15:17 do Paryża

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Pociąg z Amsterdamu do Paryża jechał spokojnie, aż z toalety wyszedł terrorysta uzbrojony z karabinem. Ale atak został powstrzymany przez trzech facetów: Anthony’ego Sadlera, Aleka Sakratosa i Spencera Stone’a, którzy byli akurat na wakacjach. I o tym zdarzeniu postanowił opowiedzieć Clint Eastwood. Tylko, że niewiele z tego wynika.

15.17_paryz1

Reżyser postanowił wykorzystać prawdziwą historię do opowiedzenia losów naszej trójki bohaterów od czasów szkolnych (podstawówka), gdzie zaprzyjaźniają się aż po służbę w wojsku czy wakacje po Europie, w trakcie której doszło niemal do tragedii. Tylko, że cała ta otoczka kompletnie nie angażuje, a co gorsza zwyczajnie nudzi. Brakuje w tym wszystkim jakieś przewodniej myśli, emocji, a wszystko wydaje się takie zwyczajnie. Próba zdania do wybranej specjalizacji wojskowej, typowe czynności turystyczne (z robieniem sobie selfie) oraz gadki szmatki o niczym. Dawno, ale to naprawdę dawno się tak nie wynudziłem jak w trakcie oglądania „15:17 do Paryża”.

15.17_paryz2

Do tego te wszystkie retrospekcje są powrzucane bez ładu i składu, wprowadzając w stan zdziwienia, dezorientacji i chaosu. Kompletnie nie dzieje się nic, a nasi bohaterowie są kompletnie nijacy, pozbawieni jakiś bardziej wyrazistych cech, czegoś co czyniło by ich bardziej zapadających w pamięć. Trudno czepić się poziomu technicznego, bo zdjęcia są solidne, a scena ataku potrafi lekko zmrozić krew, tylko że cała reszta jest zwyczajnie mdła i rozmywa całość.

15.17_paryz3

I może byłoby to lepsze dzieło, gdyby to było dobrze zagrane. Eastwood wpadł na pomysł, by w głównych rolach obsadzić prawdziwych bohaterów tych wydarzeń. Nie odmawiam im tego, że dokonali czegoś, na co niewielu ludzi by się odważyło, ale talentu aktorskiego nie byłem w stanie stwierdzić. Każdy ich słowo, brzmienie wypadało sztucznie, wręcz mechanicznie, a reżyser nie był w stanie z nich kompletnie nic wycisnąć. Cała reszta dorównuje poziomem Sadlerowi, Sakratosowi oraz Stone’owi, ale jest też zbyt słabo rozrysowana, żebyśmy mogli wejść głębiej.

Nie spodziewałem się, że Clint Eastwood po raz pierwszy potknął się z wielkim hukiem. Dawno nie widziałem filmu, gdzie miałem kompletnie w dupie wszystko i wszystkich. Może poza sceną ataku, gdzie przez chwilę pojawia się napięcie oraz emocje, ale to troszkę za mało i za krótko. Jedno z największych rozczarowań tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sama przeciw wszystkim

Waszyngton, czyli siedlisko uczciwości, gdzie politycy kierują się względami swoich wyborców, dbających jedynie o dobro swojego kraju. Oczywiście, że żartuję, bo każdy kto widział „House of Cards” wie, że jest zupełnie odwrotnie. I właśnie tutaj pracuje Elizabeth Sloane – lobbystka pracująca w potężnej korporacji. Ale pewnego dnia pojawia się senator w sprawie zniszczenia ustawy dotyczącej kontroli nad dostępem do broni. I wtedy pani Sloane wykonuje woltę, opuszczając swoich szefów oraz sprzymierzając się z małą firmą lobbystyczną, walczącą o ustawę.

panna_sloane1

Przyznam się szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego spodziewać się po filmie Johna Maddena. „Miss Sloane” (polskie tłumaczenie jest do dupy) to thriller z zabarwieniem politycznym w duchu „House of Cards” czy scenariuszy od Aarona Sorkina. Innymi słowy, gadanina, gadanina, dynamiczny montaż oraz próba nadgonienia całej intrygi. Chodzi o przekonanie kongresmenów do glosowania za ustawą, a metody nacisku od lobbystów są bardzo szerokie: kłamstwo, manipulacja, łapówki, szantaże. Niby to wszystko widziałem i znałem z tysięcy tytułów („House of Cards”, „Idy marcowe” czy „Układy”), jednak reżyser nie gubi się tak bardzo w tym słowotoku. Udaje się zachować ciągłe tempo, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwile postoju.

