Niewidzialne

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest karkołomnym zadaniem, zwłaszcza jeśli podejmuje się go sam autor. Nawet jeśli wcześniej zrobił udany film. Paweł Sala tym razem pokazuje losy trzech panien pracujących jako szwaczki w jakiejś obskurnej piwnicy. Szyją ubrania, szefa nie ma nigdy, pieniędzy też niewiele. Jest jeszcze kroczy, do którego nasze dziewuchy lecą i kręci bardzo, chociaż nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że jest tutaj jedynym facetem.

niewidzialne1

„Niewidoczne” są zrobione tak, jak klasyczny dramat teatralny – jesteśmy w jednym miejscu, gdzie przebywają szwaczki i krojczy, którzy prowadzą rozmowy. I tak gadają, gadają, gadają. A o czym? O wszystkim i o niczym. A że są to osoby raczej z marginesu, to głównie o ciężkim życiu. Bo jedna szwaczka (dobra Natalia Rybicka) samotnie wychowuje syna-niemowę, druga (nierówna, bardzo manieryczna Sandra Korzeniak) ma męża-skazańca i myśli tylko o jednym, czyli o bzykaniu, z kolei trzecia jest samotną, starszą panią. No i jest jeszcze krojczy, który poza byciem źródła pożądania (zostaje ono zaspokojone przez wszystkie trzy panie naraz w niezbyt przyjemnej scenie) czasem coś pomaluje i napisze jakiś wierszyk. Jako jedyny wydaje się osobą niepasującą do tego miejsca. Jeszcze jest pojawiająca się Maria Miracle (niezła Aleksandra Popławska), która jest wypadkową akwizytora i szarlatanki, proponującej duże pieniądze w zamian za wypełnienie kwestionariusza. Niemal czysty symbol kapitalizmu oraz lepszego, dostatniego życia.

niewidzialne2

Problem w tym, że sam reżyser albo nie wie, o czym tak naprawdę chce opowiedzieć, albo wybrany temat zwyczajnie jest nieciekawy. Że jest biednie, szaro i nieciekawie – wystarczy poczytać pierwszą, lepszą gazetę. Fabuły, jak intrygi jako takiej tu nie ma, zaś sam widok brudnej piwnicy, choć wygląda pięknie – według kryteriów turpistów – oraz gwałtownie wchodząca muzyka między przejściami to troszkę za mało, by porwać. No jest jeszcze monolog, gdzie szwaczka-erotomanka mówi o swoich dzieciach – to potrafi uderzyć piorunem.

Jednak poza tym „Niewidzialne” miałoby większą siłę rażenia w teatrze. Sam film działa bardzo przysypiająco, wymaga wiele wysiłku i nie pokazuje niczego nowego wobec życia ludzi marginesu. Czyli wyszedł typowy polski snuj, a szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy słowami

Może się wydawać, że kwestie dotyczące imigrantów są już tak ograne, iż nie ma szansy opowiedzenia czegoś nowego i ciekawego w tej materii. A już zwłaszcza, gdy bohaterem tej opowieści jest Polak. Michał (a właściwie Michael) jest pracownikiem kancelarii adwokackiej, utrzymującej bardzo duże dochody. Tylko, że nasz bohater czuje się bardziej Niemcem, próbuje się zasymilować z nowym otoczeniem, wypierając się swoich korzeni. Ale w ten weekend przyjeżdża do niego ojciec, który był uważany za zmarłego.

