemu pokoleniu homo sovieticusa?

niemilosc2

Zwiagincew nadal wrzuca mentalność swojego kraju, gdzie nawet policja nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa (za mało ludzi, za dużo biurokracji), tylko działający non-profit wolontariusze, a w tle radio oraz telewizja przekazują informacje o końcu świata czy wojnie z Ukrainą. A jedyną reakcją na te wydarzenia jest kompletna obojętność.

niemilosc3

Film jest zrobiony bardzo oszczędnie, kameralnie, ale podskórnie czuć tutaj rozpad, wewnętrzną apokalipsę, spotęgowaną zdjęciami utrzymanymi w buro-błękitnej tonacji. Nawet rzadko pojawiająca się muzyka wywołuje niepokój. Ale jednocześnie przeraża poczuciem pustki, obojętności wobec drugiego człowieka. Dominują tutaj długie kadry, co pozwala wejść w rytm tej niespiesznej opowieści. Może ona kompletnie ominąć, tak jak fotki na Facebooku czy Instagramie, jeśli nie będziecie myśleć, nie zaangażujecie się. A wtedy zaleją was tak nieprzyjemne emocje, że nie będziecie chcieli uwierzyć, że można tak żyć, że się da.

niemilosc4

„Niemiłość” to emocjonalnie brutalne kino, atakujące swoją obojętnością oraz światem, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei, miłości, bliskości i empatii. Może poza jedną z ostatnich scen, gdzie jest dość jasno wyłożony symbol (matka biegnąca na bieżni w dresie z napisem Rosja i dostająca zadyszki) obecnego stanu Matuszki Rasyji, pozostaje bardzo wnikliwą, wręcz depresyjnym portretem bardziej uniwersalnym w odbiorze, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Patti Cake$

New Jersey – mieścina pozbawiona perspektyw, kojarzona ostatnio z „Dr. Housem”. Tutaj przyszło żyć niejakiej Patricii Dombrowskiej – młodej dziewczynie przy kości, mieszkającej z matką-pijaczką oraz chorą babcią, a gdzieś w tle czai się komornik. Bo leczenie babci było na kredyt. Patti chce się przebić jako raperka, by wyrwać się z tego smutnego jak pizda miasta. Pomaga jej w tym hinduski aptekarz oraz pewien poznany outsider.

patti_cakes4

Takich filmów pokazujących walkę o swoje marzenia oraz klinczu z rzeczywistością były setki i pewnie jeszcze będą tysiące. Co wyróżnia debiut Gaspara Jaspera, który ma w dorobku parę krótkometrażówek oraz teledysków? Jest bardzo, bardzo szczery w swoim przekazie, a także potrafi przeszyć autentyzmem. Samo New Jersey pokazane jest bardzo chropowato – mamy bar, jakieś przedmieścia oraz obskurne knajpy. Ale reżyser miejscami bardzo mocno bawi się formą jak w scenach snów, gdy nasza Patti jest naznaczona przez swojego idola, O-Z (bardzo silna zieleń, tworząca oniryczny, wręcz horrorowy klimat), co może wywoływać pewną konsternację. Początek nie zapowiada nic ciekawe, ale dziwnym sposobem im dalej w las, tym bardziej wciągnąłem się w tą historię, kibicując temu trio aż do końca.

patti_cakes1

Wszystko jest też zapodane fantastyczną muzyką, która zostanie w głowie na bardzo długo, nawet jeśli nie jesteście fanami hip-hopu, podbite wręcz teledyskowym montażem (wszelkie sceny rapu zderzone z dniem codziennym Patti). Niby są tu grane klisze (młoda, ambitna Patti, nakręcony kumpel, wycofany outsider z talentem, matka-alkoholiczka z wielkim talentem czy idol, który miesza bohaterkę z błotem), ale wszystko to zrobione z wyczuciem.

patti_cakes2

A jednocześnie jest to bardzo realistyczna historia, w którą można absolutnie uwierzyć bez cienia fałszu. Co jest nie tylko zasługą dialogów, muzy czy scenariusza (nawet happy end wydaje się na miejscu), ale przede wszystkim buzującej reżyserii oraz znakomitych, kompletnie nieogranych aktorów. Relacje między nimi są zagrane i pokazane bez cienia fałszu. Na mnie największe wrażenie zrobiły trzy postaci: Patti, jej matka oraz Basterd. Tytułowa bohaterka (fenomenalna Danielle Macdonald) kapitalnie pokazuje przemianę troszkę niepewnej, wyszydzonej dziewczyny w twardą, ostrą zawodniczkę rap-gry, która jest sensem jej życia. Kiedy zaczyna nawijać, ma w sobie ogień większy niż zawodowi raperzy. Z kolei matka (znakomita Bridget Everett) to postać ze złamanym życiorysem, ogromnym talentem oraz żalem do świata, że nie wszystko poszło ku jej myśli. Ale najbardziej tajemniczy jest Basterd (niesamowity Mamoudou Athie), o którym wiemy niewiele. Mieszka gdzieś koło cmentarza, jest bardzo wycofany i niezbyt rozmowny, ale gdy weźmie się za bity, to jest prawdziwym mistrzem.

patti_cakes3

„Patti Cake$” to kolejny przykład małego kina zrobionego z wielkim sercem, który wnosi wiele życia do ogranych schematów. Przemknął przez kina niezauważony, ale absolutnie warto go znaleźć i namierzyć. Takiego pozytywnego kopa do walki o swoje nigdy dość, joł.

8/10

Radosław Ostrowski