panna_sloane3

Cała intryga zaczyna się w momencie, gdy Sloane zostaje postawiona przed komisją senacką pod zarzutem naruszenia etyki. A potem zaczynamy się cofać, by odkryć o co tu tak naprawdę chodzi. Tutaj niemal wszyscy bohaterowie są albo umoczeni i sumienia od dawna mają do sprzedania na Allegro czy innym Amazonie lub są wykorzystywani do konkretnych celów (jedna z pracownic nowej firmy naszej bohaterki). A po drodze różne podchody, wiele nieczystych zagrywek, które dzieją się głównie poza kamerą. I kiedy wydawało mi się, że jest już po wszystkim, przeciwnicy jak i nasza bohaterka zaczęli wyciągać kolejne asy z rękawa. Można się w tym bardzo łatwo pogubić, jednak Madden ciągle trzyma rękę na pulsie, a poczucie podskórnego napięcie potęgowała minimalistyczno-elektroniczna muzyka Maxa Richtera.

panna_sloane2

I w zasadzie można byłby to jeden z tysiąca filmów o tematyce polityczno-biznesowej, gdyby nie grająca główną rolę Jessica Chastain. W jej wykonaniu pani Sloane pozornie wydaje się kolejnym korporacyjnym szczurem, z zabójczą skutecznością oraz diabelnie inteligentną, podporządkowująca karierze całe swoje życie, za co pewną ceną są bezsenność i brak rodziny (to drugie wydaje się nie być problemem). Ale oglądając film, cały czas próbowałem rozgryźć tą cyniczną i bezwzględną sukę. Dlaczego decyduje się wystąpić przeciw swoim szefom oraz czemu jest przeciwna broni? Skąd nagle te przekonania? Wyrzuty sumienia, zdarzenie z przeszłości, jakaś trauma? Te pytanie pozostaje kompletnie bez odpowiedzi, co z jednej strony pozostaje problemem (bo w czasach, gdzie wiele rzeczy jest zazwyczaj wykładanych kawa na ławę), z drugiej zaś sprawiło, że nie jest w stanie wymazać tej zimnej, pozbawionej skrupułów harpii.

panna_sloane4

Cała reszta postaci, granych m.in. przez Marka Stronga (Rudolfo Schmidt), Michaela Stuhlbarga (Pat Connors) czy Gugu Mbathy-Raw (Esme) stanowią czasami bardzo mocne albo solidne, ale tylko tło, dodające wiele smaczku.

„Sama przeciw wszystkim” to całkiem zgrabna imitacja filmów w stylu Aarona Sorkina, gdzie dialogi są wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego, coraz bardziej komplikującą się intrygą i przypominając starą prawdę, że cel uświęca środki. Ale czy aby jest on tego wart?

7/10

Radosław Ostrowski

Anioł w szafie

Jan jest dźwiękowcem. Gdy go poznajemy pracuje na planie filmu, gdzieś na warszawskiej kamienicy. Ale podczas pracy zaczyna słyszeć szumy i trzeba scenę powtórzyć. Poza tym Jan ma żonę, córkę mieszkającą w Szwecji. Jednocześnie coraz bardziej widać, że coraz bardziej coś go męczy, pewna tajemnica z przeszłości.

aniol_w_szafie1

Dla wielu kinomanów Stanisław Różewicz pozostaje młodszym bratem poety i dramaturga – Tadeusza Różewicza. Nakręcony w 1987 roku „Anioł w szafie” to jeden z ostatnich filmów reżysera, który w konwencji dramatu psychologicznego, próbuje opowiedzieć o walce człowieka z tłumionymi wspomnieniami. Wszystko jest tutaj opowiadane w sposób bardzo chłodny, wręcz zdystansowany i hermetyczny, co dla wielu będzie bardzo dużą barierą. Nie pomaga też fakt bardzo szczątkowej fabuły, gdzie najważniejszy jest Jan oraz jego interakcje z otoczeniem. Dodatkowo jeszcze (niejako bez ładu i składu) są porozrzucane retrospekcje utrzymane w sepiowej kolorystyce, pozbawione w sporej części dźwięku. To wywołuje jeszcze większą dezorientację, a jednocześnie tworzy aurę tajemnicy, zagadki. Reżysera bardzo interesuje pokazanie stanu wewnętrznych przeżyć bohatera, przez co może odrzucić swoją bardzo luźną konstrukcją, momentami symbolicznymi (rozmowa z emigrantem z USA na żydowskim cmentarzu czy tajemniczy finał), jednak emocjonalny chłód oraz dystans Różewicza nie pozwala mocniej i bardziej zanurzyć się w tej poruszającej historii.