pomiedzy_slowami1

Urszula Antoniak jest polską reżyserką, która od lat mieszka i tworzy w Holandii, zaś „Pomiędzy słowami” to już trzecia fabuła. I na pierwszy rzut oka wydaje się kinem artystycznym, skupionym na tym, co niewypowiedziane, skryte miedzy słowami, gestami oraz spojrzeniami. Historia toczy się bardzo powoli, a wszystko toczy się wokół dwóch wątków. Pierwszy to próba nawiązania relacji chłopaka z ojcem, o którym nic nie wiedział. Obaj są dla siebie obcymi, dorosłymi ludźmi, nie mającymi ze sobą niemal nic wspólnego, a początkowa nieufność staje się coraz szybciej przełamywanym. Zaczynałem coraz bardziej widać tworzącą się więź, w czym pomagają niegłupie dialogi oraz pewna aura tajemnicy wokół postaci ojca. Z drugiej strony film pokazuje bohatera jako osobą odnoszącą duże sukcesy, lecz odcinającą się od swoich korzeni. Michael „wypiera” się polskości nie tylko za pomocą języka (szef zauważa, że mówiąc po polsku jest innym człowiekiem), ale też sposobem bycia, w swoim niemal pustym mieszkaniu. Więc kim jest Michał, który sprawia wrażenie wycofanego, wręcz chłodnego cyborga pozbawionego uczuć, emocji, ciągle chodzący w garniturze z krawatem?

pomiedzy_slowami2

Reżyserka nie próbuje dawać odpowiedzi, a jej praca polega na przyglądaniu się naszemu bohaterowi niczym laboratoryjnemu szczurowi. W zasadzie mogłoby to wynudzić, ale sam film wygląda wręcz przepięknie. Nie tylko dlatego, że całość jest czarno-biała, ale ta kolorystyka buduje klimat nierzeczywistości, aury tajemnicy, zagadki, wspierany przez piękną muzykę. Dobre wrażenie psuje za to zakończenie, będące zbyt dosadne, wręcz zaprzeczające całej reszcie.

pomiedzy_slowami3

Jednak najmocniejszym punktem pozostają znakomicie grający Jakub Gierszał (Michał) oraz Andrzej Chyra (ojciec). Ten pierwszy jest bardzo wycofany, wyalienowanym człowiekiem, próbującym się scalić ze swoim domem. Ale ten drugi najbardziej przyciąga – człowiek z tajemnicą, poczuciem winy, próbujący odkupić swoje dawne błędy. Ich wspólne rozmowy podkręcają emocje i prowokują do zastanowienia.

„Pomiędzy słowami” pozornie może się wydawać stylowym, eleganckim, ale bardzo nudnym dramatem psychologicznym a’la Kieślowski. Antoniak potrafi skupić uwagę nie tylko formą, lecz bardzo niejednoznacznym bohaterem, stawiając pytania o imigrantów, koegzystencję oraz integrację Europy, bez politycznego komentarza.

7/10

Radosław Ostrowski

Nowy świat

Kiedy wydaje ci się, że już dałeś sobie spokój z kinem nowelowym, udaje ci się wygrzebać coś takiego jak „Nowy świat”. To kolejny film, gdzie mamy tym razem trzy opowieści, a ich bohaterami są mieszkający w Polsce imigranci. Każde z nich trafiło tutaj z różnych powodów i wszystkich poznajemy niejako wrzuceni w sam środek, po drodze wyłuskując kolejne informacje.

Pierwszą poznajemy Żannę – kobietę z Białorusi, żonę politycznego aktywisty. Ona studiuje i próbuje wychować syna, on zostaje aresztowany w kraju. Pojawia się ten trzeci, czyli Jan z fundacji pomagającej kobiecie. W drugim segmencie pojawia się Assan – pochodzący z Iraku mężczyzna, wcześniej będący tłumaczem na wojnie, obecnie pracującym w knajpie jako sprzątacz. A na sam koniec pojawia się Wiera, wcześniej znana jako Oleg: aktorka z Ukrainy i transseksualistką, którą odwiedza syn z dziadkiem.

nowy_swiat1

Choć za każdą z tych opowieści opowiada inny reżyser, „Nowy świat” stylistycznie bardzo spójny, przypominający bardziej dokument, ze stonowanymi kolorami, oszczędnie poprowadzoną narracją oraz zakończeniem, bez stawiania kropki nad i. Problem jednak w tym, że przez dwie trzecie filmu kwestie imigracji czy adaptacji w nowym otoczeniu wydają się nieistotne. Przeszłość bohaterów (zwłaszcza Żanny) jest potraktowana po macoszemu, przez co ich losy nie do końca potrafią poruszyć czy zaangażować. Postaciom brakuje głębi, ich decyzje nie do końca pozostają jasne, zaś dialogi po prostu są. Im dalej w las, tym pojawia się kilka ciekawych pomysłów jak wplecione retrospekcje u Assana czy otwierająca segment Wiery scena z pogrzebu. Najbardziej jednak poruszyła mnie ta ostatnia, czyli zderzenie bardzo konserwatywnego dziadka z synem, który chce zmienić płeć. Tutaj dwie strony próbują znaleźć wspólny język oraz rozwiązać problem kto ma wychować dziecko po śmierci matki. Powściągliwość miesza się z gwałtownością i dramatem niezrozumienia.

nowy_swiat2

Tutaj najwięcej miejsca aktorsko mają do pokazania cudzoziemcy i wychodzi im to dobrze: od bardzo niepewnej, niezdecydowanej Olgi Aksyonowej (Żanna) przez dręczonego demonami Assana (Hassan Akkouch) przez uwięzioną w nieswoim ciele Olega (Karina Minaeva). Problemy tego ostatniego uderzyły we mnie najmocniej, choć zarysowano je najdelikatniej ze wszystkich.

nowy_swiat3

Twórcy filmu próbowali pokazać Polskę z perspektywy cudzoziemca, tylko że nie poruszyło mnie za bardzo to wszystko. „Nowy świat” jest zbyt delikatny, bezpieczny, wręcz asekurancki z zaledwie szkicowanymi fabułami. Każdy z segmentów zasługiwał na osobny film, mogący w pełni rozwinąć swój potencjał, zarżnięty niemal całkowicie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Pierwszy reformowany

Pierwszy Kościół reformowany znajduje się gdzieś w stanie Nowy Jork, chociaż bardziej pełni on rolę muzeum czy sklepu z pamiątkami, zaś msze odbywają się bardzo rzadko. I to tutaj trafia wielebny Ernst Toller – duchowny z dość mroczną przeszłością. Duchowny postanawia w ciągu roku pisać dziennik, w którym szczerze opisze swój dzień, przemyślenia oraz dylematy. Ale zapalnikiem do zmian staje się poznane małżeństwo Mary i Michaela – ona jest w ciąży, on jest zaangażowanym ekologiem z radykalnymi poglądami. Duchowny próbuje mu pomóc, jednak wszystko kończy się samobójstwem mężczyzny.

first_reformed1

Paul Schrader jako reżyser nie odniósł może takich sukcesów jak scenarzysta, niemniej próbuje wrócić na dobre tory. Jego nowe dzieło to troszkę taka współczesna wariacja najsłynniejszego skryptu – „Taksówkarza”, tylko że Travis nosi sutannę. Sama historia toczy się bardzo powolnym, dla wielu wręcz sennym tempem, gdzie widzimy Tollera, który albo się dzieli swoimi przemyśleniami (spisując je, modląc się albo będąc w swoim pokoju), albo wchodzi w interakcje z innymi ludźmi. To wszystko buduje bardzo specyficzny klimat, podkręcony monochromatycznymi barwami oraz obrazem w formacie 4:3 (bardzo wąskie kadry, wręcz ciasne). A jednocześnie próbujemy rozgryźć naszego duchownego. Z jednej strony jest to osoba z bardzo bolesną przeszłością (śmierć syna, rozpad małżeństwa, choroba, alkoholizm), nie pozbawiony jednak empatii oraz wrażliwości, z drugiej jednak strony to cierpienie chyba sprawia mu frajdę i zaczyna się coraz bardziej oddalać od innych. Jego poglądy zaczynają ewoluować w kierunku, jaki miała ofiara, czyli sprzeciwu wobec niszczenia Ziemi, a klincz staje się cięższy, gdy wielebny odkrywa, że sponsor 250-lecia kościoła jest powiązany z rynkiem antyekologicznym.