aniol_w_szafie2

Trudno mi się przyczepić do realizacji, zwłaszcza do kwestii dźwięków, bez których ten film nie byłby taki wyrazisty w swoich momentach. Tak samo jak fantastyczna kreacja Jerzego Treli, czyli bardzo wycofanego mężczyzny dręczonego przez demony przeszłości. Trudna i wymagająca kreacja, pełna skupienia, gdzie wszelkie emocje można odczuć jedynie drobnymi spojrzeniami oraz ledwo widocznymi gestami. Cała reszta postaci jest ograniczona do drugiego planu, z którego wybija się mocna Grażyna Barszczewska (żona Jana) oraz Edward Żentera (reżyser).

aniol_w_szafie3

„Anioł w szafie” to jeden z bardziej wymagających polskich filmów, jednak nie sprawia wrażenia bełkotu czy bałaganu realizacyjnego. Bardzo trudne, wymagające skupienia kino psychologiczne, miejscami potrafiące magnetyzować.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu w listopadzie

Warszawa 2013. Państwo Przyłęccy, czyli matka z synem zostali wyrzuceni z domu wskutek decyzji sądu. Obecnie próbują znaleźć swoje lokum zarówno w ośrodkach dla bezdomnych, chatkach na dawnych działkach albo na sqatach. Tylko, ze problem polega na tym, że  nigdzie nie można wprowadzić psa.

listopad1

Dziwny to film Andrzeja Jakimowskiego, który tym razem postanowił pójść w stronę kina bardziej zaangażowanego społecznie. Reżyser rezygnuje z mieszania zwykłego w niezwykły świat, tylko brutalnie zderza rzeczywistość bezdomnych na parę dni przed 11 listopada. Stąd wiele jest ujęć z ręki, bardzo stonowana, wręcz chropowata kolorystyka oraz – co najgorsze – brak spójnej konstrukcji scenariuszowej. Bo sama historia jest prowadzona troszkę bez ładu i składu. Z jednej strony mamy kwestie związane ze znalezieniem lokum, z drugiej próba „pozbycia” się psa, z trzeciej studia Marka (studia prawnicze), gdzie słyszymy teorię funkcjonowania skontrastowaną z praktyką prawa. Do tego jeszcze masa zbędnych wątków pobocznych w postaci: pracy w warsztacie, włamywania się do dawnego mieszkania, skarga na policję. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo, a poszczególne sceny (niektóre mocne jak ta na policji) potrafią czasem uderzyć. Tylko, że niewiele z tego wynika, bo cała historia rozmywa się, pozbawiona jest głębszego zamysłu oraz jakiegokolwiek celu.

listopad2

A żeby jeszcze bardziej zaatakować, zostają wplecione ataki narodowców podczas Marszu Niepodległości, gdzie dochodzi do próby ataku na squat. Jeśli miało to pokazać bezsilność ludzi wykluczonych wobec agresji tzw. „prawdziwych patriotów”, dało to efekt na poziomie publicystycznego artykułu. Niby miało to być drapieżne i ostre, lecz tak naprawdę jest tylko zbędnym balastem i tak gmatwającym całą historię, która nagle się urywa. Dlaczego tak jest?

listopad3

Aktorsko też nie ma tu zbyt wiele do pokazania. Drażni (i to bardzo) Grzegorz Palkowski swoim bardzo sztucznym głosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji, zwłaszcza w scenach bardziej poważnych. Kontrastem dla niego jest wycofana Agata Kulesza (matka), chociaż też nie ma tu zbyt wiele do pokazania – zmęczenie i cierpienie. Za to zaskakuje Jacek Borusiński („Klucznik”), pilnujący drzwi do squatu i zachowując wiarygodność.