first_reformed2

Reżyser wykorzystuje kilka wątków (wątek ekologiczny, kwestia poświęcenia dla swoich wartości, romans oraz wątpliwości duchownego), by z jednej strony skupić się na pewnych problemach współczesnego duchowieństwa, z drugiej znowu się przygląda ciemnej stronie człowieka. W którym momencie zaczyna się fanatyzm, jaki jest sens ludzkiego cierpienia. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać, że wielebny zwyczajnie oszukuje. Nawet pisząc dziennik (który i tak po napisaniu ma być zniszczony), nie jest ze sobą szczery, bo narracja z offu, niekoniecznie się pokrywa z tym, co widać (o wstaniu trzeźwym, gdy widzimy jak w nocy popija łyskacza). Im bliżej finału, tym bardziej Schrader pozwala sobie na oniryczne momenty, choć mogą one wprawić w konsternację (intymniejszy kontakt duchownego z Mary, gdzie para „odlatuje” poza pokój i lata… nad górami). Zaś zakończenie przypomina dość brutalną prawdę, że nawet ksiądz jest tylko człowiekiem.

first_reformed3

Sprzeczności duchownego bardzo dobrze wygrywa Ethan Hawke, który jednym spojrzeniem mówi więcej niż słowami, a postać Tollera przez cały film pozostaje enigmą. Równie zaskakujący jest Cedrik the Entertainer w roli pastora, który stara się pomagać Tollerowi i wesprzeć go w trudnych chwilach. Troszkę słabiej wypada Amanda Seyfried (Mary), w której romans było mi bardzo trudno uwierzyć. Być może wynika to z faktu, że ten wątek był nie najlepiej napisany, przez co aktorzy mieli związane ręce.

„First Reformed” nie jest wielkim powrotem Schradera do wielkiej formy, ale to silna próba rehabilitacji po ostatnich filmach. Reżyser nadal prowokuje, niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, jednak nie przekracza jej. Bardzo wymagający, ciężki film, który na pewno zostaje w pamięci.

7/10

Radosław Ostrowski

Auto Focus

Sława zdarza się każdemu człowiekowi. Czy mówi wam coś nazwisko Bob Crane? Był pozornie zwykłym facetem, pracującym jako radiowiec. Ma żonę i dzieci, a lata 60. wydają się czasem spokoju oraz stabilności. Jednak próbuje on swoich sił jako aktor, dostając szansę – serial „Hogan’s Heroes”, komediowa produkcja o niemieckim obozie jenieckim. Nic nie zapowiadało sukcesu, a serial powstał 6 lat. A wtedy w jego życiu spotyka specjalistę od sprzętu wideo, Johna Carpentera.

auto_focus1

Paul Schrader dla wielu kinomanów znany jest jako scenarzysta kilku głośnych filmów Martina Scorsese („Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”) i nie tylko. Mało kto jednak wie, że Schrader wielokrotnie próbował swoich sił jako reżyser. Zrealizowany w 2002 roku „Auto Focus” to bardzo mroczny dramat, będący ostrzeżeniem przed ciemną stronę sławy. Tutaj biografia miesza się z fikcją, zaś życie Crane’a kończy się niewyjaśnionym morderstwem celebryty. Sława, pieniądze, rozgłos, wreszcie kobiety na wyciągnięcie ręki. W połączeniu z obsesją na punkcie fotografii i pornografii, tworzy bardzo niebezpieczną kombinację. O ile na początku wydaje się drobnostką, z czasem staje się to bardzo niewygodnym ciężarem. Zwłaszcza, że nasz bohater nie ukrywa swoich zainteresowań (podczas programu rzuca seksualnymi podtekstami) i spełniając je w domu Carpentera czy na imprezach czuje się tak naprawdę sobą. Nagie zdjęcia, seksfilmy, pornografia oraz życie rodzinne i zawodowe – czy jest możliwa szansa na pogodzenie tych sprzecznych rzeczy?

auto_focus2

Reżyser ostrzega, ale nie oskarża, bo nie jest w stanie wskazać jednego winnego. Czy to toksyczna relacja z Johnem Carpenterem, próbującym odbić się blaskiem sławy Crane’a? Czy to może już działo się wcześniej? Im dalej w las, tym bardziej Schrader pozwala sobie na pewne formalne eksperymenty (surrealistyczna scena, gdy Crane „odlatuje” podczas kręcenia serialu czy nerwowo zmontowana rozmowa telefoniczna z Carpenterem), a skoczną, jazzową muzykę Angelo Badalamentiego zaczynają zastępować „lynchowskie” dźwięki ambientowej elektroniki. Nie ma też odpowiedzi na pytanie, kto zabił, zaś narracja Crane’a z offu nie wywołuje irytacji.

auto_focus3

A Schraderowi udało się zebrać oraz wycisnąć z aktorów prawdziwe soki. Najbardziej zaskakuje tutaj Greg Kinnear, który raczej kojarzony jest z rolami bardziej pozytywnych postaci. Tutaj wyciąga z Crane’a zarówno czarujący, lekko chłopięcy urok, ale też coraz bardziej pokazuje jego uzależnienie od seksu, fotografowania oraz filmowania go. Twarz jest już zmęczona, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli, a aktor znakomicie to wygrywa. Równie mocny jest ulubieniec reżysera, czyli Willem Dafoe w roli Carpentera. I jest to dość zagadkowa postać – spec od techniki z nawijką, sprytem oraz dość imprezowym stylem życia. Między nim a Cranem tworzy się bardzo niebezpieczna nić, sprawiająca, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować. Panie są raczej tłem, choć najbardziej wybija się piękna Maria Bello (druga żona Crane’a), pokazując ewolucję relacji z Crane’m: od sympatii i miłości przez poczucie osamotnienia.

„Auto Focus” pokazuje talent Schradera do prowadzenia aktorów oraz wyciągania ze scenariusza wszystkich mocnych scen i wątków. Niby nic nowego, bo historia sławy oraz upadku była pokazana multum razy, jednak pokazane tak sugestywnie, że potrafi chwycić za gardło. Wiele pytań zostaje bez odpowiedzi (bo nie jest to stricte kryminał), a ciemna strona sławy jeszcze nie była tak straszna.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Kolejna telewizyjna produkcja o dziennikarskim śledztwie. Reporterka Rebecca Skloot próbuje wyjaśnić sprawę niejakiej Henrietty Lacks – czarnoskórej kobiety zmarłej na raka macicy w 1951 roku. Ale lekarze bez jej zgody, wykorzystali jej komórki nazwane He-La. Dzięki niej medycyna osiągnęła wielki postęp, dzięki czemu znaleziono leki na polio, AIDS, ślepotę. Tylko, że rodzina o tym nic nie widziała i nie otrzymała z tego tytułu żadnej rekompensaty.

henrietta_lacks3

HBO znowu dotyka tematu, prowokując do dyskusji na temat etyki i odpowiedzialności. George C. Wolfe próbuje mieszać narrację dwutorowo. Z jednej strony są wrzucone retrospekcje z lat 40. i 50., by choć troszkę przybliżyć tą postać, z drugiej bardziej pokazuje losy jej dzieci po śmierci. Tego, że o swojej matce nie wiedzą zbyt wiele, że zostali oszukani przez lekarzy, rząd. Jednocześnie skrywają wiele ukrytych traum, tajemnic, z jakimi musi się zmierzyć dziennikarka, by wyciągnąć informacje od rodziny. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, jednak reżyser w żaden sposób nie przynudza. Zaczynamy odkrywać kolejne układanki oraz rodzinne sekrety, pokazujące losy dzieci pozbawionych matki: jeden z synów trafił do więzienia, córka cierpi na afektywność dwubiegunową, a jeszcze inna zmarła w dzieciństwie. I ta mieszanka potrafi zadziałać, w czym pomaga przeplatany montaż.

henrietta_lacks1

Odtworzenie lat 40. i 50., choć jest to fragment filmu, potrafi budzić szacunek: stroje, fryzury czy scenografia trzyma poziom, nie wygląda tandetnie. Tak samo napięcie potęguje dynamiczna, jazzowa muzyka z wybijającą się perkusją. A wiele momentów (z finałem) potrafi poruszyć i chwycić za serce.