„Pewnego razu w listopadzie” chce bardzo być filmem w stylu Kena Loacha, lecz największa wada Jakimowskiego – bardzo luźny scenariusz, oparty na improwizacji nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Kompletnie nie angażuje, pozbawiony jest ciągu przyczynowo-skutkowego, stawiając pytanie po co to wszystko.

3/10

Radosław Ostrowski

Gorący czwartek

Gdzieś na Śląsku żyje sobie trzech młodych chłopaków, którzy żyją sobie bez jakichś większych perspektyw. Żyje im mija od kradzieży do kradzieży, rodzice w zasadzie nie istnieją, są zdani tylko na siebie. Aż trafia im się szansa, czyli wypasiona furka i chłopaki kradną torbę, a także radio i portfel.

goracy_czwartek1

Telewizyjny debiut Michała Rosy to kolejny przykład kina turpistycznego, próbującego pokazać spojrzenie na świat bez retuszu, ale jednocześnie jest w tym coś poetyckiego jak biedaszyby nocą. Historii jako takiej tutaj nie ma, wszystko sprawia wrażenie dokumentu, gdzie przyglądamy się naszym bohaterom, choć ich motywacja nie jest powiedziana wprost. Reżyser prowadzi dziwną taktykę i wodzi ciągle za nos (niczym ostatnio we „Florida Project”), przez co nie wiadomo, co jest grane. Włóczęga przy zachodzie słońca, bardzo skoczna muzyka z dziecięcymi wokalizami, pierwsza miłość – tych wątków jest sporo, a Rosa próbuje zgrabnie lawirować. Ale mimo dość krótkiego czasu trwania (niecała godzina), reżyser troszkę potrafi zmęczyć, bo ile można oglądać o beznadziei oraz marazmie. Każda próba wyrwania się i zdobycia pieniędzy (sprzedaż radia u pasera, „znaleźne”) kończy się porażką. Wiele scen jest tylko po to, żeby ładnie wyglądało w obrazku (pochód chłopaków przez drogę), montaż jest bardzo surowy, postacie są ledwie zarysowane, za to pochwalić należy słodko-gorzkie zakończenie, dające pewną nadzieję.

goracy_czwartek2

Spokojne, powolne i gorzkie kino z fantastycznie zagranymi dzieciakami, co u nas praktycznie nie istnieje. Naturszczycy (Damian Lubas, Daniel Nowak, Grzegorz Lempa) zachwycają swoją naturalnością, wręcz lekkością i swobodą w tworzeniu młodych, naiwnych chłopaków. Mimo tego, że czasem działają na granicy prawa, to budzą sympatię i kibicuje się im aż do końca. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ewa Dałkowska (Godyszowa) oraz Adam Bauman (paser), kradnąc film na kilka minut.

goracy_czwartek3

Film przepadł i raz na jakiś czas telewizja sobie o nim przypomni. Ale debiut Rosy pokazuje ogromny potencjał tego twórcy, trafnie opisującego obecną rzeczywistość. Nawet jeśli okazuje się niezbyt przyjazna – ciekawe spojrzenie na przyjaźń.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Film można obejrzeć na stronie cyfrowa.tvp.pl po rekonstrukcji cyfrowej.

Czarna suknia

Joanna jest bardzo młoda, a gdy ją poznajemy nosi czarną suknię. I powoli zaczyna opowiadać swoją historię. W czasie wojny razem z mężem trafiła do Francji, jednak kraj został zajęty przez Niemców. Podczas ucieczki Jerzy zostaje zastrzelony, a Joanna aresztowana i trafia do obozu. Tylko jak powiedzieć o tym jego matce, która wojnę przeżyła? Młoda kobieta decyduje się na mistyfikację.

czarna_suknia1

Na początku swojej artystycznej drogi Janusz Majewski nakręcił wiele filmów krótkometrażowych, przeznaczonych dla stawiającej pierwsze poważne kroki telewizji. „Czarna suknia” według opowiadania Stanisława Wygodzkiego już raz była adaptowana dla Teatru Telewizji przez… Janusza Majewskiego z niemal tą samą obsadą. Czy jest drugi raz wskakiwać do tej samej rzeki? Jak najbardziej tak. Ta kameralna psychodrama pokazuje bardzo trudną relację matki z synową. Coraz bardziej buduje kolejne kłamstwa, fałszywe informacje i zdarzenia, ale to wszystko nie sprawia wrażenie wydumanego problemu czy nieprawdopodobnej bzdury. Zaczynamy odkrywać kolejne nieprawdziwe wersje (rozstanie, żona, dzieci, praca, brak adresu, telefonu), które muszą doprowadzić do bardzo dramatycznego i oczywistego finału. Wrażenie niepokoju potęgują krótkie momenty, gdzie odzywa się muzyka.