Jednak prawdziwym skarbem jest fantastyczna kreacja Oprah Winfrey w roli Deborah Lacks – córki próbującej odnaleźć prawdę. Aktorka świetnie prezentuje jej stany emocjonalne: od zaufania, szoku i nieufności. Do tej pory mrozi mnie moment, gdy wyznaje bardzo traumatyczną przeszłość. Cala reszta (w tym Rose Byrne jako Skloot) tak naprawdę robi tylko za tło, choć jest kilka niezapomnianych epizodów jak śliskiego, złotoustego adwokata sir Coefielda (Courtney B. Vance), religijnego kuzyna Cliffa (John Beasley) czy brata Zakariyya (ostatnia rola Rega E. Catheya).

henrietta_lacks2

HBO przypomniało zapomnianą historie kobiety, która – nieświadomie – miała ogromny wpływ na rozwój medycyny, chociaż rodzina nie miała z tego tytułu nic. To z jednej strony wciągający dramat, pełen odkrywania tajemnic, z drugiej brutalne przypomnienie o tym, że postęp nie zawsze jest osiągany etycznymi metodami. I to potrafi zaboleć.

7/10 

Radosław Ostrowski

Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

W ułamku sekundy

Zaczyna się dość sielankowo, bo od ślubu w miejscu, gdzie rzadko zawiera się małżeństwa – w więzieniu. Tam pojawia się Katja, śliczna Niemka oraz skazany za narkotyki Turek Nuri. Parę lat później ich życie wydaje się synonimem szczęścia, oboje prowadzą firmę, mają dziecko – wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale w jednym wieczorze wszystko rozpada się niczym domek z kart. Wszystko z powodu eksplozji niszczącej cały budynek, zaś mąż i dziecko giną. I niestety, nie był to wypadek.

w_ulamku_sekundy1

Turecki Niemiec Fatih Akin po kilku latach wraca ze swoim nowym filmem i na pewno wkurwi parę osób. „W ułamku sekundy” jest podzielony na trzy części, a każda zaczyna się sfilmowanym fragmentem z życia rodziny, a po drodze reżyser serwuje wiele wątków oraz poszlak, zmieniając tempo oraz emocjonalną intensywność. Bo o czym będzie ten film? O zemście i próbie wymierzenia sprawiedliwości? Śledztwie na tle polityczno-religijnym? Próbie radzeniu sobie ze stratą najbliższych? Reżyser na początku miesza tropy i najbardziej akcentuje to ostatnie – wszystko widzimy z perspektywy Katji, próbującej ogarnąć ten bajzel. Niby ma wokół siebie ludzi, lecz nie wszyscy są w stanie pomóc (rodzice i teściowie, rzucający oskarżenia), zaś ból pozostaje jej, tylko jej. Pozornie drobnymi gestami buduje bardzo przekonujący portret owdowiałej kobiety, by w drugiej części zmienić historię w dramat sądowy z oskarżonymi. Bo okazuje się, że ten zamach to robota młodych, niemieckich neonazistów. I tutaj zaczyna robić się coraz gęściej: bardzo chłodni, niczym roboty sprawcy kontra rozedrgana, próbująca opanować emocje Katja.

w_ulamku_sekundy2

Mimo pozornej zero-jedynkowej wizji (zwłaszcza obrońca oskarżonych wydaje się prawdziwą mendą), Akin potrafi uderzyć, zwłaszcza podczas scen przesłuchań w sądzie. Chłodne opisy ran odniesionych przez ofiary, kolejne zeznania, wreszcie wyrok. A trzeci akt był pokłosiem wydarzeń z poprzedniego aktu, pokazującego jak niesprawiedliwość może doprowadzić do poczynań terrorystycznych, bez względu na pochodzenie, rasę czy płeć. Szkoda tylko, że to zakończenie jest tak szybko poprowadzone, wręcz za szybko (tak jak wyjaśnienie, kim są sprawcy). Ten akt mocno osłabia ten film, choć ostatnia scena jest bardzo mocna.

w_ulamku_sekundy3

Ale to wszystko trzyma w swoich barkach Diane Kruger, tworząc magnetyzującą, ale jednocześnie bardzo przyziemną postać. Z jednej strony pociągającą, charakterną kobietę, z drugiej zrozpaczoną, pełną gniewu, wściekłości, pragnącej sprawiedliwości. Kradnie film w każdym momencie i nieważne, czy mówimy o próbie samobójczej, scenach w sądzie czy w finale, tworząc bardzo skomplikowaną, wiarygodną psychologicznie postać. I to ona wznosi ten film na wyższy poziom.