czarna_suknia2

Reżyser nie próbuje ukryć faktów czy na siłę komplikować całą układankę – my wiemy, co się naprawdę wydarzyło, tylko próby dojścia matki (świetna Ida Kamińska) do prawdy – kobiety zaniepokojonej, nierozumiejącej i nabierającej podejrzeń. Ale Joanna (fantastyczna Aleksandra Śląska) coraz bardzo kluczy, mataczy i pilnuje, by się to nie wymknęło spod kontroli. Jednocześnie chce mieć ulgę, a coraz bardziej brnie w drogę kłamstwa. I te sprzeczności są wygrywane drobnymi gestami oraz spojrzeniami – absolutnie intrygująca postać.

Ta kameralna opowieść potrafi wciągnąć, nie jest przeciągnięta na siłę (a się troszkę o to prosiło) i mimo dość krótkiego czasu trwania (niecałe 45 minut) nie wywołuje znużenia ani niedosytu. Wszystko poukładane, bardzo delikatnie przedstawione oraz kapitalnie zagrane. A to była dla reżysera dopiero przygrywka do kolejnych tytułów.

8/10

Radosław Ostrowski

Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski

Zwolnieni z życia

Wigilia roku 1989. Marek Wysocki wydaje się zwykłym, szarym elektrykiem. W ten dzień pewna kobieta prosi go o pomoc w naprawie światła. Ale prośba okazuje się być zasadzką dokonaną przez oficera UB. Pobity mężczyzna trafia na śmietnik, a sprawcy są przekonani o zgonie. Ale Marek zostaje ocalony przez tajemniczą kobietę zwaną „Francuzką” i trafia do szpitala z amnezją. Zarówno brat Marka – opozycjonista, jak i sprawcy próbują go odnaleźć.

zwolnieni_z_zycia1

Lata 90. w polskim kinie to był czas pewnego dziwnego zawieszenia, próbując odnaleźć się w ten kompletnie nieznanej, nowej i teoretycznie wspaniałej rzeczywistości. Jednak wszystko okazało się jeszcze groźniejsze, bardziej niebezpieczne. I to ten stan przełomu próbuje pokazać Waldemar Krzystek. „Zwolnieni z życia” to dziwna mieszanka, nawet jak na tamte czasy. Z jednej strony jest wątek kryminalny związany z nową władzą i weryfikacją dawnych ubeków, mających zostać zastąpieni przez nową formację. Ci próbują zniszczyć kompromitujące ich materiały i zastraszyć świadków swoich zbrodni, a opozycja próbuje swoimi „zbyt miękkimi” sposobami wyrównać rachunki. Jednak dla reżysera najważniejszy jest Marek, który znajduje się na marginesie społeczeństwa oraz tajemnicza Francuzka, biorąca go do swojego domu. I ta relacja oraz powolne dojście bohatera do swojej pamięci stanowi prawdziwe clou. Dla wielu osób ta przeplatanka może wywołać dezorientację, bo nie do końca wiadomo na czym się skupić, lecz w tym wariactwie oraz chaosie jest metoda.

zwolnieni_z_zycia2

Reżyser całkiem nieźle buduje napięcie, w czym pomaga mu zgrabny montaż (przebitki z przeszłości, spowodowane usłyszanymi słowami czy przedmiotami) oraz bardzo gwałtowna muzyka Zbigniewa Preisnera. Troszkę wrażenie psuje lekko telewizyjna praca kamery, która jest mocno skupiona na twarzach i bardzo statyczna, ale za to wszystko jest porządnie udźwiękowione (!!!). I do tego miejscami gorzki humor jak w scenie na komisariacie, gdzie padają słowa o zwycięstwie. To nadal mocna scena, nie tracąca swojej aktualności.

zwolnieni_z_zycia3

Krzystek za to ma bardzo dobrą rękę do aktorów. Świetnie wypada Jan Frycz, którego przemiana od zagubionego, nieufnego, mamroczącego faceta aż do powoli łączącego fakty mężczyzny budzi uznanie. Trudno kwestionować jego stan psychiczny, a wszystkie emocje są czytelne. Jednak film kradnie bardzo wycofana Krystyna Janda, która ekspresyjność zastępuje słowotokiem. „Francuzka” z jednej strony wydaje się jedyną normalną w tym postrzelonym świecie, ale skrywa pewną tajemnicę, a jej opowieści tylko wywołują mętlik w głowie. Niemniej trudno od Jandy oderwać oczy. Drugi i trzeci plan jest pełen rozpoznawalnych twarzy, z których największe wrażenie robi śliski Mariusz Benoit (kapitan UB) oraz Gabriela Kownacka (żona kapitana), tworząc dość mroczny duet.

Troszkę zapomniany i ku mojemu zdumieniu intrygujący film Krzystka potrafi zaskoczyć oraz kilka razy podnosi stawkę, a jednocześnie stanowi próbę spojrzenia na nowy świat, gdzie panują stare porządki. Nie jest to tak drapieżne jak „Psy”, niemniej potrafi zaangażować, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiony bez śladu

Howard Wakefield jest pozornie człowiekiem sukcesu. Jest prawnikiem w dużej korporacji, ma piękny dom na przedmieściach, śliczną żonę i dwoje dzieci. Ale któregoś dnia mężczyzna postanawia nie wracać do domu. Najpierw dochodzi do awarii prądu w pociągu, a Howard decyduje się zamieszkać na poddaszu, by móc obserwować sytuację w domu.

wakefield1

Film Robin Swincord to adaptacja opowiadania E.L. Doctorowa, a punkt wyjścia wydaje się intrygująca. To bardzo kameralny dramat psychologiczna człowieka przeżywającego wewnętrzny kryzys. Powoli zaczynamy poznawać jego przeszłość, jak zdobył swoją kobietę oraz poczuciu pewnej pustki, wypalenia. Początkowo to zniknięcie wydawało się hecą, wygłupem, próbą odegrania się na żonie, z którą od pewnego czasu coś się zaczęło psuć. Ale to wszystko pozwala Howardowi na zmianę perspektywy, spojrzenie z boku i rozliczenie się z samym sobą. Pojawiają się retrospekcje skontrastowane z obecnym stanem Howarda, który – niejako na własne życzenie – staje się żebrakiem, żulem żyjącym ze śmieci. Wszystko to nie jest pozbawione odrobiny humoru (sceny, gdy Howard wyobraża sobie, że zostanie rozpoznany przez żonę), chociaż te fragmenty pojawiają się bardzo rzadko. Chyba, że wspomnimy o narracji Howarda z offu, pozwalającej na bliższe poznanie tego zwichrowanego charakteru. Sam film jest bardzo wymagający i skupiony na oczyszczającej psychodramie, niemniej w żaden sposób nie wywołuje znużenia. Kolejne elementy układanki nie sprawiają wrażenia wydumanych, a niektóre refleksje są zadziwiająco trafne.

wakefield3

Jedynie rozdrażnić może zakończenie, stawiające na niedopowiedzenie (chociaż przed napisami końcowymi widzimy dwie możliwości). Czasami dialogi brzmią troszkę literacko, ale nie irytuje to zbyt mocno. Melancholijny klimat bardzo dobrze buduje muzyka, razem ze stonowanymi zdjęciami oraz spokojnym montażem.

wakefield2

Aktorsko jest całkiem dobrze, ale tak naprawdę liczy się tylko Bryan Cranston, kolejny raz potwierdzający klasę. Początkowo Howard wydaje się niezbyt przyjemnym typkiem, a jego decyzja dla mnie była kompletnie niezrozumiała i nieracjonalna. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy skomplikowanego bohatera, nie pozbawionego wad (manipulacja, bezwzględne dążenie do celu), ale też bardzo zagubionego i próbującego odnaleźć się na nowo. Howard potrafi wzbudzić współczucie, co nie jest takie łatwe. Bardzo niejednoznaczna postać.

„Zaginiony bez śladu” to kolejny przykład one man show, zdominowane całkowicie przez Bryana „Heisenberga” Cranstona, pokazującego swój wszechstronny talent oraz robiącego nieprawdopodobne wrażenie. Dla niego absolutnie warto odnaleźć ten film na półkach DVD.

7/10

Radosław Ostrowski