Fatih Akin bardziej wskazuje i pokazuje, że w czasach fali imigrantów Europejczycy powinni bardziej spojrzeć na siebie niż na obcych. Wielu może się ten wniosek nie spodobać, zaś sam film potrafi sprowokować do dyskusji, dając troszkę satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Siedem minut po północy

Conor O’Malloy to młody, 12-latek, mieszkający z ciężko chorą matką. Ojciec dawno wyjechał do USA, zaś babcia delikatnie mówiąc odstrasza go. Jakby tego było mało, jest nękany w szkole, czyli ma bardzo pod górkę i nie zanosi się na zmianę. Ale siedem minut po północy odwiedza go Potwór – duże cisowe drzewo, które zamierza mu opowiedzieć trzy historie, a w zamian chłopiec ma powiedzieć czwartą.

7_minut1

Jak zrobić baśń dla dzieci, która nie byłaby zbyt naiwna? Reżyser Juan Antonio Bayona stanął przed bardzo trudnym zadaniem, a pomocna okazała się powieść Patricka Nessa, sięgająca po temat traumy, przedwczesnego dojrzewania oraz przygotowania się na śmierć najbliższych. Bo przecież powinno być tak, że dzieci powinny dobrze się bawić, poznawać przyjaciół, może nawet przeżywać pierwszą miłość. Jednak los drwi sobie z takich planów, a reżyser uważnie przygląda się młodemu chłopcu (kapitalny Lewis McDougall), nie pogodzonego z najgorszym, pełnym gniewu, agresji i wściekłości na cały ten popieprzony świat. Chłopak niemal do końca wierzy, że jest jeszcze szansa i nie przyjmuje do wiadomości innego wariantu, dlatego dopuszcza się demolki w domu babci, dlatego śni mu się ciągle koszmar, w którym trzyma za rękę matkę nad przepaścią i nie chce jej puścić. Bayona sugestywnie pokazuje te zwichrowane stany emocjonalne, symbolicznie wykorzystując Stwora oraz jego opowieści.

7_minut2

Muszę przyznać, że ten segment został świetnie zrobiony, a historie zaprezentowanie w formie prostej animacji, wyglądającej niczym ręcznie malowana, buduje bardzo specyficzny klimat. Zaś same historie są bardzo przewrotne, jak na kino familijne, przez co wielu młodych widzów, może poczuć się równie zszokowanych jak Conor. Bo niby bohaterowie źli (albo, których za takich uważamy) wygrywają, a dobrzy wcale tacy dobrzy nie są, zaś taki finał historii nie oznacza, ze jest zła. Dla takiego starszego widza może nie jest to zbyt odkrywcze, jednak ten element najbardziej wyróżnia tą baśń, niepozbawioną mroku oraz przerażających fragmentów (pierwsze przybycie Potwora – świetnie animowanego), zdecydowanie nie dla młodych widzów.

7_minut3

Reżyser też bardzo dobrze prowadzi aktorów. O McDougallu już wspominałem, ale Felicity Jones (wyciszona, dość spokojna matka) oraz Sigourney Weaver (sprawiająca wrażenie demonicznej babcia) też dają z siebie wszystko. Ale tak naprawdę liczy się tylko jedna postać, czyli Potwór mówiący bardzo głębokim głosem Liama Neesona, nadającym mu majestat, ale też pewną mądrość. Cisowe drzewo wydaje się mocno doświadczoną istotą, zaś w jego historiach jest więcej prawdy o ludziach i świecie niż w przesłodzonych bajeczkach Disneya, zakończonych happy endem.

„Siedem minut po północy” jest mroczną, ale bardzo niegłupią, chwytającą za serce historią o godzeniu się z ostatecznymi sprawami oraz wybaczeniu za winę niepopełnioną. O tym, że życie toczy się dalej i trzeba z niego korzystać, póki jeszcze jest.

8/10

Radosław Ostrowski

Thelma

Tytułowa Thelma to młoda studentka, którą wychowują rodzice bardzo głęboko wierzący, ale też kontrolujący jej ruch. Nawet w Internecie, a próba zaadaptowania się do nowego otoczenia idzie dość opornie. Podczas wizyty w bibliotece, Thelma dostaje ataku i w tym samym czasie ptaki zderzają się z oknem, a lekarze początkowo nie wiedzą, co jest grane. Jakby tego było mało, pojawia się w życiu dziewczyny Anja.

thelma1

Kino skandynawskie w naszym kraju cieszy się dość dużą estymą i szacunkiem. Jednym z bardziej wyrazistych twórców jest norweski reżyser Joachim Trier, który nie jest w żaden sposób spokrewniony z Larsem von Trierem. „Thelma” to kino dość dziwaczne, co już czuć na samym początku. Pierwsza scena to ojciec z córką idący na polowanie. Tylko, że zamiast na jelenia, ojciec celuje w dziewczynkę. Już tutaj zaczynają się rodzić pytania, a retrospekcje rzucają inne światło na kolejne sceny. Reżyser ciągle podpuszcza i mąci, mieszając kilka różnych tropów. Bo jest tu zarówno inicjacja, odkrywanie i tłumienie swojego ja (relacja Thelmy z Anją), klincz z religią oraz nadprzyrodzone elementy. Na pierwszy rzut oka jest dość dużo wątków oraz scen wręcz na ostrych dragach (wszystkie oniryczne momenty z atakami niby-padaczki czy stroboskopowym światłem), wywołując kompletną dezorientację, z bardzo pulsującą muzyką w tle.  Masa tajemnic, tropów, symboli, surrealizmu – innymi słowy, skandynawska wersja „Carrie”, która pozornie spokojna, potrafi zaintrygować, wciągnąć czy sprawić mętlik w głowie.

thelma2

Wszystko sfotografowano bardzo tradycyjnie, bez udziwnień, chociaż w bardziej niepokojących scenach dominuje mrok. Poczucie grozy i niepokoju budowane jest zarówno onirycznymi scenami, gdzie sami domyślić się, o co tu chodzi, jak też powoli odkrywaną tajemnicą. Niestety, ostatnie 25 minut w wykonaniu Triera to popisowe wykorzystywanie ulubionego narzędzia każdego reżysera – łopaty. Wyjaśnienie z jednej strony wywołuje mindfucka, ale z drugiej można się go było spodziewać i lekko rozczarowuje.

thelma3

Za to pozytywnie prezentuje się aktorstwo, które jest cholernie dobre. Najbardziej to widać w tytułowej bohaterce o aparycji Eili Harboe, gdzie miesza się zagubienie, poczucie inności ze zderzeniem między wychowaniem a otaczającym światem. Wszystko to zostało pokazane oszczędnie, niepokojąco, magnetyzując. Tak samo Anja, czyli śliczna Kaya Wilkins, przyciągając urodą i tworząc dość nieoczywisty duet z Harboe. Po drugiej stronie mamy próbującego kontrolować córkę ojca-lekarza (tajemniczy Henrik Rafaelsen), pozornie zachowującego spokój. Jednak pod tą twarzą kryje się silny lęk przed następnymi wydarzeniami.

„Thelma” mogłaby zostać nakręcona przez Davida Cronenberga, gdyby zrezygnował z makabrycznych scen przemocy i deformacji ludzkiego ciała. Intryguje, ma bardzo niepokojącą aurę oraz tajemnicę, pokazując troszkę inną stronę dojrzewania. Takiej twarzy kina skandynawskiego nie znałem.

7/10

Radosław Ostrowski